Monday, January 20, 2020

Poniedziałkowe wizyty

Wyłom, prawie zawsze w niedzielę (lub przyległe dni) jest wpis niedzielny, ale dzisiejsza Ewangelia była dla mnie mało inspirująca. Właściwie było to powtórzenie Ewnageliii sprzed tygodnia - chrzest Jezusa, tylko opowiedziany przez innego Ewangelistę i w związku z tym niezgodny z opisem poprzednim.

Udaliśmy się więc dzisiaj na wycieczkę, na farmę naszej córki gdyż tam przybył nowy mieszkaniec.


.Wiek - niecałe 2 tygodnie.

Poniżej jego główne zajęcie.


Niestety trochę trudno było poświęcić nowonarodzonemu należytą uwagę gdyż rozpraszałały nas częste i uciążliwe deszcze.

Osobom pod wrażeniem australiskich upałów polecam TEN link, to jest dokładnie nasze doświadczenie ostatnich 2 dni.


Thursday, January 16, 2020

Muzyka cenniejsza niż złoto

W poprzednim wpisie wspomniałem genezę pojawienia się muzyki klasycznej w Ballarat.

Ten zacznę od złota.
W Muzeum Australijskiej Demokracji w Ballarat znajduje się replika złotego nugatu znalezionego w tej okolicy w 1858 roku.


68.98 kg czystego złota.
Rok 1858, to już ósmy rok gorączki złota w okolicach Ballarat. Amatorów kopiących dołki przy użyciu łopat i kilofów zastąpiły zespoły wyposażone w mechaniczne koparki.
Nugat został wydobyty przez 22-osobowy zespół górników przybyłych tu z Kornwalii.
Oczywiście przybyli nie wszyscy naraz. Prawdę mówiąc, to akurat zrobili sobie przerwę na lunch, pozostawiając w tunelu wynajętego pracownika. Ten znalazł nugat i z wrażenia zemdlał. Gdy koledzy wrócili do pracy, zauważyli leżące w tunelu ciało. Pospieszyli na pomoc. Pierwszy z nich, gdy zauważył powód zasłabnięcia, również zemdlał.
Jak to dobrze, że zespół liczył aż 22 osoby – któraś z nich nie zemdlała.

 Nugat kupiła firma Wittkowski Brothers (Julius, Isidor, Joseph) za £10,500, co przewyższało jego rzeczywistą wartość. Przez kilka miesięcy nugat był prezentowany na wystawach, ostatecznie kupiła go za £9,350 królewska mennica w Londynie i przetopiła na złote suwereny.
Na marginesie wspomnę, że jest to drugi co do wielkości złoty nugat. Największy, 72,02 kg, został znaleziony 10 lat później w tych samych okolicach.

 Bryła złota w Muzeum Demokracji, czy to nie dziwne zestawienie?
Właściwie dlaczego dziwne? Przecież wiadomo, że demokracja to bardzo nieefektywny i kosztowny system. Gdyby tak każdy demokrata wnosił do systemu bryłę złota, to może wreszcie przedsięwzięcie zakończyłoby się sukcesem.

 68.98 kg złota.
To 2,217 uncji czyli według dzisiejszych cen $2,866,181.
Phi, to wcale nie tak wiele. Prywatny kanał telewizyjny podpisał 6-letni kontrakt na prawo transmisji rozgrywanego właśnie w Melbourne turnieju tenisowego Australian Open. Cena $300 milionów. Oglądanie tenisa mnie nudzi, przejdę zatem do muzyki.

8 dni, 23 koncerty, kilka z nich powtórzonych.
Nie mogę pojąć jak znaleziono tylu wykonawców, jak to skoordynowano?
I najważniejsze - jak znaleziono tylu wytrwałych słuchaczy?
No cóż, ich przodkowie dali sobie radę w trudniejszych warunkach.

My przyjechaliśmy tylko na 3 dni, tylko na 6 koncertów.

Nie będę tu pisał o muzyce tylko o towarzyszącyh jej okolicznościach.

Pierwszy koncert to tradycyjnie muzyka sakralna.
W tym roku był to Jan Sebastian Bach:  Pasja wg św Marka - dyskografia w post scriptum.

Kolejny dzień - sobota - 3 koncerty.
Pierwszy w niewielkim kościele w Dolinie Węży - Snake Valley.


Kościół ufundował miejscowy farmer. Górnicy musieli wszak jeść.
W kościele niewielkie, ale sympatyczne organy. W programie utwory na altówkę, organy służyły jako akompaniament.

Teraz trzeba nieźle się spieszyć żeby wrócić do miasta, coś zjeść i na następny koncert.
W programie bagatele i sonata fortepianiowa Beethowena. Znany nam dobrze, świetny wykonawca.

