Monday, September 24, 2018

Zagraj na mnie, jestem Twoje

Wychodząc z Arts Centre po obejrzeniu Spartakusa usłyszałem dźwięk pianina.



Kilka lat temu (2014?) w różnych miejscach naszego miasta pojawiły się pianina z napisem Play me, I am Yours. To była ogólnoświatowa akcja. Z sieci dowiedziałem się, że w tym roku Melbourne jest ponownie na liście uczestników - KLIK.
Zlinkowana strona podaje tylko 6 lokalizacji, kilka lat temu było ich kilkanaście. Dobrze, że chociaż tych sześć przetrwało.

Sunday, September 23, 2018

Niedzielne balety - Spartakus

Właściwie nie niedzielne, ale sobotnie lecz cóż za różnica, wszak Biblia zaleca święcić Szabas czyli sobotę.
Dziwne kaprysy natury sprawiły, że wczoraj obejrzeliśmy dwa balety.
Pierwszy to tytułowy Spartakus.

Na wszelki wypadek przypomnę, że Spartakus był przywódcą powstania rzymskich gladiatorów w 73  roku p.n.e. Powstanie wywołała grupa zaledwie kilkudziesięciu gladiatorów, iskra padła jednak na żyzny grunt i wkrótce powstanie przekształciło się w masową rewolucję - ponad 70,000 uczestników - KLIK. Kolejny raz podaję link do angielskiej wersji wikipedii gdyż wersja polska jest wyjątkowo uboga.

Ja uczyłem się o powstaniu Spartakusa w szkole. Rzeczywiście, to było wydarzenie bardzo odpowiadające komunistycznej propagandzie.
Według mnie z dwóch powodów. Pierwszy oczywisty - ludowa rewolucja przeciwko systemowi niewolniczemu. Drugi... jakoś nikt o nim nie wspomniał, ale dla mnie był istotny. Powstanie Spartakusa upadło a zwycięscy Rzymianie w rewanżu ukrzyżowali 6,000 jego uczestników.
6,000 ukrzyżowanych - dla mnie było to szok, który w jakiś sposób zmiejszał wagę ukrzyżowania Jezusa.
Jednak nigdzie nie spotkałem się z takim spostrzeżeniem a więc może to mój nadmierny sceptycyzm.

Logiczne więc, że balet Spartakus powstał właśnie w Związku Radzieckim, dziwię się, że tak późno - rok 1954 - KLIK. Autorem muzyki jest Aram Chaczaturian, który jest głównie znany jako kompozytor Tańca z szablami z baletu Gajane - KLIK.

Autorzy najnowszej inscenizacji w Australii wspomnieli w programie, że skomponowanie Spartakusa bardzo pomogło kompozytorowi, który właśnie był w niełasce władzy. Dwa lata później otrzymał nagrodę leninowską.
Wspomnieli również, że ich celem jest rozszerzenie tematu - powstanie przeciwko systemowi totalitarnemu.
Jak to wyglądało w praktyce? Optycznie świetnie - pierwsze skojarzenie - Międzynarodowy Festiwal Młodzieży i Studentów, Warszawa 1955 - wysportowani ludzie w białych strojach niosący czerwone flagi - patrz postscriptum.


Drugie skojarzenie - bardzo wiele osób na scenie miało wyraźnie chińskie rysy twarzy co w świetle aktualnego wyczulenia Australii na niebezpieczeństwo chińskiej dominacji w naszym rejonie, nasuwało oczywiste skojarzenia.

Trzecie skojarzenie - świetny według mnie element scenografii - dominujący palec wielkiego przywódcy.


Dalej, niestety było już gorzej.
Wydaje mi się, że historia Spartakusa to nie jest dobry temat baletowy.
Po pierwsze walki gladiatorów. W obecnej dobie gdy powstaje tak wiele filmów pokazujących świetnie zainscenizowane i zmontowane sceny walki, tancerze na baletowej scenie nie mają szans.
Podobnie sceny wojenne.
A co więcej można pokazać w tym temacie?
Oczywiście zepsucie na dworze rzymskiego senatora (Crassusa). To może być smakowity kęsek, ale niesie z sobą ryzyko oskarżenia o kicz lub pornografię.
Pozostał jeszcze wątek sentymentalny - miłość Spartakusa i Frygii. Jednak w tym rewolucyjnym rozgardiaszu był to temat bardzo marginesowy.

