Sunday, June 6, 2021

Niedzielny Czwartek

 Wrócił Mojżesz i obwieścił ludowi wszystkie słowa Pana i wszystkie Jego zlecenia. Wtedy cały lud odpowiedział jednogłośnie: «Wszystkie słowa, jakie powiedział Pan, wypełnimy». Spisał więc Mojżesz wszystkie słowa Pana. Nazajutrz wcześnie rano zbudował ołtarz u stóp góry i postawił dwanaście stel, stosownie do liczby dwunastu pokoleń Izraela.  Potem polecił młodzieńcom izraelskim złożyć Panu ofiarę całopalną i ofiarę biesiadną z cielców. Mojżesz zaś wziął połowę krwi i wylał ją do czar, a drugą połową krwi skropił ołtarz. Wtedy wziął Księgę Przymierza i czytał ją głośno ludowi. I oświadczyli: «Wszystko, co powiedział Pan, uczynimy i będziemy posłuszni». Mojżesz wziął krew i pokropił nią lud, mówiąc: «Oto krew przymierza, które Pan zawarł z wami na podstawie wszystkich tych słów».

Księga Wyjścia 24: 3-8

W ostatni czwartek wypadało święto Bożego Ciała.

Komu wypadało, temu wypadało.
Wiadomości tv z Polski były zdominowane informacjami o długim weekendzie, wyjazdach, rozluźnieniu obostrzeń.
Pokazano też procesję Bożego Ciała.

W Australii czwartkowe obchody Bożego Ciała nie są znane/praktykowane, dzisiejsza niedziela nosi nazwę Corpus Christi i do tego dostosowane są czytania liturgiczne.

Wyznam, że pierwsze czytanie - wstęp do tego wpisu - zmroziło mnie.
Ofiara biesiadna z cielców - połową krwi skropiono ołtarze, połową - wierny lud.

Jak wiemy religia żydowska zakazuje spożywania krwi. Jedną z podstawowych czynności w przygotowaniu koszernego posiłku jest koszerny ubój - odprowadzenie całej krwi jeszcze przed ostatecznym uśmierceniem zwierzęcia.

Dzisiejsza Ewangelia w australijskim kościele katolickim, to Ewangelia św Marka opisująca Ostatnią Wieczerzę. 
A tam: 
A gdy jedli , wziął chleb , odmówił błogosławieństwo , połamał i dał im mówiąc : « Bierzcie , to jest Ciało moje ». Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie dał im , i pili z niego wszyscy . I rzekł do nich : « To jest moja Krew Przymierza , która za wielu będzie wylana...  

Ewangelia św Marka 14: 22-24.

Zastanowiłem się - czy możliwe żeby Żydzi (choćby nawet z Galilei) przyjęli to bez sprzeciwu?
Inna rzecz, że w powyższej scenie, Jezus wspomina o krwi dopiero po wypiciu wina przez uczniów.

Trudna sprawa.
Na moim podwórku nieco uproszczona gdyż od tygodnia mamy surowy lockdown i msze tylko na youtube.

Zamiast procesji odbyłem spacer bocznymi uliczkami, które osłaniały mnie od lodowatego wiatru. Przecież u nas już oficjalnie zima.

W tej sytuacji ogrzałem się wspomnieniem sprzed 65 lat.
Boże Ciało 1956 roku.
Przypomnę, że podczas najbardziej stalinowskich lat PRL, Boże Ciało było dniem wolnym od pracy i w centrum miasta odbywały się bardzo uroczyste procesje - 4 ołtarze, dziewczęta sypiące płatki kwiatów.

Jednak zauważyłem zmianę. 
W szkole, zamiast dnia wolnego, zorganizowano wycieczkę.
Atrakcyjną wycieczkę na Słowik pod Kielcami, nad rzeczkę. Występy artystyczne, posiłki.
Obecność obowiązkowa - to podkreślono kilka razy.

Gdy wspomniałem o tym matce, podsumowała to krótko - ale my idziemy jutro na procesję.

