Monday, September 24, 2018

Zagraj na mnie, jestem Twoje

Wychodząc z Arts Centre po obejrzeniu Spartakusa usłyszałem dźwięk pianina.



Kilka lat temu (2014?) w różnych miejscach naszego miasta pojawiły się pianina z napisem Play me, I am Yours. To była ogólnoświatowa akcja. Z sieci dowiedziałem się, że w tym roku Melbourne jest ponownie na liście uczestników - KLIK.
Zlinkowana strona podaje tylko 6 lokalizacji, kilka lat temu było ich kilkanaście. Dobrze, że chociaż tych sześć przetrwało.

Sunday, September 23, 2018

Niedzielne balety - Spartakus

Właściwie nie niedzielne, ale sobotnie lecz cóż za różnica, wszak Biblia zaleca święcić Szabas czyli sobotę.
Dziwne kaprysy natury sprawiły, że wczoraj obejrzeliśmy dwa balety.
Pierwszy to tytułowy Spartakus.

Na wszelki wypadek przypomnę, że Spartakus był przywódcą powstania rzymskich gladiatorów w 73  roku p.n.e. Powstanie wywołała grupa zaledwie kilkudziesięciu gladiatorów, iskra padła jednak na żyzny grunt i wkrótce powstanie przekształciło się w masową rewolucję - ponad 70,000 uczestników - KLIK. Kolejny raz podaję link do angielskiej wersji wikipedii gdyż wersja polska jest wyjątkowo uboga.

Ja uczyłem się o powstaniu Spartakusa w szkole. Rzeczywiście, to było wydarzenie bardzo odpowiadające komunistycznej propagandzie.
Według mnie z dwóch powodów. Pierwszy oczywisty - ludowa rewolucja przeciwko systemowi niewolniczemu. Drugi... jakoś nikt o nim nie wspomniał, ale dla mnie był istotny. Powstanie Spartakusa upadło a zwycięscy Rzymianie w rewanżu ukrzyżowali 6,000 jego uczestników.
6,000 ukrzyżowanych - dla mnie było to szok, który w jakiś sposób zmiejszał wagę ukrzyżowania Jezusa.
Jednak nigdzie nie spotkałem się z takim spostrzeżeniem a więc może to mój nadmierny sceptycyzm.

Logiczne więc, że balet Spartakus powstał właśnie w Związku Radzieckim, dziwię się, że tak późno - rok 1954 - KLIK. Autorem muzyki jest Aram Chaczaturian, który jest głównie znany jako kompozytor Tańca z szablami z baletu Gajane - KLIK.

Autorzy najnowszej inscenizacji w Australii wspomnieli w programie, że skomponowanie Spartakusa bardzo pomogło kompozytorowi, który właśnie był w niełasce władzy. Dwa lata później otrzymał nagrodę leninowską.
Wspomnieli również, że ich celem jest rozszerzenie tematu - powstanie przeciwko systemowi totalitarnemu.
Jak to wyglądało w praktyce? Optycznie świetnie - pierwsze skojarzenie - Międzynarodowy Festiwal Młodzieży i Studentów, Warszawa 1955 - wysportowani ludzie w białych strojach niosący czerwone flagi - patrz postscriptum.


Drugie skojarzenie - bardzo wiele osób na scenie miało wyraźnie chińskie rysy twarzy co w świetle aktualnego wyczulenia Australii na niebezpieczeństwo chińskiej dominacji w naszym rejonie, nasuwało oczywiste skojarzenia.

Trzecie skojarzenie - świetny według mnie element scenografii - dominujący palec wielkiego przywódcy.


Dalej, niestety było już gorzej.
Wydaje mi się, że historia Spartakusa to nie jest dobry temat baletowy.
Po pierwsze walki gladiatorów. W obecnej dobie gdy powstaje tak wiele filmów pokazujących świetnie zainscenizowane i zmontowane sceny walki, tancerze na baletowej scenie nie mają szans.
Podobnie sceny wojenne.
A co więcej można pokazać w tym temacie?
Oczywiście zepsucie na dworze rzymskiego senatora (Crassusa). To może być smakowity kęsek, ale niesie z sobą ryzyko oskarżenia o kicz lub pornografię.
Pozostał jeszcze wątek sentymentalny - miłość Spartakusa i Frygii. Jednak w tym rewolucyjnym rozgardiaszu był to temat bardzo marginesowy.

Czekałem z ciekawością na scenę końcową - ukrzyżowanie.
W programie wyczytałem, że ukrzyżowania nie będzie - twórcy chciali uniknąć religijnych skojarzeń. Nie wiem dlaczego.
Co było w zamian?
Jak dla mnie makabra - gladiatorzy z pomalowanymi na czerwono torsami.
Obdarli ich ze skóry? Zamknąłem oczy żeby nie widzieć i nie pamiętać. Najwidoczniej bardzo wyraziste pokazywanie skrajnego okrucieństwa nikomu nie przeszkadza.

Pozostała jeszcze muzyka - Aram Chaczaturian nie sprawił zawodu. Typowa dla radzieckich kompozytorów (Prokofiew, Szostakowicz, Kabalewski) dynamika, brzmienie orkiestry przypominało nieco jazzowe big-bandy a melodie czasem przypominały Gershwina - KLIK - w około 60 sekundzie rozpoczyna się bardzo popularne adagio.

A drugi balet w tym samym dniu?
Obejrzeć dwa balety w jednym dniu dałem radę, ale opisać oba w jednym wpisie, już nie.


P.S. Kronika Filmowa z Festiwalu Młodzieży 1955 - KLIK. Syryjczycy i Sudańczycy bawiący się na ulicach Warszawy. Król Zygmunt, którego wrodzy wszak monarchii komuniści podnieśli z gruzów na kolumnę i nie ubierali w żadne politycznie inspirowane koszule.
Dziwne czasy.

Wednesday, September 19, 2018

Spotkania w niebie

Dzisiaj byłem na kolejnej mszy żałobnej, to już trzeci z moich kolegów z pracy w St Vincent de Paul Society.
I znowu ksiądz wspomniał, że tam w niebie, tuż za niebiańską bramą, czekają na niego zmarli wcześniej krewni i przyjaciele, że aniołowie zaprowadzą go na łono Abrahama.

No nie wiem.
Jakiś czas temu inny ksiądz wyśmiał takie marzenia - ludzie, czy wy wiecie o czym mówicie?
W Niebie, toż tam dusze będą obcować bezpośrednio z Jezusem. Czy wy sobie wyobrażacie żeby w takiej chwili powiedzieć: przepraszam na chwilkę, ale tylko zamienię dwa słowa z dawno zmarłą sąsiadką.

Przypomniało mi się dawno czytane opowiadanie Marka Twaina - Wizyta kapitana Stormfielda w niebie.
Kapitan Stormfield jako niezależny nawigator, po pierwsze zbłądził i trafił do niewłaściwego nieba, po drugie zaś, już we właściwym niebie, spotkało go sporo niespodzianek. Na szczęście juz na wstępie spotkał starego znajomego, Sandy, który wprowadził go nieco w niebiańskie obyczaje i reguły.

Pomyślałem, że akurat dobry czas żeby sobie kilka z nich przypomnieć.

- Ile masz lat Sandy?
- Siedemdziesiąt dwa.
- Tak też myślałem. A dawno dostałeś się do raju?
- Na Boże Narodzenie stuknie akurat dwadzieścia siedem lat.
- Więc ile lat miałeś w chwili przybycia tutaj?
- Oczywiscie siedemdziesiąt dwa.
- Ależ to brednie!
(...)
- Nic podobnego. Mam teraz tyle samo ile miałem w chwili wniebowstąpienia.
(...) zawsze myślałem, że w niebie każdy okaże się młody, piękny i świeży.
- No tak, no tak, to znaczy, że możesz stać się młody, jeśli zechcesz, wystarczy tylko zapragnąć.
- Więc dlaczego nie zapragnąłeś?
- A kto ci to powiedział? Na to wszyscy dają się skusić. Ty także któregoś pięknego poranka zechcesz spróbować, ale wkrótce sprzykrzy ci się ta metamorfoza.
- Ale dlaczego?
(...) nie możesz sobie nawet wyobrazić ile wycierpiałem podczas mojej drugiej młodości.
- A jak długo ona trwała?
- Akurat dwa tygodnie. Dla mnie i tego było więcej niż dosyć. Zrozum, że posiadałem wiedzę i doświadczenie siedemdziesięciodwuletniego człowieka. Najgłębsze myśli otaczającej mnie młodzieży brzmiały w moich uszach jak początki abecadła. A ich spory i rozważania - słuchając ich można było umrzeć ze śmiechu, gdyby to nie było takie żałosne!
(...) nie masz pojęcia, jak się ucieszyłem, kiedy znowu stałem się posiadaczem łysej glowy, fajki i mogłem oddać się marzycielskim rozmyślaniom w cieniu drzew...

Spotkania.

W Brooklynie jest pewien kaznodzieja nazwiskiem Talmadge, który gotuje sobie poważne rozczarowanie. W swoich kazaniach bezustannie powtarza, że dostawszy się do raju, pójdzie przede wszystkim uściskać Abrahama, Izaaka i Jakuba i będzie całować ich i płakać razem z nimi. Na ziemi są milony ludzi, którzy przysięgają sobie postąpić kubek w kubek tak samo. Każdego dnia zjawia się tutaj dobre sześćdziesiąt tysięcy ludzi wyrażających gorące życzenie odnalezienia Abrahama, Izaaka i  Jakuba, rzucenia się im w objecia i popłakania wraz z nimi.
Zwróć uwagę - sześćdziesiąt tysięcy! To trochę za duża porcja dla staruszków...

Mark Twain - Bajeczki dla starych dzieci - Państwowy Instytut Wydawniczy - 1950.

Spotkanie z Abrahamem to osobna historia. Z tego co wyczytałem w biblii i literaturze uzupełniającej odnoszę wrażenie, że nie jest to sympatyczna osoba. Raczej pasuje mi do niego niecenzuralne wyrażenia Salmana Rushdie z Szatańskich wersetów.

Sunday, September 16, 2018

Niedzielne czytania - żałość po utracie przyjaciela

Na wpół zasypane w czerwonych piaskach Simpson Desert...


Białe i porowate jak wybielona rafa koralowa...

Keppelbleaching.jpg
CC BY 3.0, Link

Zabłąkany poganiacz bydła uznał je za skorupy jaj dinozaura...

Uformowane z gipsu...
Najpierw gips podgrzewano w ogniu, w którym zmieniał się w proszek, następnie dodawano cennej wody tworząc mleczną pastę - białą - tradycyjny kolor zmarłych. Następnie żałobnikowi golono włosy, muszlą lub zaostrzonym kamieniem, do gołej skóry. Na gołej czaszce układano siatkę ze splecionej trawy i wreszcie nakładano pastę, warstwa po warstwie, aż powstawał hełm sięgający aż do brwi. Czasem był gruby na 10 centymetrów i ważył do 7 kilo...