Czekałem z ciekawością na scenę końcową - ukrzyżowanie.
W programie wyczytałem, że ukrzyżowania nie będzie - twórcy chciali uniknąć religijnych skojarzeń. Nie wiem dlaczego.
Co było w zamian?
Jak dla mnie makabra - gladiatorzy z pomalowanymi na czerwono torsami.
Obdarli ich ze skóry? Zamknąłem oczy żeby nie widzieć i nie pamiętać. Najwidoczniej bardzo wyraziste pokazywanie skrajnego okrucieństwa nikomu nie przeszkadza.

Pozostała jeszcze muzyka - Aram Chaczaturian nie sprawił zawodu. Typowa dla radzieckich kompozytorów (Prokofiew, Szostakowicz, Kabalewski) dynamika, brzmienie orkiestry przypominało nieco jazzowe big-bandy a melodie czasem przypominały Gershwina - KLIK - w około 60 sekundzie rozpoczyna się bardzo popularne adagio.

A drugi balet w tym samym dniu?
Obejrzeć dwa balety w jednym dniu dałem radę, ale opisać oba w jednym wpisie, już nie.


P.S. Kronika Filmowa z Festiwalu Młodzieży 1955 - KLIK. Syryjczycy i Sudańczycy bawiący się na ulicach Warszawy. Król Zygmunt, którego wrodzy wszak monarchii komuniści podnieśli z gruzów na kolumnę i nie ubierali w żadne politycznie inspirowane koszule.
Dziwne czasy.

Wednesday, September 19, 2018

Spotkania w niebie

Dzisiaj byłem na kolejnej mszy żałobnej, to już trzeci z moich kolegów z pracy w St Vincent de Paul Society.
I znowu ksiądz wspomniał, że tam w niebie, tuż za niebiańską bramą, czekają na niego zmarli wcześniej krewni i przyjaciele, że aniołowie zaprowadzą go na łono Abrahama.

No nie wiem.
Jakiś czas temu inny ksiądz wyśmiał takie marzenia - ludzie, czy wy wiecie o czym mówicie?
W Niebie, toż tam dusze będą obcować bezpośrednio z Jezusem. Czy wy sobie wyobrażacie żeby w takiej chwili powiedzieć: przepraszam na chwilkę, ale tylko zamienię dwa słowa z dawno zmarłą sąsiadką.

Przypomniało mi się dawno czytane opowiadanie Marka Twaina - Wizyta kapitana Stormfielda w niebie.
Kapitan Stormfield jako niezależny nawigator, po pierwsze zbłądził i trafił do niewłaściwego nieba, po drugie zaś, już we właściwym niebie, spotkało go sporo niespodzianek. Na szczęście juz na wstępie spotkał starego znajomego, Sandy, który wprowadził go nieco w niebiańskie obyczaje i reguły.

Pomyślałem, że akurat dobry czas żeby sobie kilka z nich przypomnieć.