Wyznam, że nie byłem zadowolony.
Procesja była piękna, pogoda też - praktycznie upał, zazdrościłem kolegom cienia i szumu drzew na Słowiku.
Nagle zauważyłem w procesji kolegę - Ryśka C. Też był z matką i też miał niewyraźną minę.
Za to jego matka była pełna energii. Podeszła do mojej matki, skinęła głową z uznaniem -
- Pani wie, mój mąż jest lekarzem, może Leszkowi wystawić świadectwo lekarskie.
- Ależ pani mąż bardzo się naraża - oponowała moja matka - przecież tu się roi kapusiów, którzy notują obecnych na procesji.
- Wiem o tym, ale wie pani... oni nie są tacy zawzięci. Im wystarczy jak my skłamiemy, to już dla nich sukces, znaczy ze się boimy.
Te słowa utwierdziły moją matkę w pierwotnej decyzji. Stanowczo podziękowała i odmówiła przyjęcia świadectwa.

Następnego dnia, widząc moje opory w wychodzeniu do szkoły, przypomniała mi:
- Pamiętaj, jak się spytają dlaczego nie byłeś na wycieczce, to masz powiedzieć: bo matka kazała mi iść na procesję Bożego Ciała.

Oczywiście już przy wyjściu z szatni stał Andrzej G. aktywista ZMP i zadawał sakramentalne pytanie.
Moja odpowiedź nieco go zaszokowała, chwilę pomyślał, wreszcie powiedział:
- To ty powiedz swojej matce żeby cię przeniosła do szkoły technicznej albo zawodowej, bo tutaj jest liceum, które przygotowuje do matury i na studia. A MY już dopilnujemy żebyś ty na żadne studia się nie dostał.

To był celny strzał.
Wiedziałem jakie marzenia, ambicje miała moja matka. Jak ja mam to jej powiedzieć?

Po szkole kręciłem się długo po miejskim parku i okolicach, bojąc się wrócić do domu.
Jak ja to powiem matce?

Oczywiscie w końcu wróciłem.
Powiedziałem.

Matka w milczeniu przygotowała obiado-kolację.

Po posiłku siedzieliśmy trochę w milczeniu, wreszcie matka uklękła i zaczęła się modlić.
Dołączyłem do niej - chyba bez przekonania.

Do tematu nie wracaliśmy.
Minęły wakacje, zaczął się nowy rok szkolny, przyszedł Październik 1956, Gomułka, zmiany.
Kolega Andrzej G zmienił barwy i został aktywistą w harcerstwie.

2 lata później zdawałem na studia, nikt mi nie przeszkadzał.

Friday, June 4, 2021

Tenisowe podskoki

 Ten wpis to oczywisty wynik sukcesów Polek w turnieju Rolland Garros.

Do tego Magda Lynette wyeliminowała australijską faworytkę - A. Barty.
Wprawdzie w tym przypadku istotnym czynnikiem była kontuzja Australijki, ale to jest przecież nieodłączny element sportu.

Wyznam, że oglądanie tenisa mnie nudzi, 90% czasu to szykowanie się do gry. 
Wymiana piłek też często jest bardzo jednostajna.
Tylko czasem trafi się jakieś rewelacyjne zagranie. 
To nie dla mnie.

Jednak tenis to jedno z moich pierwszych sportowych zainteresowań.

Rok 1953, zupełnie nie interesowałem się sportem.
Pamiętam, że na Olimpiadzie 1952 r w Helsinkach, jedyne złoto dla Polski zdobył Z. Chychła, zaś Antkiewicz zdobył medal srebrny.
Znajomi kręcili głowami i narzekali, że Antkiewicza skrzywdzili sędziowie a ja, słuchałem tego ze zdumieniem gdyż logika mówiła mi, że jeśli Antkiewicz wygrałby medal złoty, to Chychle pozostałby srebrny. Więc o co chodzi?
W swojej totalnej sportowej ignorancji nie wiedziałem, że bokserzy występowali w różnych kategoriach wagowych.

