Sunday, October 20, 2019

Niedzielne czytanie

Dzisiejsza Ewangelia bardzo praktyczna - KLIK - opowieść I - Moc wytrwałej modlitwy.

Wczoraj jednak czytałem poniższą opowieść i jakoś zaczepiła się w mojej pamięci.

Bóg stworzył Czwarty Świat w zapamiętaniu, które niosło mu ulgę w jego boskim cierpieniu.
Kiedy stworzył człowieka, oprzytomniał - takie wrażenie ten na nim zrobił. Porzucił więc dalsze stwarzanie świata - bo czyż mogło być coś doskonalszego? - i teraz, w swoim boskim czasie, podziwiał własne dzieło. Im głębiej sięgał wzrok Boga w ludzkie wnętrze, tym gorętsza rozpalała się w Bogu miłość do człowieka.
Lecz człowiek okazał się niewdzięczny, zajął się uprawą ziemi, płodzeniem dzieci, i nie zwracał uwagi na Boga. Wtedy w boskim umyśle pojawił się smutek, z którego sączyła się ciemność.
Bóg zakochał się w człowieku bez wzajemności.
Boska miłość, jak każda inna, bywa uciążliwa. Człowiek zaś dojrzał i postanowił uwolnić się od natrętnego kochanka. "Pozwól mi odejść - powiedział. - Daj mi poznać świat na mój własny sposób i zaopatrz mnie na drogę".
"Nie poradzisz sobie beze mnie - rzekł Bóg człowiekowi. - Nie odchodź."
"Daj spokój" - powiedział człowiek a Bóg z żalem przychylił mu gałąź jabłoni.
Bóg został sam i tęsknił. Śniło mu się, że to on wygnał człowieka z raju, tak bardzo bolała go myśl, że został porzucony.
"Wróć do mnie. Świat jest straszny i może cię zabić. Spójrz na trzęsienia ziemi, na wybuchy wulkanów, na pożary i potopy" - grzmiał z deszczowych chmur.
"Daj spokój, poradzę sobie" - powiedział człowiek i poszedł.

Olga Tokarczuk - Prawiek i inne czasy - Czas Gry.

Thursday, October 17, 2019

Prawiek i... Prawiek

Poszli za Wydymacz, minęłi młodą dąbrówkę i szli teraz bukowym zagajnikiem... Musieli być bardzo daleko od domu. Nagle Ruta zatrzymała się.
- To tutaj.
Izydor rozejrzał się zaskoczony. Wokół nich rosły brzozy. Wiatr szeleścił wiotkimi liśćmi.
- Tutaj jest granica Prawieku - powiedziała Ruta i wyciągnęła przed siebie rękę.
Izydor nie zrozumiał.
- Tutaj kończy się Prawiek, dalej już nic nie ma.
- Jak to nie ma? A Wola, a Taszów, a Kielce? Tu gdzieś powinna być droga na Kielce.
- Nie ma żadnych Kielc, a Wola i Taszów należą do Prawieku. Tutaj wszystko się kończy.
Izydor roześmiał się i okręcił na pięcie.
- Co ty za bzdury opowiadasz? Przecież niektórzy ludzie jeżdżą do Kielc. Paweł był w Kielcach. Mój ojciec był w Rosji.
- Wszystkim im tak się tylko wydawało. Wyruszają w podróż, dochodzą do granicy i tutaj nieruchomieją. Chyba im się śni, że jadą dalej, że są Kielce i Rosja. Matka pojazała mi kiedyś takich skamieniałych ludzi. Stoją na drodze do Kielc. Są nieruchomi, mają otwarte oczy i wyglądają strasznie. Jakby umarli. Potem, po jakimś czasie, budzą się i wracają a swoje sny biorą za wspomnienia. Tak to wszystko wygląda.

Olga Tokarczuk - Prawiek i inne czasy (Czas Ruty).

Prawiek zacząłem czytać... przed wiekami.
Wydaje mi się książką,  której czytać się nie kończy.

Za pierwszym razem nie byłem na tę lekturę przygotowany. Czytałem, czytałem, aż zgubiłem się.
Wtedy już wiedziałem.
Czytuję więc Prawiek czasami, nie więcej niż 4-5 czasów za jednym razem.

Teraz, po zdobyciu przez autorkę nagrody Nobla, wróciłem. Być może przeczytam dużo czasów.

Zajrzałem do katalogu mojej lokalnej biblioteki.
Mają Prawiek, ale tylko po chińsku.


Prócz tego mają jeszcze po chińsku Dom dzienny dom nocny. 
Obie książki dostępne na półce.
Osoby nieznające chińskiego mają gorzej. Jest tylko jedna pozycja noblistki: Prowadź swój pług przez kości umarłych. 4 egzemplarze, wszystkie wypożyczone.

Po rannej wizycie w Prawieku zdążyłem na czas na sesję muzyki porannej ABC Classic FM, tej przy której nie troszczą się o zdrowie słuchaczy.

Doskonale trafiłem:
Grażyna Bacewicz - Uwertura na orkiestrę symfoniczną  - KLIK.
i Alfred Schnittke - Suita w starym stylu - KLIK.

O reszcie dnia nie warto wspominać.

P.S. Dla porządku wspomnę, że przeczytałem Księgi Jakubowe - KLIK.

Tuesday, October 15, 2019

Muzyka dla zdrowia


Od pewnego czasu zauważam w programie mojej stacji radiowej ABC Classic FM wzmianki o korzystnym wpływie muzyki klasycznej na zdrowie.

Wyznam, że tego typu informacje mają fatalny wpływ na moje zdrowie.

Korzystne dla zdrowia, albo dla wyglądu, albo dla... no czegokolwiek, istotne, że korzystne dla najważniejszej osoby na świecie - CIEBIE!
Wystarczy tylko nacisnąć w radio lub telewizorze guzik inny niż nasze, państwowe ABC i za chwilę pojawia się taki anons.

Oczywiście i w dawnych czasach słyszałem dobre rady - rosół dobry na przeziębienie, jabłka na coś innego, ale to tylko mimochodem.
I już wtedy żartowano: słuchaj tych rad a umrzesz w doskonałym zdrowiu.

Słuchanie muzyki...
Nigdy nie zastanawiałem się dlaczego lubię jej słuchać. Nigdy nie przyszło mi do głowy zastanawiać się czy dobrze mi robi.

Dopiero teraz zastanowiłem się czy jest jakiś powód, że od kilku lat zdecydowanie preferuję koncerty mniej renomowanych zespołów i muzykę nie tak popularnych kompozytorów.
Może jest: nikt nie wpadł na pomysł żeby kojarzyć je z dobrym wpływem na zdrowie.

Dzisiaj, w godzinach rannych, ABC Classic FM nadało II część II koncertu fortepianowego Prokofiewa. Nikt nie wspomniał o zdrowiu słuchaczy - słuchajcie na własną odpowiedzialność - KLIK.

Sunday, October 13, 2019

Niedzielne czytanie - 10 trędowatych

Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei . Gdy wchodzili do pewnej wsi , wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych . Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali : « Jezusie , Mistrzu , ulituj się nad nami !» Na ich widok rzekł do nich : « Idźcie , pokażcie się kapłanom !» A gdy szli , zostali oczyszczeni . Wtedy jeden z nich widząc , że jest uzdrowiony , wrócił chwaląc Boga donośnym głosem , upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu . A był to Samarytanin . Jezus zaś rzekł : « Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych ? Gdzie jest dziewięciu ? Żaden się nie znalazł , który by wrócił i oddał chwałę Bogu , tylko ten cudzoziemiec ». Do niego zaś rzekł : « Wstań , idź , twoja wiara cię uzdrowiła ».

Ewangelia wg św Łukasza 17:11-19

Zbieg okoliczności, 2 tygodnie temu wpominałem o książce G. Greene'a - Trąd, dzisiaj ten temat porusza Ewangelia.

Czytałem ten fragment kilka dni temu i nieco mnie zdezorientował.
Jezus mówi do tego, który wrócił podziękować - twoja wiara cię uzdrowiła. To pozwala podejrzewać najgorsze - ci którzy nie wrócili zostali ukarani nawrotem tej strasznej choroby.

Z niecierpliwością czekałem co na ten temat powie ksiądz na dzisiejszym kazaniu.

Angielskie tłumaczenie Ewangelii uprościło mu zadanie.
Otóż nie ma tam zwrotu " twoja wiara cię uzdrowiła ". Zamiat niego jest: "go on your way, your faith saved you".
Czyli wiara go ocaliła, doprowadzi go do zbawienia. Niewdzięczna dziewiątka pozostanie zdrowa, ale ich los jest bardzo niepewny.

Od tego punktu ksiądz już miał z górki - w naszym życiu nie ma miejsca dla Boga, przypominamy sobie o nim w biedzie.Tymczasem warunkiem zbawienia jest nieustanna bliskość, kontakt, to prowadzi do wdzięczności i jej wiecznych skutków.

Wednesday, October 9, 2019

Pawłowa

Na początku tygodnia odwiedzili nas na 2 dni krewni-przyjaciele z Polski, którzy spędzili kilka lat w Australii, dorobili się tutaj obywatelstwa i wrócili na stałe do Polski.

Powodem krótkiej wizyty w Australii był udział w ceremonii przyznania obywatelstwa australijskiego.
Ugościliśmy ich oczywiście polskimi potrawami produkcji mojej żony, ale na deser postanowiliśmy poczęstować nowoupieczonych Australijczyków czymś tutejszym - tort pawłowa.

Żeby nie było wątpliwości bazę kupiliśmy w supermarkecie



Baza, czyli beza, po wyjęciu z pudełka wygląda tak:


Teraz tylko ubić śmietanę, posmarować i udekorować owocami (owoce kiwi, truskawki) i zanim uruchomiłem aparat już ćwierć tortu zniknęło.


Kilka historycznych refleksji.

Zwrot "tort Pawłowa" może komuś kojarzyć się z "odruchem Pawłowa" czyli sugerować, że rosyjski fizjolog, Iwan Pawłow - KLIK, ślinił się na widok ciastek kremowych.

Nic błędniejszego, tort nazwano tak na cześć rosyjskiej baleriny Anny Pawłowej - KLIK, która odwiedziła Australię w 1920 roku. Niewątpliwie biały kolor kremu i lekkość bezy kojarzyly się z charakterem tańca klasycznego.

Wikipedia potwierdza australijskie pochodzenie nazwy deseru - KLIK.

Osobiście, zawsze sądziłem, że receptura tortu jest tak oczywista, że niemożliwe żeby ktoś na to nie wpadł wcześniej.

Google zdaje się to potwierdzać - KLIK.

Nieważne, tort zniknął, krewni-przyjaciele wyjechali. Mam nadzieję, że niejasne pochodzenie tortu nie zakłóci im delektowania się australijskim obywatelstwem.

Sunday, October 6, 2019

Niedzielna refleksja - samotny ojciec

Ostatnio najwięcej dzieje się na charytatywnym froncie - wizytacje osób proszących Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo o pomoc.

Przypadek z wtorku.
Ojciec wychowujący samotnie 2 córki, 7 i 6 lat.

