Wednesday, June 19, 2019

Rewizyta w Hökberg

Dziwną drogą, poprzez trasę spacerową wokół Albert Lake w Melbourne, dotarło do mnie opowiadanie Juliana Barnesa - Historia Matsa Izraelsona, ze zbioru The Lemon Table - Cytrynowy Stolik.

Bohater opowiadania to Anders Bodén - kierownik tartaku nad jeziorem Siljan w Mora (Szwecja, prowincja Dalarna) - KLIK.
Czas akcji - rok 1898.
Jego dodatkowm zajęciem jest oprowadzanie turystów, którym opowiada między innymi: "...o  pomniku upamiętniającym miejsce, gdzie w tysiąc pięćset dwudziestym roku Gustaw Waza wygłaszał mowę do Dalarneńczyków. Potężnie zbudowany, brodaty mężczyzna z zapałem namawiał gości na wyprawę do Hökberg, żeby obejrzeć niedawno położony kamień ku pamięci prawnika Johannesa Stiernbocka".

Czytam w łóżku, po lunchu, jakoś po sobotnich wysiłkach poczułem chęć położyć się.

Pomnik Gustawa Wazy w Mora?
Byłem widziałem, mam go na zdjęciu....


Kiedyż to było?
Rok 1996 - dwadzieścia trzy lata temu.
Pamiętam równie dokładnie jak Anders Bodén pamiętał 23 lata wcześniejszą scenę gdy pani Barbro Lindval oświadczyła: Chciałabym pojechać do Falun, a on przegapił moment, w którym celna odpowiedź mogła zmienić życie ich obojga.

Hökberg - google maps skierowało mnie gdzieś nad Bałtyk. Co za bzdura, przecież dokładnie pamiętam.
Na szczęście szwedzka wikipedia jest po mojej stronie - KLIK.
"Hökberg är en fäbod i Mora socken, Mora kommun i Dalarna. I fäboden korsas två vandringsleder, Siljansleden och Vasaloppsleden. Hökberg är också den näst sista Vasaloppskontrollen efter 71 kilometers färd från Sälen....".
Hökberg to letnie pastwisko w parafii Mora w gminie Mora w Dalarnie. Dwa szlaki turystyczne, Siljansleden i Vasaloppsleden, przecinają przejście. Hökberg jest także drugim punktem kontrolym w biegu Vasaloppet, po 71 kilometrach podróży z Sälen....

71 km w nogach - pamiętam - to było tak...
Nocleg w Mora można było załatwić tylko przez centralne biuro, Napisałem do nich dużo wcześniej, wpomniałem, że przyjadę pociągiem. Nic dziwnego, że zaskoczyło mnie i bardzo zdenerowało gdy dowiedziałem się, że przydzielili mi kwaterę 5 km od centrum Mora.
5 km to oczywiście drobiazg dla narciarskiego maratończyka, ale jednak po powrocie z treningu i lunchu w centrum miasta, nie miałem już ochoty wychodzić z domu.
- Przejechałeś już w tym sezonie 900 km na nartach? - pytali mieszkający w tym samym domu Szwedzi.
- 900 km to ja nie przejechałem w żadnym sezonie w życiu - odpowiadałem zgodnie z prawdą. A w tym sezonie nie przejechałem nawet 90 km, pojutrze bedzie pierwsze.
- Bo wszędzie piszą, że przed Biegiem Wazów należy przebiec jego 10-krotną długość.
Wzruszałem ramionami, ale jednak na starcie i na trasie byłem nieco zdenerwowany - żeby tylko przeżyć.

W dniu wyścigu mój gospodarz zbudził mnie już o 3:30 rano, przygotował mi bardzo treściwe śniadanie i wreszcie zawiózł do centrum miasta skąd autobusy wiozły zawodników do odległego o 90 km Sälen.
Start - ogromny tłum zawodników (15,000), huk armaty, gigantyczny nadmuchiwany czerwony koń, symbol prowicji Dalarna, unosił się chwiejnie za naszymi plecami.