Przez cały czas operacji głowa pozostawała ustabilizowana na kijach wbitych w piasek, ludzie śpiewali. Wreszcie gdy gips wysechł żałobnik mógł sobie iść a ciężar hełmu przypominał mu każdego dnia o żałobnych więzach. Z upływem czasu włosy odrastały - miara oddalenia od smutnego wydarzenia, aż hełm odczepiał się, spadał lub był zdejmowany, czas żałoby skończony.

Lia Hills - The Crying Place - KLIK

Akcja wspomnianej powyżej książki rozgrywa się współcześnie. Saul - Australijczyk w średnio-młodym wieku dowiaduje się, że jego najbliższy przyjaciel - Jed - popełnił samobójstwo. Powód nieznany, pogrzeb odbędzie się za kilka dni.
W ostatnich miesiącach przyjaciele nie spotykali się, ostatnią wiadomością od Jeda było, że spędził pewien czas w osiedlu Aborygenów, że miał tam dziewczynę, że porzucił ją.
Zamiast jechać na pogrzeb Saul postanawia odszukać tę dziewczynę, poznać przyczyny tragicznej decyzji.

Odnajduje, odwiedza ją w aborygeńskiej osadzie.
Tu zaczyna się tragedia bez końca. Zaniedbanie, brud, marnotrawstwo.
I żałoba - Crying Place - miejsce płaczu. Ci ludzie nie mogą wyzwolić się z żałoby - po samobójcy Jedzie, po kimś kto umarł młodo z powodu cukrzycy, po przodkach zabitych podczas walk z anglosaskimi kolonistami.
Podczas któtkiego pobytu Saula, w wypadku samochodowym ginie młody mieszkaniec osady. Kolejna żałoba.
A samobójstwo Jeda? Jedyne wytłumaczenie, to że w osadzie aborygeńskiej dowiedział się, że w jego żyłach płynie jakiś ułamek aborygeńskiej krwi.
I to wystarczyło?

Świetnie napisana książka. Liczni recenzenci, zarówno zawodowcy jak i amatorzy, snują rozważania na temat smutnego losu australijskich Aborygenów a mnie przypomina się relacjonowana tutaj ponad tydzień temu książka uchodźcy z Wietnamu. Tam nie brak tragedii, ale nad wszystkim góruje optymistyczna wola walki.
Dręczy mnie pytanie, dlaczego Aborygeni, którzy od ponad 20 lat posiadają równe, a nawet nieco większe, szanse rozwoju jak inni Australijczycy nie potrafią z tego skorzystać? Dlaczego wciąż są pogrążeni we wspomnieniach o tragediach swoich przodków?

Przypomina mi się opisana na wstępie, tradycja - zakończenie żałoby gdy włosy odrosną na tyle, że gipsowy kask odklei się od czaszki.
Dlaczego akurat tę tradycję porzucono?

Wednesday, September 12, 2018

Serene znaczy pogodny

Australijski karykaturzysta, Mark Knight, tak oto widział atak gniewu tenisistki, Sereny Williams, w finale US Open.


Media zawrzały - rasista - proszę spytać google, hasło: Williams cartoon

Spojrzałem na inne karykatury tego autora, które nie wzbudziły żadnych emocji.

Były australijski premier Tony Abbot i Pauline Hanson - szefowa mocno prawicowej partii


Dwaj mężowie stanu.


Hmmm.

Sunday, September 9, 2018

Niedzielne czytanie - uzdrowienie

Dzisiaj Ewangelia według św Marka - cudowne uzdrowienie głuchego - KLIK.

Święty Marek ewangelista najczęściej opisuje cuda dokonane przez Jezusa. Przyznam się że nie bardzo lubię te opowieści, gdzieś tam czai się podejrzenie, że były to chwyty reklamowe aby zyskać większą popularność.

Jednak dzisiejsze kazanie naszego proboszcza (ksiądz Daniel, w skrócie - Dan) rzuciło nowe światło na tę sprawę.

- Jaki jest pierwszy warunek, żeby zostać uzdrowionym? - zapytał ksiądz Dan.
- Wiara - odpowiedziałem mu w myślach.
- Trzeba wiedzieć, że potrzebujemy uzdrowienia - odpowiedział ksiądz Dan.
- Wiedzieć, że potrzebuję uzdrowienia? - zdziwiłem się - ślepy, głuchy, trędowaty. Przecież to oczywiste, że wie.

Pamiętajmy, że Jezus nie działał tylko dla wybranych, on działał dla wszystkich - ciągnął ksiądz Dan - ślepy, głuchy, trędowaty, to praktyczne demonstracje. Pod nimi kryje się wezwanie - przyjdź do mnie, ja cię uzdrowię.
Zapytajcie więc samych siebie - jakiego uzdrowienia JA potrzebuję?
Bo potrzebuje każdy z nas.

To ostatnie zdanie mnie przekonało.

Mieszkam w dzielnicy Burwood, tym w Melbourne, bo w Sydney też jest dzielnica o tej samej nazwie.
Właściwie jest to pod-dzielnica nie posiada bowiem własnej rady miejskiej, posiada natomiast własny kod pocztowy i parafię katolicką.
Posiada też centrum handlowe - Burwood Village.
Właściwie nie jest to Centrum tylko centerko - kiosk z gazetami, niewielki supermarkecik, kilka zakładów fryzjerskich, apteka, kilka barów i kawiarenek, ale ani jednej porządnej restauracji.

Kilka dni temu na głównej ulicy pojawiły się anonse...


Zdrowa Wioska.
Mnie zastanowiły napisy pod tą skaczącą panią: 16 byznesów zdrowotnych, to nie są lekarze, i 10 salonów piękności, nie licząc fryzjerów.

To są byznesy czyli instytucje reagujące na popyt. A zatem jakaż to Zdrowa Wioska? Tu mieszkają setki ludzi, którym coś dolega, ale nie wiedzą co, i takich którzy chcieliby poprawić swoją urodę.

Toż to jest dokładnie to o czym mówił nasz proboszcz.

Wolny Rynek bezbłędnie reaguje na tę potrzebę - joga, medytacje, chirurgia plastyczna, potencjał jest nieograniczony.

Jezus jest bardziej dyskretny.

Friday, September 7, 2018

Najszczęśliwszy uchodźca

W końcu lipca wspomniałem w tym blogu o australijskim malarzu, Anh Do, który prowadzi półgodzinny program w telewizji, podczas którego przeprowadza wywiad z jakąś osobą a jednocześnie maluje jej portret.
Świetny program a portrety, szczególnie mężczyzn, rewelacyjne. Gorąco polecam wywiad z dr Karlem Kruszelnickim, z pochodzenia Polakiem, popularyzatorem nauki - KLIK - proszę wybrać Epizod 8.

Anh Do przybył do Australii jako dziecko, uchodźca z Wietnamu.
W książce The happiest Refugee opisuje swoje losy.


Anh Do opuścił Wietnam w 1980 roku, jako 2-letnie dziecko. Jego ojciec zorganizował łódź, na którą załadował 40 członków swojej rodziny i puścił się w drogę.
W ciągu 5 dni zostali dwukrotnie napadnięci przez tajlandzkich piratów, którzy kompletnie ich okradli - zabrali nawet silnik łodzi i zapasy wody, pobili, zgwałcili jedną z kobiet. Jeden z uciekinierów nie wytrzymał, utopił się. Reszta została uratowana przez niemiecki statek.

Ciekawostka. Kapitan niemieckiego statku wyraził chęć przyjęcia uchodźców na pokład, ale najpierw dał im siekierę. Konsternacja - po co siekiera?
Żeby porąbać łódź.
Dzięki temu, zgodnie z morską etykietą, mogli zostać przyjęci na pokład jako rozbitkowie. W przeciwnym wypadku kapitan uwikłałby się w skomplikowane procedury transferu nielegalnych uchodźców.

Niemiecki statek dowiózł ich do Malezji gdzie umieszczono ich w obozie uchodźców. Dość szybko (to był rok 1980) uzyskali prawo wjazdu, niektórzy do Australii, niektórzy do USA.

Osiedli w Sydney. Miło mi było przeczytać, że pierwszą pomoc na australijskim gruncie otrzymali od "mojego" St Vincent de Paul Society. Dwie panie przyniosły im torby pełne ubrań i domowo-kuchennych akcesoriów.

A potem zaczęła się twarda walka o stabilizację na nowym gruncie. Ojciec rodziny był wyjątkowo energiczny, utaletowany i przedsiębiorczy. Jego maksymą było: w życiu są tylko dwa czasy - teraz i za późno.  Matka pracowała w domu jako krawcowa.
Po kilku latach wydawało im się, że uzyskali stabilizację. Dwaj chłopcy poszli do dobrej prywatnej szkoły. I wtedy nastąpiła katastrofa - nieszczęście na farmie kaczek, krach finansowy. Stracili wszystko, zostały im tylko długi. Ojciec nie wytrzymał, porzucił rodzinę. Została matka, która potrafiła tylko szyć.
Więc szyli wszyscy. Po powrocie ze szkoły dzieci pomagały matce. Zdarzało się, że trwało to do 3. rano a o 7. chłopcy musieli już jechać do szkoły.
Nie było ich stać na komplet podręczników więc często jedyną szansą było skorzystać z podręcznika kolegi podczas przerwy. Nie było ich stać na komplet zeszytów więc czasem trzeba było zapamiętać całą lekcję.
Rezultat - Anh ukończył szkołę jako prymus i dostał się na najbardziej oblegany kierunek studiów - prawo.
Studia - ta sama historia - brak wszystkiego, imanie się każdej możliwej pracy. Anh najwyraźniej odziedziczył talenty po ojcu.
Przykład - pewnego dnia odwiedził z dziewczyną niedzielny bazar. Chciał kupić jej jakiś drobiazg, kryształ. Nie znalazł.
Za tydzień prowadził już stoisko z kryształami. Za 3 tygodnie prowadził 4 stoiska, między innymi jedno z ozdobami indiańskimi.


Koniec studiów, wynik ten sam - czołowy student. Oferta świetnej pracy w dużej firmie. Po chwili namysłu odrzucił. Rozpoczął cygańskie życie - showman - komiczny program w pubie, prowadzenie imprezy dla dzieci, ceremonia otwarcia stadionu - każda okazja była dobra.
Po pewnym czasie zauważyła go telewizja. Znowu - występy w każdej możliwej roli, w każdym możliwym programie. Po kilku latach stał się uznaną osobistością telewizyjną -TV personality.
Przyznam się, że nie wiedziałem o jego istnieniu gdyż nie oglądam kanałów komercyjnych.

Kilka lat temu Anh Do znowu zmienił front - jest malarzem portrecistą. Bardzo udana kariera. Założył szczęśliwą rodzinę, pojednał się z ojcem.


Zastanowił mnie tytuł książki - najszczęśliwszy. W języku angielskim mamy dwie odmiany szczęścia - lucky - czyli ktoś kto ma szczęście i happy - ktoś szczęśliwy, wewnętrznie szczęśliwy.
Odnoszę wrażenie, że właśnie ta wewnętrzna szczęśliwość dała mu nieprzebrane zasoby energii i w sporej części przekształciła się w luck - przyciąganie szczęśliwych trafów.