Historia pomocy tej rodzinie jest długa.
Na początku była to para, ona z traumatyczną przeszłością. Mieli 2 córki, ale nie mieli prawa opieki nad nimi.
Po kilku latach matka dziewczynek miała operację mózgu i wyprowadzila się od partnera.
Rok później sąd przyznał ojcu prawo opieki nad dziećmi.
Nie pracuje, jeszcze przed urodzeniem dzieci pobierał zasiłek dla niepełnosprawnych, uraz kręgosłupa w pracy. Obecnie pobiera zasiłek rodzicielski.

Nie nadużywa naszej pomocy, wzywa nas średnio co 4 miesiące i zadowala się kuponem do Woolwortha na $80. Z komentarzy wnioskujemy, że utrzymuje kontakt ze swoją rodziną więc dziewczynki nie są zdane wyłącznie na opiekę ojca.

Oczywiście podczas każdej wizyty zerkamy bacznie na dzieci. Prezentują się nadspodziewanie dobrze. Obie uczęszczają do naszej parafialnej szkoły, która zwolniła ojca z opłat i pomaga mu w zakupie podręczników i mundurków.

Ostatnia wizyta odbyła się w zrelaksowanej atmosferze. Dzieci mają ferie wiosenne, pogoda akurat dopisała. Ojciec rodziny miał chęć na zwierzenia.

- Wiecie, jak one się urodziły byłem mocno uzależniony od narkotyków, ich matka miała problemy psychiczne. Pomyślałem sobie - człowieku, jak z tym nie skończysz to stracisz na zawsze dzieci!
I skończyłem, zajęło mi to ponad rok, odzyskałem córki - Dimitriosowi załamał się głos i po policzku stoczyły się łzy. Nam zresztą też.
- A teraz dostałem możliwość powrotu do pracy. Muszę wrócić do pracy. Ile można na tych zasiłkach? Zresztą za parę lat córki będą miały większe potrzeby. Co ja im wtedy powiem?
- Co to za praca?
- Dobra, w fabryce drzwi i okien. Jeden problem - praca od 5 rano do 15. Koniec jest w porządku w szkole są zajęcia pozalekcyjne. Ale rano? Czy słyszeliście o jakiejś agencji, która mogłaby się zająć dziećmi rano i dowieźć ją do szkoły?

Obiecaliśmy dowiedzieć się. Rozpuściliśmy wici.

Jako notoryczny pesymista myślę o tym przypadku z obawą.
Po pierwsze, nie bardzo wyobrażam sobie tego rodzaju pomoc. Dzieczynki zostawałyby rano same w domu. Ktoś miałby przychodzić do nich rano, budzić, pilnować wstawania z łóżka, porannej toalety, śniadania. Wreszcie wyprawiać do szkoły.
A co gdy któraś, albo obie, będą się źle czuły?
Po drugie, Dimitrios był podczas naszej wizyty mocno podekscytowany. Roznosił go entuzjazm. Pytał o możliwości wolontariatu.
Wolontariat? Zostawić w domu dwie córki w wieku poniżej 8 lat i odwiedzać potrzebujących pomocy.
Obawiam się, że te jego plany i marzenia, to oznaka zmęczenia obecną sytuacją. On ma już dosyć spędzania całego czasu w domu.

Nie dziwię mu się, ale...

Monday, September 30, 2019

Niedzielne czytanie - Trąd

Proszę się nie obawiać, to tylko tytuł książki Grahama Greena.
Angielski tytuł książki: A Burnt-Out Case - KLIK.

Książka opublikowana w 1960 roku, wydanie polskie (PAX) listopad 1962.
Czytałem ją już w Polsce, pewnie w 1963 roku.

Nie pamiętam swojej oceny książki 56 lat temu. Zapewne atrakcyjne były sarkastyczne komentarze na temat religii katolickiej.

Podczas obecnej lektury uderzyło mnie jak bardzo ta książka się zestarzała.

Bohaterem książki jest słynny architekt specjalizujący się w architekturze sakralnej.
Z dość niejasnych powodów "wypalił się", chciałby przestać istnieć. Wydaje mu się, że dobrym miejscem będzie szpital dla trędowatych nad rzeką Kongo.
Przypomnę, że do połowy roku 1960 było to jeszcze Kongo Belgijskie, to samo, które opisywał J. Conrad w Jądrze Ciemności.

W latach 1950-tych trąd był już uleczalny, ale na świecie żyło ponad 6 milionów osób dotkniętych tą chorobą. Uprzedzenie osób zdrowych w stosunku do trędowatych jest nadal dość powszechne.

Burnt-out case (wypalony przypadek) to termin używany w stosunku do osób, które cierpiały na trąd w stanie zaawansowanym lecz zostały wyleczone. Jednak utraciły już niektóre części ciała, najczęściej palce u dłoni i stóp.

Bohater książki - Querry - ma nadzieję, że jest takim wypalonym przypadkiem. Wszelkie więzi ze światem, które dolegały mu jak ciężka choroba, zostały amputowane.

Tu mój pierwszy zarzut do autora - nie wyjaśnia co tak bardzo dolegało Querry'emu, trapi mnie podejrzenie, że po prostu nadmiernie roztkliwiał się nad sobą.

Druga sprawa, to religia.
Właściwie z religią katolicką nie jest w książce tak źle.
Tragiczne są przypadki osób o psychice zdeformowanej przez religię a właściwie przez pobyt w seminarium duchownym.
Tego właśnie dotyczy moja uwaga o "zestarzeniu" się książki.

Podsumowując, sięgając po książkę, wiedziałem co mnie w niej rozczaruje. Wiedziałem również, że nadal znajdę w niej tak dużą dawkę Grahama Greena, że będzie to satysfacjonująca lektura.

Friday, September 27, 2019

Czterolatki w domu starców

Nasza telewizja państwowa, ABC, wyświetliła program Old People's Home for Four Years Old - KLIK.

Miejsce akcji to dom dla starców w chyba najlepszej lokalizacji w Australii, nad zatoką w zachodniej części Sydney.
Dom o bardzo wysokim standardzie,  kilkadziesiąt, a może i ponad sto, domków i mieszkań.
Pensjonariusze nie są w stanie mieszkać samodzielnie, ale są w stanie poruszać się i zadbać o swoje podstawowe potrzeby.

Do projektu przystąpiło 11 osób.
Podczas wstępnej rozmowy kilka osób (mężczyźni) stwierdza: my jesteśmy tutaj tylko po to żeby umrzeć, im szybciej tym lepiej.

Na początku organizatorzy przeprowadzają testy: poziom depresji (wszyscy są w stanie depresji, od lekkiej to bardzo ciężkiej), zdolność poruszania się (poza może pięcioma przypadkami mocno ograniczona), tryb życia (większość spędza minimum 20 godzin dziennie samotnie w swoim pokoju).

W to miejsce pewnego dnia przyjeżdża autobus z tuzinem kipiących energią czterolatków.
- Hej, patrzcie! Starzy ludzie! - ogłasza swoje odkrycie jeden z gości .
Po kilku minutach niepewności każde dziecko znajduje sobie wygodne miejsce i znośnego partnera. Silny zespół specjalistów organizuje odpowiednie zajęcia.

Hej, łza się w oku kręci.
W ostatnich latach przerobiłem takie ćwiczenie 5 razy.
Zgadzam się, 3-4 lata to najlepszy wiek. Dziecko jest już samodzielnie i otwarte na każdą akcję.
5-latki i starsze, z jednej strony mają już swoje gusta, z drugiej - wymagają bardziej zaawansowanych intelektualnie i fizycznie zajęć.

W dawnych czasach, czyli od zarania dziejów do jakichś 70 lat temu, sprawę rozwiązywała wielopokoleniowa rodzina mieszkająca w jednym domu czy mieszkaniu.

Instytucjonalizacja spraw najprostszych - to jest hasło obecnych czasów.

Oczywiście rodzina wielopokoleniowa to jest... życie nie eksperyment przeprowadzany w laboratoryjnych warunkach..
Osoba starsza nie ma wydzielonych godzin i miejsca na kontakt z dzieckiem. Nie ma wszechobecnego mediatora. W rodzinie bywają problemy, niezgody, kłótnie.
W opisywanej akcji dzieci były otoczone specjalną opieką. Spotkania nie były zbyt długie. Opiekunowie przed zajęciami motywowali dzieci a po zajęciach chwalili je za fantastyczne zachowanie.

Pod informacją na facebooku opublikowano tysiące komentarzy typu: wspaniałe, popłakałam się, wszystkie starsze osoby powinny mieć zorganizowane takie zajęcia.
Organizatorzy, po pierwsze na zakończenie eksperymentu powtórzyli testy przeprowadzone na początku. Większość uczestników pozbyła się depresji lub zdecydownie obnizyła jej poziom. Zarejestrowano również istotną porawę sprawności
Po drugie, wyniki eksperymentu posłużą do sformułowania programu długofalowej akcji i wystąpienia do rządu o finansowanie.

No tak, ja też nie miałbym nic przeciwko temu żeby kilka razy na tydzień odwiedziło mnie na kilka godzin 4-letnie dziecko, mogłoby być nawet dwa. Z opiekunką.
Ale na ogólnokrajową skalę?

Właśnie kończy swoje obrady Królewska Komisja do spraw opieki nad osobami starszymi - KLIK.

Do Komsji dotarło tysiące makabrycznych raportów.
Podopieczni są regularnie faszerowani środkami uspokajającymi, w rezultacie większość czasu spędzają w stanie letargu i nie sprawiają personelowi kłopotu.
Na nocnej zmianie często jedna salowa ma pod opieką kilkadziesiąt osób.
Zdarzają się przypadki wygłodzenia gdyż podopieczni zapomnieli zjeść posiłek a nikt tego nie zauważył.
Zdarza się wyzywanie, popychanie, nawet bicie.
40% osób nie jest przez nikogo odwiedzana, a więc nikt z zewnątrz nie może zauważyć ich stanu i nie mają szansy się poskarżyć.
Trochę detali TUTAJ.

A tu nowa inicjatywa.
Może moje wnuki doczekają jej realizacji.

Zwiastun programu TUTAJ.
Link do wyemitowanych odcinków TUTAJ.

Tuesday, September 24, 2019

A kuku, i po Cooku - wspomnienie

Wiadomość o bankructwie firmy Thomas Cook jest tak powszechnie znana, że ograniczę się tylko do wspomnienia sprzed 55 lat.

Koniec czerwca 1964 roku.
Ostatni rok studiów. Po długich staraniach przyznano mi wakacyjną praktykę zagraniczną w Norwegii.
To był absolutny rarytas. Na całą Politechnikę Warszawską, wtedy trochę ponad 10,000 studentów, było takich praktyk (w kraju zachodnioeuropejskim) chyba 15.

Nerwowe oczekiwanie na paszport.
Przyznali! 29 czerwca.
Prosto z Pałacu Mostowskich popędziłem do Orbisu na ul. Brackiej.
Do kasy sprzedającej bilety zagraniczne długa kolejka.
Już w kolejce dowiedziałem się, że - po pierwsze przede mną minimum 4 godziny czekania czyli duża szansa, że nie dojdę do okienka przed końcem dnia pracy. Po drugie, przy kasie sporządzimy zamówienie na bilet. Na wykonanie zamówienia trzeba czekać minimum 24 godziny.

Po raz pierwszy w życiu poczułem, że na moich barkach spoczywa honor Narodu Polskiego.
Praktyka rozpoczyna się 1 lipca i ja - Polak - spóźnię się.
Co cała Norwegia pomyśli o mojej ojczyźnie?

