Friday, March 22, 2019

Australijski kankan

Od początku tego tygodnia najgłośniej dyskutowany temat w australijskich mediach to zdjęcie z meczu australijskiego futbolu kobiet.


Zdjęcie umieścił na swojej stronie facebook australijski kanał telewizyjny (Channel 7), który sponsoruje kobiecą ligę "footy".
Już za chwilę rzuciły się na nie drapieżne trolle. Złośliwych i ordynarnych komentarzy było tak wiele, że właściciel strony usunął z niej to zdjęcie.

Dopiero wtedy zaczęło tornado.
Usunięcie zdjęcia uznano za akt kapitulacji, media zaczęły się prześcigać w jego publikacji, rozlegają się głosy aby stało się ono symbolem kobiecej ligi.
A może nawet symbolem walki kobiet o równe prawa.

Spodziewam się, że frekwencja na meczach kobiet wzrośnie i kobiety wywalczą wkrótce zarobki równe z mężczyznami.

Wednesday, March 20, 2019

Azyl w Australii

Jednym z regularnych tematów w australijskich mediach jest sprawa osób ubiegających się o azyl.

W ostatnich latach Australia przyjmuje 20,000 uciekinierów rocznie.

Uciekinierzy, czy ubiegający się o azyl?
Różnica jest istotna.
Uciekinier to osoba, która opuściła swój kraj z powodu zagrożenia życia. Osoby takie trafiają na ogół do ośrodków prowadzonych przez ONZ, tam zostają zweryfikowane a następnie otrzymują przydział do docelowego kraju. Tam podlegają kolejnej weryfikacji.

Ubiegający się o azyl... zasadnicza różnica, to że taka osoba nie została wstępnie zweryfikowana.
Przeciwnicy masowego przyjmowania uchodźców przyczepiają im etykietkę - queue jumper (wchodzacy poza kolejką).
Nie mogę odmówić im racji. Przyznanie takiej osobie prawa pobytu w Australii oznacza, że ktoś kto czekał latami w centrum uchodźców ONZ a potem a Australii, będzie musiał poczekać jeszcze dłużej.
Sprawa jest głośna - ponad 8 milionów trafień w google.
Liczne i bardzo aktywne grupy wzywają do szerokiego otwarcia granic.

W ramach mojej działalności w Stowarzyszeniu św Wincentego spotkałem kilka osób ubiegających się o azyl. Jeden przykład poniżej.

Hindus, mówiący biegle po angielsku. W Indiach pracował w centrum telefonicznym australijskiej firmy.
Był z nami szczery - umarł mi ojciec, odziedziczyłem po nim spory kawał ziemi, ale mój wujek zapowiedział, że nie dopuści do postępowania spadkowego, że raczej mnie zabije.
To nie są żarty. Mój wujek jest wpływową osobą, ma kontakty z policją. Moje życie jest zagrożone.
- Przecież Indie to ogromny kraj - argumentowałem - możesz się przenieść gdzieś indziej, łatwo znajdziesz pracę. Tutaj czekają cię długie lata na marnym zasiłku bez prawa pracy.
- Dopóki mój wujek nie umrze nie wrócę do Indii.

Przypomniał mi się pobyt w Norwegii w 1964 roku, praktyka studencka.
Pracowałem w fabryce opakowań papierowych w Moss, 60 km na południe od Oslo. W miejscowości mieszkało kilku Polaków, którzy zostali tu po wojnie. Jeden z nich był powiązany w jakiś sposób z Rządem Londyńskim.
Któregoś dnia zaprosił mnie na herbatkę.
- Pan wie, że jestem reprezentantem Rządu Londyńskiego?
Wiedziałem, przecież pożyczał mi regularnie paryską Kulturę.
- W żadnym wypadku nie zamierzam panu niczego sugerować, ale mam obowiązek powiadomić pana o możliwości ubiegania się o azyl.
Nałożyłem sobie większy kawałek ciasta i słuchałem.

- Pan wyjechał z Polski legalnie, dostał pan paszport więc w Norwegii nie ma pan szansy na azyl.
Ciężar spadł mi z serca.
- Jeśli nie chciałby pan wracać do Polski to powinien pan zgłosić się na policję a oni wsadzą pana do więzienia.
- Świetny początek.
- Proszę nie żartować. Tam będą bardzo przyzwoite warunki, przydzielą panu prawnika, żeby przygotować wniosek o prawo pobytu w Norwegii.
Jednak nasze ostatnie doświadczenia nie są dobre. W ostatnich latach nikomu takiego prawa nie przyznano. Proszę się jednak nie obawiać, my przekażemy natychmiast pana sprawę do Londynu. Tyle, że Anglia też od kilku lat nie chce przymować Polaków. Ale my uruchomimy równocześnie pana sprawę w USA. Tam są zupełnie inne procedury, w wielu miejscach są silne grupy Polonii, mają wpływ na lokalnych polityków.
W każdym razie jeszcze się nie zdarzyło żeby kogoś odesłano z powrotem do Polski.

Nie spróbowałem.

Dwa lata później, w Polsce, też ktoś się poczuwał do obowiązku coś mi zaproponować.

TUTAJ - o tym jak mnie nie przyjęli w PRL do partii.

Ja się chyba nie nadaję do pomagania uchodźcom.

Sunday, March 17, 2019

Niedzielne wspomnienie

Prawie 50 lat temu stawiałem pierwsze kroki  na arenie komputerów.
Warszawa, Zakłady Radiowe im M. Kasprzaka - KLIK. To była jedna z bardzo niewielu instytucji dysponujących komputerem - ICT 1900 - produkcji angielskiej.


Instytucja, w której pracowałem kupowała w Kasprzaku kilka godzin komputerowego czasu na miesiąc, aby dokonać miesięcznych obrachunków gospodarki materiałowej. Przy okazji stawiałem swoje pierwsze, amatorskie, kroki w dziedzinie programowania.

Przydzielane nam godziny były na ogół w niewygodnych porach, najlepsze godziny Kasprzak trzymał dla siebie i zaprzyjaźnionych zakładów elektronicznych.
Na sesję komputerową trzeba było przyjść wcześniej żeby dobrze się przygotować i nie zmarnować ani minuty przydzielonego czasu. Czasem zostawało się dłużej, kiedy podczas przetwarzania wydarzyła się jakaś niemiła niespodzianka i próbowałem ubłagać operatorkę komputera żeby wpuściła mnie choć na minutkę jeśli trafi się jakiś luz.