Przypomniało mi się, jak przed laty (1999), po udanej interwencji australijskiej armii we Wschodnim Timorze, generał Cosgrove, wtedy dowódca wojsk, obecnie gubernator Australii, powiedział - we were lucky and we were good. And we were lucky because we were good  -  mieliśmy szczęście i byliśmy dobrzy. A mieliśmy szczęście bo byliśmy dobrzy.

Anh Do też miał wiele szczęścia, bo był szczęśliwy.

Do tych końcowych rozważań skłoniły mnie niektóre recenzje omawianej tu książki na stronie internetowej Goodreads. Kilka młodych czytelniczek oburzyło stwierdzenie Anh Do, że nie doświadczył w Australii rasizmu.
- Nie doświadczył rasizmu? Niemożliwe, zataja fakty żeby przypodobać się rasistowskim mediom i publiczności.

Anh Do nie zataja faktów. Wspomina jak w wyniku jakiegoś niedopatrzenia zaproszono go do prowadzenia spotkania weteranów wojen, koreańskiej i wietnamskiej. Gdy na scenie pojawił się Azjata niektórzy weterani mierzyli w niego dłonią jak z pistoletu i wydawali odglos strzałów.
Anh Do postawił słuszną diagnozę - ci ludzie nie wiedzą co robią, muszę ich uzdrowić. I po pół godzinie zawojował widownię.

Niestety coraz więcej osób znajduje wiele satysfakcji w wynajdywaniu wszędzie nieszczęść wszelakich.

Wednesday, September 5, 2018

Muzyka i obyczaje

W poprzednim wpisie podałem link do strony Szkoły Muzyki dr Sarmasta i poleciłem zamieszczony tam filmik z występu orkiestry.


Powyżej dyrygentka.

Eddie Ayres - patrz poprzedni wpis - wspomniał jak wiele uwagi przywiązuje do postawy dziecka podczas gry na instrumencie.
Jako przykład podał swoją uczennicę - Leylę. Uczyła się grać na altówce. Po kilku lekcjach "urosła" o 5 cm.
Oczywiście nie urosła, po prostu wyprostowała się. Stała się sobą.
Ten wzrost nie ograniczał się do lekcji muzyki. Wszyscy zobaczyli Leylę w jej właściwej postaci.
- Leyla, czy widzisz co się z tobą stało? - cieszył się Eddie.
- Za dwa lata skończę szkołę, wrócę do rodzinnego domu i znowu opuszczę głowę - odpowiedziała.

Patrzę na powyższe zdjęcie.
Kobieta dyrygent. Z jakim wdziękiem i autorytetem prowadzi tę orkietrę a grają w niej również mężczyźni.
Co się z nią stanie gdy ukończy szkołę?

Sunday, September 2, 2018

Niedzielne spotkanie - Emma i Eddie czyli miłość do wiolonczeli

Codziennie słucham programu ABC Classic FM.
Przed laty poranny program ABC Breakfast prowadziła Emma Ayres - Angielka, która pojechała na rowerze z Anglii do Hong Kongu (a może odwrotnie), wioząc ze sobą altówkę.
Emma wspominała, że kiedy była dzieckiem matka zachęcała ją do gry na skrzypcach. Emmie jednak bardziej podobała się wiolonczela.
- Wiolonczela, to instrument dla chłopców - sprzeciwiła się matka.
Stanęło na altówce.

W 2010 roku nagrałem Emmę i jej manchersterski akcent gdy prowadziła poranny program radiowy w nowootwartym muzeum australijskiego kompozytora Percy Graingera - KLIK.

W 2014 roku Emma pożegnała się z australijskim radiem i pojechała do Afganistanu uczyć muzyki tamtejsze dzieci - KLIK.

Uczyła w Szkole muzyki dr Sarmasta, oficjalna nazwa jest bardziej skomplikowana - KLIK.
Proszę kliknąć w video klip na stronie głównej - piosenka na temat siły kobiet - Dziewczyna jest drzewem w promieniach słońca... Dziewczyna zamienia kamienie w gwiazdy.

Jednak Emma Ayres poczuła się mężczyzną, zmieniła płeć i wreszcie gra na wiolonczeli

Na zdjęciu poniżej Eddie Ayres czyli męskie wcielenie Emmy, gra wreszcie na wiolonczeli (rozmiar dziecięcy).



Pisze dzisiaj na ten temat gdyż właśnie wróciłem ze spotkania z Eddiem Ayres, które odbyło się w ramach corocznego festiwalu pisarzy a Eddie wystąpił na nim gdyż jest autorem książki - Danger Music - KLIK.

O książce pewnie napiszę w niedalekiej przyszłości. Jeśli chodzi o spotkanie, to Eddie mówił głównie o swojej transformacji. To też było ciekawe, ale nie posiadam wystarczających kwalifikacji by o tym tu pisać.
Natomiast jeśli chodzi o muzykę, to wspomiał, że całą pierwszą lekcję, i wiele czasu na następnych lekcjach, poświęca na nauczeniu dziecka właściwej pozycji, wyczucia środka ciężkości, który w przypadku altówki poważnie zmienia swoje położenie.

Prawidłowa pozycja. Toż tego uczono mnie w najwcześniejszym dzieciństwie - stój prosto, siedź prosto, również, a może przede wszystkim, przy jedzeniu, przy pisaniu.
Wszystkich australijskich rodziców wysłałbym do Eddiego Ayres na naukę.

Relacja z przemiany Emmy w Eddiego - TUTAJ.

Saturday, September 1, 2018

1 września

Rocznica wybuchu Wojny.
Odkąd mieszkam poza Polską jakoś mocniej reaguję na tę datę.
Dzisiaj rano wstąpiłem do sklepu, a tam - starszy pan z medalami w klapie i puszką na pieniądze.
Nie miałem wątpliwości, to ten sam którego spotkałem tu 6 lat temu.

W takim razie, żeby się nie powtarzać, kieruję Państwa do mojej 1-wrześniowej refleksji - KLIK.

P.S. 1 września moja żona zauważyla z przekąsem, że australijska telewizja nie wspomniała o rocznicy wybuchu II Wojny Światowej.
To przecież normalka, nigdy nie wspominała.
Dla mnie ciekawsze było, że nie zauważono tego również na internetowej stronie Gazety Wyborczej (strona główna).

Sunday, August 26, 2018

Niedzielne rozmyślanie - zakupy

Rynek produktów spożywczych w Australii jest zdominowany przez dwie amerykańskie firmy - Woolworths - 35.7% i Coles - 33.2% - dane za rok 2015-16.

Ostatnio prasa doniosła, że Coles zadał Woolworthsowi ciężki cios.
W czerwcu tego roku obie firmy posłuchały głosu ekologów i zaprzestały dawać klientom bezpłatne torby plastikowe. Już chyba po 2 tygodniach Coles zorientował się, że co innego wyrażać głęboką troskę o środowisko a co innego przynieść z domu torbę na zakupy.
Na początku lipca Coles oznajmił, że jego klienci nie są przygotowani do tak drastycznej zmiany i powrócił do darmowych toreb plastikowych. Woolworths nadal trwa na ekologicznych pozycjach.

Rezultaty nie kazały na siebie długo czekać - dane za 7 tygodni nowego roku finansowego (od 1 lipca 2019) wskazują na znaczną zwyżkę zakupów u Colesa kosztem spadku zakupów u Woolworthsa - relacja TUTAJ.

Relacja zwraca uwagę na dodatkową silną kartę jaką zastosował Coles - Mały Sklep - tandetne plastikowe miniatury produktów żywnościowych dawane klientom, którzy dokonali zakupu za kwotę ponad $30 - KLIK.
To się nazywa pester power - siła dziecięcego marudzenia.

Ta ostatnia informacja ośmieliła mnie do zaklasyfikowania tego wpisu do kategorii Niedziela.
Nie tak dawno czytano w kościele Ewangelię z wezwaniem Jezusa - dozwólcie dziateczkom przyjść do mnie.
Nikt nie korzysta z tego hasła lepiej niż supermarkety. Wiadomo, że dziecko w sklepie to kilka(naście) dolarów wydanych na niezdrową żywność lub idiotyczne zabawki.

Thursday, August 23, 2018

Kawa etiopska

Większość naszych wnucząt uczęszcza do szkoły podstawowej, państwowej, zlokalizowanej w dość awangardowej dzielnicy.
Tuż obok szkoły piętrzą się nietypowe dla tej dzielnicy wieżowce


Stosownie do charakteru dzielnicy nie mieszkają w nich milionerzy, ale imigranci z dotkniętych jakimś nieszczęściem krajów - Etiopii, Sudanu, Somalii. Taki też jest profil etniczny uczniów.

Ramadan skończył się już ponad 2 miesiące temu, ale na dziedzińcu szkolnym nadal są dekoracje.


W czwartki, po lekcjach, na dziedzińcu szkolnym instalują się stoiska z jedzeniem - sausages (przyzwoitość zabrania mi nazwania tego parówkami), pancakes (naleśniki - zastrzeżenie jak w poprzednim przypadku), ciasteczka, galaretki.
Jednak jest też coś dla dorosłych - ta pani, po prawej stronie, w kraciastej chuście, sprzedaje kawę domowej roboty.
Mając przed sobą jazdę samochodem w tłoku połączoną z ożywiona konwersacją z wnukiem - kupiłem.

Niewielki kubek, pani chciała mi posłodzić, ale odmówiłem. Ledwie zanurzyłem wargi a zmieniłem zdanie. Posłodziłem, dwie czubate łyżeczki.
To była kawa... jakby to określić? Włoskie espresso to przy niej kawa zbożowa..
Nigdy w życiu nie próbowałem narkotyków więc to był mój pierwszy raz.
Chciałem spytać autorkę w jaki sposób ją przyrządza, ale była zbyt zajęta. Jej koleżanka wyjaśniła mi tylko, że to kawa etiopska.

Etiopia - wszak to ojczyzna kawy.
Przypomnę historię - około Roku Pańskiego 700, a może 850, etiopski pasterz kóz - Kaldi - zauważył, że kozy chętnie jedzą owoce z pobliskich drzew a następnie tańczą - KLIK.
W XV wieku kawa dotarła na Półwysep Arabski. Nieco później do Turcji a później na znane nam tereny.

Kawa etiopska, czyli arabica. Taką właśnie pijałem podczas pobytu w Kuwejcie. Zawsze obficie pocukrzoną, nigdy z mlekiem.
Ta jednak miała jakieś bardzo pikantne dodatki. Za tydzień przyjdę do szkoły wcześniej, żeby mieć czas porozmawiać z panią kawiarką.

U mnie godzina 21:15, czyli kawę piłem 6 godzin temu.
Co tu robić przez całą noc kiedy zupełnie nie chce mi się spać?
Gdyby nie bóle w krzyżu, to tańczyłbym jak te kozy.

Aktualizacja.
Minął tydzień. Rozmawiałem z panią kawiarką.
Otóż kupuje ona "green coffee" czyli ziarna kawy i sama je wypala.
Dodatki - imbir.
No tak, jak mi powiedziała to wyraźnie go czuję.