Nie czekałem dłużej w kolejce tylko pospieszyłem do zarządu Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP), który mieścił się na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.
Oni organizowali tę praktykę, niech przyspieszą kupno biletu lub powiadomią pracodawcę o moim spóźnieniu.

Spiesząc Nowym Światem, przechodziłem przed frontem biura firmy Thomas Cook.
Była to dla mnie tajemnicza instytucja. Nigdy nie widziałem tam żadnych klientów. Domyślałem się że obsługuje tylko gości z zagranicy i personel placówek dyplomatycznych.

Raz kozie śmierć. Wszedłem.
W środku wydało mi się, że jestem w Londynie w towarzystwie pana Fileasa Fogga (W 80 dni dookoła świata).
Wyjaśniłem swoją sytuację.
- Domyśla się pan pewnie, że my sprzedajemy bilety obywatelom polskim tylko za specjalnym pozwoleniem, ale... kto organizuje pana wyjazd?
- Rada Naczelna ZSP.
- Ma pan ich telefon? Musimy się dowiedzieć czy mają debit dewizowy (albo coś takiego).
Nie miałem.
Znaleźli, zadzwonili, porozmawiali chwilę niezrozumiałym dla mnie żargonem.
- Mają, proszę bardzo do kasy. Dokąd potrzebuje pan bilet?

1 lipca o 10 rano stawiłem się w biurze fabryki papieru Peterson & Søn w miasteczku Moss - KLIK.

Następnego dnia rozpocząłem pracę (ten stojący po prawej).



A teraz, Thomas Cook Travel tonie.

Jest takie powiedzenie: po nas potop.
Ja wiem, że mnie już niewiele zostało, ale na Boga, ja naprawdę nie potrzebuję aż tyle zniszczenia dookoła.

Sunday, September 22, 2019

Niedzielne czytanie - Król i historia

"W Warszawie na Gęsiej, na Smoczej, na Nalewkach... Jom Kipur wypadło w środę, 10 tiszri 5698 roku od stworzenia świata...
We wtorek wieczorem żydowskie ulice Warszawy wyludniły się zupełnie, autobusy i tramwaje kursowały puste, wszyscy pobożni Żydzi poszli do synagogi na Kol Nidrej.
Od czasu mojej bar micwy chodziłem tam zawsze z moim ojcem, jak każdy żydowski chłopak. Najpierw ojciec odprawiał kaparot: dla odkupienia grzechów kręcił nad głową białym kogutem, a potem koguta zabijał, matka oblewała go wrzątkiem, skubała pióra, patroszyła. Lubiłem widok kogucich wnętrzności. Następnie matka brała tasak i dzieliła koguta na części.



Potem szedłem z ojcem do synagogi.
Po prawicy i lewicy kantora stawali mężczyźni ze zwojami Tory, a kantor śpiewał po aramejsku o przysięgach, które składać będziemy przez cały rok między tym Jom Kipur a następnym. 
Kol nidrej, weesarej, uszewuej, wacharomej, wekonamej, wekisunej, wechisunej.
Wszystkie nasze przysięgi i obietnice uważajcie za nieważne.



Ciało mojego ojca podzielone jak ciało koguta na kaparot.
Redaktor Sokoliński zrelacjonował w "Kurjerze" znalezienie każdej kolejnej części ciała Nauma Bernsztajna. Ostatnia znalazła się głowa zawinięta w ojcowski chałat razem z dokumentami, i wszystko stało się jasne."
Szczepan Twardoch - Król.

Ciało ojca poćwiartowane jak kogut ofiarny?
Niedawno skończyłem czytać Króla Szczepana Twardocha.

Prawdopodobnie każdy współczesny młody człowiek ma za sobą lekturę lub obejrzenie tuzinów bardziej brutalnych i okrutnych książek i filmów, dla mnie jednak była to ciężka dawka i wyłącznie talent autora zmusił mnie do jej skończenia.

Scena powieści to Warszawa, rok 1937, środowisko gangsterów wymuszających haracz od drobnych sklepikarzy i rzemieślników a jednocześnie powiązanych  z bojówkami P.P.S. (Polskiej Partii Socjalistycznej) i żydowskiego Bundu - KLIK.

Relacja bardzo dobrze osadzona w ówczesnej rzeczywistości. Nic dziwnego, że zagrzebałem się w internetowych poszukiwaniach faktów.

Znalazłem więcej niż oczekiwałem.
Dwie bardzo istotne postacie - Kum Kaplica  i doktor Radziwiłek - działacze PPS - to bardzo dokładne kopie Łukasza Siemiątkowskiego i doktora Łokietka a całą historię opisał w 1968 roku Jerzy Rawicz w książce "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka, dzieje gangu" - KLIK.

Muszę wyznać, że zrobiło mi się trochę smutno, że Szczepan Twardoch nie wspomniał na marginesie swojej książki o istnieniu książki Jerzego Rawicza. Wydaje mi się, że byłoby to fair.

Król dał mi zresztą więcej powodów do smutku.
Amosfera sanacyjnej Polski - getto ławkowe, ONR, Falanga i Bolesław Piasecki - KLIK, Ozon (Obóz Zjednoczenia Narodowego) - KLIK, Bereza Kartuska.

Pomyślałem po raz kolejny z sentymentem o czasach PRL.
Moje pokolenie nie znało zupełnie historii międzywojennego 20-lecia i dzięki temu zachowałem wizję kraju mądrych i dobrych ludzi.

Często spotykam się że stwierdzeniem, że w PRL fałszowano historię.
Moja rodzina była wrażliwa na tym punkcie i już w szkole podstawowej dostałem jako obowiązkową lekturę Dzieje Narodu Polskiego, autor - Władysław Smoleński, rok wydania 1921.
Sporo trudu kosztowało mnie jej przeczytanie a rezultat żaden, nie znalazłem żadnej niezgodności.
Inna rzecz, że Dzieje kończyły się na Powstaniu Styczniowym.

XX-lecie międzywojenne - ten okres na lekcjach historii przerobiliśmy bardzo szybko i pobieżnie.
Oczywiście nieco mgliście i w sposób mocno zneutralizowany przedstawiono wojnę 1920 roku oraz wkroczenie wojsk sowieckich we wrześniu 1939 roku. To samo dotyczyło Powstania Warszawskiego.

 Bawi mnie fakt, że obecnie znajduję sporą ilość artykułów pisanych w tym samym tonie.

Jedyne zdecydowane kłamstwo to zbrodnia katyńska a raczej jej przemilczenie.

W styczniu 1981 roku opuszczałem Polskę z myślą o niedługim powrocie na dobre.

Dość szybko okazało się, że nie ma już dokąd wracać.
Teraz okazuje się, że wszelkie dziecięce i młodzieżowe sentymenty nie miały od samego początku sensu.

Rozmowa z autorem Króla TUTAJ.

Thursday, September 19, 2019

System dziesiętny w Biblii

W poprzednim wpisie cytowałem Ewangelię, przypowieść o kobiecie, która posiadała 10 drachm.
Zaskoczyła mnie ta ilość - 10.
W antycznej kulturze i nauce liczba 10 nie miała chyba żadnego znaczenia. Święte liczby, które rządzą kosmosem to 3, 4, 7, 12.

Natomiast 10 - jedno jest oczywiste - liczenie na palcach. A zatem policzenie dzieci, inwentarza żywego, istotnych przedmiotów w domu. Nadawało się to doskonale do liczenia owiec i drachm.

Rzymski system numeracji wyróżnia 10, mamy specjalne symbole na istotne wielokrotności dziesięciu: L-50, C-100, D-500, M-1000.

Jedyne czego Rzymianom i ich sąsiadom brakowało, to symbole nadające się do sprawnej obsługi tego systemu - cyfry arabskie

O tym, że cyfry, które nazywamy w Europie arabskimi wcale nie są arabskie, dowiedziałem się dopiero w połowie swojego zycia, kiedy wylądowałem w Kuwejcie.

Tam otoczyły mnie cyfry jak te w 4. rzędzie po prawej (Eastern Arabic).

Cyfry arabskie i ich wykorzystanie do prowadzenia rachunków spopularyzował w Europie w XIII wieku Fibonacci - KLIK, obecnie słynny jako twórca ciągu Fibonacciego

Cyfry jakich używamy dzisiaj pojawiły się dopiero w 15. wieku, jednocześnie z wprowadzeniem druku.

Osobna sprawa to symbole matematyczne.
Pierwszy z nich, znak plus + wprowadzono w 1360 roku.
Znak równości = dopiero w 1557 roku.

Pełen wykaz symboli i roku ich wprowadzenia TUTAJ.

Monday, September 16, 2019

Niedzielne słuchanie - gniew

"...Albo gdy jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czy nie zapala lampy, nie zamiata domu i nie szuka starannie aż ją znajdzie ? A kiedy ją znajdzie, zwołuje przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, która zgubiłam. Mówię wam: Taka sama jest radość wśród aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca...".

Ewangelia wg św Łukasza 15. 1-32

Radość z powodu znalezienia czegoś zgubionego.
Jestem na etapie gubienia przedmiotów i zapominania drobiazgów. Jednak dominującą reakcją jest gniew a skojarzeniem utwór L. van Beethovena - Gniew z powodu zgubionego grosza - KLIK.

Chyba chyba warto zrewidować swoje obyczaje. Ileż ja będę miał okazji do świętowania.
Toż to będzie prawdziwie anielskie życie!

Friday, August 23, 2019

Mleko dobre jak mleko

Australijska Heart Foundation ostatnio oznajmiła, że "tłuste" mleko może być dobre dla zdrowia - KLIK.
Napisałem tłuste w cudzysłowie, bo za moich młodych lat były dwa rodzaje mleka - prawdziwe i odciągane.
Na tym prawdziwym, już po kilku godzinach odkładała się smakowita warstwa śmietany.

Proszę zwrócić uwagę na zdjęcie na zlinkowanej w pierwszej linii stronie - półki z mlekiem w supersamie. Na pierwszy rzut oka naliczyłem tam ponad tuzin rodzajów opakowań. Domyślam się, że zawierają substancje sprzedawane pod nazwą mleko.
A co jest w środku?

Przypomina mi się czytana dawno temu książka In Defense of Food, autor Michael Pollan - KLIK.
Wspomniał on w tej książce, że około roku 1937 w USA wprowadzono Akt Czystej Żywności, który wymagał od producentów żywności umieszczania etykiety IMITACJA, na każdym produkcie, który... jest imitacją. W latach 1970 przemysłowi udało się znieść to wymaganie i zapanowała wolność.
Więcej moich uwag na temat tej książki - TUTAJ.

Natomiast mleko nieodciągane i niewzbogacane środkami zubożającymi - mój boże - Heart Fundation ma na koncie szczytną misję promowania odchudzanego mleka przez ostatnie 20 lat. Oni na pewno nie zginą, co innego ich zwolennicy.

Wednesday, August 21, 2019

Komputery liczą, liczą

Jako akompaniament proponuję starą piosenkę.

Kilka dni temu mój laptop zakomunikował, że musi przeprowadzić aktualizację Windows.
Ładnie z jego strony, że mnie powiadomił, bo zdarza się, że bierze się za robotę bez pytania.
Skoro prowadzi aktualizację, to znaczy, że wcześniej ściągnął sobie na laptop wszystkie potrzebne elementy software.
Oczywiście ładuje sobie te kilka gigabajtów oprogramowania bez pytania, nie mówiąc o zgodzie.
Widziałem gdzieś protesty, że takie działanie, to hackerstwo w czystej formie, ale gadaj zdrów! Takich argumentów można używać w stosunku do policji, ale nie do Microsoftu.