W poczekalni ośrodka spotykałem zawsze kilka osób w podobnej sytuacji jak ja.
Zapamiętałem jedną.
Najśmieszniejsze, że uwagę na nią zwróciłem przez jej kalosze. Nigdy nie zwracałem uwagi na niczyj  ubiór ani na obuwie a jednak te kalosze już z daleka sygnalizowały jakąś inność.
Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na ich właścicielkę - Annę.
Z przelotnych rozmów zorientowałem się, że Anna jest absolwentką wydziału matematyki Uniwersytetu Warszawskiego i w Kasprzaku testuje swoje programy.
To była zupełnie inna dziedzina niż moje przetwarzanie danych dla księgowości czy planowania produkcji więc nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmowy.

Wkrótce zmieniłem pracę, przeniosłem się do instytucji, która posiadała świeżo wyprodukowany w Polsce komputer ODRA.

Minęło pewnie kilka lat gdy zupełnie przypadkowo spotkałem Annę. Miejsce - Teatr Wielki. Wydaje mi się, że również tym razem, najpierw zwróciłem uwagę na jej strój - bardzo krótkie jak na owe czasy mini. Z przelotnej rozmowy dowiedziałem się, że Anna jest mężatką, jej mąż - Szwed - pracuje w przedstawicielstwie komputerowej firmy IBM w Polsce.

Te kalosze, to mini, szwedzki mąż, to pasowało do siebie.
Nie pamiętam okoliczności, ale sporadycznie byliśmy wraz z żoną w kontakcie z Anną i Hansem. Po kilku latach firma Hansa przeniosła go do Francji, potem do Niemiec. Anna nie miała prawa pracy w tych krajach.

W którymś momencie otrzymaliśmy od niej (z Niemiec) wiadomość, że przenoszą się do Australii. Anna postawiła Hansowi warunek, że jeśli znajdzie się kraj, w którym będzie mogła podjąć pracę zawodową, to przeniosą się tam. Właśnie to oferowała Australia.
Programistka komputerów - praca murowana, pomoc przy przeprowadzce, wizy dla całej rodziny.
Gdy Anna zakomunikowała to Hansowi, zaakceptował jej decyzję, ale oczywiście sam również pospieszył do australijskiego konsulatu.
- Zawód? - zapytali.
- Konsultant I.T, IBM, kilkanaście lat na odpowiedzialnych stanowiskach w kilku krajach - odpowiedział z dumą.
- Konsultant IT? Nie, nie mamy takiego zawodu na liście, ale nie martw się, Twoja żona ma taki dobry zawód, że przy niej nie zginiesz.
Oczywiście już na miejscu z łatwością znalazł dobrą pracę, ale jednak osobista duma nieco ucierpiała.

Zamieszkali w Sydney, raz odwiedzili nas w Melbourne.
W międzyczasie małżeństwo Anny i Hansa rozpadło.

Odwiedziliśmy Annę w Sydney 3 lata temu.
To było bardzo miłe spotkanie. Poznaliśmy u niej jej partnera brydżowego, pana Marcela Weylanda, bardzo renomowanego tłumacza poezji polskiej na język angielski - KLIK.

Przy wyjściu zauważyłem portret Anny pewnie jeszcze z okresu pobytu w Polsce.



Wiedzieliśmy, że Anna ma problemy z sercem, ponad rok temu dołączył do tego rak.

Jakieś dwa tygodnie temu zadzwoniłem do Anny. Telefon domowy przełączał się na nagrywanie. Spróbowałem komórkę - Anna właśnie śpi - usłyszałem łagodny głos pielęgniarki.

Spróbowałem kilka dni temu - komórka była wyłączona.
Google znalazło - KLIK.

Wyjątkowo przelotna znajomość a przecież brak.

Thursday, March 14, 2019

Strajk klimatyczny

Usłyszałem o nim dzisiaj w radio, o australijskim oczywiście.
Kliknąłem w google. Jako słowa kluczowe podałem march, klimate, strike. Pierwsza strona trafień to były prognozy pogody na marzec.

Potem już było gorzej.
Główne hasło: We are school kids temporarily sacrificing our education in order to save our futures from dangerous climate change - KLIK.

Poświęcają swoją edukację dla wyższego celu. O ile pamietam z lat szkolnych, to młodzież zawsze chętnie poświęcała swoją edukację. Cel nie był taki istotny.
Osobna sprawa, że młodzież w tym wieku jest bardzo podatna na wszelkiego rodzaju manipulację. Dzisiaj klimat, jutro - możliwości są nieograniczone

A na marginesie - czy ta młodzież szkolna wie ile energii i wody zużywa ich rodzina? Czy wie co to jest kilowat albo MegaJoul? Czy sortuje śmieci? Czy nie marnuje jedzenia?
I, bardzo istotne, czy nie śmieci dookoła.
Aż mnie korci pojechać do miasta na koniec jutrzejszego marszu i zobaczyć ile pracy mają specjalne ekipy oczyszczania miasta.


Tuesday, March 5, 2019

Dzień, który się liczy

Dzisiaj pierwszy wtorek marca czyli Super Tuesday - dzień liczenia rowerzystów jadących do pracy.
Akcję organizuje stowarzyszenie cyklistów - Bicycle Victoria.

Uczestniczę w tej akcji rokrocznie od 2009 roku, poniżej rejestracja procesu mojego starzenia się...

Kilka lat temu przestałem rejestrować.

Gdy robiłem to po raz pierwszy, przydzielono mi bardzo ruchliwe skrzyżowanie. Po 2 godzinach liczenia kręciło mi się w głowie od tego ruchu, hałasu i spalin.
W kolejnych latach korzystałem już z przywileju wyboru miejsca. Oczywiście wybieram blisko domu i w ciekawym lub przyjemnym miejscu.

W tym roku wybrałem ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż torów.


Zadanie: policzyć rowerzystów na każdej możliwej trasie.


Jak widać na powyższym obrazku tym miejscu spotykało się aż 5 tras.
Zatem osoba nadjeżdżająca którą z tych tras ma 4 możliwości do wyboru, każdą należy zarejestrować i na dodatek jeszcze z podziałem na płci. Na szczęście były tylko 3 kategorie - kobieta, mężczyzna, niewiadoma.
Jako stary seksista nie zarejestrowałem żadnych niewiadomych.

Niestety moje działanie mogę podsumować prosto - wiele hałasu o nic.
W godzinach 7:00 - 7:15, policzyłem tylko 7 rowerzystów. Później było jeszcze gorzej.

Dużo lepiej spisywały się pociągi, 4 na kwadrans - po 2 w każdą stronę.

Znam te okolice gdyż przez wiele lat jeździłem do pracy na rowerze równoległą ścieżką. Według mnie większość rowerzystów decyduje się jechać ulicą gdyż będzie szybciej. Kilkaset metrów bliżej miasta sytuacja zmienia się, ulice są nadmiernie zatłoczone a ścieżki bardzo malownicze.

Dygresja - mój punkt był naprzeciwko przejścia przez tory. Przejście wyglądało tak. Po lewej stronie otwarta furtka, która zamyka się automatycznie gdy nadjeżdża pociąg. Po prawej stronie furtka awaryjna, dla osób, które nie zdążyły przejść przez zamknięciem furtki.




