Sunday, July 15, 2018

Niedzielne czytanie - Bóg rzeczy materialnych


Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. «Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien».

Ewangelia wg św Marka - 6,7-9

Jezus wiele razy nawołuje do nieprzywiązywania wagi do spraw materialnych.
W tym kontekście utkwił mi w pamięci komentarz aborygeńskiej działaczki:

Przychodzimy na ten świat bez niczego, odchodzimy z niego bez niczego. Podczas naszego życia też niczego nie posiadamy. Co najwyżej możemy być gospodarzami, opiekunami (custodians) tego co jest wokół nas.

Zajrzałem do Biblii, w którym momencie ludzie zaczęli coś posiadać?

Może tutaj?
"... i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem".    Genesis IV . 2.

Pasterz - do tego trzeba posiadać zwierzęta.
Rolnik - to wyższy stopień posiadania. Trzeba wyrwać kawał ziemi naturze i uprawiać ją.

Nieco więcej na ten temat TUTAJ.

Poczułem ogromne rozczarowanie. Rzeczy/sprawy materialne - toż ten element ma chyba decydujący wpływ na ludzkie postępowanie. A w Biblii nic? Poza przykazaniem - nie kradnij!

Przypomniała mi się czytana w dzieciństwie książka Wandy Wasilewskiej - KLIK - W pierwotnej puszczy. Opis funkcjonowania pierwotnej wspólnoty.
Niestety wygląda na to, że jedyni, którzy zauważyli, że posiadanie przedmiotów jest istotnym problemem, to marksiści.
Może dlatego istnieje zasadniczy konflikt między marksistami a kościołem.

Na marginesie wspomnę, że australijscy Aborygeni w swoich oryginalnych językach nie mieli słowa Bóg co nie przeszkadzało im być bardzo uduchowionymi ludźmi.

Wednesday, July 11, 2018

Decyzje w sytuacji krytycznej

Osoba, płeć i kolor włosów nieistotne, prowadzi samochód na autostradzie. Słucha muzyki przez radio. Nagle muzykę przerywa komunikat: uwaga kierowcy na autostradzie AX. Poinformowano nas, że na autostradzie zauważono samochód jadący pod prąd. Zalecamy zwiększenie czujności i ostrożną jazdę. Osoby, które zauważą ten samochód prosimy o kontakt.
Osoba prowadząca samochód dzwoni: ja w sprawie tego komunikatu. 

Tak, dziękujemy. Zauważył(a) pan(i) samochód jadący pod prąd?
Samochód? Proszę pana, na moim pasie wszystkie samochody jadą pod prąd.


Stary dowcip.

Słuchałem niedawno dyskusji na temat problemów przy projektowaniu samochodów bez kierowcy - driverless cars.
Projektanci borykają się również z problemami natury moralnej.
Na przykład: z naprzeciwka wali na nas ciężarówka, jedyna ucieczka to wjechać w tłum ludzi stojących na przystanku tramwajowym.
Co zrobi kierowca w takiej sytuacji? Trudno przewidzieć. To już nie problem konstruktora samochodu.
Co ma zrobić samochód sterowany automatycznie?
Zrobi dokładnie to co mu zaleci starannie opracowany system kontroli.

Dyskutanci rozważali moralne i prawne aspekty sprawy.
Czy program powinien uznać jako podstawowe kryterium najmniejszą ilość ofiar?
Czy nabywca samochodu będzie musiał podpisać zgodę na poniesienie konsekwencji  zdefiniowanego funcjonowania systemu kontroli?

Jestem przekonany, że zawsze będzie można kupić wersję lux, w której jedynym kryterium będzie bezpieczeństwo i wygoda właściciela.

Monday, July 9, 2018

Niedzielne czytanie - unik

Dziwnym zbiegiem okoliczności najbardziej stabilny element mojego blogu - niedzielne wpisy - robią jakieś uniki. Kolejny raz niedzielne czytanie wypadło innego dnia.

Wiesz - powiedział - podczas nalotu bombowego, kiedy nadlatujemy nad cel, kiedy już mamy spuścić bomby, przychodzi mi do głowy: czy zrobić mały unik; wiesz, lekko zboczyć. wtedy moje bomby spadną na kogoś innego. Tak sobie myślę: których dziecięciu, dwudziestu czy stu ludzi zabiję dzisiaj. To zależy tylko ode mnie. I teraz myślę o tym ile razy wylatuję na akcję.
(...)
Tak, to coś podobnego do odczekania w samochodzie.
Odczekania w samochodzie?
Tak, zawsze to robię.
???
Jak już zastartuję silnik i mam ruszyć, to liczę najpierw do dwudziestu i dopiero wtedy ruszam.
To jakieś bez sensu.
To jest doskonały sposób, aby uniknąć wypadków. Od czasu jak to robię nie miałem wypadku.
Dlaczego?
Proste. Jeśli ktoś miał niespodziewanie wejść przed moim rozpędzonym samochodem na jezdnię, to go nie uderzę, bo odliczałem w tym czasie do dwudziestu i jak on wszedł na jezdnię, to mnie jeszcze tam nie było.
To świetny pomysł.
Uratowałem w ten sposób wiele istnień ludzkich. I możesz przejeżdżać skrzyżowania bez zwalniania, bo samochód który byłbyś uderzył przejechał wcześniej.
Cudowne!

Roald Dahl - Someone like you.

Pisarstwo Roalda Dahla poznałem grubo ponad 60 lat temu, w Polsce. Tygodnik Przekrój publikował jego opowiadania w tłumaczeniu Juliusza Kydryńskiego - KLIK.
Specyficzne były to opowiadania, zaskakujące, nieco perwersyjne.

Nic dziwnego, że gdy kilkadziesiąt lat później zobaczyłem to nazwisko na półkach z książkami dla dzieci, byłem mocno zaskoczony.

Cytowany powyżej fragment opowiadania pochodzi ze zbioru Over to you, chyba nie przetłumaczono ich na polski - już przetłumaczenie tytuł zbioru sprawia poważną trudność.

10 opowiadań inspirowanych doświadczeniami Roalda Dahla jako pilota RAF podczas II Wojny Światowej. Służył jako pilot bombowców w Afryce Północnej, Syrii i Grecji. Przeżył (z trudem) bardzo poważną katastrofę samolotową.

Roald Dahl - pisarz dla dzieci. Kolejny unik.

Thursday, July 5, 2018

Sunday, June 24, 2018

Niedzielne czytanie - sto lat to za mało?

Sto lat to za mało, 
sto lat to za mało,
 150 by się zdało!

Polska piosenka urodzinowa.

Relacja z wyspy Luggnagg.



Spytano mnie pewnego razu, czy widziałem kiedy Struldbrugów, czyli Nieśmiertelnych?
Odpowiedziałem, że nie, i byłem bardzo ciekawy, jak można było dać takie nazwisko ludziom. Powiedział mi, że czasem (choć rzadko) rodzi się dziecię z plamą czerwoną prosto nad lewą brwią i że to szczęśliwe znamię uwalnia je od śmierci (...).
Zawołałem w niejakim będąc zachwyceniu: "Szczęśliwy naród, którego dzieci mogą się spodziewać nieśmiertelności! Szczęśliwy kraj, gdzie starożytnych czasów przykłady zawsze trwają, gdzie pierwszych wieków cnota jeszcze nia zaginęła, gdzie pierwsi ludzie zyją i żyć będą wiecznie, ażeby nauczali mądrości wszystkich swoich potomków.."(...).
Ten, który mi to opowiedział, spojrzał na mnie z uśmiechem oznaczającym moją niewiadomość godną politowania.(...)
Rzekł mi naprzód, iż takie prawie zdanie zdarzało mu się znajdować u Balnibarbów i Japończyków, że chęć życia jest przyrodzona człowiekowi... Lecz na wyspie Luggnagg inaczej myślą, bo przykład i ustawiczny widok Struldbrugów zachowuje jej mieszkańców od nierozsądnej miłości życia.


Potem odmalował mi obraz Struldbrugów i rzekł, że podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu a potem wpadają w coraz wiekszy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu, że naówczas nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy świadomość wiecznej trwałości ich zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcowie, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, gniewliwi. ale też kochają tylko siebie, wyrzekając się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania. Zawiść pożera ich bez przestanku, a na widok rozkoszy zmysłowych, miłostek, rozrywek, jakich używa młodzież śmiertelna, niejako co moment konają. (...).

Lemuel Gulliver - Podróże do kilku odległych narodów Świata - Londyn, rok 1726



Sunday, June 17, 2018

Niedzielne czytanie - smakowita propozycja

W największej, najbrązowszej, najbardziej mulastej rzece w Afryce, dwa kokodyle wylegiwały się z głowami ledwie nad powierzchnią wody. Jeden z krokodyli był przeogromny. Drugi, nie tak wielki.
- Wiesz co zjem dzisiaj na lunch? - spytał Przeogromny Krokodyl.
- Nie - odpowiedział Nie-Tak-Wielki - Co?
Przeogromny Krokodyl uśmiechnął się wyszczerzając przy tym setki ostrych białych zębów.
- Na mój dzisiejszy lunch - powiedział - mam apetyt na ładne, soczyste małe dziecko.
- Nigdy nie jem dzieci - odpowiedział Nie-Tak-Wielki - tylko ryby.
- Ho, ho, ho! - zawołał Przeogromny Krokodyl - założę się, że gdybyś zobaczył tłuste, soczyste, małe dziecko chlapiące się teraz i tutaj w wodzie, połknąłbyś je jednym haustem.
Krokodyl
Roald Dahl - The Enormous Crocodile - przekład - autor wpisu.
------
Skromna Propozycja

Dla zapobieżenia dzieciom biednych w Irlandii, bycia obciążeniem dla rodziców i kraju, a także dla uczynienia ich korzystnymi dla społeczeństwa.