Pod koniec 1953 roku moja matka załatwiła nam głośnik - to było kablowe radio, w którym nadawano program I Polskiego Radia oraz, w określonych porach dnia, komunikaty władz lokalnych.

I oto, gdzieś koło Sylwestra 1953, usłyszałem w radio wiadomość, że Australia wygrała Davis Cup, w finale pokonała USA.

To było coś nadzwyczajnego gdyż ani w gazetach, ani w PKF - Kronice Filmowej, nie prezentowano żadnych informacji o sportowcach USA. 
W tym przypadku sportowcy USA przegrali, ale dla mnie był to istotny wyłom.
Zacząłem interesować się sportem.

W 1954 r spędziłem wakacje w Sopocie i tam oczywiście zauważyłem międzynarodowy turniej tenisowy.

To były czasy...
Wielu zawodników grało w długich spodniach.
Wiele pań w całkiem długich spódnicach.
Oczywiście obowiązywały białe stroje. Podczas pierwszych gemów wielu zawodników miało na sobie grube swetry, które zdejmowali gdy się rozgrzali.
Podczas przerwy między setami zawodnikom podawano mocną herbatę w szklankach. Pili ją i wymieniali grzeczności siedząc na krzesłach pod sędziowską wieżą.
Patrzyłem na to i wspominałem słowa matki: tenis to królewski sport. 
Do tej kategorii matka zaliczała jeszcze narciarstwo i żeglarstwo (przepraszam - jachting).

Z takim balastem oglądam w tv mecze tenisowe, w których zawodnicy dostają ataków furii i niszczą rakiety tenisowe, wdają się z dyskusje z sędziami.
A wszystko to przyćmione szelestem banknotów, wielu banknotów - pula nagród French Open 2021 = EU 34,367,215 - 10.53% mniej niż w 2020.

Jak tu się dziwić, że tak wiele osób cierpi przy tej okazji na zaburzenia psychiczne.

Aktualizacja - 5 czerwca - australijska tv z uwagą obserwuje postępy Sereny Williams we French Open a idzie jej bardzo dobrze.
Jeśli wygra, to wyrówna rekord Australijki Margaret Court - 24 - wielkie szlemy.
Uczucia są mieszane - Margaret Court (karierę zakończyła w 1975 r) - w ostatnich latach ogromnie wszystkim się naraziła gdyż jako "minister" w dość marginalnym kościele protestanckim bardzo ostro występowała przeciwko jednopłciowym małżeństwom.
Na dodatek, jeden z kortów w kompleksie Australian Open nosi jej imię.
Chyba wszystkie "poważne" tenisistki zażądały zmiany nazwy kortu. Sporo tenisistów/tek odmawia występów na tym korcie.
Gdyby teraz Serena wyrównała rekord, to wezwania do zmiany nazwy będą jeszcze bardziej uzasadnione.

P.S. Głośnik... w 1998 r byłem na maratonie narciarskim w słowackiej miejscowości Kremnica.
Jakim zaskoczeniem było dla mnie gdy stwierdziłem, że na placach były nadal głośniki, które od rana do 22:00 nadawały oficjalny program :)

Wednesday, June 2, 2021

Osaczenie

 Już w niedzielę wspominałem, że miałem w planie napisać jakąś sportową refleksję.

Zgodnie z tytułem wpisu inspiracją miała być tenisistka - Naomi OSAKA - głównie sprawa jej decyzji wycofania się z turnieju French Open gdyż zasady jego organizacji pogarszają jej stan psychiczny.

No cóż, jestem bezdusznym białym staruszkiem, któremu na takie dramatyczne deklaracje przychodzi tylko do głowy - szczęśliwi tacy, którzy mogą sobie pozwolić na odrzucenie pracy gdy im ona z jakiegoś względu nie pasuje.

I w ten sposób uciekł mi środowy wpis a w nim trochę sieczki o nadchodzącej zeszłorocznej Olimpiadzie itp.