Tutaj widok z drugiej strony. Żeby otworzyć furtkę należy nacisnąć guzik.
Zaskoczyło mnie, że guziki są aż dwa - ten dolny pewnie dla rowerzystów żeby nie musieli odrywać rąk od kierownicy. A pewnie i dla pieszych, żeby nie musieli odrywać palców od klawiatury ifona.


Uwagi na marginesie - jedna osoba zatrzymała się pogadać ze mną. Właściwie to nie jestem tego taki pewien. To był mężczyzna z pobliskiego ośrodka osób upośledzonych umysłowo i już z daleka słyszałem jak rozmawia sam z sobą. Zatrzymał się przy mnie na chwilę, ale nie wiem czy rozmawiał ze mną czy ze swoimi myślami.

Najsympatyczniejszy dla mnie widok to chyba 10-letnia dziewczynka jadąca na hulajnodze bez żadnych osób towarzyszących. 
Zarejestrowałem ją jako rowerzystkę, kobietę. Dzięki niej liczba kobiet, które przejechały tu w ciągu 2 godzin wzrosła do 4.

Po liczeniu wróciłem do domu, ukręciłem masę na naleśniki dla wnucząt, wstąpiłem do kościoła zrobić trochę porządków. 
Gdy wracałem do domu znalazłem w skrzynce list z MS Society - Stowarzyszenie wsparcia dla ofiar Stwardnienia Rozsianego - w czerwcu będę uczestniczył w ich marszu charytatywnym.
Teraz biorę się za smażenie naleśników.
To był jeden z dość rzadkich dni, które się liczą.

Sunday, March 3, 2019

Niedzielne czytanie - wyrok na kardynała Pella

Zauważyłem, że polskie media również informują o tej sprawie więc napiszę jak to wygląda na moim podwórku.

Zacznę od końca - ława przysięgła uznała kardynała Pella za winnego molestowania 13-letniego chłopca.
Sprawa ciągnęła się kilka miesięcy. Oskarżyciele zgłosili chyba 14 przypadków nadużyć seksualnych, ale większość z nich nie została udowodniona.
Ostał się tylko jeden - w roku 1996, po uroczystej mszy w katedrze, dwóch chłopców chórzystów zakradło się do zakrystii spróbować mszalnego wina. W tym momencie do zakrystii wszedł kardynał Pell - co tu robicie? - zapytał i, nie czekając na odpowiedź, zmusił jednego z chłopców do oralnego seksu.
Ława przysięgłych przez długi czas nie mogła osiągnąć zgody, musiano ją wymienić.
Wyrok wydano już w grudniu, ale opublikowano dopiero 26 lutego.
Kardynał nie przyznał się do zarzucanego mu czynu.
Sędzia nie zgodził się na zwolnienie za kaucją i kardynała przewieziono z gmachu sądu do więzienia.
Wymiar kary zostanie podany 13 marca.

Reakcja.
Może powinienem się cieszyć.
Przez długi czas miałem wrażenie, że Polacy są najbardziej słonni do zmasowanych gwałtownych akcji. Tym razem australijskie środowiska LGBT chyba ich prześcignęły. Antykatolickie akcje zaczęły się już wiele lat temu i udało im się nagłośnić kilka skandalicznych spraw. Odnosiłem wtedy wrażenie, że postawili sobie cel skompromitować kardynała Pella, który stosunkowo wcześnie zareagował na problem nadużyć seksualnych i powołał wewnętrzną kościelną komisję do tych spraw.
Jak widać cel osiągnęli.

Dygresja - to już drugi przypadek gdy sensacja paraliżuje efektywność google. Otóż sprawa kardynała Pella uzyskała w google taki priorytet, że praktyczne niemożliwe jest dotarcie do innych informacji związanych z tematyką nadużyć seksualnych w kościele katolickim.

Moje osobiste zdanie.
Uważam, że kardynał Pell nie popełnił zarzucanego mu czynu, nie wyobrażam sobie żeby po uroczystej mszy kardynał miał szansę być sam w zakrystii.

Ciąg dalszy. Jak wspomniałem ogłoszenie kary 13 marca.
Obrona prawna kardynała ma nadal spore pole działania i pewnie je wykorzysta, ale to już detale, w których tkwi diabeł.

Na mój prosty rozum...
Gdybym był na miejscu kardynała Pella, nie brałbym w ogóle adwokata, a jeśli już konieczne, to jakiegoś najtańszego. I opłaciłbym go z własnej kieszeni.
Moja deklaracja brzmiałaby: nie popełniłem tego czynu, ale jako kościelny hierarcha poczuwam się do odpowiedzialności za grzechy mojego kościoła i poddam się wymierzonej przez sąd karze.

Na marginesie dodam, że osobiście uważam pobyt w więzieniu znacznie ciekawszy od egzystencji w kościelnym domu emeryta.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to utopia. Wygrana tylko rozzuchwali drugą stronę i pociągnie za sobą falę mniej lub bardziej gwałtownych akcji przeciwko instytucji kościelnej i osobom w jakikolwiek sposób z nią związanym.
Choćby przeciwko mojemu poczciwemu Stowarzyszeniu św Wincentego.

Friday, March 1, 2019

Pierwszy dzień jesieni czyli prawo i życie.

W Australii wczoraj skończyło się lato.
Oficjalnie.
Nie wiem dlaczego Australia nie wiąże początku roku z długością dnia i nie znalazłem zdecydowanej odpowiedzi na to pytanie.
A więc: 1 marca - początek jesieni.

Osobna sprawa, to - a co to kogo obchodzi?
Pory roku miały znaczenie gdy ludzie mieszkali na wsi albo w lesie i rytm ich życia był związany z rytmem natury.

A co u mnie?
Nieustający szum klimatyzacji.
Wczoraj - biuro meteorologii przyznało się do 37C. Nasze termometry pokazywały 2 stopnie więcej. Co gorsze w nocy temperatura obniżyła się tylko do 26C i klimatyzacja pracowała prawie całą noc.

Prognoza - następne 3  dni tak samo, dopiero w poniedziałek wyraźny spadek, do 26C.
4 dni takiej samej pogody, rzadkość w Melbourne.

Monday, February 25, 2019

Niedzielne czytanie - pomyłka w adresie.

Istotną dla mnie sprawą są tytuły- książek, blogowych wpisów.
Pewnie jakaś pozostałość z dawnych czasów, kiedy przywiązywano wielką wagę do imienia nadanego dziecku. Bardzo często uważano, że wyznacza ono przyszłość dziecka.

Sporo czytam, prawie wyłącznie książki napisane po angielsku i często szukam w internecie czy zostały przetłumaczone na polski.
W większości zostały, ale tłumaczenia tytułów często mnie zastanawiają.