Lekkopółśrednim wieczorem zgodziłem się, żeby Microsoft zaczynał swoją operację.
Normalnie trwa to kilkanaście minut, ale tym razem laptop nie wskazywał żadnego postępu robót.

Dwie godziny później szykowałem się do spania. Spojrzałem na laptop - postęp aktualizacji - 25%.

Rano... wszystko było pomyślnie zakończone.

Zaskoczyło szanownych czytelników? Spodziewali się awarii, pretensji, reklamacji?

To nie u umnie. Ja jestem wyjątkowo zgodny człowiek.

Zastanawiałem się tylko co też ten komputer mógł robić przez tyle godzin?
Przecież ta maszyna wykonuje miliony operacji w ciągu sekundy.
A więc w ciągu kilku godzin?
Jedyne co przychodzi mi do głowy, to że moc obliczeniowa mojego laptopa została połączona z mocą tysięcy innych komputerów i wykorzystana do jakichś szatańskich obliczeń, które przyniosą zgubę całej ludzkości.

Tyz piknie.


Sunday, August 18, 2019

Niedzielne czytanie - rozłam

"Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.

Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej»."

Ewangelia wg św Łukasza 12: 49-53.

Cóż tu dodać?
Toż my to mamy w naszym, polskim środowisku już od lat.
Chociaż jedna z Jezusowych przypowięści w pełni zrealizowana.

Monday, August 12, 2019

Niedzielne czytanie - ?

Wczorajsze czytania liturgiczne wydały mi się jakieś pokręcone, bez ładu i składu.

Być może i ksiądz odebrał to w ten sposób, bo jedyna rzecz jaką zapamietałem z kazania to ta historia:

Chłopiec wraca ze szkoły do domu, relacjonuje ojcu szkolne sprawy, wreszcie dochodzi do lekcji religii.
- O czy mówił nauczyciel? - pyta ojciec.
- O tym jak Mojżesz pokonał Egipcjan.
- No i jak to było?
- Mojżesz chciał wyprowadzić Żydów z Egiptu, ale doszli do morza. Wtedy Mojżesz wezwał saperów żeby wybudowali most. Jak saperzy skończyli budowę, to Żydzi przeszli na drugą stronę morza, a jak na most weszli Egipcjanie, to Mojżesz kazał saperom wysadzić most w poowietrze. No i w ten sposób pokonali Egipcjan.
- To wam powiedział nauczyciel?
- No, może trochę inaczej, ale jakbym ci powiedział dokładnie co on mówił, to nigdy byś mi nie uwierzył.

Friday, August 9, 2019

Nie, nie, nie

Widziałem raz Manię, w wannie.
Naga lecz zachowywała się nieNAGAnnie.
Odtąd mam takie mniemanie, kto wie czy nie Manię,
że mnie nie ma, że nie ma mnie.
Że wiatr mnie niesie, lecz nic nie naniesie
a cóż z takiego niesienia gdy nie ma nasienia.
Jakoś to bałwanienie mnie nie niepokoi,
tylko czemuż to dzwonienie powoduje spowolnienie,
tak że moje powonienie nie nadąża za wonią,
która zwykle pojawia się gdy dzwonią?

Tuesday, August 6, 2019

Podwórkowe rozmowy

W poniedziałek zapłaciłem rachunki za światło i gaz osobom proszącym nasze Stowarzyszenie (Św Wincentego) o pomoc a potem poszedłem wrzucić im pokwitowania do skrzynek pocztowych.

Większość naszych podopiecznych mieszka w małych domkach utrzymywanych z państwowych pieniędzy. Lokatorzy płacą czynsz w wysokości nie przekraczającej 25% ich przychodów, prócz tego elektryczność, gaz, woda i cała reszta.
Na marginesie dodam, że okres oczekiwania na takie mieszkanie, to kilka lat.

Podchodząc do skrzynek pocztowych napotkałem naszego podopiecznego - Glena. Odprowadzał na miejsce pojemniki na śmiecie.
Na głowie spory guz i zaschnięta krew.
- Co się stało?
- Bójka - z rezygnacją wzruszył ramionami.
Wymieniliśmy kika zdań gdy z pobliskiego domku wyszła jakaś pani. Spojrzała na nas pytająco.
- To jest Lech, ze Stowarzyszenia św Wincentego, wyjątkowo dobry człowiek, zapłacił mój i Patrycji rachunek.
Pani spojrzała na mnie z aprobatą.
- Jestem Carmen.
- Co za piękne imię.
- Jak opera Bizeta. Znasz?
Skinąłem głową.
- To najpiękniejsza opera - kontynuowała Carmen - ale treść bez sensu. Bardzo antykobieca.
- Ależ Carmen - zaoponowałem - w operze musi być dramat, tragedia.
- Tak, tak. Ale dlaczego kobieta jest przyczyną całego zła?
- To jest gra przeciwieństw. Carmen ma ogromny urok, oczarowuje Don Josego. Teraz musi przyjść przeciwwaga, ona go rzuca...
- Dobrze, dobrze... ale dlaczego wpakowali w to kobietę?
- Bo tylko kobieta może tak kogoś zauroczyć.
- Carmen, Lech to bardzo dobry człowiek - Glen chyba uznał, że potrzebuję moralnego wsparcia.
- Widzę, że bardzo dobry - zgodziła się Carmen, ale nie dawała za wygraną.
- Ten facet w Watykanie. No wiesz, ten w oknie. A ci głupi ludzie przychodzą, czekają godzinami i patrzą na niego jak na kogoś nadzwyczajnego...

Nie będę relacjonował dlaszego ciągu rozmowy. Carmen miała długą listę zarzutów pod adresem Kościoła. Nie oponowałem zbytnio gdyż nasze opinie były tak sobie przeciwne, że nie miało to sensu.

Wieczorem zajrzałem na stronę internetową - polityka.pl.
Jakby to powiedzieć?
Carmen do kwadratu.
I to bez muzyki.

Sunday, August 4, 2019

Niedzielne wspomnienie - I Komunia

Dzisiejsze czytania przeciwstawiają wartość dóbr materialnych wartości Bożego błogosławieństwa (po śmierci).
Trudno z tym dyskutować więc spojrzałem na to co się działo w kościele - I Komunia.

Nie mam najmniejszego pojęcia co z tego wydarzenia wynoszą dzieci. Z obserwacji wnioskuję, że dzieci uczęszczające do szkoły podstawowej bardzo rzadko (wcale) odwiedzają kościoły
Wspomnę więc siebie sprzed około 70 lat.

Kielce, pierwsza połowa maja.
W mieście nie można było dostać lilii a właśnie ten kwiat miało trzymać w dłoni każde dziecko. Komitet Rodzicielski zdecydował, że dwie panie pojadą do Krakowa i tam kupią kwiaty dla całej klasy. Rodzice solidarnie pokryją koszta zakupów i wyjazdu.

Moja matka uznała to za zbytek, ale spytała mnie co myślę o lilii z papieru.
Nic nie myślałem, kwiaty to była dla mnie nieznana dziedzina.
Okazało się, że moja matka znalazła w naszej klasie bratnią duszę, panią, która miała takie samo podejście do sprawy.

Poniżej zdjęcie moje i kolegi - Tadka, obaj z papierowymi liliami, chociaż Tadek trzyma chyba również jakiś prawdziwy kwiat.


Po mszy, rzeczy materialne zostały poddane sprawdzianowi - bitwa na lilie.
Te naturalne, po byle uderzeniu, łamały się i padały na ziemię. Nasze, papierowe na drucie, przeszły zwycięsko każdą próbę.

Oczywiście, nijak się to ma do wieczności, ale przecież drobna satysfakcja też się z życiu trochę liczy.

Tuesday, July 30, 2019

Szerszeń - wspomnienie

Przez kilka dni nie działało u mnie ogrzewania, a tu przecież zima, australijska ale jednak.

Przypomniało mi się jak ponad 50 lat temu, w nieogrzewanej izbie w Polsce, rozgrzewała mnie i moją matkę lektura mocno promowanej przez władze książki angielskiej autorki.
Wspomnienie  TUTAJ.

Monday, July 29, 2019

Niedzielne targowanie


W ostatnią niedzielę pierwsze czytanie to Księga Rodzaju 18.20-33 - opowieść o tym jak Bóg postanowił wygubić wszystkich mieszkańców Sodomy i Gomory.
Abraham, którego bratanek Lot mieszkał w jednym z grzesznych miast, protestuje: jak to zgładzisz niewinnych razem z grzesznikami?
Bóg odwraca kota ogonem, ignoruje kwestię odpowiedzialności zbiorowej i prowokuje do targów - jeśli znajdę 50 sprawiedliwych, to przebaczę całemu miastu.
Abraham łapie się na haczyk i zaczyna targi obniżając poprzeczkę aż do 10.

Tekst rodziału TUTAJ.

Wszyscy (chyba) komentatorzy tej historii podkreślają łagodność i miłosierdzie Boga i hucpę Abrahama. Dają ją jako przykład - proś Boga, nie ustawaj, uprosisz.

Ja jestem sceptyczny. Wszak Bóg wyznaczając Abrahamowi punkt startowy do targów wiedział dokładnie ilu sprawiedliwych było w Sodomie i Gomorze. Wiedział o tym akceptując kolejne szczeble. Abraham mógł odczuwać sporą satysfakcję z przebiegu rozmów, ale ich faktyczny rezultat był żaden.

Dla mnie historia ta ma jednak drugie dno - działaj, próbuj, walcz. To daje ci dużą szansę na satysfakcję.
Większą szansę niż wygrana.

Friday, July 26, 2019

Pstrąg

Raz do dziennika „Gazeta Niebieska”
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
przyszedłem rano, sam, bo nie mam pieska.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

— Kto pan jest, mów pan, mów w tajemnicy!
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
— Ja jestem ktoś, kto się wcale nie liczy.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Siedziałem — mówię — długo w tej grocie,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
dłużej nie mogę… skumbrie w tomacie!
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Zaraza rośnie świątek i piątek.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Lecz nie pójdę w Polsce robić porządek.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Na to naczelny kichnął redaktor
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
i po namyśle powiada: — Jak to?
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Nie chce pan naprawić błędów systemu?
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Byli tu tacy trzydzieści lat temu.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Bardzo szlachetni, myśleli, że wyszło.
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Krwi nie rozlali,wino mszalne wyschło.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

— Ach, co pan mówi? —jęknąłem na to;
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Lecz letni jęk to był, bo przecież lato.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

— Znaczy się, zostanę tutaj gdzie jestem,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
Nie zdradzę słowem, nie zdradzę gestem.
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Zostanę zatem w tutejszym klimacie,
(skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
A Wy chcieliście Polski, no to ją macie!
(skumbrie w tomacie pstrąg).

Oryginalny tekst TUTAJ.

Natomiast ja spędzę dzisiejszy wieczór na koncercie. W programie kwintet fortepianowy F. Schuberta - Pstrąg. Fragment z tytułowym tematem TUTAJ.