Sunday, August 19, 2018

Niedzielna migawka - prezydent Duda w Melbourne

W ostatnich dniach nie czytałem, nie widziałem, nie słyszałem niczego stosowego do niedzielnej refleksji.
Jak nie ma o czym myśleć, to trzeba zadowolić się faktami.

A te: najzimniejszy dzień w tym roku - temperatura maksymalna +11C.
Prezydent Duda w Melbourne. Dzisiaj Prezydent złożył kwiaty pod Shrine of Rememberance - tutejszy Grób Nieznanego Żołnierza.
Na ceremonię przybyła grupa australijskich i polskich weteranów II Wojny Światowej, a konkretnie Bitwy o Tobruk. W tej bitwie polska Brygada Karpacka zluzowała bardzo wyczerpane wojska australijskie.
Niemcy pogardliwie nazywali kryjących się przed gęstym ogniem artylerii Australijczyków  - szczurami. Przekorni Australijczycy zrobili z tego honorowy tytuł - Rats of Tobruk. Polacy przejęli tę nazwę.
Poniżej zdjęcie z parady Polish Rats of Tobruk podczas tutejszego święta wojska - ANZAC day - 25 kwietnia.



Krótka filmorelacja z ceremonii z udziałem przezydenta A. Dudy - TUTAJ. Polecam wstępne sceny - archiwalny film w wojny na Pustyni Libijskiej

Wednesday, August 15, 2018

Prima Aprilis - to nie jest krostka, to jest syfilis!

Umieściłem w tym blogu kilka wpisów inspirowanych twórczością Jonathana Swifta. Zajrzałem do wikipedii, aby dowiedzieć się więcej o tym autorze , a tam, już na wstępie, taka informacja:
Jonathan Swift junior urodził się w listopadzie 1667 roku w Dublinie. Ojciec zmarł 7 miesięcy przed urodzinami jedynego syna. Przyczyną śmierci był syfilis, którym się zaraził od brudnej pościeli.

Syfilis od brudnej pościeli.
Diagilew
Zastanowiło mnie, że 150 lat później, w XIX-wiecznej Francji, choroba ta dotknęła wielu artystów – Gustave Flaubert, Charles Baudelaire, Guy de Maupassant, Eduoard Manet, Henri de Toulouse Lautrec, Paul Gaugin.
Jakaś zmowa w pralniach?

Przeczytana nie tak dawno obszerna biografia Siergieja Diagilewa skierowała mnie jednak na inny trop.
Gdy Siergiej ukończył 17 lat, jego ojciec – Paweł – miał do wykonania poważny ojcowski obowiązek – zapoznać młodzieńca z tajemnicami seksu.
Paweł Pawłowicz Diagilew ze zdumieniem stwierdził, że od czasu jego młodości nastąpiła istotna zmiana – w Rosji zniesiono feudalizm (1863 rok).
Co to ma do rzeczy?
Wiele, zamiast jak to kiedyś bywało, upatrzyć dla syna jakąś zdrową dziewczynę i kazać jej ojcu lub mężowi, aby ją przysłał do dworu na specjalne usługi, ojciec musiał teraz zaprowadzić syna do burdelu.
Tak też zrobił ojciec Siergieja.
Rezultaty były opłakane. Po pierwsze Siergiej nabrał obrzydzenia do seksu z kobietami, po drugie zaraził się syfilisem.
Sprawdziłem daty – w Anglii feudalizm zlikwidowano w połowie XVII wieku, we Francji – w wyniku Rewolucji Francuskiej.
Jonathan Swift senior, Flaubert i inni dobrze wpisują się w ten scenariusz.

A Polska? Czy jakiś sławny Polak miał syfilis?
Jakoś nie mogłem żadnego znaleźć.
Zacznijmy więc od podstaw czyli od feudalizmu.
Zabór rosyjski. Rząd carski zlikwidował feudalizm w Królestwie Polskim w 1864 roku. Była to jednak represja za Powstanie Styczniowe i nie wiem jak wyglądało wdrożenie.
Zabór austriacki. Następca Marii Teresy, cesarz Józef II, był człowiekiem Oświecenia, reformatorem. Jedną z jego reform było zniesienie feudalizmu w cesarstwie austrackim (koniec XVIII wieku. Było jednak kilka wyjątków – między nimi Galicja, gdzie opór był tak wielki, że sprawę odłożono na później.
Okazuje się, że na długo później gdyż wreszcie znalazłem -  Stanisław Wyspiański.
Czy jego małżeństwo z chłopką a potem fascynacja weselem poety i chłopki nie były odbiciem tęsknoty za dawnymi czasami i obyczajami?

Sunday, August 12, 2018

Niedzielne czytanie - bezsilna miłość

Dzisiaj w naszym kościele parafialnym odbyła się pierwsza komunia.
 13 dzieci - niewiele. Przecież w naszej parafii jest szkoła katolicka a tam musi być około 20 dzieci w komunijnym wieku. A przecież do tego dochodzą dzieci uczęszczające do bezreligijnych szków.

Stosownie do okazji czytano Ewangelię św Jana 6:41-51.
Jezus mówi: jam jest chleb życia... kto go spożywa nie umrze.

Podczas kazania ksiądz wyświetlił zdjęcie dzieci swoich sióstr. Sporo tego - włoska rodzina.
Kocham te dzieciaki - powiedział ksiądz - kocham tak bardzo, że czasem ogarnia mnie poczucie bezsilności - jak niewiele ja mogę dla nich zrobić.

Oczywiście był to pomost do tekstu Ewangelii - Jezus, wiara, zbawienie, żywot wieczny - to jest uwieńczenie prawdziwej miłości.

Mnie natomiast zastanowiły te słowa o bezsilności miłości rodzinnej.
Jako dziadek odczuwam tę bezsilność bardzo mocno. Wszak czasami najwięcej co mogę zrobić to trzymać się na dystans.

Tuesday, August 7, 2018

Niedzielne czytanie - szyderstwo historii

Dziwnym przypadkiem zawędrowałem na manowce historii.
Kilka tygodni temu relacjonowałem historię powstania pasty do butów marki Kiwi. Przy tej okazji dowiedziałem się, że fabryka pasty Kiwi istniała w przedwojennej Warszawie a jej dyrektorem był pan Roman Kulik.
Wrzuciłem nazwisko Kulik na google i znalazłem kogoś innego.


Grigory Kulik -   KLIK.
Pochodził z ubogiej rodziny wieśniaków na Ukrainie. Gdy wybuchła I Wojna Światowa został powołany do armii carskiej. Tam poznał ideologię komunistyczną, wstąpił do partii bolszewików i w 1918 roku wstąpił do Armii Czerwonej.
Podczas wojny domowej dowodził baterią radzieckiej artylerii podczas bitwy pod Carycynem i w tej roli zapamiętał go J. Stalin.
Po wojnie domowej wyróżnił się jako pochlebca Stalina i wojskowy o bardzo konserwatywnych poglądach.
Te poglądy to między innymi wiara w siłę kawalerii, zdecydowana opozycja przeciwko użyciu artylerii zmotoryzowanej, czołgów oraz min obronnych. W pierwszych dwóch przypadlach argument był nie do odparcia - konie się płoszą. W ostatnim przypadku - to niehonorowo.
Pierwsze dwa poglądy postawiły go w gronie przeciwników generała M. Tuchaczewskiego, którego Stalin traktował bardzo podejrzliwie i ostatecznie zgładził podczas wielkiej czystki w Armii Czerwonej. Zaś Grigori Kulik został naczelny dowódcą radzieckiej artylerii.
Uczestniczył w zajęciu wschodnich terenów Polski we wrześniu 1939 roku a dwa miesiące później dowodził radziecką artylerią w zimowej wojnie z Finlandią. Jak wiadomo ta wojna była zupełną kompromitacją Armii Czerwonej jednak po jej zakończeniu generał Kulik został mianowany marszałkiem Związku Radzieckiego.

Dlaczego tak się rozpisałem na ten temat?
Otóż po zajęciu wschodnich terenów Polski na terenie Związku Radzieckiego znalazło się ponad 150,000 polskich jeńców wojennych.
Dla Berii sprawa była oczywista - to potencjalna V kolumna - zlikwidować.
Stalinowi ta idea odpowiadała.
I w tym momecie do rozważań wtrącił się Grigori Kulik - absolutnie NIE - jeńców wojennych należy traktować z honorem.
Ostatecznie zgodził się na likwidację kadry oficerskiej - to byli na pewno wrogowie Związku Radzieckiego. Ale około 150,000 osób uratowało życie.

Dalszy ciąg kariery marszałka Kulika był urozmaicony.
Po pierwsze to jemu przypisuje się błyskawiczny postęp wojsk niemieckich podczas ataku na ZSRR w czerwcu 1941. Brak min i artylerii zmotoryzowanej przyniósł tragiczne rezultaty.
Po drugie - kolejne zadanie - obrona Leningradu. Znowu, jego niekompetencja zaowocowała sukcesami Wehrmachtu.
Szczęście Kulika zakończyło się po wojnie. Narzekał, że biurokraci przywłaszczają sobie zasługi należne wojskowym. W 1950 roku został skazany na śmierć za zdradę.

Tak się zastanawiam - Grigori Kulik uratował życie prawie 150,000 Polaków. Wydaje mi się, że w ponad 1000-letniej historii Polski nikt nie zbliżył się do tego rezultatu.
Czy powinniśmy być mu wdzięczni?

P.S. Polska strona wikipedii o generale Kuliku nie wspomina o jego udziale w przed-katyńskich pertraktacjach.

Thursday, August 2, 2018

Kobieta niezmienna jest.

Czasami gram w karty z wnuczką - Grace - w wojnę.
Przypomnę zasady gry - obaj gracze dostają po tyle samo kart. Następnie, równocześnie, każdy gracz kładzie jedną kartę na stole. Kto ma wyższą kartę, ten zabiera obie karty.
I tak dalej, aż do chwili gdy jeden z graczy straci wszystkie karty albo ma bardzo mało kart a gra już się znudziła.
Uważałem to za użyteczną grę gdyż Grace oswaja się z numerami - czasami wystarczy cyfra, czasem sprawdza licząc wszystkie symbole (karo, trefle itp) na karcie.

Ostatnio sama poprosiła o grę i z bardzo pewną siebie miną zadeklarowała - ja rozdam karty.
Rozdawanie wyglądało w ten sposób, że sobie dała wszystkie wysokie karty, a mnie same niskie (kiedyś mówiło się - plichty).
Nie oponowałem gdyż pomyślałem, że wkrótce zda sobie sprawę, że taka gra jest okropnie nudna.
Myliłem się - ona teraz chce grać tylko w taki sposób. Na mój sprzeciw zareagowała płaczem.

Na razie gra w karty zawieszona.

Tutaj romantyczna opinia na temat charakteru kobiet - KLIK.