Inspiracją do dzisiejszego wpisu jest więc informacja tv o leczniczym wpływie zwierząt na osoby z kłopotami typu depresja, lęki, trudności komunikacji z ludźmi itp.

Informacja źródłowa TUTAJ.

Pani, której poświęcony jest reporaż rozpoczyna dzień od głębokiego wdechnięcia szczura (inhaling a rat :)


.... a potem idzie do pracy.
Jestem przekonany, że nie jest to praca przy French Open (Rolland Garros).

Około 1/3 ludzi w Australii woli spędzać czas ze zwierzętami niż z ludźmi.
Nie muszę się ubrać, uczesać... wyjaśnia pani ze zdjęcia.
A co na to praca? - pytam sam siebie.

14% ludzi odczuwa samotność a spotkanie z ludźmi powoduje u nich stress.
Samotność to istotna przyczyna chorób serca i cukrzycy - grzmią medyczni eksperci.

Naładowany powyższym udałem się na spacer - a co! przepisy mi pozwalają!

Już za pierwszym rogiem napotkałem idącą z przeciwka panią z pieskiem. 
Generalnie spotkania ludzi na bliskich naszego domu ulicach są rzadkością. Ostatni lockdown wymaga noszenia masek. Prócz tego, wiele osób przechodzi na drugą stronę ulicy aby uniknąć sam nie wiem czego.
Niezależnie od tego ludzie jednak szukają kontaktu wzrokowego i jakimś drobnym gestem demonstrują pozytywne nastawienie do nieznajomego.

Idąca z przeciwka pani z pieskiem nie zmieniła trasy. Ponieważ chodnik jest wąski, to zszedłem na pas zieleni i tam czekałem aż mnie miną. 
Jak to zwykle bywa, pies wykazał zainteresowanie moją osobą (a raczej moimi kijkami). Właścicielka powiedziała mu jednak coś zdecydowanym głosem i już mogłem wrócić na chodnik.
Cóż za asertywność - pomyślałem.
Muszę wyznać, że to drobne wydarzenie pokazało mi liczne korzyści z przekładania kontaktów ze zwierzętami ponad te z ludźmi.

Zastanawiałem się czy Naomi Osaka ma wystarczające towarzystwo ze świata zwierząt?
Obawiam się, że nie.
Z drugiej jednak strony, jeśli się ma tyle forsy, to przecież znajdą się setki ludzi, którzy będą się wdzięczyć jak tresowane pieski/małpki/szczury.

Sunday, May 30, 2021

Niedzielny brzdęk

Brzdęk pękających planów i zamiarów rozległ się już w czwartek, ale dopiero dzisiaj wypełniła się miara zawodów, zaniechań i dokonań, a na dodatek zgadza mi się to z niedzielną intencją więc teraz pozostało tylko słuszność tytułu pisemnie uzasadnić.

Czwartek - koło południa doszły mnie sygnały, że w naszym stanie znaleziono covidowe ognisko na kilkanaście fajerek i przed wieczorem było jasne, że od północy czeka nas jakiś lockdown, o 6 wiedzieliśmy, że najcięższego kalibru - maski cały czas, zakaz odwiedzin, limit oddalenia od domu - 5 km max, zamknięte wszystko oprócz sklepów spożywczych i aptek.

Znamy to, niewiele zmienia nasz tryb życia - jedyna istotna dolegliwość, to brak kontaktu z wnukami.

Czas lockdownu - tydzień, czyli do czwartku włącznie z tym, że ze sporym naciskiem podkreślono, że rozluźnienie zostanie poprzedzone gruntowną analizą.

Oczywiście moim pierwszym skojarzeniem był opisywany 2 tygodnie temu coroczny MS Walk - 30 maja -  Dzień Stwardnienia Rozsianego. 
Już wtedy miałem obawy czy dam radę uczestniczyć. Kilka dni temu dyskutowałem z moją marszową partnerką atrakcyjne  alternatywy (spacer wokół kasztanu Paderewskiego w Królewskim Ogrodzie Botanicznym:). 
Teraz władza ustawiła wszystko na miejscu.
Jedyny drobny pozytyw to organizatorzy marszu dali mi opcję zmiany opłaty rejestracyjnej na dotację. Inne opcje to refundacja lub przeniesienie na przyszły rok.