Ostatni przypadek - Ian McEwan - The Children Act.
To przebiegły tytuł. Z jednej strony to termin prawny, przepisy regulujące przypadki gdy sąd musi podjąć decyzję w sprawie osoby nieletniej.
To właśnie jest osią tej książki - 17-letni Adam wymaga natychiastowej transfuzji krwi, na którą nie chcą się zgodzić jego rodzice.
Pani sędzia, odwiedza chłopca w szpitalu, jest oczarowana jego inteligencją i decyduje zignorować wolę rodziców.
Jest jednak i druga strona medalu. Adam jest również oczarowany osobowością pani sędzi i... postępuje jak dziecko. Dziecinnada, to jest również children act.


Poski tytuł - W imię dziecka. Nie silę się na wymyślanie lepszego tytułu, ale obawiam się, że taki tytuł nie przyciągnie wielu wartościowych czytelników.

Inny przykład - Richard Flanagan - The Narrow Road to the Deep North.
Polski tytuł - Ścieżki północy.
Gdy przeczytałem ten polski tytuł przed oczami stanęły mi lektury z dzieciństwa - J. Curwood - Włóczęgi północy, Łowcy wilków, Łowcy złota.
Ciekaw jestem czy polskiemu czytelnikow taki tytuł skojarzy się z Tajlandią czy Burmą. A w tym właśnie miejscu rozgrywa się akcja tej książki.

Moja ostatnia lektura - Graham Greene - Monsignor Quixote - KLIK.
Polski tytuł Monsignore Kichote. Bardzo przepraszam ale na jaki język zostało to przetłumaczone?
Monsignore to po włosku, Kichote - po niemiecku. A po jakiemu jest zawartość książki?

Sunday, February 17, 2019

Niedzielne czytanie - sympatia od pierwszego wejrzenia, pod warunkiem, że jest ono ostatnie

W barakach im. Lenina w Barcelonie, dzień zanim wstąpiłem do milicji*, zauważyłem włoskiego milicjanta stojącego przed oficerskim stołem.
Wyglądał na twardziela, dwudziestopięcio, -sześciolatek, o rudych włosach i potężnych barach. Szpiczasta czapka przekrzywioną aż na oko. Stał profilem do mnie, broda wgnieciona w piersi, patrząc z zakłopotaniem na rozpostartą na stole mapę. Coś w jego twarzy głęboko mnie poruszyło. To była twarz człowieka, który popełni morderstwo, ale również odda życie za przyjaciela - rodzaj twarzy, jakies spodziewasz się u anarchisty, chociaż pewnie był komunistą. Były w tej twarzy szczerość i wściekłość, a także wzruszający szacunek analfabety do ludzi z wykształceniem. Najwyrażniej nie mógł niczego zrozumiec z mapy, zapewne uważał czytanie map za zdumiewający wyczyn.
Nie wiem dlaczego, ale rzadko mi się zdarzyło spotkać kogokolwiek do kogo poczułbym tak natychmiastową sympatię. Po jakiejś mojej wypowiedzi przy stole zorientował się, że jestem cudzoziemcem. Podniósł głowę i szybko zapytał:
- Italiano?
Odpowiedziałem słabą hiszpańszczyzną: No, Ingles. Y tu?
- Italiano.
Gdy odeszliśmy od stołu podszedł do mnie i mocno uścisnął moją dłoń. Dziwne, tkliwość jaką można poczuć dla nieznajomego. Jakby jego i moja dusza przekroczyły nagle bariery języka i pochodzenia i spotkały się w intymnym uczuciu. Miałem nadzieję, że polubił mnie tak jak ja jego polubiłem. Ale równocześnie wiedziałem, że aby zachować to pierwsze wrażenie, nie mogę go już nigdy spotkać; nie trzeba dodawać, że tak właśnie się stało.

George Orwell - Homage to Catalonia.

* milicja - długie lata PRL zniekształciły moje rozumienie niektórych słów. Milicja to ochotnicze, obywatelskie, odddziały wojskowe tworzone w sytuacjach zagrożeń lub klęsk żywiołowych.

Thursday, February 14, 2019

Rozmowa z pająkiem

Od wielu lat pracuję dla St Vincent de Paul Society - Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo.
Jedna z kilku pełnionych funkcji to pomoc w prowadzonym przez Stowarzyszenie sklepie.
Nie byle jaki to sklep - miesięczny przychód $50,000. Koszt towaru - ZERO. Wynagrodzenie pobiera tylko kierowniczka sklepu.

Moje obowiążki to proste prace fizyczne, najlepiej wychodziło mi odkurzanie, ale ostatnio stało się ono zbyt męczące. Szefowa znalazła dla mnie jakąś siedzącą pracę, ale żeby się nieco rozruszać odpajęczyłem dzisiaj wszystkie okna od zewnątrz.

Pa pająki - powiedziałem zgarniając sieć pajęczą.
Pa, pająki - powtarzam - a one jęczą.
Czemu jęczysz? - spytałem czarnego pająka.
A on, ze strachu się jąka.
Marna to była rozmowa,
ale nic straconego, za tydzień wszystko od nowa.

Sunday, February 10, 2019

Niedzielne czytanie - Manifest Komunistyczny

Manifest Komunistyczny na niedzielę?
Zachęciła mnie do tego lektura wspomnianej tydzień wczesniej książki Grahama Greene'a - Monsignor Quixote.
Bohater książki skonfrontowany z agresywnymi komentarzami swego przyjaciela, komunisty, szuka riposty w sztandarowym dziele komunizmu.
Riposty nie znajduje, przeciwnie - znajduje tam sporo ciekawych myśli.
Podam tylko jeden przykład:

"Burżuazja, gdziekolwiek zyskała przewagę, położyła kres wszelkim idyllycznym feudalnym czy patriarchalnym stosunkom (...) utopiła niebiańskie ekstazy religijnej żarliwości, rycerskiej pasji czy drobnomieszczańskiego sentymentalizmu w lodowatej wodzie egoistycznej kalkulacji".