Przygnębiający to widok dla tych, którzy spacerując po naszym wspaniałym mieście (Dublin), lub podróżując po kraju, widzą ulice, drogi, drzwi domostw, zaludnione żebrakami płci żeńskiej, za którymi tłoczy się troje, czworo, sześcioro dzieci w łachmanach nagabujących każdego przechodnia o jałmużnę.
Te matki zamiast pracować na godziwe utrzymanie, zmuszone są spędzać cały czas krążąc w poszukiwaniu wyżywienia dla swoich bezradnych dzieci, które, gdy dorosną, albo z braku pracy przemienią się w złodziei, albo opuszczą rodzinny kraj walczyć za Samozwańca w Hiszpanii, lub sprzedadzą się w niewolę na Barbados.
Sądzę, że wszystkie zainteresowane strony zgodzą się, że ta niesamowita liczba dzieci w ramionach, na plecach lub na piętach ich matek, a często ich ojców, jest w obecnym, godnym pożałowania stanie królestwa (Irlandii), bardzo wielkim dodatkowym utrapieniem; i dlatego ktokolwiek mógłby znaleźć sprawiedliwy, tani i łatwy sposób na zrobienie z tych dzieci rozsądnych i pożytecznych członkowów wspólnego bogactwa, zasłużyłby na posąg jako zbawca narodu.

Moja intencja jest bardzo daleka od ograniczania się do świadczenia wyłącznie na rzecz dzieci zadufanych żebraków: sięga znacznie dalej i będzie w stanie objąć całkowitą liczbę niemowląt w pewnym wieku, które urodziły się rodzicom, którzy nie są w stanie ich utrzymać i muszą błagać o naszą łaskę na ulicach.
Jeśli chodzi o mnie, to od wielu lat skupiłem moje myśli na tym ważnym temacie i starannie rozpatrzyłem kilka planów naszych projektodawców, i w każdym przypadku stwierdziłem, że oparte są na bardzo błędnych obliczeniach. 

To prawda, dziecko może po przeżyć rok wspieranewyłącznie przez mleko matki, plus niewielkie dodatki pokarmowe nie przekraczające wartości dwóch szylingów, które matka jest w stanie zapewnić przez dorywczą pracę wyprzedaż dobytku, lub legalne żebranie.
Dlatego dokładnie po ukończeniu jednego roku proponuję zająć się nimi w taki sposób, że zamiast być obciążeniem dla swoich rodziców, lub parafii, lub być skazanymi na brak jedzenia i okrycia do końca życia, przyczynią się do wyżywienia, a częściowo również ubrania wielu tysięcy.
Dodatkową wielką zaletą w mojego projektu będzie zapobieżenie dobrowolnym aborcjom, tej okropnej praktyce, w której kobiety mordują swoje nieślubne dzieci.
Niestety! Zbyt często powodem poświęcenia życia tych biednych niewinnych niemowląt nie jest wstyd lecz bieda.

Liczba dusz w tym królestwie (Irlandii) jest zwykle liczona jako półtora miliona. Obliczam więc, że mamy około dwustu tysięcy par, w których kobiety są nadal płodne. Od tego odejmuję trzydzieści tysięc par, które są w stanie utrzymać własne dzieci (zgadam się, że w obecnej, trudnej sytuacji królestwa jest to liczba przesadzone). Pozostając jednak przy pierwotnym założeniu pozostaje nam sto siedemdziesiąt tysięcy hodowców.
Ponownie odejmuję od tego pięćdziesiąt tysięcy kobiet, które poroniły, lub których dzieci umierają przypadkowo lub w wyniku choroby.
Pozostało tylko sto dwadzieścia tysięcy dzieci ubogich rodziców rodzonych każdego roku.
Pytanie brzmi: Jak ta ilość ma być utrzymywana?

Wspomniałem już wyżej, że żadna z proponowanych metod nie daje odpowiedzi na to pytanie.
Nie możemy ich zatrudnić w rzemiośle ani na roli; nie budują domów, nie uprawiają ziemi.
Bardzo rzadko mogą zapewnić sobie środki do życia przez kradzież (do wieku sześciu lat).
Przyznaję, że uczą się podstaw od małego jednak tym czasie mogą jednak być właściwie postrzegane tylko jako stażyści. Jak poinformował mnie pewien dżentelmen w hrabstwie Cavan, nigdy nie spotkał więcej niż jeden lub dwa przypadki biegłego opanowania sztuki kradzieży poniżej szóstego roku życia.
Z drugiej strony, jak zapewniali nas nasi kupcy, chłopak lub dziewczyna przed dwunastym rokiem życia nie jest poszukiwanym towarem, a nawet kiedy dochodzą do tego wieku, nikt nie da więcej niż trzy funty lub trzy funty i pół korony co ma się jak jeden do czterech w stosunku do środków, które muszą poświęcić rodzice lub królestwo na ich wyżywienie i odzianie.

Dlatego teraz pokornie zaproponuję swój własny pomysł, który, mam nadzieję, nie wzbudzi najmniejszych zastrzeżeń.
Bardzo dobrze zorientowany znajomy mi Amerykanin w Londynie zapewnił mnie, że młode, zdrowe i dobrze odżywione dziecko w wieku conajmniej roku, to najsmaczniejsze pożywne i zdrowe jedzenie, czy to duszone, pieczone lub gotowane; i nie wątpię, że będzie ono równie dobrze smakować w potrawce lub jako ragout.
(...)
Zakładam, że to jedzenie będzie dość drogie, a zatem bardzo stosowne dla właścicieli ziemskich, którzy, po pochłonięciu większości rodziców, wydają się być najbardziej uprawnieni do skonsumowania ich dzieci.
(...) W tym miejscu ośmielę się wspomnieć, że ilość katolickich dzieci w tym królestwie stanowi trzy czwarte ich populacji. A zatem moja propozycja przyniesie dodatkową korzyść - zmniejszenie ilości papistów.

Jak już wcześniej wyliczyłem, utrzymanie dziecka nędzarza, a do tych zaliczam wszystkich najemców, robotników i cztery piąte rolników, kosztuje około dwóch szylingów rocznie. Jestem przekonany, że żaden dżentelmen nie będzie sarkać na cenę 10 szylingów za ciałko smacznego, tłustego dziecka, z którego można wygospodarować 4 pożywne mięsne dania na posiłek dla rodziny lub przyjaciół.

--- Tu następuje lista korzyści wynikająch z powyższej propozycji. 
Są one tak oczywiste, że je pominę, za wyjątkiem ostatniego punktu, 
który wnosi coś nowego ----

Po szóste, byłoby to wielką zachętą do małżeństwa, wzmocniłoby to troskę i czułość matek do
ich dzieci, kiedy będą pewne, że ich biedne niemowlęta, będą źródłem zysku, nie wydatku.
W mężczyznach wzbudzi to troskę o żony w czasie ich ciąży, tak jak ma to obecnie miejsce w przypadku źrebnej klaczy lub cielnej krowy.
Z drugiej strony powstrzyma ich przed biciem żon (co obecnie jest zbyt częstą praktyką) ze strachu przed poronieniem.
(...)
Dr Jonathan Swift - rok 1729


Post Scriptum.
Z niewiadomych przyczyn powyższa propozycja nie została wprowadzona w życie, znalazłem jednak przypadek nieco innego podejścia do tego samego problemu.

Rok 1845, Irlandię nawiedziła Wielka Klęska Głodu (Great Irish Famine) - KLIK
Klęska na tyle wielka, że Wielka Brytania zorganizowała Great Relief Association, która prowadziła akcję zbiórki pieniędzy a następnie rozdział zebranych środków wśród głodująch.
W 1846 roku do akcji włączył się Paweł Edmund Strzelecki znany nam skądinąd jako badacz Australii. Wikipedia podaje, że jego sprawna działalność równoważyła marnotrawstwo środków przez utytułowanych filantropów. W maju1847 roku został awansowany na dyrektora akcji - KLIK.
Nie wiem czy Strzelecki czytał wywód Jonathana Swifta, ale chciałbym zwrócić uwagę na jeden element - Swift wspomniał, że gromada głodnych i obdartych dzieci na karku uniemożliwia rodzicom jakąkolwiek działalność. Strzelecki też to zauważył i zapoczątkował akcję rozprowadzania pomocy dla dzieci przez szkoły. W szczytowym okresie ilość dzieci, które otrzymywaly pomoc w szkołach przekroczyła 200,000 - KLIK.

Monday, June 11, 2018

Niedzielne rozmyślanie - brak synchronizacji

Oooops - niedzielne w poniedziałek.
Nie po raz pierwszy, to samo przydarzyło mi się 2 tygodnie temu.
Tym razem zwalę winę na Kościół - normalnie chodzę na mszę na 10 rano do naszego kościoła parafialnego, 150 m od domu.
Wczoraj pojechaliśmy do kościoła, w którym odprawiane są msze w języku polskim. Powodem był parafialny obiad a raczej kolacja, okazja finansowego wspomożenia parafii. Msza zaczynała się o 5, obiad skończył się o 10 - kiedy tu myśleć o duchowych sprawach?

Już na parkingu widać, że jesteśmy wśród swoich...



W kościele też. Msza jest połączona z celebracją święta Serca Jezusowego. Nie wiedziałem, że jest takie święto. Czytania liturgiczne zupełnie inne niż te przepisane na tę niedzielę.