Przez ostatnie dwa dni czas schodzi mi bardzo marudnie. 
Oczywiście, rutynowo oglądam dziennik telewizyjny plus docierają do mnie bieżące komunikaty. To samo co było przez 2 lata.

Jakiś ogólny wniosek?
Bóg nie zsyła na ludzi testów ponad ich siły i zdolności.
Australia (i Nowa Zelandia), ze względu na swoje oddalenie, praktycznie nie doświadczyły żadnej pandemii. Do tego konieczna jest bowiem znacząca ilość przypadków.
U na przypadki były pojedyńcze ich późniejszy, niekontrolowany, wzrost to już wyłączna zasługa naszych medyczno-politycznych działań.

Sprawy pokrewne.
Dzięki tracking system (cyfrowemu nadzorowi), nagle wszystkie fakty stały się sobie pokrewne.
Moja obserwacja - gdyby ten system nie był taki dobry, to chyba dałoby się uniknąć kilku pomniejszych lockdownów. Ktoś pocierpiałby gorączkę w domu i sprawa rozeszłaby się po kościach.
Istotny szczegół - od paździenika 2020 nie było w Australii śmiertelnych przypadków Covid.

Szczepienia - generalnie jesteśmy chyba 2 miesiąca do tyłu. Politycy i naczelni medycy, przy okazji tłumaczenia opóźnień zachwalają jak świetną robotę robimy.
Bardzo podoba mi się angielski zwrot - second to none - nie ma sobie równych (?).
No więc taka jest tutejsza edukacja, służba zdrowia.... 
Przyznaję, że ostatnio zwrot ten nie był nadużywany.

Szczepienia - kontynuuję. 
W tv reportaże z masowych szczepień w pięknych budynkach - choćby Royal Exhibition Building - jednym z budowniczych był ojciec słynnej śpiewaczki Melby a koncertował tam - Paderewski!
Właściwie powinienem był zamienić MS Walk pod kasztanem na szczepienie w sali koncertowej.
Wydaje mi się, że władze nie zauważają, że te szczepienia to naruszenia lockdownu - dalej niż 5 km od domu, znacznie dłużej niż godzina poza domem.

Gdy zbierałem się do tego wpisu miałem w głowie sportową, obyczajową i religijną refleksję, ale wyznam, że jakoś mi wyparowały.
Więc lepiej nie będę pisał na siłę.

Thursday, May 27, 2021

Książki, którym wstyd spojrzeć w oczy

 Inspirację do tego wpisu zaczerpnąłem obu garściami z często odwiedzanych blogów - DeLu, i Serpentyna.

Sprawa dotyczy książek, które latami zbierają kurz na półkach.
Są ich setki, setki.

Przeważająca większość to polska klasyka przywieziona do Australii z PRL.
Przyznam się, że w Australii nie kupiłem wielu książek.
Powód jest prosty - nie zauważam tu wielu książek, które by mnie zainteresowały. Jeśli zauważę, to najczęściej w bibliotece, więc wypożyczam.

Zaglądając na polskie strony i blogi widzę sporo informacji o interesujących nowościach, ale moje zainteresowanie nie trwa zbyt długo. Nie wydaje mi się żeby były to książki które chciałbym przeczytać kilka razy. A w takim razie po co kupować? Co z nią zrobić po przeczytaniu?

Gdyż książki, które ponad 50 lat temu kupiłem, lub kupiła moja matka, spełniały właśnie ten warunek - czytane wiele razy. Stwarzały poczucie komfortu, że jeśli obudzę się, w jakimś obcym, niezrozumiałym otoczeniu, to mogę sięgnąć na półke, a tam - druga od góry, trzecia od prawej, jest książka, która przeniesie mnie w świat, w którym czuję się dobrze.