I jeszcze, fragment napisanej przez F. Engelsa przedmowy do polskiego wydania książki:

"Przywrócenie niepodległej i silnej Polski jest sprawą, która dotyczy nie tylko Polaków, ale i nas wszystkich. Szczera współpraca międzynarodowa narodów Europejskich jest możliwa tylko wtedy, gdy każdy z tych narodów jest w pełni autonomiczny we własnym domu.
Rewolucja 1848 r., która pod sztandarem proletariatu, wykonała czarną robotę dla burżuazji, załatwiła jednak niezależność dla Włoch, Niemiec i Węgier (...),  ale Polskę, która od 1792 roku zrobiła więcej dla rewolucji niż wszystkie te trzy kraje razem, pozostawiono samą sobie, kiedy w 1863 r. uległa ona dziesięciokrotnie większym siłom rosyjskim. 
Szlachta nie jest w stanie ani odzyskać, ani zachować niepodległości Polski. Dla burżuazji ta niezależność jest dzisiaj zupełnie nieistotną sprawą
Niemniej jednak jest ona konieczna dla harmonijnej współpracy narodów europejskich. Może ją zdobyć tylko młody polski proletariat, a w jego rękach będzie ona bezpieczna. Dla robotników całej Europy potrzebna jest niepodległość Polski tak samo jak i polscy robotnicy".
F. Engels - Londyn, 10 lutego 1892 r
---

P.S. Nieco plotek o F. Engelsie podałem TUTAJ.

Friday, February 8, 2019

Rocznica

36 lat temu wylądowaliśmy w Australii - pieczęć wjazdowa w prawym dolnym rogu.


Nieco informacji o pierwszych dniach pobytu TUTAJ.

Sunday, February 3, 2019

Niedzielne czytanie - pasterz i owce

Dobry pasterz troszczy się o swoje stado, chroni je od wilków, szuka zagubionej owcy.
Ostateczny cel - doprowadzić kompletne stado do rzeźni.

Przeczytane w książce G. Greene'a - Monsignor Quixote.

Tuesday, January 29, 2019

Złoto

Kilka dni temu pokazałem na tym blogu zdjęcie makiety wielkiego złotego nugatu



68.98 kg czystego złota.

Wydawałoby się że to ogromny skarb, a tymczasem.... proszę bez wielkiego zastanowienia powiedzieć - ile amerykańskich dolarów byłoby to złoto dzisiaj warte - odpowiedź TUTAJ.

Nagroda dla wytrwałych którzy wrócili tu z wyżej zlinkowanej strony - letnie widoki.


Jedna z wielu plaż Melbourne. W porównaniu z poprzednimi latami mocno zatłoczona.

I po plaży...



Minęły 2 godziny i z  chmur uszło całe życie.



Sunday, January 27, 2019

Niedzielne czytanie - pisane pod wpływem

Kolejna książka Grahama Greene'a wydana w serii Vintage Green. Seria obejmuje wszystkie książki tego pisarza, do mojej biblioteki  trafiły chyba tylko dwie, ale też dobrze. Szczególnie dlatego, że ich nie czytałem.
The Confidential Agent - Tajny agent - pod tym samym tytułem opublikowano w Polsce książkę Josepha Conrada The Secret Agent.
Graham Greene w przedmowie do książki wyznaje, że pisał ją tylko dla pieniędzy. Jego głównym zadaniem w tym czasie była praca nad książką The Power and the Glory - Moc i chwała. Główne zadanie szło jak po grudzie, bieda stukała do drzwi.

Greene postanowił napisać na kolanie jakąś rozrywkową powieść, która przyniesie szybki zarobek.
Nie zupełnie na kolanie, wynajął w tym celu mieszkanie, w którym każdego ranka zaczynał pisanie.
Pracę zaczynał od tabletki benzydryny (rodzaj amfetaminy). W południe brał drugą tabletkę.
Efekty były natychmiastowe - 2,000 słów dziennie. Jego normalna norma to 500 słów. Wspomina, że zabierając się do pracy nie miał żadnego pomysłu, brał pióro do ręki i słowa same płynęły.
Efektem ubocznym był romans z córką właścicielki mieszkania.

Późnym popołudniem wracał do domu pracować nad Mocą i chwałą, sądząc po książce benzyndryna przestawała już działać.

Książka pisana w roku 1938, autor ma w pamięci hiszpańską wojnę domową, wspomina również, że istotnym bodźcem był dla niego podpisamy rok wcześniej Układ Monachijski.

Akcja książki.
Pan D.  zostaje wysłany przez rewolucyjny rząd kraju, w którym szaleje wojna domowa, do Anglii w celu zakupu węgla.  Od pierwszej chwili zdaje sobie sprawę, że strona przeciwna nie cofnie się przed niczym aby udaremnić jego misję i przejąć zamówienie.

Już na promie przez Kanał La Manche na D. wali się istna lawina domniemanych i rzeczywistych zagrożeń. Z opóźnieniem i mocno poturbowany dociera do wynajętego mieszkania w Londynie.
Pierwszy krok to spotkanie z miejscowym agentem. D. orientuje się, że agent mu nie ufa, ale i on nie ma złudzeń co do lojalności agenta. Orientuje się również, że wielu pracowników ambasady jest przeciwnikami rewolucyjnego rządu.

Następnego dnia dociera na spotkanie z zarządem kopalni, pomyślnie prowadzi pertraktacje, negocjuje korzystną umowę i w momencie gdy ma nastąpić jej podpisanie orientuje się, że skradziono mu listy uwierzytelniające.

Wszystko stracone, D. zamienia się z tropionej zwierzyny w myśliwego, ale większość jego działań przynosi niezamierzone skutki.
Pozostaje mu tylko jedno - spotkać się z reprezentantami angielskich górników i odwołać się do ich świadomości klasowej.
Łatwo się domyśleć, że i tu ponosi porażkę.

Jednak ostatni rodział przynosi kolejny zwrot i D. opuszcza Anglię być może nie całkiem zdruzgotany.

Graham Greene wspomina, że gdy przeczytał książkę po zakończeniu jej pisania, to tak się zawstydził, że zamierzał opublikować ją pod innym nazwiskiem. Szkoda, że nie użył mojego nazwiska, ja bym się nie wstydził takiej książki.

Na polskiej stronie wikipedii o G. Greenie ta książka nie została wymieniona. Po długich poszukiwaniach znalazłem informację, że została wydana w Polsce, ale nie samodzielnie tylko wspólnie z jakimś innym opowiadaniem tego samego autora.
Wyglada na to, że polscy wydawcy ocenili tę książkę niżej niż jej autor

Mnie Tajny agent podobał się gdyż znalazłem w nim to co przyciąga mnie do książek Grahama Greene'a - zagubienie bohatera, którzy nie wierzy w sprawę dla której ryzykuje wszystko.

Osobna sprawa to dziewczyny - komentując Pociąg do Stambułu wspomniałem, że raziła mnie postać Coral przeliczającej wszystkie uprzejmości, jakich może doświadczyć ze strony mężczyzn na jedyną zapłatę jaką, jako uboga kobieta, mogła zaoferować.
W Tajnym agencie sytuacja jest odwrotna, to dziewczyn przejmują inicjatywę i  oferują  zagubionemu cudzoziemcowi ogromny wachlarz nieerotycznych usług i uprzejmości.
Może to wpływ działania benzydryny na autora?