Po mszy przechodzimy do świetlicy szkoły parafialnej a tam 20 dużych stołów, przyjęcie na 400 osób.
Jestem pierwszy raz na takiej polskiej imprezie więc zauważam spore różnice w stosunku do takich imprez organizowanych przez Australijczyków.
Po pierwsze - aż 3 dania - przekąska, danie główne, deser.
Już przekąska przyprawia mnie o zawrót głowy - chyba 6 różnych wędlin na talerzu - to jest moja całoroczna porcja. Danie główne - baranina lub indyk.
Baranina to brzmi jakoś odstraszająco, w mojej nowej ojczyźnie jest to raczej owczyzna.
Po drugie - zaskakuje mnie, że to wszystko zostało przygotowane na miejcu, przez ochotników.
Australijczycy załatwiają to dużo prościej - po pierwsze nie ma przekąski tylko jakieś orzeszki na stole. Po drugie danie główne przyrządza catering company - na rożnie obraca się wołowa i wieprzowa noga, pan kucharz odcina mechaniczną piłą plaster i buch na talerz. Pomocnik kucharza dorzuca ziemniaki i jarzyny, następny proszę.
Deser też przynoszą do stołu - u Australijczyków samoobsługa.
Inna sprawa, to przy takiej ilości gości ustawienie ich w kolejce byłoby chyba koszmarem.
Po trzecie - cena - $40 od osoby. Tu dodam, że na każdym stole były 3 butelki wina i jakieś lemoniady. U Australijczyków jest BYO - bring your own i cena $55.

Dosyć tych przyziemnych rozważań - wspomnę inny akcent ostatniej niedzieli. Jest on bardzo synchroniczny - taniec.
Jedyna stacja radiowa, której słucham - ABC Classic - co dwa lata urządza plebiscyt na najpopularniejszy utwór muzyczny w określonej kategorii. W tym roku był to taniec.
Wyniki - TUTAJ - na początku Czajkowski - Jezioro łabędzie, Dziadek do orzechów, następnie Prokofiew - Romeo i Julia. W pierwszej dwunastce są jeszcze Spartakus Chaczaturiana i Śpiąca królewna Czajkowskiego. Dalej też roi się od Rosjan.

Skoro rosyjski balet, to przypomina mi się nazwisko Petipa - autor choreografii wszystkich istotnych baletów klasycznych.
Petipa - brzmi jakoś swojsko, jak.... Mazepa - fakty są nieco ciekawsze - patrz TUTAJ.

Friday, June 8, 2018

Biblijne refleksje

Co czwartek wożę naszego 7-letniego wnuka Ambrożego na zajęcia baletowe.


Powyżej Ambrozy z siostrą w biblijnym otoczeniu.

Podczas jazdy coś mu opowiadam. Ostatnio poprosił żebym mu opowiedział o Jezusie.
Opowiedziałem więc o cudownym rozmnożeniu chleba (i ryb).
Apostołowie kupili od jakiegoś chłopca 5 bochenków chleba i dwie ryby. Jezus dzielił je i rozdawał a ich wcale nie ubywało. Wreszcie wszyscy najedli się do syta.
I co wtedy dziadzia? - pyta Ambroży - oddali chleb i ryby temu chłopcu?
- Nie, ten chłopiec wziął pieniądze i szybko poszedł do domu - odpowiadam.
A tu zostało kilka koszy resztek - co z nimi zrobić w kraju , w którym tyle się mówi o wykorzystaniu odpadów?
- Oni dali te odpady do mojego towarzystwa charytatywnego - St Vincent de Paul - dodaję i opowieść zyskuje aprobatę.

Wskrzeszenie Łazarza.
Po pierwsze Ambroży zganił Jezusa za opieszałość - przecież jakby się trochę pospieszył i uzdrowił, to nie byłoby tej śmierci i żałoby.
W tym punkcie całkowicie się z nim zgadzam.
Po drugie - Jezus zawołał - Łazarzu wyjdź! - i Łazarz wyszedł.
Ambroży zapytał - dziadzia, to jak wyglądał ten grób? Przecież jakby go włożyli do pudełka i zakopali to by nie wyszedł.
Święta racja.

Jeszcze jedno - wspomniałem o surowym prawie mojżeszowym, za pogwałcenie niektórych przykazań groziła kara śmierci. Na przykład za zabójstwo.
Ambroży pomyślał chwilę, wreszcie roześmiał się - dziadzia, to znaczy jak ktoś zabił, to oni go zabijali, i co dalej? Wtedy ci co zabili  też powinni zostać zabici.

Tuesday, June 5, 2018

Chińskie terytorium zamorskie

W naszych wiadomościach tv na dość poczesnym miejscu podano wiadomość, że nasza narodowa linia lotnicza QANTAS wprowadza kosmetyczną zmianę w swoich mapach i rozkładach lotów - zniknie z nich Taiwan jako samodzielne państwo, zostanie zastąpione nazwą... no właśnie, z właściwą Australijczykom geograficzno-polityczną beztroską, dokładnej nazwy nie podano.
Szczegóły TUTAJ.

Jako Dziecko Komuny - KLIK - zostałem wyuczony w szkole i przez uzależnione od rządu media jak ta sprawa wyglądała.

Rząd cesarskich Chin w 1895 roku oddał wyspę Taiwan Japończykom.
Cesarstwo Chińskie upadło w 1912 roku, w jego miejsce powstała Republika Chińska, pierwszym prezydentem został Sun Yat-sen, którego obecnie zarówno w Ludowej Republice Chińskiej jak i w jej zamorskich terytoriach uważa się za "Ojca Narodu".
Przez następne 20 lat Chiny były miejscem walk lokalnych watażków. W tym chaosie zaczęły się stabilizować i umacniać dwie istotne siły - Kuomitang - partia nacjonalistyczna i Komunistyczna Partia Chin.

Po zakończeniu wojny i kapitulacji Japonii wyspa Taiwan wróciła do Chin.

Kuomitang (przywódca Czang Kai-szek) wspierany przez mocarstwa zachodnie  i Komunistyczna Partia Chin wspierana przez Związek Radziecki rozpoczęły walkę o władzę.
W 1949 roku Komunistyczna Partia Chin uzyskała kontrolę nad całym kontynentalnym terytorium chińskim. Kuomitang i jego zwolennicy, aby uniknąć represji, przenieśli się na Taiwan gdzie funkcjonowali nadal pod nazwą Republika Chińska i byli oficjalnie uznani za jedynego reprezentanta Chin przez ONZ, Międzynarodowy Komitet Olimpijski i cały Wolny Świat.

W 1971 roku ONZ przyjął Ludową Republikę Chińską do swojego grona narodów, jednocześnie ze zgromadzenie usunięto Republikę Chińską czyli Taiwan.

Chiny nigdy nie uznawały Taiwanu jako samodzielnego państwa. Na marginesie wspomnę, że wyspę zamieszkuje 23 miliony osób. Na liście krajów według dochodu narodowego Taiwan jest 22. pozycji (Autralia na 13. Polska na 24.).
Pod naciskiem Chin większość państw przestała uznawać Taiwan jako samodzielne państwo - jako miernik uznaje się poziom relacji dyplomatycznych - a więc brak ambasad.
Jedyni nieugięci to Watykan, Swaziland, Kiribati - w sumie 18 państw.

W tej sytuacji decyzja naszych linii lotniczych nie powinna nikogo dziwić. Inna rzecz, że dzisiaj, krążąc po centrum handlowym, odnosiłem wrażenie, że również znajduję się na chińskim terytorium.

Sunday, June 3, 2018

Niedzielne spacerowanie - MS Walk

W Australii nie obchodzi się Bożego Ciała w czwartek. W niedzielę troche się o tym święcie wspomina. Nie ma żadnej procesji.

Szczęśliwy dla mnie traf zrządził, że niedziela po Bożym Ciele to w tym roku jednoczesnie pierwsza niedziela czerwca, a zatem, już po raz ósmy - MS Walk - charytatywny spacer na rzecz Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego.

Historię mojego uczestnictwa w tym spacerze opisałem rok temu - TUTAJ.

A w tym roku... też doszedłem do mety...


Galeria zdjęć TUTAJ.


Monday, May 28, 2018

Niedzielna refleksja - ciszej nad tą trumną

Głównym tematem niedzielnych wiadomości tv była informacja o wyniku irlandzkiego referendum na temat uchylenia bardzo ostrych ograniczeń w stosowaniu aborcji.

Osobiście jestem zwolennikiem aborcji, jednak zawsze miałem przekonanie, że jest to bardzo dramatyczna dla rodziców decyzja.

Fotografie osób celebrujących to wydarzenie



przeczą mojemu odczuciu.

Przyzwyczaiłem się już do faktu, że moje odczucia i przekonania są całkowicie niedostosowane do obecnego świata.

P.S. Oczywiście widziałem protesty przeciwko restrykcyjnemu prawu aborcyjnemu w Polsce. Uczestnicy zachowywali się podobnie jak w Irlandii.
Powtórzę jeszcze raz - popieram prawo rodziców do dostępu do całkiem liberalnej aborcji, tylko cicho wzdycham - ciszej nad tą trumną.

Tuesday, May 22, 2018

Wszyscy oglądali a nikt nie zauważył

Oczywiście jestem na bieżąco, wiem że najważniejszym wydarzeniem ostatnich dni był ślub księcia Harry z panną Merkel.
Transmisji uroczystości nie oglądałem, ale widziałem migawki w dziennikach telewizyjnych.

Moją uwagę zwrócił jeden fakt. Książe Harry zabiera swoją żonę na przejażdżkę sportowym samochodem. Reporter wspomniał, że to zabytowy Jaguar.
Jaguar, czyli angielska marka. Proszę spojrzeć - z której strony ten samochód ma kierownicę?



Z lewej. Dla większości świata to oczywiste.
Ale nie dla mnie, mieszkańca kraju należącego do Wspólnoty Brytyjskiej. Przecież u nas, tak jak w Anglii, jest ruch lewostronny a zatem kierownica w samochodzie powinna być po prawej stronie.
Mam nadzieję , choć wątłą, że ten samochód został legalnie dopuszczony do ruchu, ale w ruchu lewostronnym jest to bardzo niewygodne a nawet niebezpieczne gdyż kierowca nie widzi drogi przed sobą.
Potwierdzenie na poniższym zdjęciu - kierowca po stronie krawężnika.
jedyna moja pociecha, to że może książęca para przejechała się tylko po królewskim parku i nie stanowiła zagrozenia dla bezpieczeństwa na drogach publicznych.



