Wednesday, February 5, 2025

Luty - pogoda i okolice

 Luty przyniósł nam upał.
Normalne.

Oczywiście w Australii pogoda to zawsze sprawa względna - na północnym wschodzie mamy powódź - KLIK a w naszym (południowym) stanie pożary - KLIK.

Melbourne jest dość bezpieczne, pozostał nam więc UPAŁ.

Doskonałą ilustracją był wybór muzyki przez stację radiową - ABC/Classic - Camille Saint-Saens - Karnawał Zwierząt - ŻÓŁW - KLIK.

A przecież w oryginale było  TAK.

Upał znacznie ograniczył moją ruchliwość, więcej czasu na czytanie...


Przepiszemy ci kota (na receptę).
Całkiem ciekawa lektura.

Również nieco więcej czasu przed telewizorem, jedna z pierwszych rzeczy, którą zauważam to, że pewien temat ogromnie się skurczył - wojna na Ukrainie - kilka tygodni temu relacjonowano ją codziennie, była to kwestia bytu/niebytu Polski i części Europy, teraz temat zniknął okazuje się, że może jest to kwestia dogadania się w temacie dostawy rzadkich minerałów do USA.... acha i przy okazji, niektórzy kwestionują prezydenturę W. Żełeńskiego gdyż kadencja zakończyła się ponad rok temu.

W głowie się kręci, to może lepiej wyjść na słońce.
Zmierzyłem się z upałem w poniedziałek. Słysząc prognozy pogody zaproponowałem, że odbiorę naszą najmłodszą wnuczkę ze szkoły.

Jazda klimatyzowanym samochodem nie była problemem, wydało mi się że samochody na ulicy jechały ostrożniej, być może był to wynik dość częstych przejazdów karetek pogotowia.

Wreszcie szkoła - wysiadam z samochodu i czuję jakby ktoś założył mi jakąś kłódkę na mózg.
Byle szybciej do wnętrza budynku, podobnie zachowują się inni rodzice, pewnym urozmaiceniem są dość liczne matki ubrane w bardzo obfite, ciemne stroje - one idą spokojnie i z wdziękiem.

Dowożę wnuczkę do domu i wypakowuję smakołyki jakie przygotowała wnuczętom Babcia.

Szykuję się do odwrotu, nawet kot nie ma siły mnie pożegnać...

Sunday, February 2, 2025

Pewna Legenda

Mam na imię Lech.
Polacy kiwają głową ze zrozumieniem - wiadomo początek państwa polskiego... 

Bardzo dawno temu w pewnej słowiańskiej osadzie żyło trzech braci, Lech, Czech i Rus. Żyli pod wielkim świętym dębem, spod którego tryskało święte źródło, z którego pił święty koń. Bracia żyli w zgodzie ze sobą i harmonii z naturą, we wszystkim słuchając się starego i mądrego kapłana, który wiedział wszystko o naturze, ludziach, życiu i świecie. Leczył doradzał i tłumaczył sny, zarówno młodym, jaki stary. Braciom kiedyś przyśniły się konie, a kapłan powiedział im, że te sny im się niedługo spełnią. Gdy byli młodzieńcami ich ojciec podarował im trzy źrebaki, o które mieli dbać, by im służyły. Kapłan osady podarował im jeszcze jednego, białego konia. Przykazał im, by wyruszyli w drogę i podążali za tym właśnie koniem, aż dotrą do wielkiej północnej świątyni.  

Źródło TUTAJ.

Dziwna sprawa, że w swoim długim życiu nie spotkałem fizycznie osoby o tym samym imieniu.

W moim przypadku sprawa ciągnie się przez 2 generacje.
Moi dziadkowie mieszkali na Mazowszu, w zaborze rosyjskim, to był okres zaostrzenia restrykcji, docierały również informacje o dyskryminacji osób polskiego pochodzenia w zaborze niemieckim.
Moja babka w odruchu sprzeciwu postanowiła nadawać swoim dzieciom starosłowiańskie imiona - Ludmiła (1892),  Lech (1897),  Ziemowit (1902).

Ja urodziłem się w roku 1941, pod okupacją niemiecką, moja Matka wspominała, że nadając mi to imię moi Rodzice dodawali sobie otuchy.

Pozostało świadectwo urodzenia...


Lech Lecha...

Tak minęło ponad 80 lat aż 2 lata temu przeżyłem szok.

Właśnie wtedy zainteresowała mnie tematyka stosunków izraelsko-palestyńskich, od tego czasu otrzymuję regularnie biuletyn The Jewish Independent Media - KLIK - moim zdaniem bardzo bezstronny i ciekawy.

Pod koniec października 2023 w biuletynie przeczytałem wiadomość, która mną wstrząsnęła - w tym tygodniu wypada Parashat Lech Lecha...

Co to jest???

Jak to co? 


Proszę kliknąć w powyższe zdjęcie...

A więc - Lech Lecha - znaczy po prostu - idź... do ziemi, którą ci przeznaczyłem.

Chwileczkę... a co przykazał kapłan legendarnym braciom - by wyruszyli w drogę... na północ.

W oczywisty sposób skojarzyło mi się to z nazwą jaką nadały Polsce niektóre kraje:
- Iran - لهستان - Lahastan.
- Turcja używała podobnej nazwy przez długie lata, ale ostatnio zmieniła na Polonya.