Tuesday, July 23, 2019

Jakość łez

Dzisiaj wypadł termin mojej corocznej wizyty u optometrysty.
Wiadomo, że to już nie ten wzrok, ale z technicznego punktu widzenia wszystko w porządku.

Już po badaniu pani optometrystka doradziła krople do oczu.
- To poprawi jakość twoich łez - wyjaśniła.

Jakość moich łez?
Zastanowiłem się - kiedyż to ostatni raz ja uroniłem jakąś łzę?
Chyba podczas słuchania Mszy b-moll J.S. Bacha 4 tygodnie temu.
Przepraszam Janie Sebastianie za słabą jakość, to wina starości.

Krople kupiłem, mam nadzieję, że jedyne okazje do wykazania ich jakości będą w kategorii muzyka.

Sunday, July 21, 2019

Niedzielne czytanie - gościnność

Dzisiaj znowu dość znana Ewangelia - Jezus odwiedza dom Marty, która bierze się ostro za przygotowanie posiłku podczas gdy jej siostra, Magdalena, słucha co gość opowiada.
Marta prosi Jezusa, żeby zwrócił uwagę Magdalenie, żeby pomogła zapracowanej siostrze, na co Jezus odpowiada, że te wysiłki nie są tak ważne, ważniejsze jest słuchanie -  Łk, 10, 38-42.

Nasz proboszcz zwrócił uwagę na dwa aspekty gościnności.
Zewnętrzny - oczywisty, ugościć. Otworzyć dom i spiżarnię.
Wewnętrzny - nie tak oczywisty - otworzyć uszy, wysłuchać.

Wydaje mi się, że obecnie, po tej sytej stronie świata, to wysłuchanie jest ważniejszą częścią.

Friday, July 19, 2019

Na wsi



Pod czarną chmurą
skrzynki stoją otwarte.
Złe dziś nie dojdzie.

Wednesday, July 17, 2019

Zawód

...sprawił mi Hans Fallada.
Niemiecki pisarz, autor 3 książek, które wywarły na mnie duże wrażenie: Co dalej szary człowieku, Pijak, Każdy umiera w samotności.
Z treści książek jasno wynikało, że Fallada nie jeden raz umorusał się nieco w brudach ludzkiej egzystencji, znajdowałem w tym jednak przebłyski niewinności, słabego charakteru, braku szczęścia.
Jego przedostatnia książka - Alpdruck, polski tytuł Zmora - zachmurzył moją wizję.

Fallada nie może się pozbierać w okupowanych przez ZSRR Niemczech. Niespodziewanie pomocną dłoń wyciągają do niego przedwojenni działacze komunistyczni, którzy teraz mają wpływy i środki. Nie wywierają na niego nacisku ideologicznego, nalegają tylko żeby pisał.
I Fallada pisze, ale dlaczego TAK ?

Sunday, July 14, 2019

Niedzielne czytanie - bliźni

Dzisiejsza Ewangelia to opowieść o Dobrym Samarytaninie - chyba jedna z najbardziej popularnych przypowieści ewangelicznych.
W angielskim tekście nie ma odpowiednika słowa bliźni, jest neighbour czyli sąsiad, co bardzo zawęża i upraszcza sprawę.
Już słowo bliźni sugeruje jakiś rodzaj bliskości, ale sąsiad idzie dalej - sugeruje osobę mieszkającą w najbliższej okolicy co w obecnych czasach oznacza podobny status materialny czyli spory komfort psychiczny.
Przywołałem na pomoc inne języki:
- niemiecki - Mitmensch - podoba mi się - tłumaczę to sobie na: człowiek z (którym)... to otwiera wiele możliwości.
- rosyjski - собрат (fonetycznie  sobrat) - tłumaczę to na współbrat.
- włoski - prossimo - to podoba mi się najbardziej - odkładam słownik i słyszę nasze, polskie - prosimy - nie sprawdzamy czy to sąsiad czy współbrat, wchodź.

Wracam do Ewangelii... znane przykazanie - miłuj bliźniego swego...
W dzisiejszym czytaniu ktoś pyta Jezusa - kto jest moim bliźnim?
W zeszłotygodniowej refleksji polecanej przez mój oddział Stowarzyszenia św Wincentego a Paulo pytanie odwrócono: a dla kogo ty jesteś bliźnim?

Skoro tak się rozpisałem na tematy słowotwórcze, to widocznie moja odpowiedź na to pytanie jest... a raczej jej nie ma.

Friday, July 12, 2019

Nie wzywaj

(Król Salomon)... wyczerpany rozkoszami erotycznymi postępowy głupiec, 
typowy dla cofnięcia się od kultu aktywnego w swej  bezpośredniej obecności
narodowego bóstwa, do głoszenia o jakimś abstrakcyjnym i ogólnoludzkim 
Bogu  w niebiesiech, cofnięcia się od religii narodowej do religii powszechnej. 
(...) puste gadanie i początek końca, całkowicie zdegenerowanego wyobrażenia
o Bogu, który jest już całkiem do nieba wygnany.
Tomasz Mann - Doktor Faustus.

W środę był dość nietypowy dzień, okazja żeby zajrzeć do książek, które towarzyszą mi od wielu lat. Bardzo nienatarczywe to towarzystwo.
Padło na Doktora Faustusa.
Jak w przypadku wielu książek Tomasza Manna, stwierdziłem, że pewnie 85% książki czytam jakbym tego nigdy w życiu nie czytał. Tak właśnie było z rozważaniem o narodowym, fizycznie obecnym Bogu - drobny cytat powyżej.

Bóg do nieba wygnany.
Przypomniało mi to uwagi znajomego gdy mu powiedziałem, że regularnie gram w totolotka.
Spojrzał na mnie z niepokojem - to niebezpieczne.
W jaki sposób niebezpieczne?
Wysyłasz sygnał, który mogą odebrać jakieś złe siły. Mogą spełnić Twoje marzenie czy zachciankę i zgłosić się po nagrodę.

Złe siły.
Właśnie do tego pasowały mi słowa o Bogu do nieba wygnanym.
Wszak Jezus i jego uczniowie spotykali się ze złymi siłami bardzo często.
 A co teraz?
Jezus wniebowstąpił i o wszystkim zapomniano.

Po powrocie do domu zajrzałem do swojego blogu. W tytule wtorkowego wpisu było słowo Bóg i wystarczyło.
Ten blog ma bardzo niewielu czytelników, komentarze pojawiają się bardzo rzadko, a tu - proszę zobaczyć trzeci komentarz - czarna magia.
Nr telefonu - kod międzynarodowy = 23 - Liberia, Sierra Leone, Ghana, Nigeria, Chad - samo Jądro Ciemności.

Trzeba teraz sięgnąć po J. Conrada... i nie grać w totolotka.

Wednesday, July 10, 2019

Boże odejmij mu trochę rozumu

Dwa dni temu odwiedziliśmy (Stowarzyszenie św Wincentego) osobę proszącą o pomoc.
Generalnie radzi sobie dobrze, ale musiała zapłacić za naprawę samochodu więc trochę krucho z gotówką.
Daliśmy jej vouchery do supermarketu i zapłaciliśmy część rachunku telefonicznego.

Spytałem o sytuację rodzinną.
Syn naszej klientki ma 18 lat i uczęszcza do ostatniej klasy szkoły specjalnej. Spytałem czy po ukończeniu tej szkoły ma w planie jakieś kursy zawodowe.

- Nie, mam nadzieję, że na teście jego IQ wypadnie poniżej 70 a wtedy będzie mu przysługiwać renta dla osoby niepełnosprawnej i nikt nie będzie go zmuszał do nauki czy szukania pracy.

Wkrótce odbędzie się zebranie naszego zespołu. Na takim spotkaniu poświęcamy chwilę na religijną refleksję i modlitwę za osoby, które proszą nas o pomoc.

No to wiem już o co powinniśmy się modlić.

Sunday, July 7, 2019

Niedzielne śpiewanie.

Dzisiejszą mszę w naszej parafii prowadził pomocnik proboszcza, z pochodzenia Filipińczyk.
Nie wiem jak to powiązał z Ewangelią, ale tematem kazania było, że wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi.

- Czym przepełnione jest boże dziecko? - spytał ksiądz.
- Radością - odpowiedział sam sobie.
- A w jaki sposób łatwo wyrazić swoją radość?
- Śpiewając!

Pamiętajmy - kontynuował ksiądz - jesteśmy bożymi dziećmi. A zatem absolutnie nie musimy przejmować się tym czy umiemy śpiewać. Wszak śpiewamy prosto do Boga, On nas słyszy, niech wie co stworzył.

Muszę stwierdzić, że ogromnie mi się to spodobało.
Generalnie jestem cichą osobą, ale czasem jednak coś mnie napadnie... i wtedy w domu jest tragedia.
Wydaje mi się, że mam dobry słuch - rozpoznaję wiele utworów muzycznych, potrafię rozpoznać cytaty muzyczne i zmiany tonacji, ale śpiewać - po prostu rozpacz.
Przed laty klub orienteeringu, którego byłem członkiem, postanowił odśpiewać wiązankę australijskich piosenek na międzynarodowej imprezie sportowej.
To była poważna impreza, do występu przygotowywał nas renomowany kierownik chóru.
Najpierw podzielił nas na głosy i od razu był problem - nie był w stanie określić jaki jest rejestr mojego głosu - tenor czy bar(an)yton.
W końcu polecił żebym podczas występu stał poniżej basów i nie otwierał ust dopóki one nie zaczną śpiewać, a gdy zaczną żebym się jakoś bezszmerowo do nich podłączył.
I tak właśnie było.
TUTAJ - jedna z piosenek, które zaprezentowaliśmy.

Wróciłem z kościoła do domu bardzo podniesiony na duchu.
Teraz czekam tylko na chwilę ciszy i samotności żebym mógł Bogu wyśpiewać swój radosny nastrój.

Piosenka, którą polecił nam ksiądz to How can I keep from singing (Jak mogę powstrzymać się od śpiewania) - KLIK.

Wspomniałem, że ksiądz to Filipińczyk.
Oczywiście - moje pierwsze spotkanie z Filipińczykami to był właśnie śpiew. Poczas pobytu w Kuwejcie jeździliśmy w niedziele na msze katolickie do niewielkiego kościoła w Ahmadi...


Na zdjęciu moje i kolegi dzieci z matkami. Proszę zwrócić uwagę, że krzyż nie jest umieszczony na dachu lecz, dość dyskretnie, w oknie.
Otóż w tym kościele podczas mszy śpiewał filipiński chór. Pięknie śpiewał.

No to teraz prosze sobie w ciszy poczytać moje wspomnienie z Filipin - KLIK, a ja.. nie mogę już się powstrzymać od śpiewania.

Wednesday, July 3, 2019

Cisza

W niedzielnym wpisie podsumowałem krótko (i nieco negatywnie) lekturę zbioru opowiadań J. Barnesa - Cytrynowy stolik.
Zakończę tem temat pozytywnym akcentem - opowiadanie pod tytułem Cisza.

"Kiedy muzyka staje się literaturą, jest to zła literatura. Muzyka zaczyna się tam, gdzie nikną słowa. Co powstaje, kiedy niknie muzyka? Cisza."

Powyższe słowa wygłasza we wpisie kompozytor Jean Sibelius.
Zatem jako akompaniament do lektury tego wpisu proponuję Valse Triste - KLIK.