Sunday, May 20, 2018

Niedzielne czytanie - Zielone Świątki - znowu

Dzisiaj Zielone Świątki - znowu.
To dość oczywiste - kalendarz, również liturgiczny w koło się toczy.
Z tej okazji co roku przypomina mi się wydarzenie, które TU rok temu opisałem.

Skoro już opisałem, to co mogę dodać dzisiaj?
Kiedyś, w innym kościele, ale przecież w Melbourne, wysluchałem ciekawych rozwazań.
Życzę wam szczęśliwych Zielonych Świątek - Happy Pentecost - oznajmił z ambony ksiądz.
Wiernych to rozbawiło.

Zaskoczyło to was? - skomentował ksiądz - a właściwie dlaczego?
Świętujemy Boże Narodzenie, które zapoczątkowało 33 lata pobytu Jezusa na ziemi.
Świętujemy Wielkanoc, która obiecuje ludziom zmartwychwstanie i życie wieczne.

A co zapowiadają i obiecują Zielone Świątki?
Toż one zapowiadają nam, ludziom, tysiące lat egzystencji na tej ziemi, podczas których zdani będziemy tylko na tę cząstkę ducha, która do nas dotarła i którą uda nam się wykorzystać w życiu.
Toż to jest najbardziej konkretne i istotne wydarzenie.
I co? I nic?

Patrząc na ostatnie dwa tysiące lat historii ludzkości trudno oprzeć się wrażeniu, że pobyt Jezusa na ziemi nie zmienił niczego na lepsze.
A przyjście Ducha Świętego ludzie zbagatelizowali.
No i jest jak jest.

Monday, May 14, 2018

Marksistowska statystyka

10 dni temu wspomniałem na tym blogu o rocznicy urodzin Karola Marksa.
Następnego dnia zauważyłem istotną zmianę w demografii osób odwiedzających ten blog - na pierwsze miejsce, po raz pierwszy, ale za to zdecydowanie, wyszli goście z Rosji.
Z drugiej strony statystyka pokazuje, że większość odwiedzających jest kierowana do tego blogu przez google.
Wniosek - Rosjanie pytają google o Marksa.

A Chińczycy? Wszak to oni ufundowali Marksowi urodzinowy pomnik.
Jak wiadomo usługi google są w Chinach albo zablokowane albo mocno ocenzurowane.
Rezultat -  nikt z Chin do mojego blogu nie zajrzał.

Wniosek?
Pokrywa się z moim wczorajszym wpisem - bezproduktywne to moje pisanie.
Nie pisać tylko brać się do roboty jak Chińczycy.

Sunday, May 13, 2018

Niedzielne czytanie - sceny z wiejskiego życia

Znowu Amos Oz - Scenes from Village life - KLIK.

Osiem opowiadań, których akcja rozgrywa się w tej samej, fikcyjnej, 100-letniej izraelskiej wiosce Tel Ilan.
Opowiadania całkiem różne, chociaż, jak na małą wioskę przystało, ich bohaterowie spotykają się ze sobą przelotnie.
Opowiadania różne, ale klimat podobny - zagubienie, dezorientacja, wspomnienie popełnionych błędów.

Czytając zastanawiałem się - do czego autor zmierza? Bo według mnie opowiadania same w sobie nie uzasadniały swojego istnienia.

Finałowe opowiadanie całkowicie odbiegało klimatem od poprzednich i być może zawierało odpowiedź - "Ci którzy mogą pracować - brać się do roboty. Ci, którzy nie mogą pracować  - umierać!".

Thursday, May 10, 2018

Chińska medycyna

Kilka dni temu otrzymałem rachunek za kolejny kwartał prywatnego ubezpieczenia medycznego.
Znowu podwyżka o 8%.
Prowadzę rejestr regularnych wydatków, średni wzrost prawie 7% rocznie. Tak więc to medyczne nie odbiega od normy, rzecz w tym, że koszt tego ubezpieczenia stanowi prawie połowę wszystkich wydatków takich jak gaz, woda, elektryczność, ubezpieczenie domu i samochodu i jeszcze kilka drobiazgów.

Co się za to otrzymuje?
Nieco spokoju ducha.
Powszechne, bezpłatne, ubezpieczenie medyczne pokrywa zasadniczo wszystkie usługi z jednym zastrzeżeniem - procedury w szpitalu państwowym i brak możliwości wyboru chirurga czy innego specjalisty wykonującego procedurę medyczną.
Państwowy szpital oznacza w niektórych przypadkach (wymiana biodra) bardzo długie oczekiwanie w kolejce.

Od chwili przybycia do Australii korzystamy z usług Medibank Private.
Wprawdzie w nazwie ma Private, ale do niedawna ubezpieczenie to było własnością państwa.

Gdy tu przyjechaliśmy ponad 30 lat temu państwo było właścicielem wszystkich kluczowych usług - elektryczność, woda, gaz, łączność. Jakieś 20 lat temu Australia otworzyła się na świat - rząd sprzedał wszystkie te przedsiębiorstwa żeby podreperować państwowy budżet.

Medibank Private był chyba ostatnią usługą do sprzedania.

A kto kupił?

Dzisiaj odwiedziłem biuro naszego ubezpieczyciela żeby spróbować coś utargować. Tablica informacyjna wszystko wyjaśnia.



Inwestorzy z tego samego kraju są głównymi udziałowcami w firmach dostarczających energię i obsługujących łączność. Teoretycznie ktoś w Szanghaju albo Hong Kongu może pstryknąć i wyłączyć nam światło, telefon i internet.

Na razie w Australii obowiązuje przepis, że na szyldzie firmy musi znajdować się jej angielska nazwa.
Przypomniało mi to książkę T. Konwickiego - Mała Apokalipsa. Bohater tej książki relacjonował ewolucję polskiej flagi - tej w PRL. Biało-czerwona, ale ten biały pasek coraz węższy i węższy.
Podobnie u nas z tymi nazwami firm.

P.S1. Wczoraj w parlamencie rząd przedstawił projekt budżetu. Ogromny dług i deficyt, ale nie ma już czego sprzedać. Podobnie jak w Polsce po 25 latach wolności.
P.S2. Od kilku dni media, również europejskie, donoszą o wyprawie 104-letniego Autralijczyka do Szwajcarii gdzie zamierza skorzystać z eutanazji - KLIK.
Medibank Private nie płaci za tego typu zabiegi. Na razie. Sądzę, że dynamiczna gospodarka chińska wkroczy i na ten rynek.

Sunday, May 6, 2018

Niedzielne czytanie - szatańskie wersety

W naszym parafialnym kościele wprowadzono innowację. W rozdawanym przed mszą biuletynie, na ostatniej stronie umieszczono prostą łamigłówkę - Znajdź słowa....


Jak na biuletyn kościelny przystało szukać pomaga aniołek a słowa są budujące: Ojciec, przyjaciele, szczęśliwy...
Jeszcze podczas śpiewania końcowej pieśni zerknąłem na łamigłowkę - nie znalazłem Ojca, przyjaciół, szczęśliwości, moje oko bezbłędnie wyłapało - proszę sprawdzić - górny rząd, piąta kolumna od prawej, czytamy w dół.

A dopiero co odmawiałem - i nie wódź nas na pokuszenie.

Saturday, May 5, 2018

Chińczycy udowadniają, że jest życie na Mar(k)sie.

Przepraszam za sztubacki żart w tytule wpisu. Za moich młodych lat w klasie wisiały cztery portrety - Lenina, Stalina, Marksa i Engelsa a uczniowie żartowali - no, jak to w końcu jest? Jest życie na tym Marksie czy go nie ma?

Internet zaserwował mi dzisiejszego ranka czołówki europejskich gazet, a tam - 200-setna rocznica urodzin Karola Marksa - 5.5.1818.
Karol Marks urodził się w Trewirze i dzisiaj w tym mieście odbędzie się odsłonięcie pomnika jubilata, prezentu od Chin - KLIK.

W innych gazetach znajduję artykuły donoszące, że zaprezentowane w Kapitale idee ekonomiczno-społeczne odżyły na Zachodzie - KLIK. Na Wschodzie są ignorowane.
Za wyjątkiem Chin.

Sunday, April 29, 2018

Niedzielne czytanie - owce, których pasterz się zgubił

Czytanie o dobrym pasterzu, który nie szczędzi trudu by odnaleźć zagubioną owcę było tydzień temu.

W ostatni czwartek St Vincent de Paul Society (Stowarzyszenie Wincentego a Paulo) zorganizowało spotkanie pod tytułem: Co to znaczy być katolicką organizacją charytatywną po ustaleniach Królewskiej Komisji do spraw seksualnego wykorzystywania nieletnich przez Kościoły w Australii.

Zastanowiłem się... czy wiele osób zdaje sobie sprawę, że St Vincent de Paul Society jest organizacją katolicką?
Członkowie chyba tak, chociaż kiedy się zapisywałem to nie przypominam sobie żeby pytano mnie o przynależność religijną. Podczas naszych wizytacji u osób proszących o pomoc nigdy nie poruszamy tematów religijnych.
Czy osoby korzystające z naszych usług zastanawiają się nad skrzywieniami naszego ideowego kręgosłupu?
Chyba nie. Być może zastanawiają się sponsorzy. A zatem temat spotkania powinien interesować kierownictwo naszej organizacji, ale nie mnie, szeregowegopracownika.

Mimo to poszedłem.

Co Komisja zaleca podane jest w skrócie TUTAJ. Na końcu jest link do pełnego raportu Komisji. Równolegle z tym prowadzona jest akcja prokuratury o ukaranie winnych i kompensatę dla pokrzywdzonych.