I jeszcze jedno - słowo Lech - to zdecydowanie nie brzmi mi po słowiańsku - co innego Listek, Leszek, Zlechic, Szlachcic, ale Lech - długie L i gardłowe CH/H - z tym osłuchałem się podczas dwuletniego pobytu na Bliskim Wschodzie.

Na tej podstawie wysnułem swoją własną fantazję...
Początek VII wieku, ziemie należące kiedyś do Kanaanitów, Filistynów, Izraelitów zostają opanowane przez Muzułmanów. Rozpoczyna się masowa emigracja Żydów - do Hiszpanii, do Syrii, Turcji, Grecji.
W Turcji powstaje plemię Chazarów - KLIK - i tu znajduję istotną wskazówkę - "Na początku IX wieku procesy centralizacyjne w Chazarii spowodowały wprowadzenie judaizmu jako jednolitej religii dla wszystkich plemion."
Logiczne wydaje mi się, że w tej sytuacji Chazarowie recytowali Torę i słowa, które usłyszeli od Boga - Lech Lecha. 

Bracia wysłani na północ przez kapłana powtarzali na głos te słowa aby dodać sobie otuchy.
I odwrotna strona medalu - te właśnie słowa zasygnalizowały Słowianon zbliżanie się Chazarów, naturalne wydaje się, że pomyśleli, że przybysze przedstawiają się podając swoje imię - Lech.

Wyznam, że w tym momencie ta legenda przestała być taka pewna.

Zastanawiam się jak ja - Lech - powinienem odpowiedzieć na to bratnie wezwanie.

Czas oczekiwania wypełniam sobie licznymi Lech Lechowymi rozrywkami:
Bingo!


Piosenka...

Posłuchać można tutaj - KLIK choć trochę licha.

Krzyżówka...


Najsmaczniejsze na koniec...


Uwaga: w tym roku Parshat Lech Lecha wypada 1 listopada.

P.S. Kanał Youtube oferuje kilkadziesiąt filmików na ten temat - niektóre bardzo ciekawe - KLIK.
Znalazłem również wersję polską - KLIK.

Wednesday, January 29, 2025

Zakamarki

 Większość moich tegorocznych wpisów miała charakter informacyjny - co się działo dookoła.

Dzisiaj zajrzałem w nieco ukryte kąty.

Przy okazji odwiedzin w polskim sklepie zajrzałem do sąsiedniego - tajlandzkiego Halalicious - w moim wpisie tydzień temu zasugerowałem, że sprzedawane tam produkty są Halal, co spotkało się z uzasadnionymi wątpliwościami.
Z bliska wygląda to tak...

A więc jednak - Australia potrafi połączyć sprzeczności.
Restauracyjka była jeszcze zamknięta.
Restauracyjka - nie wiem jak to nazwać - dwa mizerne stoliki, mogą tam upchać maksimum 6 gości.
Kto z tego korzysta?
Dookoła jest supermarket i kilkanaście małych byznesów typu kiosk z gazetami, apteka, kilka gabinetów medycznych i pewnie z 5 podobnych restauracyjek.
Jak to wszystko ekonomicznie funkcjonuje?

Coś dla ciała...
Na początku stycznia relacjonowałem opiekę i troskę, która zalewa mnie z każdej strony.
Dobra passa trwa - dzwoniła do mnie pani farmaceutka pytając czy nowe lekarstwa, które dostałem na Christmas nie wzbudzają moich wątpliwości, czy może potrzebuję konsultacji w tym zakresie, osobistej czy wystarczy telefoniczna?
Grzecznie podziękowałem - łykam co mi przepisali i nie myślę o tym.

Jadąc na bazar zauważyłem kolejny zestaw urządzeń do ćwiczeń...


Spróbowałem,  większość urządzeń wydała mi się bez sensu a to jest solidna konstrukcja, musiała sporo kosztować - rada dzielnicowa jest pewnie dumna ze swojej troski o kondycję mieszkańców.

Największe zaskoczenie na końcu - od 2 lat jestem prenumeratorem biuletynu Australijsko-Żydowskich Mediów. 
Niestety w Melbourne mieliśmy sporo ataków na synagogi i sytuacja nie jest przyjemna. Przy okazji jednak przeczytałem ciekawą historię o "historycznej antypatii Irlandii do Izraela" - KLIK.
Inspiracją był zapewne fakt że Irlandia dołączyła się do PołudniowoAfrykańskiej akcji oskarżenia Izraela o ludobójstwo w Gazie. W rezultacie ambasada Izraela w Dublinie została zamknięta.
Historia Irlandii nie jest specjalnie znana, ja dość przypadkowo dowiedziałem się, że podczas I Wojny Światowej Irlandia współpracowała z Niemcami na niekorzyść Anglii.
To było działanie typu - wróg mojego wroga jest moim sojusznikiem.
Po zakończeniu I Wojny, Irlandia rozpoczęła swoją własną wojnę z Anglią, która to wojna doprowadziła do powstania niezależnej Irlandii.
To jednak nie koniec - podczas II Wojny Światowej, Irlandia była bardzo oszczędna w poparciu obrony Anglii przed Niemcami.
Irlandia nie wypowiedziała Niemcom wojny, w Dublinie funkcjonowała cały czas niemiecka ambasada i tu BOMBA - w maju 1945 roku irlandzki premier Eamon de Valera - KLIK - wpisał się tam w księdze kondolencyjnej wyłożonej z okazji śmierci Adolfa Hitlera.
Muszę wyznać, że to przekroczyło moje pojęcie granic absurdu.