Teraz patrzę na te rzędy półek i mam wyrzuty sumienia - potraktowałem je egoistycznie, myślałem tylko o swojej wygodzie, nie pomyślałem o ich przyszłości.

Nie wiem czy tu były jakieś szanse.
Nasze dzieci mówią, czytają biegle po polsku ale od tego bardzo daleko do czytania Trylogii Sienkiewicza, Lalki - Prusa czy Pana Tadeusza.
Na marginesie wspomnę, że emigrant z Polski, pan Marcel Weyland - KLIK - wykonał rewelacyjne tłumaczenie Pana Tadeusza na angielski, ale to niczego nie zmieni w moim rodzinnym czytelnictwie

Czyli co?
Sprawa sprowadza się tylko do akcji - czy to ja powinienem wyrzucić te książki na przemiał, czy udać, że nie ma problemu i zrobią to nasze dzieci.

Dla rozluźnienia atmosfery wspomnę kilka pokrewnych spraw.
Dać do polskiej biblioteki - w związku z covidem nie sądzę żeby te biblioteki były aktywne, a na pewno nie będą zainteresowane przyjmowaniem książek od niesprawdzonych darczyńców.
Inna sprawa, to Polonia w Melbourne jest tak terytorialnie rozproszona, że trudno zgromadzić duże grono czytelników.

BookCrossing - to wydawało mi się świetnym pomysłem.
Jeśli przeczytałeś książkę i nie chcesz trzymać jej w domu, zarejestruj ją w BookCrossing i zostaw w miejscu publicznym - kawiarni, tramwaju itp. 
Ktoś się zainteresuje, weźmie, przeczyta, może napisze recenzję i powtórzy Twoją akcję.
Na stronie BookCrossing jest sporo ciekawych relacji o skomplikowanych ścieżkach niektórych książek. Niektóre objechały cały świat i wróciły do miejscowości gdzie ich podróż się zaczęła.
Niestety ja nie odniosłem sukcesu - puściłem w obieg około 20 książek i żadna z nich nie została zgłoszona przez znalazcę.
Osobna sprawa, to sprawy bezpieczeństwa, już dawno ogłaszano żeby nie zostawiać niczego w komunikacji publicznej gdyż zostanie potraktowane jako zagrażenie terrorystyczne.
Nie zauważyłem żadnych instrukcji związanych z covidem, ale jestem przekonany, że jest tak samo.

Z innej beczki - wyznam, że nie zauważam książek, któreby mnie interesowały. 
Z dyskusji na książkowych forach odnoszę wrażenie, że istnieje spore zapotrzebowanie na książki, które poprawią ludziom samopoczucie, wyciągną z depresji, przywrócą wiarę w siebie, optymizm i pomogą załatwić masę istotnych problemów społecznych.
Wydaje mi się, że na uniwersytetach uczą jak takie książki pisać i że mają wielu utalentowanych absolwentów.
To chyba wspaniałe, ale ja jestem taki zimny drań, że mnie to nie interesuje

Ostatnie książki które przeczytałem z dużą przyjemnością a nawet emocją to były książki non-fiction czyli relacja z prawdziwych wydarzeń.

Ostatnia polska książka, która wzbudziła we mnie silne emocje to Król - Szczepana Twardocha.
Niestety były to emocje negatywne - ja po prostu się tej historii bałem.
Pełen szacunek dla autora, ale to książka nie dla mnie.

Sunday, May 23, 2021

Niedzielne Zesłanie

Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami? - mówili pełni zdumienia i podziwu. Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty?...  

Dzieje Apostolskie 2, 1-11.

Te języki ognia przypomniały mi się podczas południowego spaceru... tylko ludzi brak.


Językowa integracja - to oczywista aluzja do pomieszania języków podczas budowy Wieży Babel.
Moje przekorne skojarzenie to: jak chcieli coś zbudować, to Bóg ich rozdzielił, jak teraz każdy sobie rzepkę skrobie, to Bóg daje im możliwość lepszego porozumienia.