Nie to jednak było przedmiotem naszego spotkania. Spotkanie było dla zaangażowanych w pracę społeczną ludzi, którzy nagle znaleźli się pod flagą mocno krytykowanej a czasem nawet nienawidzonej instytucji.

Pierwszym mówcą był biskup pochodzenia wietnamskiego. Nie szczędził on słów krytyki pod adresem swojego Kościoła. Podejrzewam, że jego zwierzchnicy nie są aż tak kategoryczni.

Moją uwagę zwróciły dwa fragmenty jego wypowiedzi -
Co robią protestanci gdy wybuchła niezgoda? Zakładają nowy Kościół.
Co robią katolicy w takiej sytuacji? Zakładają nowy zakon. Najlepszy przykład to św Franciszek z Asyżu - bardzo krytyczny w stosunku do kościelnej hierarchii, ale z drugiej strony praktyczny - założył zakon, w którym realizował swoją wizję Kościoła.
Wasze stowarzyszenie jest czymś podobnym.

Drugi fragment dotyczył roli kobiet w kościele. Biskup wspomniał, że kilka tygodni wcześniej był w Watykanie na "święcie kobiet". Wystąpiła tam m. in. była premier Irlandii Mary McAleese - KLIK, która patrząc prosto w oczy papieżowi Franciszkowi stwierdziła - Kościół przez prawie dwa tysiące lat ignorował rolę kobiet. Rezultat - teraz leżycie w błocie klapiąc bezradnie jednym skrzydłem. Tyle się mówi o odnowie Kościoła a ja, tu w Rzymie, widzę setki instytucji, w których kobiety pełnią jedynie rolę służących.

Następnie głos zabrała popularna dziennikarka radiowa i telewizyjna Geraldine Doogue. Prawdę mówiąc trudno mi było znaleźć w tym jakąś myśl przewodnią, ale bardzo spodobało mi się jej końcowe przesłanie - belong before believe - czyli najpierw przynależność, wiara później.

Wydaje mi się, że moje życie dopisało drugą część do tego hasła.
Oczywiście, jak prawie wszyscy z mojego pokolenia najpierw przynależałem - chrzest, praktykująca rodzina, katolicka szkoła.
Wiara przyszła nieco później, za sprawą rodziny i szkoły.
A potem... wiara jakoś wywietrzała.

Jednak teraz, pod koniec życia, gdy okazało się, że jestem w obcym kraju, gdy mój własny kraj jest również dla mnie obcy, gdy stwierdziłem, że nie mam żadnego wpływu na losy swojej rodziny, teraz właśnie odkryłem, że jedyne miejsce, w którym czuję się dobrze, pewnie i spokojnie, to kościół. Że jedyne miejsce gdzie moja obecność i działanie są od ręki akceptowane i pożytecznie wykorzystywane to St Vincent de Paul Society.
A zatem moje przesłanie to: belong before believe and belong even more when you lost your faith.

P.S. Odniosłem wrażenie, że polskie Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo jest zupełnie niepodobne do australijskiego.
Jest podporządkowane Zgromadzeniu Księży Misjonarzy i na pierwszym miejscu stawia wiarę i ceremonie religijne.  Informacji na temat bardziej praktycznej działalności nie udało mi się znaleźć. Na stronie głównej - KLIK- wyświetlane jest 5 ilustracji - księża, śpiewnik, święty Wincenty, Rodzina Wincentyńska (księża i zakonnicy), cudowny medalik
Dla porównania strona stowarzyszenia australijskiego - KLIK.  Etykiety w czołówce strony: Find Help... Get involved  - Znajdź pomoc... Włącz się. Na stronie głównej wyświelanych jest 8 ilustracji. Na żadnej nie ma jakiegokolwiek symbolu religijnego.

Może jednak ta Australia to dobra końcowa przystań.

Tuesday, April 24, 2018

Pigdin Polish

Wczoraj moja 4-letnia wnuczka zapytała - Dziadzia, how you say in Polish - pidgin Polish?

Wnuczka jest ponownie na etapie językowych eksperymentów. Czasem, gdy wiozę ją samochodem z przedszkola, pokazuje na drzewo i pyta - Dziadzia, what is this?
- A tree - odpowiadam.
- No dziadzia, I call it bum-bum.
Potem przy każdym mijanym drzewie sprawdza czy zapamiętałem. Wreszcie, po kilku minutach, zapomina.

Grace zna kika słów po polsku. Potrafi też zaśpiewać 100 lat, ale nie potrafiłaby przetłumaczyć na angielski tego co śpiewa.
Czasami, szczególnie w obecności babci, robi polskojęzyczne eksperymenty.
- Babcia, babcia, this is moja noga.
Palcem pokazuje na oko. Próba korekty wywołuje krótki przegląd całego jej polskiego słownictwa przy czym każde słowo jest kojarzone w niewłaściwy sposób.

Jednak wczoraj skończyły się żarty - patrz pierwsza linijka wpisu.

Pidgin English - to znany termin. Przez długie lata wydawało mi się, że to nazwa języka którym posługują się mieszkańcy Papui Nowej Gwinei.
Papua New Gwinea, w skrócie PNG - angielska wymowa pi-en-dżi - trochę kojarzy mi się z wymową pidgin (fonetycznie pydżyn).
Drugie moje skojarzenie to gołąb - po angielsku pigeon.

Pytanie wnuczki zmusiło mnie do weryfikacji własnej wiedzy.
Po pierwsze - Papua Nowa Gwinea. Faktycznie urzędowym językiem jest tam tok pisin, Anglosasi nazywają go pidgin English albo New Guinea pidgin. Słowo tok to według mnie angielskie talk - rozmowa - wymówione w języku pidgin English.
Po drugie - słowo pidgin. Okazuje się, że jest to słowo chińskie pochodzenia angielskiego - tak właśnie chińscy kupcy wymawiali angielskie słowo business.
Oczywiście - handlarze wędrujący do obcego kraju musieli znać podstawowe słownictwo kraju gospodarzy żeby prowadzić byznes. Przy tej okazji naginali wymowę do specyfiki własnego języka. Szczególnie w przypadku angielskiego to naginanie jest mocno słyszalne.
Wikipedia jednak wspomina również moje drugie skojarzenie - gołębia gdyż te ptaki wykorzystywano do przenoszenia korespondencji (również międzynarodowej).

Po trzecie - czy istnieje pidgin Polish?
Wikipedia - KLIK - podaje etymologię oraz charakterystykę języków typu pidgin i podaje dość obszerną listę.
Zaciekawiły mnie przypadki pidgin używanego w kontakach między krajami europejskimi.  RusseNorsk używany przez około 150 lat przez handlarzy wymieniających rosyjskie zboże na norweskie ryby.
Pidgin baskijsko-islandzki - używany przez baskijskich wielorybników. Zadziwiające. Dlaczego akurat Baskowie? Może dlatego, że nie mieli własnego kraju?
Jeszcze jedna ciekawostka - pidgin English używany w Indiach nosił nazwę butler English czyli angielski służących.

No a polski pigdin?
Istnieje, istnieje. To język, którym posługują się między sobą Polacy mieszkający w Australii.

Jak mam zatem odpowiedzieć na pytanie wnuczki?
Chyba odpowiem - bum-bum.

Sunday, April 22, 2018

Niedzielne czytanie - brak

Niedziela, właściwie już jej koniec. Jutro wczesna pobudka do wnuczki.

To był bardzo ładny dzień, słonecznie, kolorowo.
Tylko... nie było czytania, ani słuchania, ani oglądania.

Koniec dnia a tak jakby go nie było.

Friday, April 20, 2018

Fake News

Dzisiaj rano, w wyświetlanych tutaj polskich wiadomościach POLSAT News, obejrzałem warszawskie obchody 75. rocznicy Powstania w Getcie.
Natychmiat po zakończeniu wiadomości przełączyłem telewizor na nasze, australijskie, ABC News a tam - relacja z obchodów w Izraelu 70 rocznicy obchodów rocznicy utworzenia obecnego państwa Izrael.
Zastanowiłem się - czy rzeczywiście państwo Izrael utworzono 19 kwietnia? A może ustalono taką datę obchodów aby uczcić Powstanie w Getcie?

Zanim jednak zdołałem poszukać informacji na ten temat wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Otóż w australijskiej relacji z obchodów święta niepodległości w Jerozolimie, tutejsza telewizja wyświetliła fragment obchodów warszawskich przed pomnikiem Bohaterów Getta.

Przed chwilą sprawdziłem jak to jest z tą zbieżnością rocznic.
Okazało się, że niepodległość Izraela ogłoszono 14 maja 1948 roku. Według żydowskiego kalendarza był to piąty dzień miesiąca Iyar. Ponieważ kalendarz żydowski jest księżycowo-słoneczny więc nie zgadza się z naszym, słonecznym.

Właśnie w tym roku tak się złożyło, że 5 Ijar wypadł 19 kwietnia.
I to nie jest fake news.

Sunday, April 15, 2018

Niedzielne czytanie - o strachu

Tydzień temu wspomniałem na tym blogu książkę Juliana Barnesa - Nothing to be Frightened of - Nie ma czego się bać.
Poprzednim razem wspomniałem boskie akcenty w tej książce, dzisiaj wspomnę ludzkie.

Autor pisze, że bardzo dużo myśli o śmierci i że się jej boi.
To chyba oczywiste - jakby na ten temat nie myślał, to nie miałby czego napisać.

Julian Barnes to przede wszystkim wielki erudyta.  Nic więc dziwnego, że w książce wykorzystuje wiele stosownych przykładów i cytatów.
Kręgosłupem powieści jest bardzo luźna relacja o procesie umierania rodziców autora. Rodzice (ojciec agnostyk, matka ateistka) raczej nie bali się śmierci. Według mnie słusznie, oboje doświadczyli wylewów do mózgu i w rezultacie częściowy paraliż. Do tego dołączyła się demencja.