Let's the sun shine! - huczały głośniki.
Rzeczywiście słońce zaświeciło, brzozy wzdłuż trasy nabierały różowego koloru.

Pierwsza godzina to była walka o przetrwanie w stłoczonej masie narciarzy. Po godzinie stawka rozciągnęła się w sześciu rzędach na wiele kilometrów. Gdy spoglądałem na lekkie wzgórza przed sobą wydawało mi się, że to wije się Chiński Mur.

Co kilkanaście kilometrów punkty odżywcze. Szwedzka specjalność to Blåbärssoppa - zupa, a właściwie kisiel jagodowy - KLIK. Bardzo pożywny. Przez wiele setek metrów za punktem odżywczym śnieg miał nadal fioletowy kolor.

Słońce wysoko na niebie, brzozy odbijają jego blask. Połowa trasy, pozostało jeszcze trochę ponad 40 km, taki dystans pokonałem wiele razy w Australii. Dam radę.
Na zdjęciu nie mam jednak zbyt pewnej miny.

Osoba za mną ma numer o prawie 3,000 wyższy. A zatem wystartowała z dużo gorszej pozycji. I chyba nie prezentuje się tak dobrze jak ja ;) Co to jednak znaczy zrobić 900 km przed biegiem.

Wreszcie zapowiadany na początku wpisu Hökberg.
Ostatni punkt odżywczy, niespełna 20 km do mety. Ostatnia porcja zupy jagodowej na dzisiaj, kawa i ruszam. Wokół mnie pusto, brzozy rzucają bardzo długie cienie.

I nagle słyszę muzykę. Zwalniam żeby zmniejszyć chrzęst śniegu. Zdecydowanie muzyka, skrzypce.

Halucynacje!
Ogarnia mnie lekka panika. Wolno posuwam się do przodu, zakręt i oto tuż przede mną mała, może 10-letnia dziewczynka gra szwedzką polkę na skrzypcach a jej, o parę lat młodszy, braciszek trzyma w dłoniach tacę z jakimiś cukierkami.
Rozglądam się, pustka dookoła.
- Dzieci, skąd wy jesteście? Czy rodzice wiedzą?
- Z Hökberg - odpowiada dziewczynka zniżając skrzypce. Jej brat podsuwa bliżej tacę z cukierkami.
Zatrzymuję się, ale w tym samym momencie dziewczynka podnosi skrzypce na ramię. Spogląda na mnie zdecydowanym i jakby gniewnym wzrokiem i, nie jestem pewien czy mówi, ale wyraźnie słyszę jej słowa:
- Narciarzu z dalekiego kraju, przybyłeś z daleka na ten królewski bieg, więc biegnij, to jest twoja prawda. Jedź!
Odbijam się więc z całej siły kijkami i, już w biegu, wołam: a jaka jest twoja prawda dziewczynko?
- Tobie grać... tobie grać - odpowiada echo.

Dookoła robi się ciemno. Na szczęście Mora już blisko. Organizatorzy umieścili w śniegu pochodnie, które dodają trasie tajemniczego uroku
Mimo późnej pory wzdłuż trasy miejscowi kibice. Jeden z nich biegnie przez kilkanaście metrów tuż za mną klepiąc mnie w plecy i wołając: Australia, cieszę się, że do nas przyjechałeś.
Ostatnia prosta na głównej ulicy Mora, meta. Zwlaniam, zatrzymuję się. Podbiegają do mnie trzy roześmiane dziewczyny, jedna bierze mnie w objęcia.
- Are you hugging girls? - pytam.
Hugging girls - obłapiaczki, obejmowaczki - termin ten poznałem dwa tygodnie wcześniej, w Finlandii, podczas maratonu Finlanda Hiihto w Lahti.
- Hugging girls? - dziewczyna wzrusza ramionami - musimy uważać na biegaczy, którzy przyjeżdżają tak późno jak ty. Niektórzy są tak zdezorientowani, że mogliby nie zatrzymać się na mecie tylko jechać dalej. Pokazuje ręką na ciemną ścianę lasu.
Czuję jak jej towarzyszki zdjemują mi kijki z dłoni, odpinają narty. Wreszcie wtykają w dłoń numerek i popychają w stronę szatni.