Monday, January 27, 2025

Australia Day

 26 stycznia - Australia Day.

Atmosferę świąteczną poczułem już dzień wcześniej...


Wiadomości państwowej telewizji ABC - spikerowi aż włosy stanęły z emocji a przekazana wiadomość znaczyła, że turniej Australian Open nie będzie już mnie zbyt interesował (wiadomość o wyeliminowaniu Igi Ś podano dzień wcześniej).

W przeddzień święta ogłoszono wyniki nominacji na Australian of the Year i im poświęcę więcej uwagi gdyż były dla mnie zaskoczeniem.

Najpierw wspomniano laureatkę z roku 2024 - Georgina Long - KLIK - onkolożka bardzo zasłużona w zwalczaniu melanomy, odmiany raka która bardzo ostro atakuje Australijczyków.
Pani Long miała okazję powiedzieć kilka słów i powiedziała - że sporo efektów jej pracy zostało stracone gdyż jakiś bardzo zaraźliwy program społecznościowy wypromował środek na błyskawiczne opalanie, który gwarantuje piękny kolor skóry a przy okazji raka.

Potem była prezentacja tegorocznych laureatów...
Zaczęło się normalnie - kategoria - Local Hero - dwie panie, 


które założyły kawiarnię Stepping Stone ( Odskocznia ), w której zatrudniają osoby ze środowisk migrantów i uciekinierów dając im szansę poznać język i zyskać wstępne kwalifikacje - przez ostatnie 4 lata z programu skorzystało 50 kobiet.

Kategoria - Young Australian of the Year - pani dr Katrina Wruck

- osoba o korzeniach Aborygeńskich, doktor w dziedzinie chemii szczególnie zainteresowana zapobieganiu skażeniu wody, które powoduje u wielu Aborygenów gorączkę reumatyczną (rheumatic fever ). Badania dały również komercjalny rezultat - proszek do prania wielokrotnego użytku.

Kategoria - Senior - Brother Thomas Oliver Picket -

- powyżej w towarzystwie premiera Australii.
Działalność charytatywna w organizacji chrześcijańskiej ( stąd tytuł brother ), która produkuje wózki inwalidzkie dla dzieci, które nie mogą chodzić.
Organizacja - Wheelchairs for Kids - KLIK - to zespół kilkuset emerytowanych mężczyzn, którzy produkują wózki specjalnie dostosowane do potrzeb dzieci w krajach trzeciego świata - wytrzymałość, mała waga, zdolność poruszania się w trudnym terenie.
Wyznam, że łza zakręciła mi się w oku - toż to rodzaj działalności, o jakiej opowiadały mi 70 lat temu zakonnice w szkole podstawowej.
Że coś takiego toleruje się w politycznie poprawnej Australii? I jeszcze przyznaje nagrody.
Brat Oliver wspomniał również o roli kobiet, które dodają wózkom matczynego ciepła wyposażając je w miękkie narzuty, poduszki i miękkie lalki 
Wyprodukowali ponad 55,000 wózków, które trafiły do ponad 80 krajów - na liście jest większość krajów Afrykańskich, ale także Białoruś - 130, Ukraina - 85.

I wreszcie Australian of the Year 2025 - Neale Daniher


Powyżej w towarzystwie córki i premiera Australii.
Kiedyś czołowy zawodnik futbalu australijskiego, 12 lat temu zdiagnozowany z motor neurone disease, choroba nadal uważana za nieuleczalną.
Neale założył organizację charytatywną, która organizuje imprezy i zbiera pieniądze na walkę z tą chorobą. Zebrano już ponad A$115 mln.

Oglądając te dwie ostatnie nominacje nie mogłem nie skojarzyć ich z działalnością Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - na marginesie wspomnę, że przekazała ona szpitalom sprzęt i fundusze przewyższające miliard australijskich dolarów.

Wyznam, że po tych emocjach niezbyt już interesowały mnie obchody Dnia Australii chociaż nie mogłem przegapić informacji o manifestacjach przeciwnych celebracji, uważających 26 stycznia za dzień inwazji - KLIK.

Pojawił się też nowy akcent  - jakiś neo-nazista zaatakował celebrujących Inwazję  - KLIK.

Oj po nierównej drodze toczy się ten świat.

Saturday, January 25, 2025

Siła ziemniaka

Koniec wakacji, wnuczęta zapukały do naszych drzwi.

Zajrzałem do wspomnień - 10 lat temu.

Telewizja ABC w ramach regularnych programów ogrodniczych odwiedziła ogród szkoły, do której uczęszczał nasz najstarszy wnuk Feliks...


 Dzieciom zadano pytanie:
Gdybyś miał być jarzyną, czym byś chciał być?
Ciemnoskóra dziewczyna w długiej sukience i z dokładnie zakrytą głową powiedziała:
- burakiem, bo burak puszcza sok gdy go skaleczysz.
Muszę wyznać, że przeszył mnie dreszcz - a ty dziewczynko - zapytałem w głowie - jak często bywasz kaleczona? Czy na Twojej ciemnej skórze ktoś zauważa równie ciemną krew?
Chłopiec pochodzenia wietnamskiego odpowiedział:
- cebulą, bo jak ją skaleczysz, to zaczniesz płakać.
Jakże to pasowało do historii Wietnamu, który, kaleczony przez dziesiątki lat, za każdym razem doprowadzał agresorów do łez i upokorzenia.
A nasz Feliks?
Feliks odpowiedział:
- ziemniakiem, bo... ziemniak nigdy nie umiera.
Prowadzący program był wyraźnie zaskoczony.
Ja zresztą też, ale bardzo pozytywnie.
Dla mnie znaczyło to, że Feliks nie ma żadnych negatywnych wspomnień i że ma absolutną wiarę, że jedzenie u Babci może czynić cuda.