Sunday, July 29, 2018

Niedzielne otarcie się o nieznajomego w tłumie

Kilka dni temu oglądałem kolejny odcinek programu Anh's brush with fame - KLIK.
Brush - to słowo oznacza pędzel, ale również otarcie się.
Anh Do to malarz i w tym programie "ociera się o sławę" czyli przeprowadza rozmowę z jakąś znaną osobą i jednocześnie maluje portret swojego rozmówcy

Gościem programu, o którym piszę była Gill Hicks, Australijka, która padła ofiarą londyńskiego zamachu bombowego 7 lipca 2005 roku.



Po śmierci matki Gill postanowiła coś zrobić ze swoim życiem i pojechała do Anglii. Podczas pierwszego spaceru po Londynie jej uwagę zwrócił wysoki budynek.
- Tu będę pracować - pomyślała - i weszła.
- Chcę u was pracować - zadeklarowała - mogę robić co tylko mi polecicie.
- Dziękujemy, ale nie mamy dla ciebie pracy.
- Uważajcie, będę tu przychodzić codziennie przez następne 3 miesiące i pracować za darmo. Przekonacie się, że po 3 miesiącach nie będziecie chcieli mnie wypuścić.
I tak właśnie się stało.
Gill została dyrektorem dużego magazynu (pisma, nie składnicy) kulturalnego i właśnie wtedy, w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności, znalazła się w pobliżu zamachowca. Zdetonowana przez niego bomba zabiła 26 osób znajdujących się w wagonie.

Gill była w stanie szoku. Pierwsze wrażenie było, że już umarła, wszak nie wiemy co odczuwa człowiek, który umrze. Był to bardzo błogi stan, nie słyszała żadnego hałasu, nie czuła bólu. Słyszała kojący kobiecy głos: spójrz na swoje rany (straciła obie nogi), chyba nie chcesz w takim stanie żyć. Jakże kuszące to było. Wtedy uslyszała gniewny męski głos: jak śmiesz rozważać takie propozycje? Masz wiele do zrobienia i jest to wyłącznie twój wybór. Wybrała życie, trochę dlatego, że ten głos był tak gniewny.
Stworzyła organizację M.A.D. for peace - KLIK - organizację, której przesłanie brzmi: każdy jest odpowiedzialny za stworzenie świata wolnego od gwałtownych konfliktów.

Jedna wypowiedź Gill utkwiła mi w pamięci.
Otóż od zamachowca oddzielała ją tylko jedna osoba. Ta osoba zginęła rozszarpana przez bombę, ale uratowała życie Gill.
- Od tego czasu - wspomina Gill - kiedykolwiek jestem w tłumie spoglądam na stojącą przy mnie osobę jak na linię życia (lifeline). Jeśli coś strasznego się wydarzy - myślę - to TY uratujesz mi życie. A może ja tobie?

Jeśli ktoś chce obejrzeć program proszę w podanym na początku wpisu linku kliknąć w guzik Episode 3 - 1/8/18

Friday, July 27, 2018

Nie tylko długość się liczy

Albo żyje się więcej, albo dłużej
- powiedziała kardiolog wypisując receptę na nowy lek.
Brać czy nie brać. Oto jest pytanie..

Sunday, July 15, 2018

Niedzielne czytanie - Bóg rzeczy materialnych


Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. «Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien».

Ewangelia wg św Marka - 6,7-9

Jezus wiele razy nawołuje do nieprzywiązywania wagi do spraw materialnych.
W tym kontekście utkwił mi w pamięci komentarz aborygeńskiej działaczki:

Przychodzimy na ten świat bez niczego, odchodzimy z niego bez niczego. Podczas naszego życia też niczego nie posiadamy. Co najwyżej możemy być gospodarzami, opiekunami (custodians) tego co jest wokół nas.

Zajrzałem do Biblii, w którym momencie ludzie zaczęli coś posiadać?

Może tutaj?
"... i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem".    Genesis IV . 2.

Pasterz - do tego trzeba posiadać zwierzęta.
Rolnik - to wyższy stopień posiadania. Trzeba wyrwać kawał ziemi naturze i uprawiać ją.

Nieco więcej na ten temat TUTAJ.

Poczułem ogromne rozczarowanie. Rzeczy/sprawy materialne - toż ten element ma chyba decydujący wpływ na ludzkie postępowanie. A w Biblii nic? Poza przykazaniem - nie kradnij!

Przypomniała mi się czytana w dzieciństwie książka Wandy Wasilewskiej - KLIK - W pierwotnej puszczy. Opis funkcjonowania pierwotnej wspólnoty.
Niestety wygląda na to, że jedyni, którzy zauważyli, że posiadanie przedmiotów jest istotnym problemem, to marksiści.
Może dlatego istnieje zasadniczy konflikt między marksistami a kościołem.

Na marginesie wspomnę, że australijscy Aborygeni w swoich oryginalnych językach nie mieli słowa Bóg co nie przeszkadzało im być bardzo uduchowionymi ludźmi.

Wednesday, July 11, 2018

Decyzje w sytuacji krytycznej

Osoba, płeć i kolor włosów nieistotne, prowadzi samochód na autostradzie. Słucha muzyki przez radio. Nagle muzykę przerywa komunikat: uwaga kierowcy na autostradzie AX. Poinformowano nas, że na autostradzie zauważono samochód jadący pod prąd. Zalecamy zwiększenie czujności i ostrożną jazdę. Osoby, które zauważą ten samochód prosimy o kontakt.
Osoba prowadząca samochód dzwoni: ja w sprawie tego komunikatu. 

Tak, dziękujemy. Zauważył(a) pan(i) samochód jadący pod prąd?
Samochód? Proszę pana, na moim pasie wszystkie samochody jadą pod prąd.


Stary dowcip.

Słuchałem niedawno dyskusji na temat problemów przy projektowaniu samochodów bez kierowcy - driverless cars.
Projektanci borykają się również z problemami natury moralnej.
Na przykład: z naprzeciwka wali na nas ciężarówka, jedyna ucieczka to wjechać w tłum ludzi stojących na przystanku tramwajowym.
Co zrobi kierowca w takiej sytuacji? Trudno przewidzieć. To już nie problem konstruktora samochodu.
Co ma zrobić samochód sterowany automatycznie?
Zrobi dokładnie to co mu zaleci starannie opracowany system kontroli.

Dyskutanci rozważali moralne i prawne aspekty sprawy.
Czy program powinien uznać jako podstawowe kryterium najmniejszą ilość ofiar?
Czy nabywca samochodu będzie musiał podpisać zgodę na poniesienie konsekwencji  zdefiniowanego funcjonowania systemu kontroli?

Jestem przekonany, że zawsze będzie można kupić wersję lux, w której jedynym kryterium będzie bezpieczeństwo i wygoda właściciela.

Monday, July 9, 2018

Niedzielne czytanie - unik

Dziwnym zbiegiem okoliczności najbardziej stabilny element mojego blogu - niedzielne wpisy - robią jakieś uniki. Kolejny raz niedzielne czytanie wypadło innego dnia.

Wiesz - powiedział - podczas nalotu bombowego, kiedy nadlatujemy nad cel, kiedy już mamy spuścić bomby, przychodzi mi do głowy: czy zrobić mały unik; wiesz, lekko zboczyć. wtedy moje bomby spadną na kogoś innego. Tak sobie myślę: których dziecięciu, dwudziestu czy stu ludzi zabiję dzisiaj. To zależy tylko ode mnie. I teraz myślę o tym ile razy wylatuję na akcję.
(...)
Tak, to coś podobnego do odczekania w samochodzie.
Odczekania w samochodzie?
Tak, zawsze to robię.
???
Jak już zastartuję silnik i mam ruszyć, to liczę najpierw do dwudziestu i dopiero wtedy ruszam.
To jakieś bez sensu.
To jest doskonały sposób, aby uniknąć wypadków. Od czasu jak to robię nie miałem wypadku.
Dlaczego?
Proste. Jeśli ktoś miał niespodziewanie wejść przed moim rozpędzonym samochodem na jezdnię, to go nie uderzę, bo odliczałem w tym czasie do dwudziestu i jak on wszedł na jezdnię, to mnie jeszcze tam nie było.
To świetny pomysł.
Uratowałem w ten sposób wiele istnień ludzkich. I możesz przejeżdżać skrzyżowania bez zwalniania, bo samochód który byłbyś uderzył przejechał wcześniej.
Cudowne!

Roald Dahl - Someone like you.

Pisarstwo Roalda Dahla poznałem grubo ponad 60 lat temu, w Polsce. Tygodnik Przekrój publikował jego opowiadania w tłumaczeniu Juliusza Kydryńskiego - KLIK.
Specyficzne były to opowiadania, zaskakujące, nieco perwersyjne.

Nic dziwnego, że gdy kilkadziesiąt lat później zobaczyłem to nazwisko na półkach z książkami dla dzieci, byłem mocno zaskoczony.

Cytowany powyżej fragment opowiadania pochodzi ze zbioru Over to you, chyba nie przetłumaczono ich na polski - już przetłumaczenie tytuł zbioru sprawia poważną trudność.

10 opowiadań inspirowanych doświadczeniami Roalda Dahla jako pilota RAF podczas II Wojny Światowej. Służył jako pilot bombowców w Afryce Północnej, Syrii i Grecji. Przeżył (z trudem) bardzo poważną katastrofę samolotową.

Roald Dahl - pisarz dla dzieci. Kolejny unik.

Thursday, July 5, 2018

Sunday, June 24, 2018

Niedzielne czytanie - sto lat to za mało?

Sto lat to za mało, 
sto lat to za mało,
 150 by się zdało!

Polska piosenka urodzinowa.

Relacja z wyspy Luggnagg.



Spytano mnie pewnego razu, czy widziałem kiedy Struldbrugów, czyli Nieśmiertelnych?
Odpowiedziałem, że nie, i byłem bardzo ciekawy, jak można było dać takie nazwisko ludziom. Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (...).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: "Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie zyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków.."(...).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania.(...)
Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi... Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.


Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz wiekszy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają. (...).

Lemuel Gulliver - Podróże do kilku odległych narodów Świata - Londyn, rok 1726



Sunday, June 17, 2018

Niedzielne czytanie - smakowita propozycja

W największej, najbrązowszej, najbardziej mulastej rzece w Afryce, dwa kokodyle wylegiwały się z głowami ledwie nad powierzchnią wody. Jeden z krokodyli był przeogromny. Drugi, nie tak wielki.
- Wiesz co zjem dzisiaj na lunch? - spytał Przeogromny Krokodyl.
- Nie - odpowiedział Nie-Tak-Wielki - Co?
Przeogromny Krokodyl uśmiechnął się wyszczerzając przy tym setki ostrych białych zębów.
- Na mój dzisiejszy lunch - powiedział - mam apetyt na ładne, soczyste małe dziecko.
- Nigdy nie jem dzieci - odpowiedział Nie-Tak-Wielki - tylko ryby.
- Ho, ho, ho! - zawołał Przeogromny Krokodyl - założę się, że gdybyś zobaczył tłuste, soczyste, małe dziecko chlapiące się teraz i tutaj w wodzie, połknąłbyś je jednym haustem.
Krokodyl
Roald Dahl - The Enormous Crocodile - przekład - autor wpisu.
------
Skromna Propozycja

Dla zapobieżenia dzieciom biednych w Irlandii, bycia obciążeniem dla rodziców i kraju, a także dla uczynienia ich korzystnymi dla społeczeństwa.