Zjadam talerz, albo dwa, gestej zupy jarzynowej z boczkiem. Czuję jak wracają mi siły.
- Gdzie można zadzwonić po taksówkę? - pytam.
- Taksówkę? Dzisiaj? Jeśli nie zamówiłeś wcześniej, to teraz już nikt po ciebie nie przyjedzie.

Biorę więc masaż, zjadam jakiś deser, zarzucam narty na plecy i ruszam w drogę.
Noc w pełni. Ciemno, zimno, do domu daleko. Idę spokojnym krokiem... i nagle słyszę dzwonki.

Znowu halucynacja?
Nie, to tylko sanie Królowej Śniegu. Zatrzymują się przy mnie, Królowa zgarnia swoją suknię
- Wsiadaj - rozkazuje.
Wsiadam.
- Dokad mnie wieziesz? - pytam.
- A dokąd chcesz jechać?
- Do Hökberg, chciałbym się upewnić, że ta dziewczynka i jej brat wrócili cali do domu.
Królowa nic nie odpowiada, ale czuję że sanie lekko skręcają. Za chwilę jakieś zabudowania i słyszę dźwięk skrzypiec.
To tu.
Podchodzę bliżej. Teraz słyszę wyraźnie, Menuet J.S. Bacha - KLIK.
Znam, znam, trzydzieści kika lat temu grałem to na pianinie. Przykucam, ogarnia mnie senność.
Nie wiem ile czasu upłynęło. Skrzypce już umilkły.

- Wstawaj, jedziemy - głos Królowej Śniegu jest rozkazujący.
Posłusznie wsiadam do sań.
- Więc to jeszcze nie dzisiaj? - pytam.
- Nie, jeszcze tu wrócisz - odpowiada sucho Królowa.
- Na królewski bieg?
- Na królewski bieg - potwierdza.
- I będzie zupa jagodowa, pochodnie w śniegu, i na mecie zatrzymają mnie wesołe dziewczyny?
- Będzie zupa jagodowa i pochodnie, a na mecie nikt cię nie zatrzyma.
- Bieg będzie trwał?
- Królowa nie odpowiada tylko kiwa głową z uśmiechem.

Otrząsam się.
Oooops, chyba przysnąłem z książką.
Zamykam jeszcze na chwilę oczy i wyraźnie słyszę melodię sprzed 23 lat - Menuet J.S. Bacha. Tym razem na fortepianie.
Ach tak, to córka sasiadów na rogu naszej ulicy.
Przeciągam się i zauważam obraz wiszący na ścianie nad moim łóżkiem.




Dzielny król Gustaw Waza. To nie obraz tylko dyplom jaki otrzymałem 23 lata temu.

Otrząsam się, wstaję, za oknem jeszcze słońce.
Słoneczny, zimowy dzień, jak wtedy. Tylko śniegu brak.
Biorę kijki spacerowe (nordic walking)  i ruszam.

Robię zakręt przy domu, w którym dziewczynka gra na pianinie. Teraz ulica wspina się pod górę. Idę uważnie bo na tym odcinku zazwyczaj łapie mnie ból w mostku.
Nie wpadam w panikę, znam to dobrze, wiem że przejdzie, trzeba tylko zwolnić, przystanąć na chwilę za najbliższym skrzyżowaniem.

Gdy dochodzę do skrzyżowania...



 widzę po drugiej stronie młodą, dość zgrabną dziewczynę.
(Zdjęcie z google street view, dziewczyny wtedy nie było).
Hugging girl - przelatuje mi przez głowę.

Rozśmiesza mnie ta myśl, znam tę dziewczynę, spotykam ją prawie podczas każdego spaceru. Zawsze coś robi w ogrodzie. Nieco powolna umysłowo.