Wracamy do motelu.
Zdecydowaliśmy się na podgrzewany obiad, restauracja zajęłaby zbyt wiele czasu.
Przed obiadem chwila odpoczynku.
Stwierdzamy, że jesteśmy mocno zmęczeni.
Wiek swoją drogą a kiepska jakość powietrza też odgrywa swoją rolę.

Przez chwilę rozważam możliwość opuszczenia tego koncertu.
Wykonawcy to pani grająca na flecie prostym (po angielsku - recorder) i harfista.
Jak właściwie nazywa się kobieta grająca na rekorderze?
Chyba rekordzistka.

Pomyślałem sobie, że ten koncert to taka zapchajdziura - dać szansę solistom grającym na mało popularnych instrumentach.
Na szczęście zmobilizowałem się i przekonałem w jak wielkim byłem błędzie.

Po pierwsze koncert odbył sie w kaplicy Loreto College - KLIK - przepięknie utrzymany zespół budynków.
Po drugie - "rekordzistka" - Genevieve Lacey - KLIK.
Genevieve rozpoczęła od krótkiego przedstawienia się i podziękowań. Dziękowała Loreto College, w którym pobierała naukę. Dziękowała zakonnicom, które ukształtowały ją na silną kobietę.
Jak prawdziwie to brzmiało - od Hildegarde von Bingen - KLIK - kompozytorki, pisarki, naukowca do Germaine Greer - KLIK - symbolu feminizmu - kobiety ukształtowane w instytucjach zakonnych.
I moje własne doświadczenie - nauka w szkole Nazaretanek, wakacje w zakładach Samarytanek, mieszkanie w domu prowadzonym przez Sercanki.
Niestety nie jestem kobietą więc charakter pozostał mi słaby.

Po podziękowaniu przyszedł czas na muzykę.
Pewną ilustracją może być pozycja 4 w dyskografii. Tu oczywiście nie było żadnych scenn zbiorowych, ale akompaniament harfy i atmosfera kaplicy świetnie je zastępowały.
Cudowny koncert.

Dzień trzeci - niedziela.
Zaczęliśmy od mszy. Relacja w poprzednim wpisie.
Po mszy udałem sie na spacer po okolicy.
Pogoda sprzyjała. Było całkiem chłodno, ale całkiem czyste powietrze.
Zniosło mnie na manowce w pobliżu motelu.

Na wstępie odrobina edukacji przeciwpożarowej


Tak wygląda australijski eukaliptus w akcji. Wszędzie pełno zeschniętej kory. Nasyconej olejkiem - idealne paliwo. 
To również przedmiot ciągłej walki. Z jednej strony tradycjonaliści - backburning czyli prewencyjne wypalanie. Z drugiej obrońcy natury - niczego w lesie nie ruszać. 

Idę dalej - tajemniczy tunel


A za tunelem...


Widzicie Państwo ten spory, jasny głaz przy ciemniejszej części płotu?
W Ballarat?
Wyraźnie widzę połyskujące złotawe smugi.
Hmmm, to będzie jakieś 8 kg cennego kruszcu.

W przekonaniu utwierdza mnie trzyoki strażnik.


Co robić?
Kolejny koncert za niecałą godzinę. 
Przypomina mi się tytuł tego wpisu i pędzę do motelu przebrać się.

Znowu jesteśmy w katedrze.
Organy. Gra Pavel Kohout - KLIK.
W programie J.S. Bach i trzy utwory czeskich kompozytorów. Nie mogę się oprzeć pewnej zazdrości - jak to Czesi potrafią zadbać o swoich.

Znowu przerwa, chwile słabości i pora na wieczorny koncert, tym razem występy chóralne w Uniting Church. Koncert o mylącej mnie nazwie True Romantics. Rzecywistość przewyższa oczekiwania. Promocja koncertu w postscriptum - 5.

Wychodzimy na zewnątrz.
Czyste niebo. Kontrast ostry jak brzytwa.


Zapowiadał się piękny dzień.
Jednak poniedziałkowe przebudzenie nie było miłe. Czułem zmęczenie.
Poranny dziennik tv wyjaśnił przyczynę - jakość powietrze w Melbourne wyjątkowo kiepska. Miasto spowite dymem.


Trzeba było zostać w Ballarat do końca festiwalu.

Dyskografia:
1. Pasja wg św Marka - KLIK.
2. Misa Criolla - ten utwór otworzył festiwal w 2018 roku - KLIK.
3. Beethoven - Appasionata - KLIK.
4. Genevieve Lacey - recorder - KLIK.
5. Australian Chamber Choir - KLIK.