Autor jest człowiekiem dobrze sytuowanym, jego rodzice to pokolenie solidnych i pracowitych ludzi, więc wcześniej zabezpieczyli sobie środki na spokojną starość. Na dodatek obaj synowie odwiedzali rodziców regularnie. Ale mimo to zadziwiło mnie, że autor, mając taki przykład we własnym domu, nadal beztrosko gaworzy o dumaniu na temat strachu przed śmiercią.

A gdyby tak jeszcze spojrzał poza własny ogródek...

Podczas przerwy w czytaniu zeknąłem na ekran telewizora - ABC TV - zaprezentowała reportaż o tragicznych skutkach braku wystarczającej opieki w domach starców - KLIK.
Prawdopodobnym powodem jest redukcja ilości kwalifikowanego personelu medycznego.
To zrozumiałe, australijski system opieki nad osobami starszymi pęka w szwach.

Kwalifikowany personel medyczny to jednak tylko czubek góry lodowej.
Prasa czasem donosi o przypadkach ogromnego zaniedbania pensjonariuszy domów starców. Zdarzają się przypadki wprowadzania rygorów, którym niedołężni pensjonariusze nie są w stanie sprostać.  Zdarzają się przypadki znęcania się nad pensjonariuszami.

Nie ma się czemu dziwić. Okazuje się, ze 40% mieszkańców "nursing homes" nie jest przez nikogo odwiedzanych - KLIK.  Zatem nie ma sie komu poskarżyć, nikt nie zauważy potłuczeń, oznak wygłodzenia czy zaniedbania.

A tu mi ktoś mamrocze o celowości strachu przed śmiercią.

Sunday, April 8, 2018

Niedzielne czytanie - Bóg na niektóre okazje

Ludwig Wittgenstein, filozof - KLIK - po pierwsze jest mi znany jako brat Paula Wittgensteina - pianisty - KLIK
Paul Wittgenstein zaś jest mi znany jako osoba, dla której Maurice Ravel dedykował koncert fortepianowy na jedną rękę - bo drugą rękę Paul stracił na froncie rosyjskim podczas I Wojny.
To pamiętam od prawie 60 lat. Wtedy usłyszałem ten koncert w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Po drugie zaś zetknąłem się z Ludwigiem Wittgensteinem jako filozofem.
Przyznam się, że filozofia kończy się u mnie na Sokratesie. Platon i Arystoteles są już dla mnie w niektórych miejscach niezrozumiali. Wszyscy późniejsi filozofowie są dla mnie niezrozumiali w całości.
Wittgenstein też. Jednak niektóre jego przemyślenia na temat języka trafiły do mojej wyobraźni. Nie będę tego tematu rozwijał gdyż obawiam się, że moje, inspirowane Wittgensteinem, wnioski mogą nie mieć nic wspólnego z jego teoriami.

Obecnie czytam kolejną, już chyba szóstą, książkę Juliana Barnesa - Nothing to be Frightened of - czyli - Nie ma się czego bać.
Chodzi oczywiście o śmierć.

Kwestia śmierci w dość oczywisty sposób łączy się z religią i Bogiem i tu Barnes przywołuje Wittgensteina (filozofa).
Julian Barnes deklaruje się jako agnostyk. W młodości był ateistą, ale z wiekiem utracił pewność siebie i swoich przekonań.

Otóż Ludwig Wittgenstein przez pewien czas był nauczycielem w szkole wiejskiej w Austrii. Miejscowi uważali go za zimnego ekscentryka, ale bardzo oddanego swoim uczniom.
Pewnego razu wybrał się z uczniami na wycieczkę do Wiednia. Droga powrotna była ciężka - jazda pociągiem do Gloggnitz a potem kilkunastokilometrowy marsz do rodzinnej wsi.
Było ciemno, wiele dzieci było mocno wystraszonych.
Wittgenstein podchodził do każdego z osobna i cicho mówił: Boisz się? W takim razie myśl tylko o Bogu.

Konkluzja Juliana Barnesa - wiara w Boga w niektórych okolicznościach nie zaszkodzi. Na pewno pomogła dzieciom - niestniejący Bóg chronił je skutecznie przed niestniejącymi leśnymi stworami i demonami.

Tak sobie myślę, że we współczesnym świecie wiele demonów trapiących ludzi istnieje tylko w ich wyobraźni. Wniosek - wierzyć w Boga.

Thursday, April 5, 2018

Gdy Maria Stuart miała ból głowy

...wówczas jej francuskie dwórki mówiły: Marie est malade. A najlepszym lekarstwem był dżem z pomarańczy. I tak powstała ta nazwa.


Wikipedia twierdzi, że to nieprawda - KLIK. - że wprawdzie są to przetwory z pomarańczy, ale nazwa pochodzi z portugalskiego i że oryginalnie były to przetwory z pigwy.

Moje doświadczenie jest zupełnie inne.
Marmolada - to było smarowidło gorszego gatunku. Ze śliwek albo z buraków, albo z jednego i drugiego. Marmolady nie sprzedawali w słoikach ale ucinali kostkę z wielkiej, solidnej bryły.

Relacje o życiu w obozach koncentracyjnych wspominały, że więźniowie dostawali marmoladę do chleba. Przypominam sobie, że dawano nam marmoladę na obozach wojskowych.

Natomiast w domu jadło się najczęściej przetwory sporządzone w domu. Czasami kupowało się dżem w sklepie. Ale nigdy nie był on z pomarańczy.

Saturday, March 31, 2018

Niedzielne spożywanie - święcone

Niedzielne spożywanie zaczyna się w sobotę - święconym.
Zwyczaj ten nie jest tu znany, na szczęście polskie zwyczaje mają wstęp do kilku miejscowych kościołów.


Dalszy ciąg tego wpisu to dopiero jutro.
Niedzielę Wielkanocną spędzamy zazwyczaj na farmie naszej córki - Ani. Ania szykuje własne święcone i dyskretnie stawia je pod ołtarzem. Miejscowy proboszcz, Niemiec z pochodzenia, udaje że nie widzi.


Wielkanocny stół pominę milczeniem. tu tylko mazurki.


Po wszystkich ceremoniach najlepszy jest spacer po paprociowym lesie.


Wesołych Świąt.

Friday, March 30, 2018

Droga Krzyżowa

Wielki Piątek - zawsze skłania mnie do zadumy.
Żeby była dobrze ukierunkowana wybrałem się do sąsiedniej parafii, która zorganizowała Drogę Krzyżową na terenach rekreacyjnych.

Żeby osiągnąć cel trzeba najpierw przejść przez plac zabaw.


Drogę Krzyżową ustawiono wokół boiska.


Gracze taktownie ustępują miejsca wiernym.


Wśród wiernych wyróżnia się grupa osób z Fidżi, co znowu kojarzy mi się ze sportem - potężnie zbudowani rugbyści.


Wreszcie rozpoczyna się właściwa ceremonia.




Tak dochodzimy, do krytycznej, trzynastej, stacji - Jezus oddaje ducha, nad Jerozolimą zapada ciemność - a tutaj śpiew wiernych zostaje zagłuszony przez papugi.



Papugi cichną, wierni przechodzą do ostatniej stacji. Zostają tylko krzyże.


Na końcu drogi - hot cross buns - kluchowate bułki przekreślone lukrowanym krzyżem.




W drodze powrotnej mijam kościół św Dominika, organizatora imprezy.
Wielki Piątek - kościoły puste.


Sunday, March 25, 2018

Niedzielne patrzenie - Niedziela Palmowa

Dzisiaj trochę zdjęć z mojego parafialnego kościoła i okolic.

Przy wejściu czekały na wiernych gałęzie palmowe



Procesja z palmami - przez parking


i powrót ulicą


Przejście pod palmą


W kościele

Poniższe nie należało już do uroczystości kościelnych. Ksiądz błogosławi samochód.
Ale dlaczego podniesiona maska? Czy osobno błogosławi silnik? A może wpuści trochę wody święconej do chłodnicy?

Friday, March 23, 2018

Prawo kobiet do bicia (się)

Australijski futbol to bardzo brutalna gra, proszę POPATRZEĆ.

W zeszłym roku do gry włączyły się kobiety. Podobno mecze są na dobrym poziomie.

Tydzień temu Katie Brennan, zawodniczka klubu Western Bulldogs, została zawieszona na 2 tygodnie za nieprzepisowy atak na zawodniczkę klubu Casey Demons - migawki TUTAJ.
Trybunał ligi futbolu jest nieubłagany, ale zawodniczka nie dała za wygraną - złożyła skargę do Komisji Praw Człowieka - o dyskryminację.
Zawodniczka twierdzi, że gdyby mężczyźni popełnili takie wykroczenie, to uszłoby to im płazem.

Porównując oba filmy trzeba przyznać jej rację. I prawo do bicia.

Z ostatniej chwili - sobota 24/3 - w finale rozgrywek kobiet Zachodnie Buldogi wygrały mimo braku wojowniczej zawodniczki.

Sunday, March 18, 2018

Niedzielne czytanie - na smartfonie

Na dzisiejszej mszy rozejrzałem się trochę po kościele i zauważyłem, że w rzędzie za mną siedział młody człowiek zapatrzony w ekran smartfonu.
Przyjrzalem mu się dokładniej - zdecydowanie nie grał w żadną grę (nawet w świątobliwą nie grał), nie pisał listu ani wiadomości. Czytał z uwagą.

Co też on mógł czytać?
Może czytał w swoim języku teksty przepisane na dzisiejszą niedzielę?
Spojrzałem na niego podczas kazania. Nie zaprzestał czytania.
Może czytał kazanie na dzisiejszą niedzielę opracowane przez jego ojczyste Radio Maryja?
A podczas Credo - Wierzę w Boga - też czytał.
Przynajmniej nie składa wątpliwych deklaracji - usprawiedliwiałem go.

Następny sprawdzian to znak pokoju - czyli uściśnięcie dłoni sąsiadów.
To odbyło się w tradycyjny sposób - dłoń miał niewielką, suchą i silną.