Poznaje mnie z daleka, kiwa dłonią - podejdź bliżej.
Podchodzę.
- Jadłeś czosnek?
- Jadłem - odstępuję krok do tyłu.
Patrzy na mnie podejrzliwie, krzywi się, ale nie wytrzymuje. - Podejdź bliżej, muszę coś ci powiedzieć.
Podchodzę, niezbyt blisko.
Dziewczyna zwija dłonie w trąbkę i szepce w stronę mojego ucha - zauważyłeś, że na naszej ulicy dzieje się coś dziwnego?
- Zauważyłem - odpowiadam dość głośnym szeptem. Opowiadała mi już podczas poprzedniego spotkania.
- Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam, ale popatrz na te samochody...
Patrzymy chwilę w milczeniu.
- Te same samochody jeżdżą w kółko przez cały dzień. To dziwne?
- Bardzo dziwne - potwierdzam.
Rozmowa w tym stylu trwa jeszcze kilka minut, wreszcie przepraszam dziewczynę i idę dalej. Docieram do Wattle Park  - ciemna ściana lasu.

Odwracam się na pięcie i ruszam w drogę powrotną. Dziewczyny już nie ma na ulicy.

Co też ta Królowa Śniegu opowiadała?
Czy zapomniała, czy mnie się coś pokręciło?
A może to czosnek wszystkiemu winien?

Śmieszne to, ogromnie śmieszne.
Żart, zupełnie nie królewski żart.

Tuesday, June 18, 2019

Żółwiowi morskiemu na ratunek

W sobotę wpadła nam całodniowa opieka nad czwórką wnucząt. Mnie te młodsze - Ambroży 8 lat, Gracie -5.
Opieka nad Ambrożym polegała głównie na dowożeniu go na rozliczne zajęcia. Gracie była bardziej wymagająca.
Najpierw spróbowaliśmy szczęścia na grzybobraniu. Po lekkim deszczu spodziewałem się przynajmniej TAKIEGO rezultatu, ale nie znaleźliśmy żadnego grzyba.
To jest samo centrum miasta, służby porządkowe w parkach są bardziej skrupulatne.

Po lunchu wybraliśmy się więc na hulajnogę (scooter). Gracie jeździ na hulajnodze z wielką gracją, ale wkrótce znudziła się i zaproponowała spacer wzdłuż brzegu Merri Creek.
Merri Creek - to nie pomyłka w nazwie i nie jest on specjalnie wesoły - KLIK.

Dookoła było jesiennie...


ale Gracie wolała iść nad strumieniem


Zarzuciłem więc hulajnogę na ramię i przedzierałem się przez gąszcza.
Po chwili usłyszałem rozpaczliwe wołanie wnuczki:


- Dziadzia! Na pomoc! Żółw morski za chwilę umrze!
Podbiegłem, Gracie ostrożnie podprowadziła mnie do brzegu strumienia. U naszych stóp trzepotało w wodzie jakieś plastikowe opakowanie.
- Dziadzia, wyciągnij to. Ja widziałam w szkole, żółw morski połknie plastik i od razu umrze!

Wbrew pozorom zadanie nie było łatwe, krawędź brzegu była bardzo błotnista, stroma, śliska. Nie mogłem dosięgnąć śmiecia dłonią, próby zahaczenia go na patyk kończyły się niepowodzeniem. Na dodatek Gracie zgłaszała bardzo ryzykowne sposoby pomocy.
Wreszcie, po nabraniu błota do butów i mocnym nadwyrężeniu kręgosłupa żółw został uratowany.
Jego śmiertelny wróg leżał u naszych stóp - ten prostokąt po prawej.


Droga do kosza na śmieci była miłym uwieńczeniem naszej akcji.


Sunday, June 16, 2019

Niedzielne czytanie - sekretne życie maszyn

Machines like me - wieloznaczny tytuł.
Może znaczyć maszyny jak ja, ale również - maszyny mnie lubią.

Ian McEwan - moja główna ostoja w świecie książek - znowu mnie zaskoczył (poprzednie zaskoczenie TUTAJ).