- Ile masz lat Sandy?
- Siedemdziesiąt dwa.
- Tak też myślałem. A dawno dostałeś się do raju?
- Na Boże Narodzenie stuknie akurat dwadzieścia siedem lat.
- Więc ile lat miałeś w chwili przybycia tutaj?
- Oczywiscie siedemdziesiąt dwa.
- Ależ to brednie!
(...)
- Nic podobnego. Mam teraz tyle samo ile miałem w chwili wniebowstąpienia.
(...) zawsze myślałem, że w niebie każdy okaże się młody, piękny i świeży.
- No tak, no tak, to znaczy, że możesz stać się młody, jeśli zechcesz, wystarczy tylko zapragnąć.
- Więc dlaczego nie zapragnąłeś?
- A kto ci to powiedział? Na to wszyscy dają się skusić. Ty także któregoś pięknego poranka zechcesz spróbować, ale wkrótce sprzykrzy ci się ta metamorfoza.
- Ale dlaczego?
(...) nie możesz sobie nawet wyobrazić ile wycierpiałem podczas mojej drugiej młodości.
- A jak długo ona trwała?
- Akurat dwa tygodnie. Dla mnie i tego było więcej niż dosyć. Zrozum, że posiadałem wiedzę i doświadczenie siedemdziesięciodwuletniego człowieka. Najgłębsze myśli otaczającej mnie młodzieży brzmiały w moich uszach jak początki abecadła. A ich spory i rozważania - słuchając ich można było umrzeć ze śmiechu, gdyby to nie było takie żałosne!
(...) nie masz pojęcia, jak się ucieszyłem, kiedy znowu stałem się posiadaczem łysej glowy, fajki i mogłem oddać się marzycielskim rozmyślaniom w cieniu drzew...

Spotkania.

W Brooklynie jest pewien kaznodzieja nazwiskiem Talmadge, który gotuje sobie poważne rozczarowanie. W swoich kazaniach bezustannie powtarza, że dostawszy się do raju, pójdzie przede wszystkim uściskać Abrahama, Izaaka i Jakuba i będzie całować ich i płakać razem z nimi. Na ziemi są milony ludzi, którzy przysięgają sobie postąpić kubek w kubek tak samo. Każdego dnia zjawia się tutaj dobre sześćdziesiąt tysięcy ludzi wyrażających gorące życzenie odnalezienia Abrahama, Izaaka i  Jakuba, rzucenia się im w objecia i popłakania wraz z nimi.
Zwróć uwagę - sześćdziesiąt tysięcy! To trochę za duża porcja dla staruszków...

Mark Twain - Bajeczki dla starych dzieci - Państwowy Instytut Wydawniczy - 1950.

Spotkanie z Abrahamem to osobna historia. Z tego co wyczytałem w biblii i literaturze uzupełniającej odnoszę wrażenie, że nie jest to sympatyczna osoba. Raczej pasuje mi do niego niecenzuralne wyrażenia Salmana Rushdie z Szatańskich wersetów.

Sunday, September 16, 2018

Niedzielne czytania - żałość po utracie przyjaciela

Na wpół zasypane w czerwonych piaskach Simpson Desert...


Białe i porowate jak wybielona rafa koralowa...

Keppelbleaching.jpg
CC BY 3.0, Link

Zabłąkany poganiacz bydła uznał je za skorupy jaj dinozaura...

Uformowane z gipsu...
Najpierw gips podgrzewano w ogniu, w którym zmieniał się w proszek, następnie dodawano cennej wody tworząc mleczną pastę - białą - tradycyjny kolor zmarłych. Następnie żałobnikowi golono włosy, muszlą lub zaostrzonym kamieniem, do gołej skóry. Na gołej czaszce układano siatkę ze splecionej trawy i wreszcie nakładano pastę, warstwa po warstwie, aż powstawał hełm sięgający aż do brwi. Czasem był gruby na 10 centymetrów i ważył do 7 kilo...


Przez cały czas operacji głowa pozostawała ustabilizowana na kijach wbitych w piasek, ludzie śpiewali. Wreszcie gdy gips wysechł żałobnik mógł sobie iść a ciężar hełmu przypominał mu każdego dnia o żałobnych więzach. Z upływem czasu włosy odrastały - miara oddalenia od smutnego wydarzenia, aż hełm odczepiał się, spadał lub był zdejmowany, czas żałoby skończony.

Lia Hills - The Crying Place - KLIK

Akcja wspomnianej powyżej książki rozgrywa się współcześnie. Saul - Australijczyk w średnio-młodym wieku dowiaduje się, że jego najbliższy przyjaciel - Jed - popełnił samobójstwo. Powód nieznany, pogrzeb odbędzie się za kilka dni.
W ostatnich miesiącach przyjaciele nie spotykali się, ostatnią wiadomością od Jeda było, że spędził pewien czas w osiedlu Aborygenów, że miał tam dziewczynę, że porzucił ją.
Zamiast jechać na pogrzeb Saul postanawia odszukać tę dziewczynę, poznać przyczyny tragicznej decyzji.