Saturday, January 26, 2019

Australia Day

Dzisiaj mamy święto państwowe - Australia Day.
Upamiętnia on przyjazd statków Pierwszej Floty do Australii 26 stycznia 1788 roku.
Przypomnę - Australię oficjalnie odkrył kapitan Cook w 1770 roku. 18 lat później do jej brzegów dobiła flota wioząca pierwszy transport skazańców zabranych z przepełnionych londyńskich więzień.
Australia Day został uznany jako święto w 30. rocznicę tego wydarzenia, w 1818 roku.
Jest to dzień wolny od pracy. Jesli wypada podczas weekendu, to dniem wolnym od pracy jest najbliższy poniedziałek.

Oficjalne imprezy w tym dniu to nominacja Australijczyka Roku, przyznanie odznaczeń państwowych, ceremonie nadania obywatelstwa.

W 1938 roku australijscy Aborygeni zaczęli kwestionować znaczenie tego dnia, dla nich jest to rocznica inwazji.
W ostatnich latach marsze z okazji Invasion Day stają się coraz bardziej popularne.
W czołówce dzisiejszych wiadomości była informacja o fladze protestacyjnej zawieszonej na Westminster Bridge w Londynie.


Flagę rozwiesiło 30 aktywistów, ale jednak Londyn nadaje sprawie wielką wagę.

Zlikwidować dzień wolny od pracy?
Jestem bardzo ciekawy czy ludzie to kupią.

Swoistą przeciwwagą są liczne tradycyjne ceremonie Aborygeńskie pod hasłem - witamy was na naszej ziemi.


Oglądałem fragmenty powyższej ceremonii w telewizji. Moją uwagę zwrócił udział kobiet a raczej ich stroje. Otóż wszystkie miały starannie uczesane włosy, ubrane były w proste, ale dobrze skrojone sukienki, na stopach miały buty na wysokich obcasach. Dla porządku dodam, że miały twarze nieco zamalowane białą farbą.
Powstrzymam się od komentarzy aby nie dodawać zamieszania do tego, i tak kontrowersyjnego, święta.

Australijczyk Roku. W tym roku zwyciężyli nurkowie jaskiniowi, którzy brali udział w ratowaniu dziecięcej drużyny piłkarskiej zablokowanej w jaskiniach w Tajlandii.

Mam pełne uznanie dla zwycięzców, ale jednak odnoszę wrażenie, że decydującym czynnikiem była medialna popularność tego wydarzenia. Jestem pewien, że na australijskim gruncie nie brakowało wydarzeń, w których ktoś podjął ogromne ryzyko aby ratować czyjeś życie.

Jak to jednak dobrze, że wyprowadziłem się z Polski. Tutaj nikogo nie obchodzą moje marudzenia. A gdybym był w Polsce, to pewnie łatwo bym się wciągnął do jakiejś kampanii nienawiści. Pewnie po obu stronach.
Cecha narodowa?

Wednesday, January 23, 2019

Pociąg do Stambułu

Stamboul Train
Pociąg do Stambułu (Stanboul Train) to jedna z pierwszych książek Grahama Greene'a. Napisana w 1932 roku. Nie wiem czy została wydana w Polsce przed wojną.
PRL też nie spieszyło się z wydaniem i miało ku temu powody.
Uważam to jednak za dobry zbieg okoliczności. Znajomość z  twórczością Greene'a rozpocząłem od Sedna Sprawy i Naszego człowieka w Hawanie. Gdybym zaczął od Pociągu do Stambułu, to pewnie książki bym nie dokończył i nie wiem czy sięgnąłbym po inne ksiązki tego pisarza.

Ostenda, do pociągu Orient Express wsiadają pasażerowie. Młoda, uboga dziewczyna - Coral, która dostała w Stambule zatrudnienie jako tancerka rewiowa, byznesman prowadzący firmę handlu rodzynkami, nauczyciel, angielskie małżeństwo, Anglik specjalista od gry w krikieta..
Komentarze obsługi pociągu: nauczyciel - obcy akcent, tak twardy, że nożem trzeba go krajać. Byznesman - Żyd, nie przegapcie okazji żeby dostać od niego podwójny napiwek.

Ten drugi przypadek mocno mnie zaskoczył.
Czy w przedwojennej Europie ludzie tak powszechnie rozpoznawali Żydów? Przypominam - rok 1932, Hitler stworzy swoja partię dopiero rok później.
Żydowski byznezman - Myat - cały czas ma poczucie swojego pochodzenia. Oczekuje, że ludzie będą próbowali go naciągnąć i traktuje to z wielkoduszną rezygnacją.

Pierwsza noc. Pan Myat jedzie samotnie w sypialnym przedziale pierwszej klasy. Uboga tancerka - Coral - w przedziale trzeciej klasy z angielskim małżeństwem. Mężczyzna siada na ławce razem tancerką aby jego żona mogła się położyć na ławce. Rekompensuje sobie tę niewygodę głaszcząc nogi dziewczyny.
Coral wychodzi na korytarz i zwierza się Myatowi ze swojego kłopotu. Jego reakcja jest natychmiastowa - zajmij mój przedział, ja sobie coś załatwię.
Komentarz autora: 40 lat na pustyni między Egiptem a Ziemią Obiecaną. A potem 1000 lat na pustyni chrześcijańskiego świata. Teraz i tutaj Żyd może pokazać cechę, która łączy go z Arabem - królewską gościnność, która nakazuje obmyć nogi nieoczekiwanego gościa i podzielić się z nim najlepszym posiłkiem.

Zaskoczyło mnie, że wielu komentatorów tej książki na stronie Goodreads oskarżyło autora o antysemityzm. Może nie powinno zaskakiwać, przecież wystarczy ustąpić kobiecie miejsca w autobusie aby być oskarżonym o seksizm.

Pisząc na wstępie o rozczarowaniu książką miałem w pierwszym rzędzie na myśli sztuczne postacie głównych bohaterów.
Najbardziej raziła mnie postać Coral. Nieśmiała dziewczyna zagubiona w świecie tanecznej rewii. Główny temat jej rozważań to - jak wycenić akceptację męskich zabiegów erotycznych.
Myat nie zabiega o żadne względy, ale Coral gotowa jest zapłacić za jego szczodrość najwyższą cenę. Nawet gdy on nie wykazuje zainteresowania tym tematem.

Na dworcu w Kolonii na pociąg czekają dwie osoby. Jedna z nich jedzie do Stambułu, odwiedzić wujka, może również znaleźć pracę jako tancerka. Towarzyszy jej, ubrana po męsku, krótko ostrzyżona, jej partnerka - Mabel Warren.
To drugie, po Żydach, zakoczenie. W tych zamierzchłych czasach tak beztrosko traktowano związki jednopłciowe.
Pani Mabel Warren jest z zawodu dziennikarką. Na dworzec przybyła tylko odprowadzić swoją partnerkę, ale nie byłaby dziennikarką gdyby przy okazji nie znalazła osoby, z którą warto przeprowadzić wywiad - pisarz, autor bardzo popularnych książek.
Niespodziewanie zauważa jednego pasażera. Podejmuje błyskawiczną decyzję - jadę do Belgradu.