Pełen tytuł książki to: Machines like me and people like you.

Dwuznaczność słowa like pozwala tłumaczyć tytuł na kilka sposobów. Na przykład:
Maszyny jak ja i ludzie jak ty.
Maszyny lubią mnie a ludzie ciebie.
Maszyny lubią mnie i ludzi jak ty.

Dwa pierwsze tłumaczenia sugerują odrębność światów ludzi i maszyn. Ostatnie, wprost przeciwnie.
Natomiast zawartość książki nie pasuje mi do żadnego z podanych wariantów.

Z okładki można się domyślić, że książka opowiada o ludziopodobnych robotach.
Adam - tak nazywa się męska odmiana najbardziej zaawansowanego technicznie robota.
Mamy rok 1982.

1982?!
Chyba 2082?
Nie, to nie pomyłka.
Po krótkim zastanowieniu się popieram autora.
Większość (wszystkie) futurystyczne opowieści umieszczone są w dalekiej przyszłości, tak że - po pierwsze czytelnicy nie będą mieli szansy tego doczekać i zweryfikować przewidywań autora. Po drugie zaś pozwala to autorowi bajdurzyć na tematy techniczne, polityczne, socjologiczne, itp, odkładając na dalszy plan właściwą treść powieści.
Wyznam, że te rozważania bardzo mnie nudzą i denerwują i jeszcze raz nudzą.

A więc - rok 1982.
Co istotnego wydarzyło się tamtego roku?
Dla czytelnika, Anglika, będzie to chyba oczywiste - rządy Margaret Thatcher i wojna falklandzka  - KLIK.
Tak się złożyło, że w 1982 roku przebywałem w Kuwejcie i współpracowałem z angielskimi konsultantami. Przypomniało mi się ich podniecenie - pogonimy tych wszarzy!
Słuchałem tego ze złośliwymi refleksjami - wrócicie z podwiniętym ogonem jak zbity pies. Zdecydowanie większą sympatią darzyłem Argentynę.

Książka McEwana pozwoliła mi zrewidować te refleksje.
Mimo protestów Anglii, Francja sprzedała Argentynie rakiety exocet (taka ta solidarnośc w Unii Europejskiej), flota angielska zatopiona, 3,000 ofiar.
Samotna pani Thatcher musi ustąpić chociaż z drugiej strony Anglicy solidaryzują się z samą ideą walki o swoje terytoria.
Oczywiste dla mnie jest, że autor łaskocze czytelnika podobieństwami do aktualnej sytuacji - kobieta premier, porażka, musi ustąpić. Jednak tym razem solidarności brak.
Na dodatek aktualna refleksja: powszechne referendum to narzędzie dyktatorów.

Adam - idealna kopia człowieka. Gdy mówi nie używa głośnika lecz strumienia powietrza formowanego przez gardło, język i podniebienie. Jego oczy, to... oczy, nie jakieś kamery.
Potrafi... z łatwością zawiązać sznurowadła.  W tym miejscu autor zwraca jednak uwagę, że wbrew powszechnemu mniemaniu, robotom dużo łatwiej zastąpić człowieka w pracy umysłowej niż fizycznej.
Adam potrafi pozmywać, ale swoją prawdziwą wartość pokazuje zastępując Charliego w grze na giełdzie. Już po kilku miesiącach sytuacja finansowa bohatera pozwala na najśmielsza marzenia.

Kilka słów o szczęśliwym nabywcy Adama.
Charlie - zupełny nieudacznik. Studiował kilka kierunków, niczego nie ukończył, nie ma żadnego zawodu ani praktycznej umiejętności.
Niepraktycznej też nie ma. Jego lektury z młodych lat to:
Heller - Catch-18, Fitzgerald - The High-Bouncing Lover, Orwell - The Last Man in Europe, Tołstoj - All's Well that Ends Well.
Wrodzona podejrzliwość zmusiła mnie do sprawdzenia. Jednak tym razem autor trzyma się faktów.