Odnajduje, odwiedza ją w aborygeńskiej osadzie.
Tu zaczyna się tragedia bez końca. Zaniedbanie, brud, marnotrawstwo.
I żałoba - Crying Place - miejsce płaczu. Ci ludzie nie mogą wyzwolić się z żałoby - po samobójcy Jedzie, po kimś kto umarł młodo z powodu cukrzycy, po przodkach zabitych podczas walk z anglosaskimi kolonistami.
Podczas któtkiego pobytu Saula, w wypadku samochodowym ginie młody mieszkaniec osady. Kolejna żałoba.
A samobójstwo Jeda? Jedyne wytłumaczenie, to że w osadzie aborygeńskiej dowiedział się, że w jego żyłach płynie jakiś ułamek aborygeńskiej krwi.
I to wystarczyło?

Świetnie napisana książka. Liczni recenzenci, zarówno zawodowcy jak i amatorzy, snują rozważania na temat smutnego losu australijskich Aborygenów a mnie przypomina się relacjonowana tutaj ponad tydzień temu książka uchodźcy z Wietnamu. Tam nie brak tragedii, ale nad wszystkim góruje optymistyczna wola walki.
Dręczy mnie pytanie, dlaczego Aborygeni, którzy od ponad 20 lat posiadają równe, a nawet nieco większe, szanse rozwoju jak inni Australijczycy nie potrafią z tego skorzystać? Dlaczego wciąż są pogrążeni we wspomnieniach o tragediach swoich przodków?

Przypomina mi się opisana na wstępie, tradycja - zakończenie żałoby gdy włosy odrosną na tyle, że gipsowy kask odklei się od czaszki.
Dlaczego akurat tę tradycję porzucono?

Wednesday, September 12, 2018

Serene znaczy pogodny

Australijski karykaturzysta, Mark Knight, tak oto widział atak gniewu tenisistki, Sereny Williams, w finale US Open.


Media zawrzały - rasista - proszę spytać google, hasło: Williams cartoon

Spojrzałem na inne karykatury tego autora, które nie wzbudziły żadnych emocji.

Były australijski premier Tony Abbot i Pauline Hanson - szefowa mocno prawicowej partii


Dwaj mężowie stanu.


Hmmm.

Sunday, September 9, 2018

Niedzielne czytanie - uzdrowienie

Dzisiaj Ewangelia według św Marka - cudowne uzdrowienie głuchego - KLIK.

Święty Marek ewangelista najczęściej opisuje cuda dokonane przez Jezusa. Przyznam się że nie bardzo lubię te opowieści, gdzieś tam czai się podejrzenie, że były to chwyty reklamowe aby zyskać większą popularność.

Jednak dzisiejsze kazanie naszego proboszcza (ksiądz Daniel, w skrócie - Dan) rzuciło nowe światło na tę sprawę.

- Jaki jest pierwszy warunek, żeby zostać uzdrowionym? - zapytał ksiądz Dan.
- Wiara - odpowiedziałem mu w myślach.
- Trzeba wiedzieć, że potrzebujemy uzdrowienia - odpowiedział ksiądz Dan.
- Wiedzieć, że potrzebuję uzdrowienia? - zdziwiłem się - ślepy, głuchy, trędowaty. Przecież to oczywiste, że wie.

Pamiętajmy, że Jezus nie działał tylko dla wybranych, on działał dla wszystkich - ciągnął ksiądz Dan - ślepy, głuchy, trędowaty, to praktyczne demonstracje. Pod nimi kryje się wezwanie - przyjdź do mnie, ja cię uzdrowię.
Zapytajcie więc samych siebie - jakiego uzdrowienia JA potrzebuję?
Bo potrzebuje każdy z nas.

To ostatnie zdanie mnie przekonało.