Sibelius - mam trop potrzebny do wyjaśnienia tytułu zbioru - Cytrynowy stolik.
Według J. Barnesa taki stolik był w odwiedzanym przez kompozytora w hotelu Kämp w Helsinkach.

Wspominałem, że wszystkie opowiadania w zbiorze obracają się wokół starości. Dla mnie nie były to sympatyczne obroty.
Opowiadanie Cisza jest miłym wyjątkiem.
Sibelius nie zmienił się na starość. Nie czekał tak długo, aby ujawnić swoje prawdziwe oblicze.
Być może to wpływ sztuki a być może wolnego od trosk materialnych życia (gdy miał 33 lata rząd przyznał mu dożywotnią pensję).
Uprzywilejowana pozycja. Od początku mógł sobie pozwolić na szczerość.

Mnie zresztą nie interesowały informacje o ekstrawagancjach kompozytora natomiast z przyjemnością czytałem wypowiedzi na temat muzyki. Nie ważne czy to Sibelius je wygłosił czy wymyślił je J. Barnes. Uważam że muzyka jest tematem, o którym ten autor pisze najlepiej.

Osobiście bardzo lubię muzykę j. Sibeliusa. Nie wiem dlaczego. Zgadzam się z cytowaną wcześniej wypowiedzią: muzyka zaczyna się tam, gdzie nikną słowa.

Bo jeśli chodzi o słowa... zacytuję specjalistę:
"W muzyce współczesnej nie mamy - niestety! - czegoś takiego, co możnaby określić mianem "kół fachowych". Gdyby takie koła fachowe istniały i działały, wciąż jeszcze bezgranicznie przeceniana muzyka Sibeliusa nie tylko nie dostałaby się do owego pojemnika wartości duchowych, który pozostawia się dla przyszłości, ale wręcz zostałaby wyeliminowana z repertuaru współczesnego, właśnie ona pierwsza."
Bogusław Schaeffer - Kompozytorzy XX wieku.

:)))))))

Dziwnie się złożyło, że aż dwa z opowiadań w zbiorze Cytrynowy Stolik wiążą się z moim narciarskim pobytem w Europie 23 lata temu.

Ponad tydzień temu wspominałem swój sen z Biegu Wazów w Szwecji.
Wtedy, w 1996 roku, przed Szwecją była Finlandia - maraton Finlandia Hiihto rozgrywany wtedy jeszcze na długiej, 75-kilometrowej, trasie Hämeenlinna do Lahti.
Ten szczegół jest istotny gdyż właśnie w Hämeenlinna urodził się J. Sibelius.

Wieczorem w przeddzień biegu odbyło się przyjęcie dla zagranicznych narciarzy. Mistrz ceremonii przedstawił sześć wesołych dziewcząt - to są "hugging girls", one uścisną na mecie każdego narciarza. Ja uścisnę każdą narciarkę (było ich pewnie 10 razy mniej niż mężczyzn).

Początek był zgodny z oczekiwaniami. Bardzo obszerne pole startowe na jeziorze (dokładnie tak na tym zdjęciu zrobionym 12 lat wcześniej)


Po starcie nie było tłoku, lekki mróz, szybki śnieg. Napędzany przedbiegowym entuzjazmem połykałem kolejne kilometry. Otrzeźwienie przyszło po około 30 km.
- Ty już tutaj? - usłyszałem znajomy głos. Kolega z Australii, młodszy i dużo lepszy narciarz ode mnie. On miał rację, na tym etapie ja nie miałem prawa być przed nim.

Zwolniłem nieco, ale było już za późno. Na dodatek zaczął padać śnieg. Wyścig był stylem łyżwowym. Każdy krok to podniesienie przysypanej śniegiem narty.
Po 65 km trudno było już podnosić.


Tutaj nie było dziewczynki grającej na skrzypcach. Nie pamiętam też "hugging girls" na mecie choć na pewno były.
Jeszcze bardziej na pewno była cisza.

Sunday, June 30, 2019

Niedzielne czytanie - pożegnanie starego ojca

Pierwsze czytanie:
Pan rzekł do Eliasza: «Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, namaścisz na proroka po tobie».
Poszedł wkrótce stamtąd Eliasz i odnalazł Elizeusza, syna Szafata, orzącego wołami: dwanaście par wołów przed nim, a on przy dwunastej. Wtedy Eliasz, podszedłszy do niego, zarzucił na niego swój płaszcz. Wówczas Elizeusz zostawił woły i pobiegłszy za Eliaszem, powiedział: «Pozwól mi ucałować mego ojca i moją matkę, abym potem poszedł za tobą». On mu odpowiedział: «Idź i wracaj, bo po co to ci uczyniłem?»
Wtedy powrócił do niego i zaraz wziął parę wołów, złożył ją na ofiarę, a na jarzmie wołów ugotował ich mięso oraz dał ludziom, aby zjedli. Następnie wybrał się i poszedłszy za Eliaszem, stał się jego sługą.



Księga Królewska 1 - 19:19-21

Ewangelia:
... Do innego rzekł: «Pójdź za Mną». Ten zaś odpowiedział: «Panie, pozwól mi najpierw pójść pogrzebać mojego ojca». Odparł mu: «Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże».

Jeszcze inny rzekł: «Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu». Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego».


Ewangelia według św Łukasza 9: 60-62.

Już dwa moje wpisy były inspirowane opowiadaniami J. Barnesa z tomu Cytrynowy stolik.
Właśnie skończyłem czytać cały tom.

Nie podobały mi się te opowiadania (poza dwoma).
Tematyka - starzy ludzie.
Niesympatyczni starzy ludzie.
Zastanawiałem się - czy zawsze byli tacy, czy zrobili się tacy na starość?
Chyba zawsze byli, ale starość to ujawniła.

Komu ujawniła?
Starzy ludzie w tych opowiadaniach przebywają w towarzystwie swoich rówieśników. Z treści nie wygląda żeby ich towarzysze źle czuli się w ich towarzystwie.
A więc to J. Barnes podgląda ich z ukrycia i krzywi się - jacy oni paskudni.

W tym miejscu przypomniałem sobie cytowane wyżej słowa Jezusa: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże.

Julian Barnes najwyraźniej nie posłuchał i oto tego smutne skutki.

Osobna sprawa -
Porównałem teksty ze Starego Testamentu i z Ewangelii.
W obu jest ten sam temat - rozdarcie między obowiązkami rodzinnymi i powołaniem apostolskim.
Eljasz - Stary Testament - mówi: idź, pożegnaj się i wracaj.
Jezus jest bardziej radykalny - kto się wstecz ogląda, nie nadaje się.

Wytłumaczenie chyba jest proste - Stary Testament to księga natchniona przez Boga, którego katolicy nazywają Ojcem. Nic dziwnego, że dał przykazanie - Czcij Ojca swego i Matkę swoją, i że pozwolił pożegnać się ze starym ojcem.
Jezus - według katolików Syn Boży, ma zdecydowanie synowskie poglądy.

Wydaje mi się, że młode pokolenie nie zna słów Jezusa, ale je stosuje - nie oglądają się wstecz. Królestwo Boże też ich nie interesuje, ale to już inna sprawa.

Friday, June 28, 2019

Bez sensu

Koło płotu zakwitł nam bez ładnie,
nie w pod sznurek, lecz całkiem bezładnie.
Potem zaś, przez miesiąc cały,
nad tym bzem pszczoły bzemyczały.
Przyszło lato i całkiem bezwiedne,
powiedziałem: nasz bez więdnie.
Bo rzeczywiście, gdy czas leciał wprzód,
nasz bez coraz bardziej wiódł i wiódł.
Więc w kawiarni zamówiłem dwie bezy
by zapomnieć, że więdną te bezy.
Lecz kasjerka odmówiła mi,
rzekła: nie mówi się bezy lecz bzy.
I nie pisze się bez wiódł, lecz bez wiądł.
Zawiedziony wyszedłem stamtąd.
A gdy już całkiem mnie zwiódł zwiądł bez owy,
to przybrał kolor beżowy.

Tuesday, June 25, 2019

Polska msza J.S. Bacha

Jan Sebastian Bach - Msza b-moll.

W programie czytam: "27 lipca 1733 roku Bach złożył partyturę Mszy na dworze elektora saksońskiego w Dreźnie. Dołączył do niej podanie o przyznanie mu stanowiska nadwornego kompozytora Elektora... Dwór saski przeszedł na katolicyzm w 1697 roku więc...".

No cóż, wszystko prawda. Stosując terminologię księdza Tischnera - tyż prawda.
Natomiast święta prawda jest taka:
W 1697 roku polski sejm elekcyjny wybrał Augusta, elektora saskiego, na króla Polski. Warunkiem objęcia stanowiska było przyjęcie wiary katolickiej. Elektor nie miał problemu z tą sprawą.

Jan Sebastian Bach, luteranin, pełnił szereg muzycznych funkcji w Lipsku i miał częste problemy z radą miejską. Uznał, że pozycja w Dreźnie doda mu autorytetu i argumentów w pertraktacjach.
W lutym 1733 roku August II Sas zmarł. Nastąpiła 5 miesięczna żałoba. Wszelkie znaki wskazywały, że następcą Augusta II będzie jego syn. Bach zabrał się do pracy.

Msza katolicka - po pierwsze - po łacinie - zaprzeczenie luterańskiej idei liturgii w językach narodowych. Po drugie - msza katolicka zawiera części (Kyrie, Gloria), które nie występują w mszy luterańskiej.

J.S. Bach nie miał chyba zbyt wysokiego mniemania o kwalifikacjach muzycznych polsko-drezdeńskiego dworu gdyż dostarczył niekompletną partyturę a niektóre części utworu były tylko naszkicowane.
Osobna sprawa, to fakt, że wybór Augusta III na króla polski wzbudził wielkie kontrowersje i stał się faktem dopiero w styczniu 1734 roku.
W rezultacie August III i jego dwór chyba nigdy nie wysłuchali tego utworu, ale jednak w 1736 roku przyznali Janowi Sebastianowi tytuł kompozytora dworskiego.

Msza, a raczej niektóre z istniejących części, zostały wykonane w lipcu 1733 roku w kościele św Zofii w Dreźnie, ale było to bardzo lokalne wydarzenie.

Jednak co mistrz, to mistrz.
J.S. Bach spędził wiele czasu na komponowanie brakujących części utworu i szlifowanie tych już napisanych. Robił to wiedząc, że utwór nie ma szansy być kiedykolwiek wykonany w całości.
W rezultacie powstał utwór, który krytycy muzyczni zaliczają do najbardziej istotnych dzieł kompozytora. Zatracił on charakter autentycznej mszy gdyż trwa prawie 2 godziny.
Pierwsze wykonanie kompletnego utworu nastąpiło w Lipsku, w 1859 roku, ponad 100 lat po śmierci kompozytora.

Ale zgrabny wpis mi wyszedł :)
Chyba czytelnicy nie oczekują, że napiszę coś o muzyce.

Napiszę tylko tyle, że o muzyce nie da się pisać a więc...
Miałem okazję wysłuchać Mszy b-moll w ostatni piątek, w świetnej akustycznie sali Melbourne Recital Centre.
21 czerwca - prawie najkrótszy dzień roku. Zimno, szaro. Nawet nie było tłoku na drodze.