Motto książki to:
But remember, please, the Law by which we live,
We are not built to comprehend a lie...

     Rudyard Kipling - The Secret of the Machines - KLIK.

Już po kilkudziesięciu stronach nabrałem wątpliwości. Przeczytałem ciąg dalszy cytowanego wiersza -
...not built to comprehend a lie,
We can neither love nor pity nor forgive....

Reklamacja!
Opisywany w książce robot zakochał się w dziewczynie swojego właściciela.

Sytuacja robi się ciekawa. Szczególnie, że z dobrze poinformowego źródła przychodzi wiadomość, że kilka innych robotów z tej samej serii popełniło samobójstwo.
To dobrze poinformowane źródło - to Alan Turing  - ojciec sztucznej inteligencji - KLIK. Żyje i ma się dobrze (nie poddał się sugerowanej chemicznej kastracji).
Z informacji Turinga można wywnioskować, że powodem samobójstw robotów było ich rozczarowanie charakterem właścicieli.
Zakochany robot! Miłosny trójkąt. W tym przypadku największe ryzyko rozczarowania grozi ludziom.

Zgadza się. Ian McEwan rozczarował mnie ogromnie zakończeniem powieści, ale dotrzymał wierności obietnicy zawartej w cytacie z Kiplinga - ...remember please the Law.

Friday, June 14, 2019

Mozart na rogu

Na którym rogu?
Francuskim.
Na rogu Francuskiej i Ronda Waszyngtona?

Zastanowiłem się. A może utwory Mozarta były komponowane na róg wiedeński?
W domu sprawdziłem - raczej nie, wikipedia podaje, że róg wiedeński wprowadzono do użytku (tylko w Wiedniu) na początku XIX wieku.

A więc III koncert Mozarta wykonany był na rogu francuskim?
Nadal mam wątpliwości. Różnorodność rogów wynika między innymi z technicznego rozwiązania zaworów, które naciska wykonawca, aby zmienić wysokość tonu. Tym właśnie różni się róg wiedeński od francuskiego.
W czasach Mozarta róg nie miał żadnych zaworów, wykonawca musiał wygrać wszystkie tony odpowiednio konfigurując usta.
Że też nikomu nie przyszło do głowy zrobić badanie - jak ci wirtuozi rogów całowali?

Jak już pozwoliłem fantazji poszybować, to brnę dalej w chmury.
Jak nazywa się muzyk grający na rogu?
Chyba narożnik.
A muzyk płci żeńskiej?
Rogówka.
Skoro mam już kobiety na oku, to kolejna sugestia:
Kobieta, zwolenniczka LGBT? Tęczówka.

Wiele lat temu słuchałem z naszym synem Michałem CD z 25 koncertem fortepianowym Mozarta. W ostatniej części, mniej więcej w połowie, pojawia się piękny motyw. Powtarza się jeszcze raz czy dwa i znika. Michał popatrzył na mnie znacząco. Gdy motyw rozpłynął się na dobre, zrobił pytający wyraz twarzy.
Zatrzymałem nagranie.
- Tatusiu słyszałeś tę melodię?
- Oczywiście, że słyszałem.
- Czy oni coś nie pokręcili? Taka piękna melodia, nie mogę uwierzyć, że Mozart porzucił ją tak szybko.
Nie pokręcili, to jest ostatnia część utworu, nie czas na prezentację nowych tematów. To taki uśmiech na pożegnanie obiecujący wiele przy kolejnym spotkaniu.

Następne spotkanie nastapiło kilka lat później, w sali koncertowej, III koncert Mozarta na róg - KLIK  - w 27 sekundzie zaczyna się wspomniany motyw. Obietnica spełniona.

We wtorek byłem na kolejnym koncercie z serii Mostly Mozart - KLIK.
Tytuł koncertu: Mozart i róg francuski.