Przygnębiający to widok dla tych, którzy spacerując po naszym wspaniałym mieście (Dublin), lub podróżując po kraju, widzą ulice, drogi, drzwi domostw, zaludnione żebrakami płci żeńskiej, za którymi tłoczy się troje, czworo, sześcioro dzieci w łachmanach nagabujących każdego przechodnia o jałmużnę.
Te matki zamiast pracować na godziwe utrzymanie, zmuszone są spędzać cały czas krążąc w poszukiwaniu wyżywienia dla swoich bezradnych dzieci, które, gdy dorosną, albo z braku pracy przemienią się w złodziei, albo opuszczą rodzinny kraj walczyć za Samozwańca w Hiszpanii, lub sprzedadzą się w niewolę na Barbados.
Sądzę, że wszystkie zainteresowane strony zgodzą się, że ta niesamowita liczba dzieci w ramionach, na plecach lub na piętach ich matek, a często ich ojców, jest w obecnym, godnym pożałowania stanie królestwa (Irlandii), bardzo wielkim dodatkowym utrapieniem; i dlatego ktokolwiek mógłby znaleźć sprawiedliwy, tani i łatwy sposób na zrobienie z tych dzieci rozsądnych i pożytecznych członkowów wspólnego bogactwa, zasłużyłby na posąg jako zbawca narodu.

Moja intencja jest bardzo daleka od ograniczania się do świadczenia wyłącznie na rzecz dzieci zadufanych żebraków: sięga znacznie dalej i będzie w stanie objąć całkowitą liczbę niemowląt w pewnym wieku, które urodziły się rodzicom, którzy nie są w stanie ich utrzymać i muszą błagać o naszą łaskę na ulicach.
Jeśli chodzi o mnie, to od wielu lat skupiłem moje myśli na tym ważnym temacie i starannie rozpatrzyłem kilka planów naszych projektodawców, i w każdym przypadku stwierdziłem, że oparte są na bardzo błędnych obliczeniach. 

To prawda, dziecko może po przeżyć rok wspieranewyłącznie przez mleko matki, plus niewielkie dodatki pokarmowe nie przekraczające wartości dwóch szylingów, które matka jest w stanie zapewnić przez dorywczą pracę wyprzedaż dobytku, lub legalne żebranie.
Dlatego dokładnie po ukończeniu jednego roku proponuję zająć się nimi w taki sposób, że zamiast być obciążeniem dla swoich rodziców, lub parafii, lub być skazanymi na brak jedzenia i okrycia do końca życia, przyczynią się do wyżywienia, a częściowo również ubrania wielu tysięcy.
Dodatkową wielką zaletą w mojego projektu będzie zapobieżenie dobrowolnym aborcjom, tej okropnej praktyce, w której kobiety mordują swoje nieślubne dzieci.
Niestety! Zbyt często powodem poświęcenia życia tych biednych niewinnych niemowląt nie jest wstyd lecz bieda.

Liczba dusz w tym królestwie (Irlandii) jest zwykle liczona jako półtora miliona. Obliczam więc, że mamy około dwustu tysięcy par, w których kobiety są nadal płodne. Od tego odejmuję trzydzieści tysięc par, które są w stanie utrzymać własne dzieci (zgadam się, że w obecnej, trudnej sytuacji królestwa jest to liczba przesadzone). Pozostając jednak przy pierwotnym założeniu pozostaje nam sto siedemdziesiąt tysięcy hodowców.
Ponownie odejmuję od tego pięćdziesiąt tysięcy kobiet, które poroniły, lub których dzieci umierają przypadkowo lub w wyniku choroby.
Pozostało tylko sto dwadzieścia tysięcy dzieci ubogich rodziców rodzonych każdego roku.
Pytanie brzmi: Jak ta ilość ma być utrzymywana?

Wspomniałem już wyżej, że żadna z proponowanych metod nie daje odpowiedzi na to pytanie.
Nie możemy ich zatrudnić w rzemiośle ani na roli; nie budują domów, nie uprawiają ziemi.
Bardzo rzadko mogą zapewnić sobie środki do życia przez kradzież (do wieku sześciu lat).
Przyznaję, że uczą się podstaw od małego jednak tym czasie mogą jednak być właściwie postrzegane tylko jako stażyści. Jak poinformował mnie pewien dżentelmen w hrabstwie Cavan, nigdy nie spotkał więcej niż jeden lub dwa przypadki biegłego opanowania sztuki kradzieży poniżej szóstego roku życia.
Z drugiej strony, jak zapewniali nas nasi kupcy, chłopak lub dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet kiedy dochodzą do tego wieku, nikt nie da więcej niż trzy funty lub trzy funty i pół korony co ma się jak jeden do czterech w stosunku do środków, które muszą poświęcić rodzice lub królestwo na ich wyżywienie i odzianie.

Dlatego teraz pokornie zaproponuję swój własny pomysł, który, mam nadzieję, nie wzbudzi najmniejszych zastrzeżeń.
Bardzo dobrze zorientowany znajomy mi Amerykanin w Londynie zapewnił mnie, że młode, zdrowe i dobrze odżywione dziecko w wieku conajmniej roku, to najsmaczniejsze pożywne i zdrowe jedzenie, czy to duszone, pieczone lub gotowane; i nie wątpię, że będzie ono równie dobrze smakować w potrawce lub jako ragout.
(...)
Zakładam, że to jedzenie będzie dość drogie, a zatem bardzo stosowne dla właścicieli ziemskich, którzy, po pochłonięciu większości rodziców, wydają się być najbardziej uprawnieni do skonsumowania ich dzieci.
(...) W tym miejscu ośmielę się wspomnieć, że ilość katolickich dzieci w tym królestwie stanowi trzy czwarte ich populacji. A zatem moja propozycja przyniesie dodatkową korzyść - zmniejszenie ilości papistów.

Jak już wcześniej wyliczyłem, utrzymanie dziecka nędzarza, a do tych zaliczam wszystkich najemców, robotników i cztery piąte rolników, kosztuje około dwóch szylingów rocznie. Jestem przekonany, że żaden dżentelmen nie będzie sarkać na cenę 10 szylingów za ciałko smacznego, tłustego dziecka, z którego można wygospodarować 4 pożywne mięsne dania na posiłek dla rodziny lub przyjaciół.

--- Tu następuje lista korzyści wynikająch z powyższej propozycji. 
Są one tak oczywiste, że je pominę, za wyjątkiem ostatniego punktu, 
który wnosi coś nowego ----

Po szóste, byłoby to wielką zachętą do małżeństwa, wzmocniłoby to troskę i czułość matek do
ich dzieci, kiedy będą pewne, że ich biedne niemowlęta, będą źródłem zysku, nie wydatku.
W mężczyznach wzbudzi to troskę o żony w czasie ich ciąży, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku źrebnej klaczy lub cielnej krowy.
Z drugiej strony powstrzyma ich przed biciem żon (co obecnie jest zbyt częstą praktyką) ze strachu przed poronieniem.
(...)
Dr Jonathan Swift - rok 1729


Post Scriptum.
Z niewiadomych przyczyn powyższa propozycja nie została wprowadzona w życie, znalazłem jednak przypadek nieco innego podejścia do tego samego problemu.

Rok 1845, Irlandię nawiedziła Wielka Klęska Głodu (Great Irish Famine) - KLIK
Klęska na tyle wielka, że Wielka Brytania zorganizowała Great Relief Association, która prowadziła akcję zbiórki pieniędzy a następnie rozdział zebranych środków wśród głodująch.
W 1846 roku do akcji włączył się Paweł Edmund Strzelecki znany nam skądinąd jako badacz Australii. Wikipedia podaje, że jego sprawna działalność równoważyła marnotrawstwo środków przez utytułowanych filantropów. W maju1847 roku został awansowany na dyrektora akcji - KLIK.
Nie wiem czy Strzelecki czytał wywód Jonathana Swifta, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden element - Swift wspomniał, że gromada głodnych i obdartych dzieci na karku uniemożliwia rodzicom jakąkolwiek działalność. Strzelecki też to zauważył i zapoczątkował akcję rozprowadzania pomocy dla dzieci przez szkoły. W szczytowym okresie ilość dzieci, które otrzymywaly pomoc w szkołach przekroczyła 200,000 - KLIK.

Monday, June 11, 2018

Niedzielne rozmyślanie - brak synchronizacji

Oooops - niedzielne w poniedziałek.
Nie po raz pierwszy, to samo przydarzyło mi się 2 tygodnie temu.
Tym razem zwalę winę na Kościół - normalnie chodzę na mszę na 10 rano do naszego kościoła parafialnego, 150 m od domu.
Wczoraj pojechaliśmy do kościoła, w którym odprawiane są msze w języku polskim. Powodem był parafialny obiad a raczej kolacja, okazja finansowego wspomożenia parafii. Msza zaczynała się o 5, obiad skończył się o 10 - kiedy tu myśleć o duchowych sprawach?

Już na parkingu widać, że jesteśmy wśród swoich...



W kościele też. Msza jest połączona z celebracją święta Serca Jezusowego. Nie wiedziałem, że jest takie święto. Czytania liturgiczne zupełnie inne niż te przepisane na tę niedzielę.

Po mszy przechodzimy do świetlicy szkoły parafialnej a tam 20 dużych stołów, przyjęcie na 400 osób.
Jestem pierwszy raz na takiej polskiej imprezie więc zauważam spore różnice w stosunku do takich imprez organizowanych przez Australijczyków.
Po pierwsze - aż 3 dania - przekąska, danie główne, deser.
Już przekąska przyprawia mnie o zawrót głowy - chyba 6 różnych wędlin na talerzu - to jest moja całoroczna porcja. Danie główne - baranina lub indyk.
Baranina to brzmi jakoś odstraszająco, w mojej nowej ojczyźnie jest to raczej owczyzna.
Po drugie - zaskakuje mnie, że to wszystko zostało przygotowane na miejcu, przez ochotników.
Australijczycy załatwiają to dużo prościej - po pierwsze nie ma przekąski tylko jakieś orzeszki na stole. Po drugie danie główne przyrządza catering company - na rożnie obraca się wołowa i wieprzowa noga, pan kucharz odcina mechaniczną piłą plaster i buch na talerz. Pomocnik kucharza dorzuca ziemniaki i jarzyny, następny proszę.
Deser też przynoszą do stołu - u Australijczyków samoobsługa.
Inna sprawa, to przy takiej ilości gości ustawienie ich w kolejce byłoby chyba koszmarem.
Po trzecie - cena - $40 od osoby. Tu dodam, że na każdym stole były 3 butelki wina i jakieś lemoniady. U Australijczyków jest BYO - bring your own i cena $55.