Thursday, January 23, 2025

W polskim sklepie

 22 stycznia - po noworocznej przerwie wznowił działalność polski sklep w naszej okolicy.
Jest to miejsce na tyle istotne dla naszej egzystencji, że wstąpię tu na chwilę.
Najpierw jednak trzeba przejść obok włoskiej restauracji...


Jakże słusznie i historycznie - ... z ziemi włoskiej do Polski!
Kiedyś odwiedzaliśmy ten lokal - bardzo dobra pizza i takie sobie, ale obfite, obiady. Właściciel - Libańczyk

Polski sklep...


Oficjalna nazwa sklepu to Taste of Europe, ale zawartość głównie polska.
Wybór produktów bardzo szeroki, niestety nasze możliwości spożywcze się skurczyły i to z dwóch przyczyn - apetyty już nie takie a jednocześnie coraz rzadziej odwiedzają nas wnuczęta a i my coraz rzadziej mamy siły zaprosić kogoś na obiad.

Stałe pozycje zakupowe to: podwójnie wędzony boczek, salceson pieprzowy, biała kiełbasa do żuru, herbaty ziołowe (mamy w domu 18 rodzajów, sklep oferuje znacznie więcej), cukierki - śliwka nałęczowska dla żony, złota wiśnia dla mnie...

Istotny element zakupów to osobisty kontakt z właścicielami, sprzedawcami i wieloma klientami.

Po wyjściu ze sklepu trafia się pod następny szyld...


Halalicious... bardzo obiecująca nazwa - halal czyli koszerne po arabsku a jednocześnie jakieś takie... halucynogenne - i to w tajlandzkim stylu. Trzeba będzie sprawdzić czy nie cyganią.

Zakupy zrobione, w sam czas bo wnuczęta wróciły z wakacji...



Sunday, January 19, 2025

Droga Tania

 Piątek...
Po mocnych wrażeniach czwartku przyszła pora na uspokojenie - wizyta w bibliotece.

Na frontowej ścianie zegar słoneczny...


Nasze dni są jak cienie...
Nie wiem czy zgodzę się z tym stwierdzeniem?

Odebrałem zamówioną wcześniej książkę i pospacerowałem trochę przed biblioteką...

Doprowadzenie wody - oj chyba musi być nieszczelne skoro tyle roślin tam wyrosło.

Niespodziewanie podeszła do mnie jakaś pani:
- Czy nie uważasz, że moja laska jest lepsza niż twoja?

Zerknąłem na tę laskę... znaczy kijek do podpierania - to nie była laska, ale kijek zakończony kółkiem.
- Rozumiem - odpowiedziałem - to może być dobre, ale w moim przypadku istotne jest zapobiec utracie równowagi czyli muszę mieć laskę, która nie osunie się na ziemi.

Zerknąłem na laskę, która wszczęła tę rozmowę...
Nie wyglądała zbyt ciekawie, wiek około 60,  cech charakterystycznych brak.

Pani zrobiła dwa kroki - bo widzisz ja mam Multiple Sclerosis (Stwardnienie Rozsiane) i taka laska ułatwia mi płynne chodzenie.
- Tania - przedstawiła się.
- Tatiana - zmodyfikowałem.

Multiple Sclerosis!!!
Opowiedziałem Tani historię Anny Bartuszek, blogerki cierpiącej na MS...

i w jaki sposób zaktywizowała mnie ona na sporo lat - KLIK.

Tania uśmiechnęła się i zaproponowała żebyśmy przysiedli na chwilę na przedbibliotecznej ławce.
- Czekam tutaj na córkę - wyjaśniła - to jedna z niewielu bibliotek, które są otwarte po 5 wieczorem, przyjeżdżamy tutaj aż z Croydon (15 km).
- Po co jeździcie tak daleko?
- Córka może tutaj pograć w gry komputerowe. Nie mamy w domu komputera, nie mamy też telefonu.
- Ja mam niedowład dłoni i palców i nie mogę posługiwać się klawiaturą - odpowiedziała na moje zdumione spojrzenie. - A córka nie ma jeszcze 16 lat, to nie zgodziłam się na zakup telefonu. Za rok będzie miała prawo decydować.
- Wyobraź sobie, że szkoła miała do mnie pretensje, że nie mam telefonu, że niby utrudniam im kontakt - to JA im utrudniam??
Ja mieszkam 2 kilometry od szkoły, jak coś się stanie to mogą do mnie przybiec w 10 minut to jaki problem, albo niech dzwonią na policję.
Moja aprobata jej stanowiska chyba zachęciła Tatianę do dalszych zwierzeń...
- MS wykryli u mnie w wieku prawie 40 lat, miałam ukończone studia, dobrą posadę, spory depozyt na zakup domu/mieszkania i.... trach.
Na dodatek trafiłam na wyjątkowo negatywnych lekarzy - z ich komentarzy wynikało niezbicie że za 5 lat będę całkowicie sparaliżowana. Więc odczekałam kilka miesięcy, aż mi się należał long service leave (3 miesiące płatnego urlopu po przepracowaniu 20 lat). Wzięłam urlop, wypowiedziałam pracę, wyciągnęłam pieniądze z banku i pojechałam do... Estonii.
Spojrzała na mnie pytająco.
Kiwnąłem głową potakująco - byłem tam w 1996 roku, na maratonie narciarskim.
To przełamało kolejne lody.
- Wędrowałam z Estoni przez Łotwę...Litwę -- chyba nie pomyliłam? - Polskę - tak byłam kilka dni w Krakowie. Czechy, Bułgaria, Turcja... Syria, do Izraela wjechałam od strony Jordanii i przeszłam przez drobiazgową kontrolę osobistą.
Zawahała się chwilę... w Turcji poznałam mężczyznę i mamy razem córkę.
- Po powrocie do Australii zamieszkałam w domu rodziców i mieszkamy tam z córką do dziś.