Mieszkam w dzielnicy Burwood, tym w Melbourne, bo w Sydney też jest dzielnica o tej samej nazwie.
Właściwie jest to pod-dzielnica nie posiada bowiem własnej rady miejskiej, posiada natomiast własny kod pocztowy i parafię katolicką.
Posiada też centrum handlowe - Burwood Village.
Właściwie nie jest to Centrum tylko centerko - kiosk z gazetami, niewielki supermarkecik, kilka zakładów fryzjerskich, apteka, kilka barów i kawiarenek, ale ani jednej porządnej restauracji.

Kilka dni temu na głównej ulicy pojawiły się anonse...


Zdrowa Wioska.
Mnie zastanowiły napisy pod tą skaczącą panią: 16 byznesów zdrowotnych, to nie są lekarze, i 10 salonów piękności, nie licząc fryzjerów.

To są byznesy czyli instytucje reagujące na popyt. A zatem jakaż to Zdrowa Wioska? Tu mieszkają setki ludzi, którym coś dolega, ale nie wiedzą co, i takich którzy chcieliby poprawić swoją urodę.

Toż to jest dokładnie to o czym mówił nasz proboszcz.

Wolny Rynek bezbłędnie reaguje na tę potrzebę - joga, medytacje, chirurgia plastyczna, potencjał jest nieograniczony.

Jezus jest bardziej dyskretny.

Friday, September 7, 2018

Najszczęśliwszy uchodźca

W końcu lipca wspomniałem w tym blogu o australijskim malarzu, Anh Do, który prowadzi półgodzinny program w telewizji, podczas którego przeprowadza wywiad z jakąś osobą a jednocześnie maluje jej portret.
Świetny program a portrety, szczególnie mężczyzn, rewelacyjne. Gorąco polecam wywiad z dr Karlem Kruszelnickim, z pochodzenia Polakiem, popularyzatorem nauki - KLIK - proszę wybrać Epizod 8.

Anh Do przybył do Australii jako dziecko, uchodźca z Wietnamu.
W książce The happiest Refugee opisuje swoje losy.


Anh Do opuścił Wietnam w 1980 roku, jako 2-letnie dziecko. Jego ojciec zorganizował łódź, na którą załadował 40 członków swojej rodziny i puścił się w drogę.
W ciągu 5 dni zostali dwukrotnie napadnięci przez tajlandzkich piratów, którzy kompletnie ich okradli - zabrali nawet silnik łodzi i zapasy wody, pobili, zgwałcili jedną z kobiet. Jeden z uciekinierów nie wytrzymał, utopił się. Reszta została uratowana przez niemiecki statek.

Ciekawostka. Kapitan niemieckiego statku wyraził chęć przyjęcia uchodźców na pokład, ale najpierw dał im siekierę. Konsternacja - po co siekiera?
Żeby porąbać łódź.
Dzięki temu, zgodnie z morską etykietą, mogli zostać przyjęci na pokład jako rozbitkowie. W przeciwnym wypadku kapitan uwikłałby się w skomplikowane procedury transferu nielegalnych uchodźców.

Niemiecki statek dowiózł ich do Malezji gdzie umieszczono ich w obozie uchodźców. Dość szybko (to był rok 1980) uzyskali prawo wjazdu, niektórzy do Australii, niektórzy do USA.

Osiedli w Sydney. Miło mi było przeczytać, że pierwszą pomoc na australijskim gruncie otrzymali od "mojego" St Vincent de Paul Society. Dwie panie przyniosły im torby pełne ubrań i domowo-kuchennych akcesoriów.