Jednak moja podstawowa refleksja to kontynuacja rozważań z poprzedniej niedzieli - wspólna ewolucja człowieka i Boga.

Widzę to tak - czasy prehistoryczne - życie w pierwotnych wspólnotach gdzie nie gromadzono majątków, nie trzeba było praw, wystarczała tradycja wspólnoty.

Potrzeba Boga-Prawodawcy pojawiła się gdy ludzie osiedlili się na stałe, zagospodarowali, zaczęli gromadzić majątki, prowadzić wymianę handlową.

Kultura grecka i prawodawstwo rzymskie wyznaczają chyba kres tego etapu rozwoju - potrafimy myśleć i rządzić.

Wtedy pojawia się Jezus i stara się ukierować działalność ludzką na rozwój społeczny, troskę o innych.
Dziwny to przybiera obrót, tysiące drobnych kroczków i od czasu do czasu - ŁUBUDU - rozwalamy wszystko.

Jednak mimo tylu trudności i porażek ludzkość osiągnęła chyba poziom, na którym ma możliwości  rozwiązania wszystkich problemów ekonomicznych i społecznych na naszej planecie.

Trzeba tylko... no właśnie, jak się dobrze rozejrzałem dookoła, przyszła odpowiedź - trzeba Ducha Świętego żeby te gigantyczne możliwości i potencjał skierować na właściwą drogę.

Dla urozmaicenia wskoczę jeszcze na wspomnianą w zeszłą niedzielę kosmiczną opcję.
Wyprowadzić się na inną planetę opłacając wszystko w kryptowalutach.

Po pierwsze... sprawdziłem ile kosztuje wyprodukowanie 1 bitcoina.
To mi się w pale nie mieści - "... it still takes 10 minutes to mine one bitcoin. At 600 seconds (10 minutes), all else being equal, it will take 72,000 GW (or 72 Terawatts) of power to mine a bitcoin using the average power usage provided by ASIC miners." -- KLIK.

Co te komputery liczą. Duchu Święty - co one liczą?  
Na marginesie - ponad 50 lat temu, gdy nauczyłem się programować komputery, jednym z moich pierwszych osiągnięć było chyba 50-krotne skrócenie czasu przetwarzania funkcji z zakresu planowania produkcji w zakładzie mechanicznym.
Może ja się wezmę za te bitcoiny?

To polecam szczególnej uwadze, ale, po drugie i może jeszcze wcześniej - Duchu Święty - miej pod swoją specjalną opieką SZTUCZNĄ INTELIGENCJĘ - dopilnuj żeby wykorzystana była we właściwym kierunku.

AMEN.

Wednesday, May 19, 2021

Kosmiczna dobroczyność

 Moja jedyna aktywna rola w Stowarzyszeniu św Wincentego (Vinnies), to wizytacje osób proszących o pomoc.

Covid spowodował sporo zmian.
Z jednej strony - separacja.
Spotkania oko w oko długo nie wchodziły w rachubę.
Całe rozpoznanie sytuacji i uzgodnienie pomocy odbywa się przez telefon. Pomoc - vouchery na żywność były dostarczane do skrzynki pocztowej. W dostawie uczestniczą dwie osoby. W okresie najostrzejszych restrykcji powinny były jechać osobnymi samochodami. W okresie gdy nie wolno było oddalać się więcej niż 5 km od domu, dostawaliśmy służbowe formularze, na których wpisywaliśmy trasę dojazdu.

Z drugiej strony - ograniczenie pomocy.
Skończyło się załatwianie napraw sprzętu domowego (pralki, lodówki) czy załatwianie ich zakupów z drugiej ręki. Uruchomiono akcję bezprocentowych pożyczek o bardzo umiarkowanych spłatach.

Z trzeciej strony - zwiększenie opieki państwa.
To wyrażało się w sporych dodatkach do emerytur i zasiłków.

Teoretycznie ludzie nie powinni byli potrzebować naszej pomocy i przyznaję, że około 80% naszych "klientów" tak właśnie postępowało.
Aktywni byli ci, którzy nigdy nie potrafili sobie poradzić z planowaniem domowego budżetu.