Dosyć tych przyziemnych rozważań - wspomnę inny akcent ostatniej niedzieli. Jest on bardzo synchroniczny - taniec.
Jedyna stacja radiowa, której słucham - ABC Classic - co dwa lata urządza plebiscyt na najpopularniejszy utwór muzyczny w określonej kategorii. W tym roku był to taniec.
Wyniki - TUTAJ - na początku Czajkowski - Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, następnie Prokofiew - Romeo i Julia. W pierwszej dwunastce są jeszcze Spartakus Chaczaturiana i Śpiąca królewna Czajkowskiego. Dalej też roi się od Rosjan.

Skoro rosyjski balet, to przypomina mi się nazwisko Petipa - autor choreografii wszystkich istotnych baletów klasycznych.
Petipa - brzmi jakoś swojsko, jak.... Mazepa - fakty są nieco ciekawsze - patrz TUTAJ.

Friday, June 8, 2018

Biblijne refleksje

Co czwartek wożę naszego 7-letniego wnuka Ambrożego na zajęcia baletowe.


Powyżej Ambrozy z siostrą w biblijnym otoczeniu.

Podczas jazdy coś mu opowiadam. Ostatnio poprosił żebym mu opowiedział o Jezusie.
Opowiedziałem więc o cudownym rozmnożeniu chleba (i ryb).
Apostołowie kupili od jakiegoś chłopca 5 bochenków chleba i dwie ryby. Jezus dzielił je i rozdawał a ich wcale nie ubywało. Wreszcie wszyscy najedli się do syta.
I co wtedy dziadzia? - pyta Ambroży - oddali chleb i ryby temu chłopcu?
- Nie, ten chłopiec wziął pieniądze i szybko poszedł do domu - odpowiadam.
A tu zostało kilka koszy resztek - co z nimi zrobić w kraju , w którym tyle się mówi o wykorzystaniu odpadów?
- Oni dali te odpady do mojego towarzystwa charytatywnego - St Vincent de Paul - dodaję i opowieść zyskuje aprobatę.

Wskrzeszenie Łazarza.
Po pierwsze Ambroży zganił Jezusa za opieszałość - przecież jakby się trochę pospieszył i uzdrowił, to nie byłoby tej śmierci i żałoby.
W tym punkcie całkowicie się z nim zgadzam.
Po drugie - Jezus zawołał - Łazarzu wyjdź! - i Łazarz wyszedł.
Ambroży zapytał - dziadzia, to jak wyglądał ten grób? Przecież jakby go włożyli do pudełka i zakopali to by nie wyszedł.
Święta racja.

Jeszcze jedno - wspomniałem o surowym prawie mojżeszowym, za pogwałcenie niektórych przykazań groziła kara śmierci. Na przykład za zabójstwo.
Ambroży pomyślał chwilę, wreszcie roześmiał się - dziadzia, to znaczy jak ktoś zabił, to oni go zabijali, i co dalej? Wtedy ci co zabili  też powinni zostać zabici.

Tuesday, June 5, 2018

Chińskie terytorium zamorskie

W naszych wiadomościach tv na dość poczesnym miejscu podano wiadomość, że nasza narodowa linia lotnicza QANTAS wprowadza kosmetyczną zmianę w swoich mapach i rozkładach lotów - zniknie z nich Taiwan jako samodzielne państwo, zostanie zastąpione nazwą... no właśnie, z właściwą Australijczykom geograficzno-polityczną beztroską, dokładnej nazwy nie podano.
Szczegóły TUTAJ.

Jako Dziecko Komuny - KLIK - zostałem wyuczony w szkole i przez uzależnione od rządu media jak ta sprawa wyglądała.

Rząd cesarskich Chin w 1895 roku oddał wyspę Taiwan Japończykom.
Cesarstwo Chińskie upadło w 1912 roku, w jego miejsce powstała Republika Chińska, pierwszym prezydentem został Sun Yat-sen, którego obecnie zarówno w Ludowej Republice Chińskiej jak i w jej zamorskich terytoriach uważa się za "Ojca Narodu".
Przez następne 20 lat Chiny były miejscem walk lokalnych watażków. W tym chaosie zaczęły się stabilizować i umacniać dwie istotne siły - Kuomitang - partia nacjonalistyczna i Komunistyczna Partia Chin.

Po zakończeniu wojny i kapitulacji Japonii wyspa Taiwan wróciła do Chin.

Kuomitang (przywódca Czang Kai-szek) wspierany przez mocarstwa zachodnie  i Komunistyczna Partia Chin wspierana przez Związek Radziecki rozpoczęły walkę o władzę.
W 1949 roku Komunistyczna Partia Chin uzyskała kontrolę nad całym kontynentalnym terytorium chińskim. Kuomitang i jego zwolennicy, aby uniknąć represji, przenieśli się na Taiwan gdzie funkcjonowali nadal pod nazwą Republika Chińska i byli oficjalnie uznani za jedynego reprezentanta Chin przez ONZ, Międzynarodowy Komitet Olimpijski i cały Wolny Świat.

W 1971 roku ONZ przyjął Ludową Republikę Chińską do swojego grona narodów, jednocześnie ze zgromadzenie usunięto Republikę Chińską czyli Taiwan.

Chiny nigdy nie uznawały Taiwanu jako samodzielnego państwa. Na marginesie wspomnę, że wyspę zamieszkuje 23 miliony osób. Na liście krajów według dochodu narodowego Taiwan jest 22. pozycji (Autralia na 13. Polska na 24.).
Pod naciskiem Chin większość państw przestała uznawać Taiwan jako samodzielne państwo - jako miernik uznaje się poziom relacji dyplomatycznych - a więc brak ambasad.
Jedyni nieugięci to Watykan, Swaziland, Kiribati - w sumie 18 państw.

W tej sytuacji decyzja naszych linii lotniczych nie powinna nikogo dziwić. Inna rzecz, że dzisiaj, krążąc po centrum handlowym, odnosiłem wrażenie, że również znajduję się na chińskim terytorium.

Sunday, June 3, 2018

Niedzielne spacerowanie - MS Walk

W Australii nie obchodzi się Bożego Ciała w czwartek. W niedzielę troche się o tym święcie wspomina. Nie ma żadnej procesji.

Szczęśliwy dla mnie traf zrządził, że niedziela po Bożym Ciele to w tym roku jednoczesnie pierwsza niedziela czerwca, a zatem, już po raz ósmy - MS Walk - charytatywny spacer na rzecz Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego.

Historię mojego uczestnictwa w tym spacerze opisałem rok temu - TUTAJ.

A w tym roku... też doszedłem do mety...


Galeria zdjęć TUTAJ.


Monday, May 28, 2018

Niedzielna refleksja - ciszej nad tą trumną

Głównym tematem niedzielnych wiadomości tv była informacja o wyniku irlandzkiego referendum na temat uchylenia bardzo ostrych ograniczeń w stosowaniu aborcji.

Osobiście jestem zwolennikiem aborcji, jednak zawsze miałem przekonanie, że jest to bardzo dramatyczna dla rodziców decyzja.

Fotografie osób celebrujących to wydarzenie



przeczą mojemu odczuciu.

Przyzwyczaiłem się już do faktu, że moje odczucia i przekonania są całkowicie niedostosowane do obecnego świata.

P.S. Oczywiście widziałem protesty przeciwko restrykcyjnemu prawu aborcyjnemu w Polsce. Uczestnicy zachowywali się podobnie jak w Irlandii.
Powtórzę jeszcze raz - popieram prawo rodziców do dostępu do całkiem liberalnej aborcji, tylko cicho wzdycham - ciszej nad tą trumną.

Tuesday, May 22, 2018

Wszyscy oglądali a nikt nie zauważył

Oczywiście jestem na bieżąco, wiem że najważniejszym wydarzeniem ostatnich dni był ślub księcia Harry z panną Merkel.
Transmisji uroczystości nie oglądałem, ale widziałem migawki w dziennikach telewizyjnych.

Moją uwagę zwrócił jeden fakt. Książe Harry zabiera swoją żonę na przejażdżkę sportowym samochodem. Reporter wspomniał, że to zabytowy Jaguar.
Jaguar, czyli angielska marka. Proszę spojrzeć - z której strony ten samochód ma kierownicę?



Z lewej. Dla większości świata to oczywiste.
Ale nie dla mnie, mieszkańca kraju należącego do Wspólnoty Brytyjskiej. Przecież u nas, tak jak w Anglii, jest ruch lewostronny a zatem kierownica w samochodzie powinna być po prawej stronie.
Mam nadzieję , choć wątłą, że ten samochód został legalnie dopuszczony do ruchu, ale w ruchu lewostronnym jest to bardzo niewygodne a nawet niebezpieczne gdyż kierowca nie widzi drogi przed sobą.
Potwierdzenie na poniższym zdjęciu - kierowca po stronie krawężnika.
jedyna moja pociecha, to że może książęca para przejechała się tylko po królewskim parku i nie stanowiła zagrozenia dla bezpieczeństwa na drogach publicznych.



Sunday, May 20, 2018

Niedzielne czytanie - Zielone Świątki - znowu

Dzisiaj Zielone Świątki - znowu.
To dość oczywiste - kalendarz, również liturgiczny w koło się toczy.
Z tej okazji co roku przypomina mi się wydarzenie, które TU rok temu opisałem.

Skoro już opisałem, to co mogę dodać dzisiaj?
Kiedyś, w innym kościele, ale przecież w Melbourne, wysluchałem ciekawych rozwazań.
Życzę wam szczęśliwych Zielonych Świątek - Happy Pentecost - oznajmił z ambony ksiądz.
Wiernych to rozbawiło.

Zaskoczyło to was? - skomentował ksiądz - a właściwie dlaczego?
Świętujemy Boże Narodzenie, które zapoczątkowało 33 lata pobytu Jezusa na ziemi.
Świętujemy Wielkanoc, która obiecuje ludziom zmartwychwstanie i życie wieczne.

A co zapowiadają i obiecują Zielone Świątki?
Toż one zapowiadają nam, ludziom, tysiące lat egzystencji na tej ziemi, podczas których zdani będziemy tylko na tę cząstkę ducha, która do nas dotarła i którą uda nam się wykorzystać w życiu.
Toż to jest najbardziej konkretne i istotne wydarzenie.
I co? I nic?

Patrząc na ostatnie dwa tysiące lat historii ludzkości trudno oprzeć się wrażeniu, że pobyt Jezusa na ziemi nie zmienił niczego na lepsze.
A przyjście Ducha Świętego ludzie zbagatelizowali.
No i jest jak jest.

Monday, May 14, 2018

Marksistowska statystyka

10 dni temu wspomniałem na tym blogu o rocznicy urodzin Karola Marksa.
Następnego dnia zauważyłem istotną zmianę w demografii osób odwiedzających ten blog - na pierwsze miejsce, po raz pierwszy, ale za to zdecydowanie, wyszli goście z Rosji.
Z drugiej strony statystyka pokazuje, że większość odwiedzających jest kierowana do tego blogu przez google.
Wniosek - Rosjanie pytają google o Marksa.

A Chińczycy? Wszak to oni ufundowali Marksowi urodzinowy pomnik.
Jak wiadomo usługi google są w Chinach albo zablokowane albo mocno ocenzurowane.
Rezultat -  nikt z Chin do mojego blogu nie zajrzał.