A potem zaczęła się twarda walka o stabilizację na nowym gruncie. Ojciec rodziny był wyjątkowo energiczny, utaletowany i przedsiębiorczy. Jego maksymą było: w życiu są tylko dwa czasy - teraz i za późno.  Matka pracowała w domu jako krawcowa.
Po kilku latach wydawało im się, że uzyskali stabilizację. Dwaj chłopcy poszli do dobrej prywatnej szkoły. I wtedy nastąpiła katastrofa - nieszczęście na farmie kaczek, krach finansowy. Stracili wszystko, zostały im tylko długi. Ojciec nie wytrzymał, porzucił rodzinę. Została matka, która potrafiła tylko szyć.
Więc szyli wszyscy. Po powrocie ze szkoły dzieci pomagały matce. Zdarzało się, że trwało to do 3. rano a o 7. chłopcy musieli już jechać do szkoły.
Nie było ich stać na komplet podręczników więc często jedyną szansą było skorzystać z podręcznika kolegi podczas przerwy. Nie było ich stać na komplet zeszytów więc czasem trzeba było zapamiętać całą lekcję.
Rezultat - Anh ukończył szkołę jako prymus i dostał się na najbardziej oblegany kierunek studiów - prawo.
Studia - ta sama historia - brak wszystkiego, imanie się każdej możliwej pracy. Anh najwyraźniej odziedziczył talenty po ojcu.
Przykład - pewnego dnia odwiedził z dziewczyną niedzielny bazar. Chciał kupić jej jakiś drobiazg, kryształ. Nie znalazł.
Za tydzień prowadził już stoisko z kryształami. Za 3 tygodnie prowadził 4 stoiska, między innymi jedno z ozdobami indiańskimi.


Koniec studiów, wynik ten sam - czołowy student. Oferta świetnej pracy w dużej firmie. Po chwili namysłu odrzucił. Rozpoczął cygańskie życie - showman - komiczny program w pubie, prowadzenie imprezy dla dzieci, ceremonia otwarcia stadionu - każda okazja była dobra.
Po pewnym czasie zauważyła go telewizja. Znowu - występy w każdej możliwej roli, w każdym możliwym programie. Po kilku latach stał się uznaną osobistością telewizyjną -TV personality.
Przyznam się, że nie wiedziałem o jego istnieniu gdyż nie oglądam kanałów komercyjnych.

Kilka lat temu Anh Do znowu zmienił front - jest malarzem portrecistą. Bardzo udana kariera. Założył szczęśliwą rodzinę, pojednał się z ojcem.


Zastanowił mnie tytuł książki - najszczęśliwszy. W języku angielskim mamy dwie odmiany szczęścia - lucky - czyli ktoś kto ma szczęście i happy - ktoś szczęśliwy, wewnętrznie szczęśliwy.
Odnoszę wrażenie, że właśnie ta wewnętrzna szczęśliwość dała mu nieprzebrane zasoby energii i w sporej części przekształciła się w luck - przyciąganie szczęśliwych trafów.

Przypomniało mi się, jak przed laty (1999), po udanej interwencji australijskiej armii we Wschodnim Timorze, generał Cosgrove, wtedy dowódca wojsk, obecnie gubernator Australii, powiedział - we were lucky and we were good. And we were lucky because we were good  -  mieliśmy szczęście i byliśmy dobrzy. A mieliśmy szczęście bo byliśmy dobrzy.

Anh Do też miał wiele szczęścia, bo był szczęśliwy.

Do tych końcowych rozważań skłoniły mnie niektóre recenzje omawianej tu książki na stronie internetowej Goodreads. Kilka młodych czytelniczek oburzyło stwierdzenie Anh Do, że nie doświadczył w Australii rasizmu.
- Nie doświadczył rasizmu? Niemożliwe, zataja fakty żeby przypodobać się rasistowskim mediom i publiczności.

Anh Do nie zataja faktów. Wspomina jak w wyniku jakiegoś niedopatrzenia zaproszono go do prowadzenia spotkania weteranów wojen, koreańskiej i wietnamskiej. Gdy na scenie pojawił się Azjata niektórzy weterani mierzyli w niego dłonią jak z pistoletu i wydawali odglos strzałów.
Anh Do postawił słuszną diagnozę - ci ludzie nie wiedzą co robią, muszę ich uzdrowić. I po pół godzinie zawojował widownię.

Niestety coraz więcej osób znajduje wiele satysfakcji w wynajdywaniu wszędzie nieszczęść wszelakich.