Monday, January 13, 2020

Niedzielne chrzciny

Ostatni weekend spędziliśmy poza domem, w Ballarat gdzie przyciągnął nas festiwal muzyczny - Organs of the Ballarat Goldfields - KLIK.

Ballarat to miejsce gdzie w połowie XIX wieku odkryto najbogatsze na świecie złoża złota. Przyciągnęło to tłumy z całego świata, skutek wiadomy - grzech.
A skoro grzech, to potrzebni byli księża i kościoły.
W Australii konkurowały ze sobą 3 religie - anglikanie, katolicy i protestanci. W rezultacie w każdej miejscowości powstawały 3 kościoły, przynajmniej w jednym z nich instalowano organy.

Zanim przejdę do tematu wpisu, wspomnę o aktualnej sytuacji pożarowej w mojej okolicy.
Chłodno i spokojnie. Dotkliwe jest zadymienie powietrza.

Wyjechaliśmy w południe w piątek, dystans 130 km.
Gdy wsiadaliśmy do samochodu, było całkiem zimno - 16C. W połowie drogi złapał nas deszcz


Gdy dojechaliśmy do celu temperatura spadła do 12C.
Miałem ze sobą podkoszulkę, grubą wełnianą kamizelkę, marynarkę i parasol, ale jednak przez te trzy dni było mi zimno i mokro.

Wrażenia z festiwalu opiszę w osobnym wpisie, dzisisiaj tylko tytułowy chrzest.

Na niedzielną mszę poszliśmy do katedry św Patryka w Ballarat (zdjęcie z zeszłego roku).


 Ewangelia opisywała chrzest Jezusa.
Od najmłodszych lat pamiętam dyskusje - po co Jezusowi był chrzest?
Niestety przywiązywano wiele znaczenia do spraw proceduralnych oraz próbowano tłumaczyć tematy religijne w "naukowy sposób"
W rezultacie utraciłem wiarę.
Pozostało mi natomiast przywiązanie do kościoła i czuję sie tam bardzo dobrze.

Większość australijskich księży potrafi bardzo uprościć sprawy religii i nadać im lekkostrawny charakter.
A zatem - po co Jezus się chrzcił?
To było Jego wejście w ludzką społeczność, danie przykładu: do społeczności chrześcijańskiej wchodzimy przez chrzest.
I druga sprawa - w momencie chrztu Jezusa z nieba odezwał się głos: oto syn mój...
To odnosi się do wszystkich ludzi - w momencie chrztu stają się dziećmi bożymi. Kontynuacją jest modlitwa Ojcze nasz.

W tym momencie mój pokręcony stosunek do wiary i religii nie miał znaczenia. Czułem się jak w rodzinnym domu.

Pozostał jednak spory margines na sceptyczne obserwacje.
W trakcie mszy odbył się chrzest trojga dzieci - Seamus, Luna Grace i Willow Pamela.
Willow? Znaczy: wierzba.
Chrzest Wierzby?
W znanej mi polskiej tradycji nazywa się to chyba Topienie Marzanny.

Wednesday, January 8, 2020

zamknęli drzwi budynku, uszczelnili wszystkie otwory i wpuścili do środka gaz

...Następnego dnia więźniowie usunęli z budynku ciała. 60 tysięcy indyków.

To dosłowny cytat z telewizyjnych wiadomości POLSAT News, nieco precyzyjniejsza informacja TUTAJ.

Przyznam się, że zrobilo mi się trochę słabo.

Nie uważam wegetarianizmu za właściwą dietę w polskich czy australijskich warunkach klimatycznych. Zamieszkujący te tereny ludzie od niepamiętnych czasów jedli mięso i nie wyszło to im na złe. Zaszkodziło dopiero wkroczenie nauki, medycyny i ekonomii w sprawy odżywiania.

I mamy co mamy - kurnik na 60,000 indyków.
Odwiedziłem kiedyś coś podobnego - kurnik na 15.000 kur. Przerażające.

Co zrobię?
Kupujemy tylko mięso "free range chicken". Free range znaczy, że kury codziennie spędzają większość czasu na, powiedzmy - świeżym - powietrzu.
Konkretnie - Lilydale chicken  KLIK.
Z drugiej strony kupujemy je w wielkich supermarketach, Coles lub Woolworths a nie mam wątpliwości, że te instytucje narzucają farmerom bardzo ostre rygory ekonomiczne.

Mięso kurczaków kupujemy średnio raz na 2 tygodnie. Trochę na rosół, większość na sznycle z kurczaka na obiad dla nas i dla wnucząt z przyległościami.

A więc?
Poszukam czy są jakieś praktyczne możliwości kupienia mięsa kurczaków od zaufanych farmerów. Może być skomplikowane.
Podejrzewam, że skończy się na pewnym ograniczeniu, ale nie rezygnacji.