Utwór w tonacji b-moll.
Nie da się pisać o muzyce - przerzucę więc to na innych - "B-moll to według mnie najciemniejsza z muzycznych tonacji, matowo czarna, ilustrująca kogoś uwięzionego w podziemu, bez wyjścia".
Na przykład wieczór dnia poprzedzającego najdłuższą noc.

Ale również: "Kojący, czekoladowy dźwięk - muzyka po wyśmienitym obiedzie, gdy jesteś zaspokojony i nie masz ochoty/potrzeby niczego udowadniać".

Źródło cytatów TUTAJ.

Muzyka po wyśmienitym obiedzie.
Co prawda, to prawda - tylko takie obiady są w naszym domu, ale spoglądam nieco dalej - nie masz potrzeby udowadniać - życie, które trwa, ale praktycznie już się skończyło.

Wykonawcy - VOCES8 - angielski zespół śpiewaków. Nazwa wskazuje, że oktet, ale tym razem wzmocniony przez dodatkowy głos - kontratenor. Do tego orkiestra ANAM - Australian National Academy of Music).
Bardzo kameralne wykonanie. Wszystkie nagrania, jakie znalazłem na youtube wykonują kilkudziesięcioosobowe chóry i orkiestry.
To robi wrażenie, ale J.S. Bach nie tak wyobrażał sobie swoją muzykę. (pisałem o tym w zlinkowanym powyżej wpisie).

Dyrygent dał znak, pierwszy dźwięk i... czekolada i tlen - nie trzeba już niczego udowadniać.

Wikipedia o Mszy b-moll - KLIK.
Wykonanie Mszy na British Prom - KLIK.

P.S. Na wszelki wypadek wysłuchałem w domu Wielkiej Mszy c-moll W.A. Mozarta - katolika.
Nie miałem watpliwości - to jest autentyczna katolicka msza czego nie mogę powiedzieć o Mszy b-moll J.S. Bacha.

Jednak na ten ponury długi wieczór najwłaściwszy był J.S. Bach.

Sunday, June 23, 2019

Niedzielne rozmyślanie - tajemnica spowiedzi

Jakie jest właściwie pochodzenie tego słowa? Co tak naprawdę znaczy?
sPOWIEDZ, s-POWIADAJ (się). A więc - powiedz, powiadaj. To S pewnie oznacza, że powiesz w sekrecie, ale może tu chodzi o spo, spoko.
Jednocześnie jest jednak sPOWIEDŹ - czyli poprowadź... i wszystko się powiedzie.

Podoba mi się to: powiedz mi (w sekrecie) o swoich błędach a ja cię poprowadzę.

W nowoczesnym katechiźmie wiary katolickiej jakoś to zamącili.
To w ogóle nie jest spowiedź tylko Sakrament pokuty i pojednania.

Rozbite na punkty, chyba trzeci z nich to wyznanie grzechów.
Może to i słuszne, nie wiem, nie chodzę do spowiedzi.
Z bardzo przewrotnej przyczyny nie chodzę - obawiam się, że moje wątpliwości na temat wiary są tak silne, że mógłbym zarazić nimi spowiednika.

Spowiednik?
Bardzo skomplikowana postać.

spoWIEDNIK - czyli wiedzący?
sPOWIEdnik - oczywiście, on mi coś powie. Tylko mnie.

Ale spowiedNIK - NIK - Najwyższa Izba Kontroli?
Chyba raczej Niebiańska Izba Kontroli, ale też trochę to zniechęcające.

Dlaczego osoby wykonującej tę funkcję nie nazwano spoWIEDŹMIN?
Proszę zauważyć, że ta nazwa zostawia otwarte wrota dla kapłaństwa kobiet -spoWIEDŹMA

P.S. Znalazłem w blogosferze osobę, która poświęca tematowi spowiedzi sporo miejsca - KLIK.

Saturday, June 22, 2019

Czujność

To tytuł kolejnego opowiadania Juliana Barnesa ze zbioru The Lemon Table - Cytrynowy stolik.
Wydaje mi się, że nicią łączącą wszystkie opowiadania są obserwacje ludzi starych i starzejących się. Zdecydowanie tematyka dla mnie, ale wątpię czy się czegoś praktycznego nauczę.

Czujność - wrażliwość bywalca sal koncertowych na zachowanie sąsiadów w najbliższym otoczeniu.
Julian Barnes zna się na muzyce i znany jest jako pedant więc na pewno wie o czym pisze.

Przypominają mi się koncerty symfoniczne w Polsce. Byłem młody, ale już wtedy czujny na zachowanie sąsiadów.
Wydaje mi się, że odczuwałem wtedy potrzebę należenia do "elity".
Czasy komunizmu - elita - bezpartyjny, ale dobry fachowiec, dobre maniery, zainteresowanie kulturą.
Podejrzewam, że pod tę etykietę lubili podszywać się również ludzie, których maniery i kultura niebyt interesowały.

Być może czujność w teatrze czy sali koncertowej to była jakaś potrzeba potwierdzenia swojej tożsamości.

Zdziwiło mnie nieco, że Julian Barnes, bardzo kulturalny Anglik, zwraca tyle uwagi na ten problem. Zrzucam to na karb wielowiekowej tradycji mocno podzielonego na klasy społeczeństwa.

Australia.
Tutaj nie zauważyłem tego problemu.
Elity - na pewno istnieją zamknięte środowiska mające bardzo wysokie mniemanie o sobie. Na szczęście są tak zamknięte, że nikt o ich istnieniu nie wie.
Z drugiej strony - relaks psychiczny. Brak potrzeby potwierdzania swojego statusu.
A już specjalnie w dziedzinie kultury.
W rezultacie do sali koncertowej przychodzą ludzie, którzy nie chcą niczego udowodnić, chcą tylko posłuchać tego co lubią.

Druga obserwacja - im mniej renomowane miejsce tym bardziej autentyczna publiczność.

Na przykład - Australian National Academy of Music (ANAM). Odwiedzam często ich salę koncertową i kiedyś przydarzyło mi się coś takiego....
Koncert muzyki dość nowoczesnej, słucham uważnie i nagle.... nie, nie do wiary, ktoś za mną chrapie!
Toż to dopiero wczesne popołudnie. No tak, pewnie staruszek opuścił popołudniową drzemkę.
Przybieram stosowną minę, powoli odwracam głowę i napotykam przepraszający wzrok i zażenowany uśmiech staruszego pana. Opuszczam nieco wzrok i zauważam, że dołączony jest do butli z tlenem.
Czuję jak robi mi się bardzo ciepło, sroga mina na twarzy roztapia się jak wosk.
Zwracam ponownie twarz w kierunku sceny i zauważam, że miarowe bulgotanie z tyłu wkomponowuje się w wykonywany utwór. Że za każdym razem czuję dopływ dobrej energii do serca.
Chciałem zwrócić uwagę sąsiadów - tlen, tlen, podłączcie się! Dobre maniery m nie pozwaliły.

Wczoraj byłem na koncercie w bardzo dobrej sali. Publiczność jednak bardzo bezceremonialna. Przyszli bo chcieli posłuchać. I słuchali, świetnie słuchali.

Może uda mi się coś o tym napisać?

P.S. Wydaje mi się, że przypadek z tlenem opowiadałem już w jakimś swoim blogowym wcieleniu. Przepraszam czytelników, dla których to powtórka, no cóż staruszkowie chrapią na różne sposoby.

Wednesday, June 19, 2019

Rewizyta w Hökberg

Dziwną drogą, poprzez trasę spacerową wokół Albert Lake w Melbourne, dotarło do mnie opowiadanie Juliana Barnesa - Historia Matsa Izraelsona, ze zbioru The Lemon Table - Cytrynowy Stolik.

Bohater opowiadania to Anders Bodén - kierownik tartaku nad jeziorem Siljan w Mora (Szwecja, prowincja Dalarna) - KLIK.
Czas akcji - rok 1898.
Jego dodatkowm zajęciem jest oprowadzanie turystów, którym opowiada między innymi: "...o  pomniku upamiętniającym miejsce, gdzie w tysiąc pięćset dwudziestym roku Gustaw Waza wygłaszał mowę do Dalarneńczyków. Potężnie zbudowany, brodaty mężczyzna z zapałem namawiał gości na wyprawę do Hökberg, żeby obejrzeć niedawno położony kamień ku pamięci prawnika Johannesa Stiernbocka".

Czytam w łóżku, po lunchu, jakoś po sobotnich wysiłkach poczułem chęć położyć się.

Pomnik Gustawa Wazy w Mora?
Byłem widziałem, mam go na zdjęciu....


Kiedyż to było?
Rok 1996 - dwadzieścia trzy lata temu.
Pamiętam równie dokładnie jak Anders Bodén pamiętał 23 lata wcześniejszą scenę gdy pani Barbro Lindval oświadczyła: Chciałabym pojechać do Falun, a on przegapił moment, w którym celna odpowiedź mogła zmienić życie ich obojga.

Hökberg - google maps skierowało mnie gdzieś nad Bałtyk. Co za bzdura, przecież dokładnie pamiętam.
Na szczęście szwedzka wikipedia jest po mojej stronie - KLIK.
"Hökberg är en fäbod i Mora socken, Mora kommun i Dalarna. I fäboden korsas två vandringsleder, Siljansleden och Vasaloppsleden. Hökberg är också den näst sista Vasaloppskontrollen efter 71 kilometers färd från Sälen....".
Hökberg to letnie pastwisko w parafii Mora w gminie Mora w Dalarnie. Dwa szlaki turystyczne, Siljansleden i Vasaloppsleden, przecinają przejście. Hökberg jest także drugim punktem kontrolym w biegu Vasaloppet, po 71 kilometrach podróży z Sälen....

71 km w nogach - pamiętam - to było tak...
Nocleg w Mora można było załatwić tylko przez centralne biuro, Napisałem do nich dużo wcześniej, wpomniałem, że przyjadę pociągiem. Nic dziwnego, że zaskoczyło mnie i bardzo zdenerowało gdy dowiedziałem się, że przydzielili mi kwaterę 5 km od centrum Mora.
5 km to oczywiście drobiazg dla narciarskiego maratończyka, ale jednak po powrocie z treningu i lunchu w centrum miasta, nie miałem już ochoty wychodzić z domu.
- Przejechałeś już w tym sezonie 900 km na nartach? - pytali mieszkający w tym samym domu Szwedzi.
- 900 km to ja nie przejechałem w żadnym sezonie w życiu - odpowiadałem zgodnie z prawdą. A w tym sezonie nie przejechałem nawet 90 km, pojutrze bedzie pierwsze.
- Bo wszędzie piszą, że przed Biegiem Wazów należy przebiec jego 10-krotną długość.
Wzruszałem ramionami, ale jednak na starcie i na trasie byłem nieco zdenerwowany - żeby tylko przeżyć.

W dniu wyścigu mój gospodarz zbudził mnie już o 3:30 rano, przygotował mi bardzo treściwe śniadanie i wreszcie zawiózł do centrum miasta skąd autobusy wiozły zawodników do odległego o 90 km Sälen.
Start - ogromny tłum zawodników (15,000), huk armaty, gigantyczny nadmuchiwany czerwony koń, symbol prowicji Dalarna, unosił się chwiejnie za naszymi plecami.


Let's the sun shine! - huczały głośniki.
Rzeczywiście słońce zaświeciło, brzozy wzdłuż trasy nabierały różowego koloru.