Ten pasażer wart takiego zainteresowania to wspomniany wcześniej angielski nauczyciel o twardym, obcym akcencie. Mabel rozpoznaje w nim serbskiego komunistę, który zniknął 5 lat wcześniej podczas rozprawy rządu z nieudaną rewolucją.

Doktor Czinert to według mnie typowy bohater wielu książek G. Greene'a. Idealista z poważnymi wątpliwościami. Skazany na porażkę.
Być może ta postać spowodowała, że w PRL nie spieszono sie z wydaniem książki.

Szukając informacji o polskim wydaniu tej książki (ostatnie wydanie rok 2015) znalazłem recenzję, w której nazwisko to pisane jest Chinnert.
Być może to pomyłka recenzentki-blogerki, ale może jednak tłumacz uznał, że w ten sposób uwiarogodni tę postać.
Zajrzałem do google - Czinert - węgierskie nazwisko o długim rodowodzie.

W kilku polskich blogach na temat książek znalazłem informację, o wielu nowych tłumaczeniach książek, które zostały już dawno temu przetłumaczone. Informacje raczej negatywne. Chyba słusznie.

Nie będę wgłębiał się w dalszą akcję powieści. Dzieje się dużo, według mnie nieco za dużo.
Jak wspomniałem na wstępie - dla miłośnika książek G. Greena może być miłe poznać wczesne próby ulubionego autora. Dla przygodnego czytelnika - książka, którą trudno doczytać do końca.


Sunday, January 20, 2019

Niedzielne czytanie - Matka Króla

Dzisiejsza Ewangelia to relacja z pierwszego cudu Jezusa - zamiana wody w wino podczas wesela w Kanie Galilejskiej.

"Gdy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: 'Nie mają wina'. Jezus odpowiedział: 'Kobieto, czy to należy do mnie lub do ciebie? Jeszcze nie nadeszła moja godzina'.Wtedy Jego Matka zwróciła się do służących: 'Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie'". Ewangelia św Jana 2.3-5.

To jedyna taka scena w Ewangelii - Maria sugeruje synowi jakąś akcję. Na dodatek, nie zwracając uwagi na Jego sprzeciw, wydaje zdecydowane polecenie sługom.
Wydaje mi się, że po Zwiastowaniu to jedyny fragment Ewangelii, w którym Maria się odezwała.

Skojarzyło mi się to z relacją ze zwiastowania: "...znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus.Będzie On wielki i zostanie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca". Ewangelia wg św Łukasza 1, 30-33.

Bóg da Mu tron Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba.
Przecież to znaczy, że zostanie królem Izraela. Nie dopuszcza się opcji, że swoi Go odrzucą a poganie zaakceptują.
Nie dziwię się Maryi, że przyjęła takie zadanie.
I jej jedyna wypowiedź na stronach Ewangelii oznacza dla mnie, że w Kanie Galilejskiej Maria poczuła się jak Matka Króla - Twój lud potrzebuje wina... zróbcie cokolwiek wam powie.

W którym momencie Maria zorientowała się, że anioł wprowadził ją w błąd?
Ewangelia milczy na ten temat.

Tuesday, January 15, 2019

Niedzielne słuchanie - muzyka cenniejsza niż złoto

Rok temu donosiłem TUTAJ o muzycznym weekendzie w Ballarat, odległym o 120 km od Melbourne mieście powstałym na najbogatszych na świecie złożach złota.

Prawdę mówiąc to po tym wydarzeniu ubiegły rok był tak ubogi, że nie mogliśmy doczekać się drugiego tygodnia stycznia i ponownej wyprawy do Ballarat.

Wyprawa za nami. 6 koncertów w ciągu dwóch dni z dodatkiem jednego wieczoru. To był spory wysiłek i z pewną zazdrością patrzyłem na osoby wyglądające chyba starzej ode mnie za to tryskające energią i wytrzymałością.

6 koncertów, wszystkie bardzo atrakcyjne. Żeby dostosować się do tytułu wpisu wspomnę tylko dwa.
Piątek wieczór - Arvo Part - Pasja wg św Jana (rozdział 19,1-30) - KLIK.
Logicznym uzupełnieniem było niedzielne wykonanie utworu J MacMillana - Since it was the day of preparation. Tytuł utworu to cytat z  tego samego, 19, rozdziału Ewangelii św Jana - Ponieważ był to dzień Przygotowania... (aby więc ciała nie pozostawały przez sabat na krzyżu...).

Na marginesie jednak wspomnę, że jeśli chodzi o  kompozycje oparte na tematyce religijnej, to dużo lepiej odbieram muzykę baroku.

A gdzie tytulowe złoto?
Proszę bardzo...


Powyżej replika nugatu znalezionego na tych terenach w 1858 roku. Prawie 69 kg czystego złota. Zabawna historia znaleziska TUTAJ.

Moje nieco sceptyczne uwagi na temat niedzielnych utworów nie uzasadniają tytułu wpisu. Wspomniałem jednak 6 koncertów, pozostałe cztery zaspokajały całkowicie moje oczekiwania - szlachetny barok wykonany na szlachetnych instrumentach


Obszerniejsz relacja TUTAJ.

Friday, January 4, 2019

Zimna wojna

Bardzo nie lubię pisać recenzji.
Bo po co pisać na temat, na który już wiele osób się wypowiedziało?
Argumenty mam dwa:
- polski film wyświetlany w "normalnych" kinach w Australii. Myślę, myślę i nie potrafię sobie przypomnieć drugiego, a raczej wcześniejszego, takiego przypadku.
- tytuł, a raczej jego pierwsza połowa - zimna. W chwili gdy to piszę mamy w Melbourne niezły upał.


Już od wielu tygodni w centrum Australii panują upały i susza.
Cud, że tak długo nie dotknęło to Melbourne. Od początku grudnia chyba tylko 4 razy trzeba było włączyć w domu klimatyzację. Jednak w końcu zrobiła się w tym kotle dziura i od rana gorące powietrze wali z północy na Melbourne. Meteorolodzy zapowiedzieli na dzisiaj 42C, termometr w ocienionym miejscu na werandzie to potwierdził już o 14:30 a przecież to jeszcze nie szczytowa pora dnia.
Załóżyłem więc kupioną w Estonii koszulkę z logo Tartu Maraton. To był rok 1996, startowałem tam w maratonie narciarskim. Temperatura przed startem była nieco poniżej -30C. Też nie było miło.
Na szczęście pojawił się silny wiatr. Generalnie wiatr w czasie upału to niemiłe zjawisko, ale ten ma przynieść ochłodzenie i to znaczne i szybko - spadek temperatury o 20 stopni w ciągu 4 godzin.