W tym roku bezpośrednia pomoc państwa już się skończyła, klienci się aktywizują.

W ostatni czwartek mieliśmy interesujący przypadek.
Mężczyzna, po raz pierwszy poprosił nas o pomoc.
Pobiera disability assistance - zasiłek dla osób niezdolnych do pracy. Prosi o pomoc w zakupach żywności i zapłacenie zaległego rachunku za elektryczność.
W rozmowie telefonicznej okazał się całkiem rezolutny. Tak, wykorzystał wszystkie oferowane przez państwo rodzaje pomocy, prześle nam emailem swój rachunek za eletryczność.
Przygotowałem więc vouchery na żywność i razem z moją czwartkową parnerką ruszyliśmy w drogę.

Zasadniczo nasza misja nie wymagała osobistego spotkania, ale ja, nawet w czasie najostrzejszych restrykcji, sugerowałem jakiś kontakt osobisty, choćby sporzenie na siebie z bezpiecznej odległości.

I tak było tym razem.
Z domu wyszedł całkiem sympatycznie wyglądający pan, ale nie ograniczył się do spojrzenia, okazał się bardzo elokwentny.
Po pierwsze okazało się, że chyba jednak nie wykorzystał specjalnej pomocy państwa, jednorazowe $250 dla płatników rachunków elektrycznych.
Po drugie, wyjawił źródło swoich trudności finansowych - entuzjastycznie zaprezentował nam jakąś aplikację dzięki której zainwestował $300 w spekulacje na kryptowalutach.
To chyba wyjaśnia tytuł tego wpisu, wszak w poprzednim widziałem kryptowaluty jako istotny element wniebowstąpienia.

Przy okazji wspomiał, że dzieli mieszkanie z bezrobotnym mężczyzną. Dodał jeszcze, że jego współlokator jest uzalezniony od narkotyków a wolny czas spędza na zaczepianiu ludzi na ulicach i żebraniu.
Wyznam, że to zupełnie nie pasowało mi do wyglądu i zachowania naszego klienta, ale mnie w obecnym świecie nic do niczego nie pasuje.

Oczywiście decyzja naszego zespołu była jasna - niech sobie załatwi tę pomoc $250 i ma zaległy rachunek z głowy. Daliśmu mu również praktyczne rady jak zrównoważyć domowy budżet i zapobiec powstawaniu zaległości w rachunkach za elektrycznośc i gaz. Ostrzegliśmy też, że przy następnych wezwaniach będziemy sprawdzać czy stosuje się do tych sugestii.

Wysłałem mu tę informację emailem - adres znaliśmy bo otrzymaliśmy od niego rachunek za elektryczność.

Na ten email nie dostaliśmy odpowiedzi więc zadzwoniłem do niego.
To nie jest sprawa prosta bo dzwonimy nie ujawniając swoich numerów a ludzie bardzo niechętnie odbierają takie telefony.
Po kilku próbach wysłałem mu email podając o której godzinie zadzwonię ponownie.
Odebrał telefon, ale... mam spore wątpliwości, czy to był nasz poprzedni rozmówca. Bełkotał niewyraźnie i nie potrafił skojarzyć omawianych wcześniej spraw.
Nabrałem podejrzeń, że to nie nasz klient, ale jego uzależniony współlokator.
A może klient jest uzależniony od współlokatora i jego dostaw?

W poniedziałkowych wiadomościach finansowych sporo czasu poświęcili kryptowalutom. Wszystkie wyraźnie spadły, bitcoin o 8%, dogecoin o 14%.
Pomyślałem o naszym kliencie - wiadomość jest chyba dobra. No bo skoro spadły, to teraz wzrosną.

Jest jednak i inna refleksja.
O ile nie mam wątpliwości co do powiązania kryptowalut z niebowstąpieniem, to nie widzę ich udziału w przepływie łask w odwrotnym kierunku.