Wreszcie poszedł do komunii.

Widzę z tego, że specjaliści od liturgicznej technologii mają jeszcze sporo do zrobienia.

Wednesday, March 14, 2018

Muzyka jest rodzaju żeńskiego

W ostatni czwartek wspomniałem tak to kobiety umilały sobie muzycznie swoją walkę o swoje prawa.

To był tylko wstęp do dłuższego wpisu - jak umilają muzycznie życie ludzkości.

Całość TUTAJ.

Sunday, March 11, 2018

Niedzielne rozmyślanie - przemiana energii

Bardzo lubię nasz parafialny kościół.
Jednym z powodów jest wykorzystywanie talentów a nawet ich braku.

Na ostatniej stronie coniedzielnego biuletynu znajduje się obszerna rubryka przeróżnych funkcji i usług. Większość obsługiwana przez ochotników.

Moje funcje nie są tam wymienione a są bardzo poważne:
Pierwsza - witanie wiernych przychodzących na niedzielną poranną mszę.
Jest nas dwoje, pozdrawiamy przychodzących i wręczamy im niedzielny biuletyn. Moją partnerką jest pani Hsiu pochodząca z Wietnamu.
Isnieje między nami pewna, przyjazna, rywalizacja. Oboje wyciągamy równocześnie rękę z biuletynem do nadchodzącej osoby. W tej dyscyplinie prowadzę ja - zdecydowanie więcej osób bierze biuletym ode mnie.
Jednak w dużo ważniejszej konkurencji - znajomość imion parafian - prowadzi pani Hsiu. Przyznam się, że nie jestem nawet pewien czy piszę/wymawiam poprawnie jej imię.

Druga, będąca inspiracją tego wpisu funkcja, jest nieco dyskretna, co według mnie świadczy o jej powadze.
Opiekuję się świecznikami wotywnymi...


Świeczniki produkuje irlandzka firma St Kilians, widzę, ze działa również w Polsce - KLIK.

Raz na tydzień sprawdzam ich stan, sprawdzam zapalniczki do świec, uzupełniam pojemniki ze świeczkami. 
Wreszcie czyszczę. Wyjmuję oprawy świeczek, zeskrobuję nakapaną stearynę. Niektóre, bardziej zabrudzone, oprawy biorę do domu i oczyszczam kąpielą w gorącej wodzie.

Na koniec odkrywam tajniki urządzenia...


Oprawy świeczek mają kształt odwroconego, ściętego, stożka. W miarę jak górna warstwa stearyny roztapia się, stożek ma coraz mniejszą średnicę. Gdy średnica jest mniejsza od dolnego otworu w oprawce - chlup - niedopałek wpada do zbiornika z wodą gdzie gaśnie.
Powyżej - tygodniowy wytop.

Wyjmuję bryły stearyny i wrzucam je do worka. Jeśli trzeba, dolewam wody do zbiornika.

Teraz następuje najwyższy, choć fizycznie najniższy, stopień wtajemniczenia...


Znamy sentencję - z prochuś powstał, w proch się obrócisz.

Co innego nasze duchowe intencje.

Thursday, March 8, 2018

8 Marca

Święto Kobiet.
Po pierwsze zyczę wszystkim paniom, żeby to był dla nich miły dzień.

Po drugie - mój ulubiony program radiowy ABC Classic uczcił ten dzień nadając wyłącznie muzykę skomponowaną przez kobiety - bieżący program TUTAJ.

Po trzecie - oczywiście - wspomnienia...
O Święcie Kobiet dowiedziałem się w szkole.
Ciekawa była to szkoła - Prywatna Szkoła Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Podstawowego im Królowej Jadwigi  w Kielcach bez praw publiczności - pogrubienie moje.
Lata 1947-1954 - wokół stalinizm a moja szkoła prowadzona przez siostry Nazaretanki, bardzo bogaty progam religijny, wszyscy nauczyciele z przedwojennym stażem. Gdy w 1956 roku przyszła odwilż, to szkołę upaństwowiono.

Jednak 8 marca - tu nasi przedwojenni nauczyciele byli nieco bezradni. Pamiętam jak w przeddzień Święta Kobiet dyktowali nam, pewnie z instrukcji otrzymanej z wydziału oświaty, co roku ten sam tekst:  W 1910 roku Klara Zetkin i Eugenia Cotton zaproponowały obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet...

Rok 1910 - oddaję głos radiu ABC.
W tym roku do ruchu angielskich sufrażystek dołączyła kompozytoka Ethel Smyth. W swoim dorobku miała już 3 opery.
Obecnie uważana jest za najwybitniejszego angielskiego kompozytora od czasów Henryka Purcella (1659-1695) do Benjamina Brittena (1913-1976).
Kompozytora? Takie są pułapki płciowej klasyfikacji rzeczowników. Gdybym napisał "kompozytorki" to nie znaczyłoby to nic gdyż chyba nikt nie zna wybitnej angielskiej kompozytorki. Purcell i Britten to co innego.

Otóż Ethel Smyth poświęciła 2 lata muzycznej kariery dla ruchu sufrażystek kierowanych wówczas przez Emmelinę Pankhurst. Napisała dla nich hymn - The March of the Women. Pani Pankhurst w 1912 roku zaleciła swoim towarzyszkom wybijać okna w domach polityków, którzy nie poparli prawa głosu dla kobiet. Ethel Smyth została zatrzymana podczas akcji i aresztowana wraz z 108 towarzyszkami.
Jej przyjaciel, słynny dyrygent sir Thomas Beecham, odwiedził ją w więzieniu gdzie właśnie z okna swej celi dyrygowała aresztowanymi śpiewającymi ten hymn. Jako batuty uzywała szczoteczki do zębów.

A zatem dedykuję dzisiaj wszystkim paniom March of the Women - TUTAJ - w wykonaniu chóru wyposażonego w szczoteczki do zębów.

P.S. Moje równoległe 8-marcowe refleksje TUTAJ.

Sunday, March 4, 2018

Niedzielne czytanie - ukradziony Holocaust

Rano, jak zwykle w wiadomościach POLSAT wysłuchałem informacji o skutkach ustawy dotyczącej Holocaustu. Nic więc dziwnego, że gdy zauważyłem tę książkę na półce w mojej bibliotece rozejrzałem się podejrzliwie.
The Girl Who Stole My Holocaust: A Memoir
To zakrawało na jakąś prowokację. Ale kto?
IPN czy Mosad?

Z kolei tytuł książki kojarzył się z serią kryminałów Stiega Larssona.
Żeby bylo jeszcze dziwniej książka leżała na regale z biografiami
Raz kozie śmierć - wypożyczyłem.

Książka ma charakter autobiograficzny i opisuje duchowy przełom młodego izraelskiego żołnierza.
Autor - Noam Chayut - spędził dzieciństwo w moszawie - rolniczej komunie funkcjonującej na nieco innych zasadach niż kibuc - KLIK.
Od dziecka wpajano mu nieomal religijny szacunek dla cierpień narodu żydowskiego i gotowość do poświęcenia życia dla ojczyzny.

Naturalną, zresztą obowiązkową, ścieżką było wstąpienie do armii. Większość akcji, w których uczestniczyl autor, to działania na Okupowanych Terytoriach Palestyńskich (Occupied Palestinians Territories - KLIK). Ciekawe, że strony wikipedii na ten temat nie posiadają polskiej wersji.
Działania bardzo brutalne, oszczędzę czytelnikom szczegółów. Przez długi czas autor nie czuł z tego powodu wyrzutów sumienia. Inna rzecz, że koledzy i dowódcy zapewniali go, że wszystko jest w porządku.
Czuł się dumny, mało tego czuł się szczęśliwy. Z pewnym zdumieniem konstatuje, że czuł się szczęśliwy odwiedzając obozy w Auschwitz i Majdanku. Świadomość Holocaustu jakoś go uszlachetniała.

Pewnego dnia przeżył przełom, porównuje to do objawienia (ang. epiphany - KLIK). Zupełnie przypadkowo napotkał wzrok palestyńskiej dziewczynki i poczuł, że jest dla niej ucieleśnieniem absolutnego ZŁA.

Absolutne zło - dotychczas ten termin był zarezerwowany dla Holocaustu, Zagłady Żydów. Autor rezygnuje ze służby w armii, odbywa samotną wędrówkę przez izraelskie pustynie, Spotyka Arabów, zdaje sobie sprawę, że otaczające go tereny mają niezwykle bogatą wielokulturową historię, która została wymazana z podręczników i bibliotek.

Ostatnim jego krokiem jest dołączenie do organizacji Shovrin Shtika (Przerwać milczenie) - KLIK.

Dla mnie była to dziwna książka.
Z jednej strony życie w komunie, patriotyczne pranie mózgów. Temat znany mi choćby z książek o radzieckich pionierach.
Z drugiej strony - akcja militarna na niebezpiecznym terenie. To też znany temat, przecież nadal trwają działania w Afganistanie (już 17 lat, trzy razy dłużej niż II Wojna Światowa), po drodze był Irak.
Z trzeciej strony - Objawienie - odnosiłem wrażenie, że autor napisał tę książkę, żeby zrozumieć co właściwie z nim się stało.

Organizacja Shovrim Shtika - moja refleksja - uznanie dla Izraela, w którym taka organizacja może legalnie funkcjonować.

Sunday, February 25, 2018

Niedzielne czytanie - rusycyzmy Juliana Barnesa

To zakrawa na jakąś obsesję - skończyłem właśnie czytać już czwartą w tym roku książkę Juliana Barnesa - Talking it over - tytuł polskiego tłumaczenia - Pomówmy szczerze.

Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że czytam książki Barnesa niezgodnie z chronologią. Zacząłem od napisanej w roku 2016 The Noise of Time zaś właśnie skończona została napisana 25 lat wcześniej. Odnoszę wrażenie, że przypadkowo wybrałem właściwą kolejność. Dużo satysfacji dostarczyło mi znajdywanie w tej najwcześniej napisanej książce tematów podjętych ponownie w późniejszych książkach.
Dlaczego autor do nich wrócił? Uznał, że je nie do końca wykorzystał, zmienił punkt widzenia?

Ale ma być o rusycyzmach. Są wesołe.
Motto książki to rosyjskie przysłowie: He lies like an eye-witness - Kłamie jak naoczny świadek.
Bohaterem pierwszej przeczytanej przeze mnie książki tego autora - The Noise of Time - jest radziecki kompozytor Dymitr Szostakowicz. Co ciekawe to bohater napisanej 25 lat wcześniej książki wspomina, że właśnie czyta pamiętniki Szostakowicza. 25 lat minęło zanim ta lektura zaowocowała osobną powieścią.
Największą przyjemność sprawiło mi jednak napotkanie terminu Stachanowiec - po angielsku - Stachanovite.  Czy ktoś z Państwa znał wcześniej ten termin? Dla mnie to była strawa codzienna w okresie szkoły podstawowej.
Albo coś takiego - I Nureyeved... Jak to przetłumaczyć na polski - zanurejewowałem, zanurejewałem? Czy może zanurkowałem?

Jest w tej książki również polonizm.
Bohater porównuje życie do wojny z Rosją. Zaczyna się od błyskotliwych zwycięstw i sukcesów aż w którymś momencie nadchodzi Generał Styczeń, wycofujesz się, doznajesz porażek i wreszcie giniesz bez śladu nad niezaznaczoną na mapach rzeką na polskiej granicy.

Smutne.

Tuesday, February 20, 2018

Państwo Islamskie?

Kilka miesięcy  temu pismo The Telegraph (chyba nowozelandzkie) opublikowało informację, że słynny australijski aktor Geoffrey Rush - KLIK - w niestosowny sposób potraktował swoją teatralną koleżankę.
Aktor złożył pozew przeciwko pismu o zniesławienie, dopiero teraz, na żądanie sądu, pismo uchyliło rąbka tajemnicy.

Okazuje się, że wydarzyło sie to podczas przedstawienia sztuki Król Lear, w scenie gdy niewidomy król niesie swoją córkę. Aktorka twierdzi, że podczas tego niesienia była dotykana w niewłaściwy sposób, powtórzyło się to kilka razy mimo jej protestów - KLIK.

Ile w tym prawdy, to może wyjaśni się w ciągu kilku miesięcy, jednak dla mnie wypływa z tego oczywisty wniosek: należy wycofać z teatru (i kina, telewizji, baletu) wszelkie sceny, w których aktorzy dotykają się.
To się po prostu prosi o nadużycia. I to z obu stron. Z jednej strony ktoś może kogoś niewłaściwie dotknąć, z drugiej, ktoś może niesłusznie oskarżyć o takie wykroczenie.
Dla prawników to niewyczerpane źródło dochodów, ale ja, szary widz teatralny i odbiorca medialnych wiadomości, mam już tego dosyć.

Skąd skojarzenie z Państwem Islamskim?
Stąd...


Na ostatnim rozdaniu nagród Brytyjskiej Akademii Filmowej, panie wystąpiły na czarno.

Toż ja to znam z dwuletniego pobytu na Bliskim Wschodzie - kobiety w czerni, kobieta zawsze pod opieką bliskiego mężczyzny (męża lub brata).

Przez kilka lat było wiele krzyku na temat dyskryminacji kobiet w państwach muzłmańskich, że czarne stroje, że ograniczona wolność.
Czasami pozwolono dojśc do głosu samym zainteresowanym i wiele z nich twierdziło, że to im nie przeszkadza, że w ten sposb czują się bezpieczne.


Okazuje się, że miały rację.

Sunday, February 18, 2018

Niedzielne czytanie - The Sense of an Ending

Znowu książka Juliana Barnesa, polski tytuł - Poczucie kresu.

Ta książka zdobyła Man Booker Prize - najwyższe wyróżnienie dla książek napisanych w języku angielskim więc zabrałem się do niej z zapałem licząc, że poprawi moją opinię o autorze, opinię nieco nadszarpniętą lekturą dwóch poprzednich książek.

Poczucie końca. Rozważania i wspominki emeryta, całkiem przeciętnego człowieka.
Bohater ocenia samego siebie dość krytycznie, ale jednak raczej pozytywnie, nigdy nie wyskoczył ponad przeciętność, ale na każdym etapie życia czuł się na swoim miejscu i nie ma poczucia, że zmarnował jakąś szansę, że nie osiągnął niczego więcej.

Istotna część rozważań bohatera to ocena wiarogodności wspomnień. Typowo angielska powściągliwość, żonglowanie paradoksami - miłe to pomyślałem, ale ile można?
I w tym momencie autor zgotował mi ogromną niespodziankę.
Jak na mnie, to zbyt dużą.

Wróciłem do tytułu książki - można go również przetłumaczyć na: sens zakończenia. Więc według mnie nie ma ono sensu.
Zajrzałem do sieci - ogromna ilość anglojęzycznych czytelników ma podobne odczucie. Nie tylko książkowi blogerzy, ale również profesjonalni recenzenci.

Skoro poruszyłem sprawę tłumaczenia, to jeszcze jedno. W książce kilka razy powtarza się wymówka: "You don't get it. You never did".
Z polskich recenzji wnioskuję, że została ona przetłumaczona na: "Nie kapujesz, prawda? Nigdy nie kapowałeś i nigdy nie skapujesz".
Mocno mnie to razi, nie pasuje mi do poziomu języka jakim posługują się bohaterowie książki, ale oczywiście nie wiem jak przetumaczono na polski ich inne wypowiedzi.

P.S. Na stronie goodreads, tę książkę oceniło prawie 120,000 osób, średnia ocena 3.7. Skomentowało lub zrecenzowało 13,500 - KLIK.

Wednesday, February 14, 2018

Walentynki w Środę Popielcową

Co za zbieg okoliczności.
Jak to pogodzić?

W czasach gdy mieszkałem w Polsce znałem dobrze tylko Środę Popielcową. Jedyną informacją o Walentynkach była scena z książki Klub Pickwicka.

Gdy przybyliśmy do Australii zauważyliśmy ten obyczaj, ale jakoś nas nie wciągnął.

I tak było do roku 1999 kiedy to przydarzyły mi się bardzo zaskakujące Walentynki.
Szczegóły TUTAJ.

Sunday, February 11, 2018

Niedzielne czytanie - trąd

Tak mówił Pan do Mojżesza i Aarona: «Jeżeli u kogoś na skórze ciała pojawi się nabrzmienie albo wysypka, albo biała plama, która na skórze jego ciała jest oznaką trądu, to przyprowadzą go do kapłana Aarona albo do jednego z jego synów kapłanów.
Trędowaty, dotknięty tą plagą, będzie miał rozerwane szaty, włosy nieuczesane, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem».
Księga Kapłanów - 13, 1-2. 45-46.

W ostatni wtorek byłem na spotkaniu towarzystwa egzystencjalistów. Prelekcja nie była ciekawa więc wyszedłem. Przy wyjściu zagadnął mnie organizator spotkań i to zagadnięcie zmieniło się w długi wykład na temat religii.
Jeden temat z tego wykładu przypomniał mi się podczas dzisiejszego pierszego czytania.

Marcius z Synopy - KLIK - uważał on starotestamentowego Boga za demiurga, boga niższego rodzaju, zazdrosnego plemiennego Boga narodu żydowskiego.
Przeciwstawiał mu Jezusa, który reprezentował prawdziwego Boga, Boga miłości.
Według Marciusa w religii katolickiej nie ma miejsca na Stary Testament.

Szczyt kariery Marciusa i jego poglądów to rok 144.
Jego nauki zostały uznane za herezję, Marcius został ekskomunikowany i opuścił Rzym.


Boska instrukcja jak traktować trędowatych zgadza się z opinią Marciusa na temat żydowskiego Boga.

Potwierdza to dzisiejsza Ewangelia, która opowiada o uzdrowieniu trędowatego przez Jezusa -
...prosił Go: «Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić ». A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony». Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony."

Jednak racja Marciusa nie jest taka oczywista. Nie mam wątpliwości, że Mojżesz i Aaron sami wymyślili powyższą instrukcję, ale przypisali ją Bogu aby uciąć ewentualne sprzeciwy i dyskusje.
Istotne jest również zachowanie Jezusa po uzdrowieniu. Polecił on uzdrowionemu, aby natychmiast udał się do kapłanów i poprosił, zgodnie z mojżeszową instrukcją, o oficjalne przyjęcie go do zdrowej społeczności.

Rozmyślałem o tej sprawie, ksiądz odprawiał mszę, gdy nagle siedząca dwie ławki przede mną starsza osoba zasłabła.

Aż podskoczyłem na taki zbieg okoliczności: Ewangelia o uzdrowieniu, dzisiaj jest Światowy Dzień Chorego - KLIK - i oto mamy pole do popisu - kogo posłucha ksiądz - Mojżesza czy Jezusa?

Chyba Mojżesza gdyż kontynuował celebrację. Ktoś wezwał pogotowie, najbliższa rodzina próbowała cucić omdlałą osobę. Wkrótce przybyło pogotowie. Za chwilę na twarzy pielęgniarza pojawił się uśmiech a ocucona osoba bardzo dziarsko pomaszerowała do ambulatoryjnego wózka.

P.S. Rozbawiło mnie, że Marcius pochodził z Synopy. Rozśmieszyło gdyż synoptykami nazywa się trójkę Ewangelistów - Łukasza, Marka i Mateusza - KLIK, z którymi Marcius niezbyt się zgadzał.
Doprawdy - przepowiadanie pogody wydaje się prostsze niż ewangeliczne zawiłości.