Chyba nie potrafię już dłużej odwlekać, a więc zamykam oczy i skaczę - Zimna Wojna, film.
Właściwie mógłbym to skwitować jednym zdaniem - nie mogłem tego oglądać.
Codziennie rano oglądam wiadomości z Polski - POLSAT News - a tam nie ma dnia żeby nie podali informacji o tym, że ktoś popełnił rozszerzone samobójstwo albo "tylko" zabił żonę i dzieci.
Przykro mi, ale zaliczam Zimną Wojnę do takiej właśnie kategorii.

Pozwolę sobie przypomnieć fabułę filmu.
Wiktor, młody człowiek z wykształceniem muzycznym, ma za zadanie stworzyć ludowy zespół pieśni i tańca. W zadaniu tym towarzyszy mu kobieta, która podobnie jak on wygląda na osobę pochodzącą z przedwojennej, inteligenckiej rodziny.
Do tego punktu wszystko wygląda normalnie i mogłoby iść śladami państwa Sygietyńskich, twórców zespołu Mazowsze.
Niestety Wiktor zakochuje się w jednej z kandydatek do zespołu - Zuli. Kandydatce dość tajemniczej gdyż zdecydowanie nie ma ona pojęcia o polskiej sztuce ludowej a pracę w zespole traktuje chyba jako szansę ucieczki od swojej dość mrocznej przeszłości.
Miłość jest wzajemna i tylko tyle można o niej powiedzieć. Twórcy filmu nie zdradzają niczego na temat tego co też, poza uczuciem i żądzą, łączy kochanków. Czy mają jakieś wspólne zainteresowania, cele, plany, marzenia. Nic, nic, nic.
W tym momencie Wiktorowi przychodzi pomysł ucieczki na Zachód. Twórcy filmu łączą to z presją socrealizmu - zespół ma dodać do swojego repertuaru pieśni wychwalające ustrój i Stalina.
Moje wspomnienia z tamtych lat, mam na myśli koncerty zespołów pieśni i muzyki ludowej nadawane regularnie przez Polskie Radio, mówią mi, że nie była to zbyt wielka presja. Może jedna 3-minutowa propagandówka na dwugodzinny program. Myślę, że osoby które oglądały w tamtych latach występy zespołu Mazowsze (lub Śląsk) to potwierdzą.
Pomińmy motywację, Wiktor decyduje się na ucieczkę, Zula podchodzi do tego z dużą rezerwą. Teraz nadchodzi przełomowy moment filmu - Wiktor czeka na Zulę na przejściu granicznym, w końcu decyduje się przekroczyć granicę sam.
Co, jak, dlaczego? Tego film nie wyjaśnia.
Od tej chwili zaczyna się swoista ciuciubabka - Wiktor pojawia się na koncercie zespołu w Jugosławii, Zula odwiedza Wiktora we Francji. Wspomina, że wyszła za mąż, chyba za Włocha, nie ważne - kocha tylko Wiktora.
Za chwilę znika. Nie potrafię sobie przypomnieć ile razy tak się rozstali i spotkali, za każdym razem jest miłość, żądza, czasem jeszcze mordobicie.
Wreszcie Zula wraca na stałe do Polski. Wiktor nie może bez niej żyć więc rusza jej śladem i trafia na kilkanaście lat ciężkich robót.
Zula "wykupuje" go z kamieniołomów.
Co teraz? Zula nie ma wątpliwości - wspólne samobójstwo. Wiktor, jak w większości sytuacji, zachowuje się biernie.
Bezsensowna tragedia.

Zawodowi krytycy komentują pochlebnie zastosowanie starej techniki filmowej - wąski ekran, film czarno-biały.
Niestety mnie trudno jest dogodzić, chyba większość filmów jakie w życiu widziałem była wyprodukowana przy użyciu takiej techniki. Tyle, że te filmy dotychczas pamiętam a Zimną Wojnę pamiętałem tylko do dzisiaj i tylko po to żeby napisać tę refleksję.

Swoją drogą oglądając sceny z tworzenia zespołu pieśni i tańca kojarzyłem bohatera filmu z Tadeuszem Sygietyńskim, twórcą Mazowsza. Zajrzałem do jego biografii - KLIK - bardzo ciekawa, przyznam się, że chętnie obejrzałbym dobry film oparty na tej biografii. To jednak chyba marzenie ściętej głowy, za dużo w tym życiu logiki i konsekwencji.

Thursday, January 3, 2019

1 procent

Dobiega końca trzeci dzień roku, czyli prawie 1%.
Co też w tym czasie zdziałałem?
Jak na moje obecne możliwości sporo.
Po pierwsze, już we wtorek, pomalowałem przewiany przez wiatr próg drzwi wejściowych.
Po drugie zareklamowałem w sklepie kupione kilka dni temu, w starym roku, baterie do telefonu. Zwrócili mi pieniądze.
No to same sukcesy.

Po trzecie, bilanse i rozliczenia.
Jestem skarbnikiem parafialnego oddziału Stowarzyszenia św Wincentego a Paulo (St Vincent de Paul Society) więc musiałem złożyć rozliczenie za grudzień.
Przy okazji podsumowałem rok kalendarzowy.
Zostaliśmy 301 razy wezwani przez osoby potrzebujące pomocy.
Dostarczyliśmy żywność o wartości $24,270, w tym vouchery na żywność - $22,000, żywność kupiona - $700, produkty żywnościowe dostarczone przez parafian - $1,570.
Zapłaciliśmy rachunki za gaz, światło, telefon itp na sumę $4,200. Kupiliśmy 8 pralek lub lodówek. Dopłaciliśmy $2,000 do kosztów nauki, $540 na lekarstwa.
W sumie wydaliśmy $37,000, nasze przychody wyniosły $36,600 - z tego finansowanie z centrali Stowarzyszenia - $33,000, dotacje parafian i dochód ze sklepiku z dewocjonaliami - $3,600.
To jest o około 30% więcej niż w roku poprzednim.
Konkluzja raczej smutna - potrzeby rosną a my jesteśmy coraz bardziej uzależnieni od pomocy finansowej z zewnątrz. Nic dziwnego, że wzrasta ilość biurokracji i polityczna poprawność.
Zerknąłem też do swoich zapisków zeszłorocznych wydarzeń.
O książkach wspominałem w poprzednim wpisie.
Druga istotna pozycja to imprezy kulturalno-rozrywkowe.
Było ich w zeszłym roku 38, w tym 11 z udziałem wnucząt. Zdecydowana większość to imprezy muzyczne i baletowe, tylko jedna wizyta w teatrze i 4 wizyty w kinie. Ostatni oglądany w zeszłym roku film to Zimna Wojna.