Zapanowało kilka minut pozytywnej ciszy.
Podałem Tanii mój adres email, na wszelki wypadek - przecież ona nie ma e-mailu, ona wróciła do biblioteki wywołać córkę, ja ruszyłem w stronę domu.

Czy trafimy jeszcze gdzieś/kiedyś na siebie?

P.S1. Tania może być również smaczna...


I niedroga - A$7.50 za prawie kilowy słoik. 

P.S2. Bestia Ujarzmiona - niestety po kilku latach bestia podniosła łeb - Anna B. straciła zdolność poruszania się, zmarła w wieku chyba poniżej 40 lat :(

Friday, January 17, 2025

Ziii..mną

Czwartek, 16/1, rano...


Temperatura na zewnątrz 16C, w środku 20C.
W zimie włączylibyśmy ogrzewanie, ale przecież jest lato i to upalne.

Na rozgrzewkę pojechałem po zakupy.
Jak zwykle włączyłem w samochodzie radio - ABC/Classic - jakieś niewiadomo co ?-(
Tu już tak się ciągnie od początku tego roku - ani pół łyki dobrej muzyki.

Na szczęście sprzedawcy i sprzedawczynie na bazarze byli bardzo sympatyczni, a może nawet bardziej niż zwykle bo pora była wczesna i klientów niewielu.
Wtedy na własnej portmonetce stwierdziłem jak przemarznięte mam palce - nie mogłem za żadne skarby wysupłać żadnego dolara.
Na szczęście sprzedawcy byli cierpliwi i wysłuchali mojej opowieści o tym jak sobie odmroziłem palce podczas maratonu narciarskiego we Włoszech, nie ma zmiłuj, maraton się skończył i dolara trzeba było wyłożyć.

Po powrocie do domu zjadłem coś rozgrzewające go i uciąłem sobie drzemkę.
Przebudziło mnie wezwanie do akcji - wizytacje klientów Stowarzyszenia im św Wincentego. Po świątecznej przerwie mieliśmy aż pięć wezwań.
Trzy bardzo standardowe, dwa - wyjątkowe.
Pani z Wysp Cooka, chyba już o niej tu wspominałem - czekała na nas na ulicy gdyż wejście do jej domu jest zbyt niebezpieczne - jej 12-letni syn może zaatakować ostrym narzędziem. Jej widok wystarczy aby zmiękczyć nawet moje, twarde i przemarznięte serce - złapała mnie w objęcia, przytuliła policzek do policzka i tak trwaliśmy dłuższą chwilę a ja czułem wpływające do mojego ciała ciepło.
Za parę minut musiałem ją odstąpić swojemu partnerowi, wręczyliśmy kupony na żywność i pojechaliśmy dalej z poczuciem niedosytu - ta osoba całkiem zmarnieje w obcej dla niej Australii.
Następna wizyta - znowu beznadziejna historia ale odwrotny rodzaj beznadziei - młoda dziewczyna z paskudną przeszłością, trójka dzieci wychowywanych przez opiekę społeczną, równowagę psychiczną podtrzymują jej psy, z tego powodu brakuje jej pieniędzy na jedzenie dla siebie.
Podyskutowaliśmy na ten temat w jakimś błędnym kieracie, ale cały czas wizyty był zdominowany wyglądem klientki - jej bardzo obfite ciało było całe pokryte paskudnymi wrzodami.
Coś tam wspominała o problemach ze zdrowiem, ale co to były te wrzody?
Pomyślałem sobie, że gdybym spotkał taką osobę w sklepie spożywczym to natychmiast poprosiłbym personel o interwencję - aby dopilnowali żeby niczego nie dotykała gołymi dłońmi.
Na dodatek poprosiła o kupony do sklepu Vinnies - towary używane - a co gdy ona zechce przymierzyć jakieś ubranie?
Po zakończeniu wizyty zadzwoniłem do naszej przewodniczącej, byłej pielęgniarki, z prośbą żeby skontaktowała się z naszą klientką i w taktowny sposób załatwiła jej jakąś pomoc medyczną.

Po powrocie do domu, dla relaksu zajrzałem na zaprzyjaźnione blogi a tam - SZOK!
Na kilku blogach prowadzonych na platformie Wordpress,  już od kilku dni atakowały mnie jakieś porado-reklamy medyczne ilustrowane obrazkiem przeraźliwie zdeformowanych nóg kobiecych. To jakoś skojarzyło mi się z tymi wrzodami na ciele klientki i wyznam, że poczułem chęć... mordowania.