Wieszcz głosił - wiek męski, wiek klęski.
A ja już pewnie dwukrotnie przekroczyłem to co Wieszcz uważał za wiek męski.

Sunday, January 5, 2020

Pierwszy krok

...w Nowy Rok.

Pierwszy dzień roku zakończyłem bardzo efektownie - wziąłem udział w zawodach orienteeringu ulicznego - TUTAJ wspomnienie poprzedniej takiej imprezy.

Znowu wielu starych znajomych i nawet nie zająłem ostatniego miejsca.

Niestety kilka kolejnych dni spędziłem na bezczynności, dopiero dzisiejszy poranny deszcz wyrwał mnie z letargu.

Deszcz.
Przyznam się, że odczuwam pewne zażenowanie. Australia płonie, wiele ludzkich tragedii, a my, w Melbourne, żyjemy w jakiejś nierealnej oazie. Umiarkowane temperatury a dzisiaj na dodatek deszcz. A do tego zimno, autentycznie zimno - w tej chwili (4 popołudniu) 16C. Musiałem się ubrać tak jak w okresie zimowym.

Dzisiaj było więc przygotowanie do akcji - smażenie naleśników. Konsumentami są głównie nasze wnuczęta. Zapotrzebowanie - ponad 800 naleśników rocznie.

Dzisiaj wyszło 20.
Marsz się zaczął.

Monday, December 30, 2019

Niedzielne liczenie

Był już wpis o tym tytule na tym blogu - KLIK .
Tamtym razem liczyłem ludzi, tym razem to co naprawdę ważne - pieniądze.

Oczywiście nie liczylem w niedzielę tylko dzisiaj, w poniedziałek.
Dotacje zebrane w poprzednim tygodniu na tacę w moim parafialnym kościele.

Tydzień obfitował w wydarzenia więc i plon był bogaty.
Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, że torby z monetami były trudne do uniesienia.
Pojechaliśmy (liczników jest trzech) do najbliższego banku a tam, niespodzianka, zamknięty do końca tygodnia.
Pojechaliśmy do sąsiedniej, poważniejszej dzielnicy. Bank otwarty, klientów niewielu, podbiegł do nas bardzo uprzejmy pan - w czym mogę pomóc?
Przyznam, że nieco mnie zaskoczył gdyż w dłoni trzymał plastikowy kubek z kawą. To nie jest bankowy standard obsługi, ale z drugiej strony co tu mówić o standardach kiedy banki starają się całkowicie wyeliminować ludzką obsługę.

Wyjaśniliśmy, że pieniądze są zapakowane w specjalne bankowe torby, towarzyszy im pełna dokumentacja, w naszym lokalnym banku po prostu wrzucamy je do specjanego zsypu.
- U nas nie ma takiego zsypu, jest bardziej uniwersalna maszyna.
Podeszliśmy, maszyna odmówiła współpracy.
- Zaraz wyjaśnię - bankowiec gdzieś pobiegł.
Po jego powrocie też nie osiągnęliśmy sukcesu.
- Dajcie mi te torby, ja to załatwię w biurze - powiedział bankowiec. Złapał torby, aż jeknął z wysiłku i zniknął.

Postaliśmy chwilę nieco zdezorientowani, wreszcie podsumowałem sytuację:
- Alan, myśmy dali ponad $3,000 przypadkowej osobie spotkanej w banku.
I poszlismy na kawę.

Życzę Państwu nadziei na najlepsze.

Friday, December 27, 2019

Świąteczne migawki

Świąteczne prezenty...

Od wnuczki, która pasjonuje się rękodziełem


Od wnuka, który interesuje się przyrodą


Od drugiego wnuka otrzymaliśmy powieść opartą na biblijnych motywach, to na później.
Póki co ruszyliśmy w drogę.

Aparat fotograficzny skłamał. Tam nie było żadnego błękitu, tylko szare, zadymione niebo.


Dopiero gdy zjechaliśmy z szosy aparat zarejestrował rzeczywistość.


Nię będę opisywał czasu spędzonego przy stole choć było go sporo. Natomiast w drugi dzień Świąt, dość wcześnie rano wyszedłem przed dom. Było chłodno więc założyłem kurtkę. 
Czerwoną kurtkę. 
I już po chwili dołączył do mnie towarzysz w dokładnie takich samych barwach.


Rozejrzałem się dookoła. Z oddali przyglądał nam się mieszkaniec tych terenów - królik.


Po kolejnej sesji przy stole ruszyliśmy w podróż powrotną. W czasie gdy myśmy biesiadowali ktoś pracował.
Plony trwających tu obecnie sianokosów.


 Dziękuję wam bezimienni karmiciele i towarzyskie zwierzęta za beztroskie dni.