Wniosek?
Pokrywa się z moim wczorajszym wpisem - bezproduktywne to moje pisanie.
Nie pisać tylko brać się do roboty jak Chińczycy.

Sunday, May 13, 2018

Niedzielne czytanie - sceny z wiejskiego życia

Znowu Amos Oz - Scenes from Village life - KLIK.

Osiem opowiadań, których akcja rozgrywa się w tej samej, fikcyjnej, 100-letniej izraelskiej wiosce Tel Ilan.
Opowiadania całkiem różne, chociaż, jak na małą wioskę przystało, ich bohaterowie spotykają się ze sobą przelotnie.
Opowiadania różne, ale klimat podobny - zagubienie, dezorientacja, wspomnienie popełnionych błędów.

Czytając zastanawiałem się - do czego autor zmierza? Bo według mnie opowiadania same w sobie nie uzasadniały swojego istnienia.

Finałowe opowiadanie całkowicie odbiegało klimatem od poprzednich i być może zawierało odpowiedź - "Ci którzy mogą pracować - brać się do roboty. Ci, którzy nie mogą pracować  - umierać!".

Thursday, May 10, 2018

Chińska medycyna

Kilka dni temu otrzymałem rachunek za kolejny kwartał prywatnego ubezpieczenia medycznego.
Znowu podwyżka o 8%.
Prowadzę rejestr regularnych wydatków, średni wzrost prawie 7% rocznie. Tak więc to medyczne nie odbiega od normy, rzecz w tym, że koszt tego ubezpieczenia stanowi prawie połowę wszystkich wydatków takich jak gaz, woda, elektryczność, ubezpieczenie domu i samochodu i jeszcze kilka drobiazgów.

Co się za to otrzymuje?
Nieco spokoju ducha.
Powszechne, bezpłatne, ubezpieczenie medyczne pokrywa zasadniczo wszystkie usługi z jednym zastrzeżeniem - procedury w szpitalu państwowym i brak możliwości wyboru chirurga czy innego specjalisty wykonującego procedurę medyczną.
Państwowy szpital oznacza w niektórych przypadkach (wymiana biodra) bardzo długie oczekiwanie w kolejce.

Od chwili przybycia do Australii korzystamy z usług Medibank Private.
Wprawdzie w nazwie ma Private, ale do niedawna ubezpieczenie to było własnością państwa.

Gdy tu przyjechaliśmy ponad 30 lat temu państwo było właścicielem wszystkich kluczowych usług - elektryczność, woda, gaz, łączność. Jakieś 20 lat temu Australia otworzyła się na świat - rząd sprzedał wszystkie te przedsiębiorstwa żeby podreperować państwowy budżet.

Medibank Private był chyba ostatnią usługą do sprzedania.

A kto kupił?

Dzisiaj odwiedziłem biuro naszego ubezpieczyciela żeby spróbować coś utargować. Tablica informacyjna wszystko wyjaśnia.



Inwestorzy z tego samego kraju są głównymi udziałowcami w firmach dostarczających energię i obsługujących łączność. Teoretycznie ktoś w Szanghaju albo Hong Kongu może pstryknąć i wyłączyć nam światło, telefon i internet.

Na razie w Australii obowiązuje przepis, że na szyldzie firmy musi znajdować się jej angielska nazwa.
Przypomniało mi to książkę T. Konwickiego - Mała Apokalipsa. Bohater tej książki relacjonował ewolucję polskiej flagi - tej w PRL. Biało-czerwona, ale ten biały pasek coraz węższy i węższy.
Podobnie u nas z tymi nazwami firm.

P.S1. Wczoraj w parlamencie rząd przedstawił projekt budżetu. Ogromny dług i deficyt, ale nie ma już czego sprzedać. Podobnie jak w Polsce po 25 latach wolności.
P.S2. Od kilku dni media, również europejskie, donoszą o wyprawie 104-letniego Autralijczyka do Szwajcarii gdzie zamierza skorzystać z eutanazji - KLIK.
Medibank Private nie płaci za tego typu zabiegi. Na razie. Sądzę, że dynamiczna gospodarka chińska wkroczy i na ten rynek.

Sunday, May 6, 2018

Niedzielne czytanie - szatańskie wersety

W naszym parafialnym kościele wprowadzono innowację. W rozdawanym przed mszą biuletynie, na ostatniej stronie umieszczono prostą łamigłówkę - Znajdź słowa....


Jak na biuletyn kościelny przystało szukać pomaga aniołek a słowa są budujące: Ojciec, przyjaciele, szczęśliwy...
Jeszcze podczas śpiewania końcowej pieśni zerknąłem na łamigłowkę - nie znalazłem Ojca, przyjaciół, szczęśliwości, moje oko bezbłędnie wyłapało - proszę sprawdzić - górny rząd, piąta kolumna od prawej, czytamy w dół.

A dopiero co odmawiałem - i nie wódź nas na pokuszenie.

Saturday, May 5, 2018

Chińczycy udowadniają, że jest życie na Mar(k)sie.

Przepraszam za sztubacki żart w tytule wpisu. Za moich młodych lat w klasie wisiały cztery portrety - Lenina, Stalina, Marksa i Engelsa a uczniowie żartowali - no, jak to w końcu jest? Jest życie na tym Marksie czy go nie ma?

Internet zaserwował mi dzisiejszego ranka czołówki europejskich gazet, a tam - 200-setna rocznica urodzin Karola Marksa - 5.5.1818.
Karol Marks urodził się w Trewirze i dzisiaj w tym mieście odbędzie się odsłonięcie pomnika jubilata, prezentu od Chin - KLIK.

W innych gazetach znajduję artykuły donoszące, że zaprezentowane w Kapitale idee ekonomiczno-społeczne odżyły na Zachodzie - KLIK. Na Wschodzie są ignorowane.
Za wyjątkiem Chin.

Sunday, April 29, 2018

Niedzielne czytanie - owce, których pasterz się zgubił

Czytanie o dobrym pasterzu, który nie szczędzi trudu by odnaleźć zagubioną owcę było tydzień temu.

W ostatni czwartek St Vincent de Paul Society (Stowarzyszenie Wincentego a Paulo) zorganizowało spotkanie pod tytułem: Co to znaczy być katolicką organizacją charytatywną po ustaleniach Królewskiej Komisji do spraw seksualnego wykorzystywania nieletnich przez Kościoły w Australii.

Zastanowiłem się... czy wiele osób zdaje sobie sprawę, że St Vincent de Paul Society jest organizacją katolicką?
Członkowie chyba tak, chociaż kiedy się zapisywałem to nie przypominam sobie żeby pytano mnie o przynależność religijną. Podczas naszych wizytacji u osób proszących o pomoc nigdy nie poruszamy tematów religijnych.
Czy osoby korzystające z naszych usług zastanawiają się nad skrzywieniami naszego ideowego kręgosłupu?
Chyba nie. Być może zastanawiają się sponsorzy. A zatem temat spotkania powinien interesować kierownictwo naszej organizacji, ale nie mnie, szeregowegopracownika.

Mimo to poszedłem.

Co Komisja zaleca podane jest w skrócie TUTAJ. Na końcu jest link do pełnego raportu Komisji. Równolegle z tym prowadzona jest akcja prokuratury o ukaranie winnych i kompensatę dla pokrzywdzonych.

Nie to jednak było przedmiotem naszego spotkania. Spotkanie było dla zaangażowanych w pracę społeczną ludzi, którzy nagle znaleźli się pod flagą mocno krytykowanej a czasem nawet nienawidzonej instytucji.

Pierwszym mówcą był biskup pochodzenia wietnamskiego. Nie szczędził on słów krytyki pod adresem swojego Kościoła. Podejrzewam, że jego zwierzchnicy nie są aż tak kategoryczni.

Moją uwagę zwróciły dwa fragmenty jego wypowiedzi -
Co robią protestanci gdy wybuchła niezgoda? Zakładają nowy Kościół.
Co robią katolicy w takiej sytuacji? Zakładają nowy zakon. Najlepszy przykład to św Franciszek z Asyżu - bardzo krytyczny w stosunku do kościelnej hierarchii, ale z drugiej strony praktyczny - założył zakon, w którym realizował swoją wizję Kościoła.
Wasze stowarzyszenie jest czymś podobnym.

Drugi fragment dotyczył roli kobiet w kościele. Biskup wspomniał, że kilka tygodni wcześniej był w Watykanie na "święcie kobiet". Wystąpiła tam m. in. była premier Irlandii Mary McAleese - KLIK, która patrząc prosto w oczy papieżowi Franciszkowi stwierdziła - Kościół przez prawie dwa tysiące lat ignorował rolę kobiet. Rezultat - teraz leżycie w błocie klapiąc bezradnie jednym skrzydłem. Tyle się mówi o odnowie Kościoła a ja, tu w Rzymie, widzę setki instytucji, w których kobiety pełnią jedynie rolę służących.

Następnie głos zabrała popularna dziennikarka radiowa i telewizyjna Geraldine Doogue. Prawdę mówiąc trudno mi było znaleźć w tym jakąś myśl przewodnią, ale bardzo spodobało mi się jej końcowe przesłanie - belong before believe - czyli najpierw przynależność, wiara później.

Wydaje mi się, że moje życie dopisało drugą część do tego hasła.
Oczywiście, jak prawie wszyscy z mojego pokolenia najpierw przynależałem - chrzest, praktykująca rodzina, katolicka szkoła.
Wiara przyszła nieco później, za sprawą rodziny i szkoły.
A potem... wiara jakoś wywietrzała.

Jednak teraz, pod koniec życia, gdy okazało się, że jestem w obcym kraju, gdy mój własny kraj jest również dla mnie obcy, gdy stwierdziłem, że nie mam żadnego wpływu na losy swojej rodziny, teraz właśnie odkryłem, że jedyne miejsce, w którym czuję się dobrze, pewnie i spokojnie, to kościół. Że jedyne miejsce gdzie moja obecność i działanie są od ręki akceptowane i pożytecznie wykorzystywane to St Vincent de Paul Society.
A zatem moje przesłanie to: belong before believe and belong even more when you lost your faith.

P.S. Odniosłem wrażenie, że polskie Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo jest zupełnie niepodobne do australijskiego.
Jest podporządkowane Zgromadzeniu Księży Misjonarzy i na pierwszym miejscu stawia wiarę i ceremonie religijne.  Informacji na temat bardziej praktycznej działalności nie udało mi się znaleźć. Na stronie głównej - KLIK- wyświetlane jest 5 ilustracji - księża, śpiewnik, święty Wincenty, Rodzina Wincentyńska (księża i zakonnicy), cudowny medalik
Dla porównania strona stowarzyszenia australijskiego - KLIK.  Etykiety w czołówce strony: Find Help... Get involved  - Znajdź pomoc... Włącz się. Na stronie głównej wyświelanych jest 8 ilustracji. Na żadnej nie ma jakiegokolwiek symbolu religijnego.

Może jednak ta Australia to dobra końcowa przystań.