Na szczęście znużenie emocjami dnia wzięło górę i zasnąłem bez problemu.
Dzisiaj, piątek, pobudka... wnuczka z koleżanką przyszły do nas na śniadanie. Prześcigały się w opowiadaniach o życiu na studiach - masa spotkań towarzyskich plus każda z nich ma dwie regularne prace - o studiach ani słowa.

Po śniadaniu wsiadły do swoich zgrabnych samochodzików i odjechały do swojego życia...


Na szczęście dzisiaj trochę cieplej więc może i ja przeżyję.

P.S1. Pisząc ten wpis odwiedziłem wspomniane strony żeby zaprezentować temat mojego wzburzenia, Wordpress to przewidział i obrazek został zmieniony...

P.S2. Dzień później, inne miejsce - nie blog ale Gazeta.pl - ta sama zmora...


Znowu zebrało mi się na mdłości.

Monday, January 13, 2025

Ten tego tenis

W Melbourne coś się dzieje - Australian Open.

Właśnie obejrzałem migawki z rozegranego kilka godzin wcześniej meczu I. Świątek- K. Siniakova.
Czyli... mogę sobie wyobrazić, że jestem w Polsce :)

Ale skosztowałem Australian Open osobiście - 16 lat temu odwiedziła nas znajoma z Polski i wybrałem się z nią na korty.
Zasadniczo są 2 typy biletów - numerowane miejsce na jednym z trzech krytych kortów albo nienumerowane miejsce na jednym z 12 pomniejszych kortów.
Wtedy udało nam się zobaczyć na pomniejszym korcie Agnieszkę Radwańską.

Zastanawiam się - jaki sens ma osobista obecność na meczu tenisowym?
Oczywiście że ma wiele sensów - jeśli jesteśmy w towarzystwie to wspólnie przeżywamy i dzielimy emocje. Niezależnie od tego dzielimy emocje z całą widownią.

Osobny wymiar przeżywania to wyświetlane na ekranie powtórki bardziej emocjonujących fragmentów.
Tu sprawa robi się dwuznaczna - w zaciszu domowym można to obejrzeć dokładniej.

To przywołuje wspomnienie - czasy gdy telewizji nie było.
Czyli rok 1956/7 - turniej tenisowe w Sopocie.
Grała jeszcze przedwojenne gwiazda - Jadwiga Jędrzejowska, wśród mężczyzn sensację budził Władysław Skonecki, który w 1951r odmówił powrotu do Polski i święcił spore sukcesy międzynarodowe. Po odwilży 1956 r. wrócił i miałem okazję oglądać go na korcie. 
Grał bardzo efektownie, ale jednak przegrywał z A. Licisem czy W. Gąsiorkiem, którzy potrafili bardziej pracowicie biegać po korcie.

A propos bieganie po korcie...
Wszyscy zawodnicy/zawodniczki ubrani na biało.
Pewnie ze 20% graczy występowało w długich spodniach.
Podczas przerwy między setami sporo zawodników raczyło się gorącą herbatą.

Miło powspominać, na dodatek te wspomnienia nie mogą zostać skontrolowane czy zweryfikowane jakimś nagraniem - czysta pamięć - wyłącznie moja.

P.S. Sprawdziłem ceny biletów na Australian Open na jutro (wtorek 14/1) - KLIK.
Rod Laver Arena A$95, Margaret Court Arena A$69, John Cain Arena A$119
Pomniejsze korty - sesja dzienna A$59, sesja wieczorna A$25.
Zostanę w domu.

Thursday, January 9, 2025

Pod opieką

 Już 17 dni minęło od zeszłorocznej Wigilii - 6 wpisów blogowych.
Tematyka była różna, ale baza była stała - ktoś się troszczył o moje zdrowie.
Wspomnę więc dzisiaj osoby i instytucje, które zapewniają mi warunki do kontynuacji całkiem bezproduktywnej egzystencji.

Państwowa Służba Zdrowia - mechanizm tak ogromny,  że może przestraszyć, ale jednak... kiedy trzeba to JEST.
W Australii mamy bardzo według mnie zgrabne połączenie państwowego finansowania prywatnych usług.
A więc - lekarze są prywatni co gwarantuje bezszmerowe dopasowanie usług do potrzeb.
Finansowani są - podstawowo z kieszeni państwowej... każda usługa medyczna wykonana przez zarejestrowanego medyka jest opłacana przez państwo.
W tej sytuacji wielu idzie na łatwiznę - bulk billing - czyli pacjent nie dopłaca ani grosza.
Stawki państwowe nie są oszołamiające - A$41 za krótką (10 min) wizytę.
To znaczy... jeśli ktoś nie da się oszołomić, ale będzie przerabiał pacjentów jak automat to wyciągnie A$200 za godzinę, to chyba nie jest zły zarobek.
Dla emerytów czas wizyty i stawki płacone przez rząd są wyższe.
Ale jak ktoś lubi zapłacić i czuć się dobrze obsłużony to też znajdzie sobie odpowiedniego lekarza.

Dostępność lekarzy...
Wydaje mi się, że mieszkamy w raczej przeciętnej dzielnicy, ale zaskoczyło mnie jak szybko dostałem się do lekarza i ile opcji miałem do wyboru - nie więcej niż 3 godziny czekania.