Pierwsza godzina to była walka o przetrwanie w stłoczonej masie narciarzy. Po godzinie stawka rozciągnęła się w sześciu rzędach na wiele kilometrów. Gdy spoglądałem na lekkie wzgórza przed sobą wydawało mi się, że to wije się Chiński Mur.

Co kilkanaście kilometrów punkty odżywcze. Szwedzka specjalność to Blåbärssoppa - zupa, a właściwie kisiel jagodowy - KLIK. Bardzo pożywny. Przez wiele setek metrów za punktem odżywczym śnieg miał nadal fioletowy kolor.

Słońce wysoko na niebie, brzozy odbijają jego blask. Połowa trasy, pozostało jeszcze trochę ponad 40 km, taki dystans pokonałem wiele razy w Australii. Dam radę.
Na zdjęciu nie mam jednak zbyt pewnej miny.

Osoba za mną ma numer o prawie 3,000 wyższy. A zatem wystartowała z dużo gorszej pozycji. I chyba nie prezentuje się tak dobrze jak ja ;) Co to jednak znaczy zrobić 900 km przed biegiem.

Wreszcie zapowiadany na początku wpisu Hökberg.
Ostatni punkt odżywczy, niespełna 20 km do mety. Ostatnia porcja zupy jagodowej na dzisiaj, kawa i ruszam. Wokół mnie pusto, brzozy rzucają bardzo długie cienie.

I nagle słyszę muzykę. Zwalniam żeby zmniejszyć chrzęst śniegu. Zdecydowanie muzyka, skrzypce.

Halucynacje!
Ogarnia mnie lekka panika. Wolno posuwam się do przodu, zakręt i oto tuż przede mną mała, może 10-letnia dziewczynka gra szwedzką polkę na skrzypcach a jej, o parę lat młodszy, braciszek trzyma w dłoniach tacę z jakimiś cukierkami.
Rozglądam się, pustka dookoła.
- Dzieci, skąd wy jesteście? Czy rodzice wiedzą?
- Z Hökberg - odpowiada dziewczynka zniżając skrzypce. Jej brat podsuwa bliżej tacę z cukierkami.
Zatrzymuję się, ale w tym samym momencie dziewczynka podnosi skrzypce na ramię. Spogląda na mnie zdecydowanym i jakby gniewnym wzrokiem i, nie jestem pewien czy mówi, ale wyraźnie słyszę jej słowa:
- Narciarzu z dalekiego kraju, przybyłeś z daleka na ten królewski bieg, więc biegnij, to jest twoja prawda. Jedź!
Odbijam się więc z całej siły kijkami i, już w biegu, wołam: a jaka jest twoja prawda dziewczynko?
- Tobie grać... tobie grać - odpowiada echo.

Dookoła robi się ciemno. Na szczęście Mora już blisko. Organizatorzy umieścili w śniegu pochodnie, które dodają trasie tajemniczego uroku
Mimo późnej pory wzdłuż trasy miejscowi kibice. Jeden z nich biegnie przez kilkanaście metrów tuż za mną klepiąc mnie w plecy i wołając: Australia, cieszę się, że do nas przyjechałeś.
Ostatnia prosta na głównej ulicy Mora, meta. Zwlaniam, zatrzymuję się. Podbiegają do mnie trzy roześmiane dziewczyny, jedna bierze mnie w objęcia.
- Are you hugging girls? - pytam.
Hugging girls - obłapiaczki, obejmowaczki - termin ten poznałem dwa tygodnie wcześniej, w Finlandii, podczas maratonu Finlanda Hiihto w Lahti.
- Hugging girls? - dziewczyna wzrusza ramionami - musimy uważać na biegaczy, którzy przyjeżdżają tak późno jak ty. Niektórzy są tak zdezorientowani, że mogliby nie zatrzymać się na mecie tylko jechać dalej. Pokazuje ręką na ciemną ścianę lasu.
Czuję jak jej towarzyszki zdjemują mi kijki z dłoni, odpinają narty. Wreszcie wtykają w dłoń numerek i popychają w stronę szatni.

Zjadam talerz, albo dwa, gestej zupy jarzynowej z boczkiem. Czuję jak wracają mi siły.
- Gdzie można zadzwonić po taksówkę? - pytam.
- Taksówkę? Dzisiaj? Jeśli nie zamówiłeś wcześniej, to teraz już nikt po ciebie nie przyjedzie.

Biorę więc masaż, zjadam jakiś deser, zarzucam narty na plecy i ruszam w drogę.
Noc w pełni. Ciemno, zimno, do domu daleko. Idę spokojnym krokiem... i nagle słyszę dzwonki.

Znowu halucynacja?
Nie, to tylko sanie Królowej Śniegu. Zatrzymują się przy mnie, Królowa zgarnia swoją suknię
- Wsiadaj - rozkazuje.
Wsiadam.
- Dokad mnie wieziesz? - pytam.
- A dokąd chcesz jechać?
- Do Hökberg, chciałbym się upewnić, że ta dziewczynka i jej brat wrócili cali do domu.
Królowa nic nie odpowiada, ale czuję że sanie lekko skręcają. Za chwilę jakieś zabudowania i słyszę dźwięk skrzypiec.
To tu.
Podchodzę bliżej. Teraz słyszę wyraźnie, Menuet J.S. Bacha - KLIK.
Znam, znam, trzydzieści kika lat temu grałem to na pianinie. Przykucam, ogarnia mnie senność.
Nie wiem ile czasu upłynęło. Skrzypce już umilkły.

- Wstawaj, jedziemy - głos Królowej Śniegu jest rozkazujący.
Posłusznie wsiadam do sań.
- Więc to jeszcze nie dzisiaj? - pytam.
- Nie, jeszcze tu wrócisz - odpowiada sucho Królowa.
- Na królewski bieg?
- Na królewski bieg - potwierdza.
- I będzie zupa jagodowa, pochodnie w śniegu, i na mecie zatrzymają mnie wesołe dziewczyny?
- Będzie zupa jagodowa i pochodnie, a na mecie nikt cię nie zatrzyma.
- Bieg będzie trwał?
- Królowa nie odpowiada tylko kiwa głową z uśmiechem.

Otrząsam się.
Oooops, chyba przysnąłem z książką.
Zamykam jeszcze na chwilę oczy i wyraźnie słyszę melodię sprzed 23 lat - Menuet J.S. Bacha. Tym razem na fortepianie.
Ach tak, to córka sasiadów na rogu naszej ulicy.
Przeciągam się i zauważam obraz wiszący na ścianie nad moim łóżkiem.




Dzielny król Gustaw Waza. To nie obraz tylko dyplom jaki otrzymałem 23 lata temu.

Otrząsam się, wstaję, za oknem jeszcze słońce.
Słoneczny, zimowy dzień, jak wtedy. Tylko śniegu brak.
Biorę kijki spacerowe (nordic walking)  i ruszam.

Robię zakręt przy domu, w którym dziewczynka gra na pianinie. Teraz ulica wspina się pod górę. Idę uważnie bo na tym odcinku zazwyczaj łapie mnie ból w mostku.
Nie wpadam w panikę, znam to dobrze, wiem że przejdzie, trzeba tylko zwolnić, przystanąć na chwilę za najbliższym skrzyżowaniem.

Gdy dochodzę do skrzyżowania...



 widzę po drugiej stronie młodą, dość zgrabną dziewczynę.
(Zdjęcie z google street view, dziewczyny wtedy nie było).
Hugging girl - przelatuje mi przez głowę.

Rozśmiesza mnie ta myśl, znam tę dziewczynę, spotykam ją prawie podczas każdego spaceru. Zawsze coś robi w ogrodzie. Nieco powolna umysłowo.

Poznaje mnie z daleka, kiwa dłonią - podejdź bliżej.
Podchodzę.
- Jadłeś czosnek?
- Jadłem - odstępuję krok do tyłu.
Patrzy na mnie podejrzliwie, krzywi się, ale nie wytrzymuje. - Podejdź bliżej, muszę coś ci powiedzieć.
Podchodzę, niezbyt blisko.
Dziewczyna zwija dłonie w trąbkę i szepce w stronę mojego ucha - zauważyłeś, że na naszej ulicy dzieje się coś dziwnego?
- Zauważyłem - odpowiadam dość głośnym szeptem. Opowiadała mi już podczas poprzedniego spotkania.
- Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam, ale popatrz na te samochody...
Patrzymy chwilę w milczeniu.
- Te same samochody jeżdżą w kółko przez cały dzień. To dziwne?
- Bardzo dziwne - potwierdzam.
Rozmowa w tym stylu trwa jeszcze kilka minut, wreszcie przepraszam dziewczynę i idę dalej. Docieram do Wattle Park  - ciemna ściana lasu, ale co to za las :(

Odwracam się na pięcie i ruszam w drogę powrotną. Dziewczyny już nie ma na ulicy.

Co też ta Królowa Śniegu opowiadała?
Gdzie ten ostatni bieg narciarski bez końca
Czy zapomniała, czy mnie się coś pokręciło?
A może to czosnek wszystkiemu winien?

Śmieszne to, ogromnie śmieszne.
Żart, zupełnie nie królewski żart.

Tuesday, June 18, 2019

Żółwiowi morskiemu na ratunek

W sobotę wpadła nam całodniowa opieka nad czwórką wnucząt. Mnie te młodsze - Ambroży 8 lat, Gracie -5.
Opieka nad Ambrożym polegała głównie na dowożeniu go na rozliczne zajęcia. Gracie była bardziej wymagająca.
Najpierw spróbowaliśmy szczęścia na grzybobraniu. Po lekkim deszczu spodziewałem się przynajmniej TAKIEGO rezultatu, ale nie znaleźliśmy żadnego grzyba.
To jest samo centrum miasta, służby porządkowe w parkach są bardziej skrupulatne.

Po lunchu wybraliśmy się więc na hulajnogę (scooter). Gracie jeździ na hulajnodze z wielką gracją, ale wkrótce znudziła się i zaproponowała spacer wzdłuż brzegu Merri Creek.
Merri Creek - to nie pomyłka w nazwie i nie jest on specjalnie wesoły - KLIK.

Dookoła było jesiennie...


ale Gracie wolała iść nad strumieniem


Zarzuciłem więc hulajnogę na ramię i przedzierałem się przez gąszcza.
Po chwili usłyszałem rozpaczliwe wołanie wnuczki:


- Dziadzia! Na pomoc! Żółw morski za chwilę umrze!
Podbiegłem, Gracie ostrożnie podprowadziła mnie do brzegu strumienia. U naszych stóp trzepotało w wodzie jakieś plastikowe opakowanie.
- Dziadzia, wyciągnij to. Ja widziałam w szkole, żółw morski połknie plastik i od razu umrze!

Wbrew pozorom zadanie nie było łatwe, krawędź brzegu była bardzo błotnista, stroma, śliska. Nie mogłem dosięgnąć śmiecia dłonią, próby zahaczenia go na patyk kończyły się niepowodzeniem. Na dodatek Gracie zgłaszała bardzo ryzykowne sposoby pomocy.
Wreszcie, po nabraniu błota do butów i mocnym nadwyrężeniu kręgosłupa żółw został uratowany.
Jego śmiertelny wróg leżał u naszych stóp - ten prostokąt po prawej.


Droga do kosza na śmieci była miłym uwieńczeniem naszej akcji.