Druga strona medalu - jako pacjent przetestowałem w ostatnich dniach sporo kombinacji.
Nurse-On-Call - telefoniczna porada pielęgniarki kiedy nie wiemy co zrobić.
Według mnie daje sporo spokoju psychicznego, czekanie mniej niż 5 minut.
Pogotowie - numer 000 - było kilka przypadków kryzysu gdy linie telefoniczne pękały w szwach, czekało się długo na połączenie, czekało się długo na pogotowie, czekało się długo na izbie przyjęć w szpitalu.
W moich chyba 5-6 przypadkach z ostatnich 2 lat czas czekania nie zagrażał zdrowiu.

Pobyt w szpitalu - lepsze wrażenie zrobiły na mnie szpitale państwowe.
Sprawa jest prosta - szpital prywatny to punkt w którym działa wielu prywatnych specjalistów i kilka razy spotkałem się z sytuacją gdy nikt nie wiedział kiedy mój specjalista będzie miał czas mnie odwiedzić (pocieszać może fakt, że nie były to przypadki krytyczne).
Szpital państwowy to precyzyjna maszyna - regularny obchód przez zespół lekarzy (w tym kilku studentów).
Również jeśli chodzi o pielęgniarki to w szpitalach państwowych zespoły są bardziej stabilne a więc przy kilkodniowym pobycie czułem się jak w rodzinie. 
Muszę jednak wspomnieć, że w szpitalach prywatnych jedzenie jest smaczniejsze.

Po wyjściu ze szpitala - przy wypisywaniu zadbali żebym miał umówione wizyty u lekarza domowego i u specjalisty.

Tydzień po wypisaniu ze szpitala zgłosiła się do mnie pielęgniarka na wizytę domową.
Pogadała o zdrowiu, sprawdziła czy przestrzegam wskazówek szpitala, zrobiła wizję lokalną - czy dajemy sobie radę z codziennymi sprawami.
Tu wspomnę, że nasze dzieci zainstalowały w naszym domu trochę barierek i innych aparatów ułatwiających.

Przedstawiła szeroki asortyment dostępnych usług.
- pomoc domowa - już korzystamy - 2 godziny sprzątania na tydzień - ta usługa dostępna jest na kilku poziomach. My kwalifikujemy się na państwową emeryturę a zatem możemy korzystać z państwowych usług Age-Care i ich polskiej odmiany POL-Care.
Pani jest bardzo miła i pracowita - to już trzecia pani - wszystkie były dobre, ciekawe, że żadna z nich nie robi tej pracy z powodów czysto ekonomicznych - wszystkie mają ustabilizowaną sytuację materialną.
- pomoc w ogrodzie - też POL-Care - 2 godziny na miesiąc..

- rehabilitacja - ćwiczenia fizyczne - zapisała nas do jakiegoś ośrodka

- pomoc przy zakupach,
- pomoc osobista - kąpiel itp.
Wszystkie powyższe usługi są płatne przy czym wysokość opłat zależy od sytuacji materialnej klientów.

- aktywność społeczna - przeróżne kółka i kółeczka często do tego dołączony jest posiłek.
Na dodatek, w sąsiedztwie zauważyłem takie ustrojstwo...


Malutki skrawek zieleni a władze dzielnicowe umieściły tam zabawki dla dzieci - huśtawka, zjeżdżalnia i siłownię dla dorosłych.
Lokalizacja niby dobra bo tuż obok jest MacDonald, ale to złudzenie bo klienci MacDonalda nie wysiadają z samochodu a okolica jest tak przesiąknięta zapachem frytek, że aż mdli.

Uffff - aż przytłacza mnie ta ilość i różnorodność tej pomocy, którą mogę otrzymać.

Najgorsza sprawa to odwrotna strona medalu - ja też chciałbym w czymś pomóc (niekoniecznie tylko w obieraniu ziemniaków).

Dzisiaj nawet ktoś zapukał do drzwi - młody pan z Cerebral Palsy Alliance (dziecięce porażenie mózgowe) - KLIK - poszukują ochotników... ale w wieku poniżej 80.

Jeśli to odrzucenie mnie przygnębiło to mogę zadzwonić do Beyond Blue - KLIK - gdzie uspokoją moje nerwy.

Pozostaje mi solidna baza świadczenia pomocy - Stowarzyszenie św Wincentego - pierwszy dyżur po świątecznej przerwie za tydzień.

W sekrecie wyznam, że obmyśliłem dodatkowo bardzo perfidny plan... żeby komuś pomóc... sprawa w toku.

Tuesday, January 7, 2025

2025

 Rok 2025 - 
Kilka dni temu dowiedziałem się, że jest trochę nadzwyczajny - liczba 2025 to kwadrat liczby 45.
Średnio wydarza się coś takiego dość rzadko - ostatni raz było to w roku 1936 (44x44), następny raz wydarzy się w roku 2,116 (46x46).

Rok 1936 był według mnie brzemienny w wydarzenia:
- rozpoczęła się wojna domowa w Hiszpanii - test faszyzmu i komunizmu.
- odbyła się Olimpiada w Berlinie - demonstracja sukcesów faszyzmu.
Sprawy unormowały się nieco dopiero ponad 50 lat później.

Rok 2025 zaczyna się na nieco niepewnym gruncie:
- Polska - nie wiadomo kto rządzi, kto sądzi a kto będzie siedział.
- Ukraina - nastąpi JAKIEŚ rozstrzygnięcie.
- USA - prezydent Trump czymś zaskoczy.
- kryzysy polityczne w Korei Południowej, Gruzji, Syrii i jeszcze kilku krajach.

P.S. Wszystko o liczbie 2025 TUTAJ.

Saturday, January 4, 2025

1%


Sobota - czwarty dzień roku, czyli właśnie mija już 1%.

Jak mija?
Wczoraj już życie nabrało życia - przyszli do nas goście.
Jedna pani tak się przejęła, że przyszła godzinę za wcześnie.
Stąd praktyczny wniosek - gdy kogoś zapraszasz to nie używaj ogólnych sformułowań typu - przed szóstą, na szóstą ale możesz przyjść trochę wcześniej itp.
Przedwczesna gościnia miała mocny argument - ja tu sobie zapisałam w notesiku, że na piątą!
Dla mnie to kolejna wskazówka - nie wystarczy powiedzieć, warto potwierdzić sms-em żeby nie być zdanym na łaskę czyjegoś notesika.

OKRUTNY jestem :(((

Od wczoraj promienie słońca zaczęły zmieniać się w ciepło.
Wkrótce po przybyciu gości trzeba było włączyć klimatyzację, ale idąc spać wyłączyliśmy ją otwierając w zamian drzwi i okna na przestrzał.
I tak to wyglądało dziś rano...


Temperatura 22C - ostatnia szansa na wygodny spacer.
Tym razem nie rozglądałem się za rozmodloną Angielką,  zmarszczyłem brwi i poszedłem w najbardziej zacienioną uliczkę.


Zwróciłem uwagę na te puchate figury na gałęzi - szyszki to czy gołębie?
Piekielny krzyk kolorowych papug, które śmignęły mi między uchem a ramieniem przywołał m.nie do rzeczywistości.
Rozejrzałem się za twarzą zwierzęcia, z którą miałem nadzieję pogadać w wigilijny wieczór - nie mogłem znaleźć.
Ale jednak OKO natury mnie obserwowało...


Które bardziej?
To płaskie, szeroko otwarte, czy to w cieniu, przysłonięte liśćmi?

Wystarczyły dwa kroki bez ochrony cienia i odechciało mi się spaceru.
Wróciłem do domu, zaryglowałem drzwi i okna i zasiadłem do komputera.

Najpierw codzienny rytuał - Wordle - to już 678 raz, wkrótce zaliczę drugi rok.
Dzisiejsze hasło:
Jakże słuszne.
A jednocześnie pokazuje jak ja sobie potrafię komplikować życie - przecież ja miałem już po 3 krokach rozwiązanie przed nosem!

I tak, na luzie, rozejrzałem się po szerszym świecie.

Żeby nie zasklepiać się w sobie spojrzałem na odległą mi, ale przecież niezwykle istotną dziedzinę - aborcje.

W ubiegłym roku był to bardzo istotny temat w życiu społeczno-politycznym Polski. Zaszumiało trochę na ten temat w USA - w sumie wygląda na to, że w większości krajów sprawa funkcjonuje w zadowalający sposób - czyli właściwie jak?
 Ano TAK - KLIK.

77 milionów aborcji rocznie, znaczy 200,000 dziennie, znaczy w tym roku już ponad pół miliona.

O dziwo jakoś nie poczułem z tego powodu radości ani satysfakcji.
Generalnie jestem zdania, że rodzice powinni mieć prawo decyzji o losie ciąży, ale jednak ich decyzja powinna być wsparta medyczną i psychologiczną konsultacją.
Jednak te LICZBY mają MOC.
Pomyślałem sobie, że te wszystkie prawa kobiet, troska o planetę, wartości ludzkie i ponadludzkie, wiele odcieni patii - to jest cudowne!!!
Ale ludzie - na miłość boską ( a nawet szatańską) - zastanówcie się trochę gdy się PIEPRZYCIE!11

Thursday, January 2, 2025

Drugi krok

 Drugi dzień Nowego Roku, znaczy stoję dwoma nogami na stabilnym gruncie.
Jeszcze raz dziękuję czytelnicz(k)om za piękne życzenia.

Krótki przegląd ostatnich dni.
Sylwester - przyłożyłem głowę do poduszki jeszcze przed 10. i odpoczynku nie zakłóciły fajerwerki ani z Sydney ani z Melbourne :))
1 Stycznia - słoneczny ranek.
A wkrótce dodatkowy błysk słońca - nasza wnuczka Sabina, wracając do domu  z Sylwestrowej zabawy, wpadła do nas na śniadanie ...

Pogoda była słoneczna i piękna, wybrałem się na spacer, krótki, krótszy nawet od tego niedzielnego, który podprowadził mnie pod drzwi natchnionej Angielki.

Mój spacer zakłócił jakiś samochód... niby wszystko normalne - mały samochód, za kierownicą kobieta - taka jest właśnie nasza sąsiadka na drugiej ulicy, ale to był inny samochód - czarny volkswagen i inna kobieta - tak to była pani, która modliła się za mnie w ostatnią niedzielę.
Pomachała mi przyjaźnie - dużo zdrowia... to ja Debra.

I pojechała.
Rzeczywiście - podczas pierwszego spotkania przedstawiła mi się jako Debra.
Debra - znaczy Deborah - w Biblii jest to hebrajska kapłanka i prorokini zamieszana w masowy mord oryginalnych mieszkańców terenów Palestyny i Izraelu.

Oj mam nadzieję, że będę mógł oddychać spokojnie bez mieszania się w jakieś wojny czy inne awantury :)

Dzisiaj - pierwszy dzień powszedni - na ulicy zauważyłem...