Wprawdzie tytuł serii to Głównie Mozart, to tym razem głównie byli inni - Barber, Bach, Wagner.
J.S. Bach, III koncert brandenburski w wykonaniu instrumentów dętych blaszanych.
Przeszukałem youtube, to nie jest to. Wtorkowe wykonanie przez muzyków ANAM (Australian National Academy of Music) było tak dobre jak...
Brak mi słów więc wybrażam sobie, że dobre jak pocałunek XVIII wiecznego wirtuoza na rogu.

Wednesday, June 12, 2019

Gdy królowa drzemała

W poniedziałek odwiedziliśmy galerię sztuki w Bendigo - królowa drzemała...


Bendigo - spore miasto (100,000 mieszkańców), 150 km od Melbourne, powstało na złotodajnych terenach.
Słusznie zatem właśnie tutaj zorganizowano wystawę pod tytułem Od Tudorów do Windsorów ( Tudors to Windsors ) - portrety członków brytyjskiej rodziny królewskiej od Henryka VII poczynając.

Portrety były różne, kilka oryginałów, sporo kopii, kilka fotografii.
Nie były to znane dzieła sztuki, publiczność poświęcała więcej uwagi na zapoznanie się z historią panujących rodzin.


Najbardziej znana postać to oczywiście Henryk VIII. Tutaj jako katolik i wierny małżonek Katarzyny Aragońskiej.


Poniżej jako protestant i mąż czwartej z kolei żony, Anny z Cleves. To chyba najbardziej znany wizerunek Henryka VIII, autor Hans Holbein.


Nie mogło oczywiście zabraknąć portretu najbardziej istotnej postaci z rodu Windsorów - Elżbiety I



Mnie najbardziej zainteresował ten portret...


Książę Buckingham - postać pamiętna z Trzech Muszkieterów.
Nie należał on do rodziny królewskiej. Korzystając z tego że Królowa drzemała również ja oddałem się wspomnieniom.
Przypomnę rolę księcia Buckingham w Trzech Muszkieterach.
Anna Austriaczka, żona króla Ludwika XIII była w księciu zakochana na odległość. Przesłała mu w prezencie piękny naszyjnik.
Kardynał Richelieu, chcąc skompromitować królową, urządził bal i poprosił króla żeby skłonił żonę do założenia właśnie tego naszyjnika. Jednocześnie wysłał na dwór księcia Buckingham swoją oddaną agentkę, Milady, z zadaniem wykradzenia z naszyjnika dwóch diamentów.
Zdesperowana królowa Anna Austriaczka zwierza się z kłopotu swej pannie dworu, w której zakochany jest główny bohater powieści d'Artagnan. Oczywiście rusza w drogę do Londynu aby przywieźć naszyjnik na zbliżający się bal.
Spotyka się z księciem, odkrywają fakt zniknięcia dwóch diamentów, ale książęcy jubiler w ciągu nocy naprawia ubytek. Królowa otrzymuje naszyjnik na czas, kardynał musi przełknąć porażkę.
Książę Buckingham zdołał uniemożliwić Milady wyjazd z Anglii - Anglia nie należała wtedy do Unii Europejskiej - i zamknął agentkę w więzieniu. Zdołała ona jednak z łatwością uwieść swojego strażnika - Feltona i na dodatek nakłonić go do zamordowania księcia.
Sprawdziłem- rzeczywiście księcia Buckingham zabił John Felton chociaż powody były nieco inne - KLIK.

Okazuje się, że książę pochodził z niewiele znaczącego rodu a w karierze na królewskim dworze pomógł mu wdzięk w tańcu. Powyższy obraz wyraźnie prezentuje jego atuty - proszę zwrócić uwagę na Order Podwiązki na lewej nodze.

Szkoda, że nikt nie napisał dobrej powieści na jego temat.

Królowa drzemie więc kontynuuję wspomnienia...
Koniecznie chciałem odegrać wraz z dziećmi z mojego podwórka niektóre sceny z Trzech Muszkieterów. Dzieci z podwórka - brat i siostra - byli młodsi ode mnie więc przeczytanie książki nie wchodziło w rachubę.
Opowiedziałem im szczegółowo scenę egzekucji zdradzieckiej Milady przez muszkieterów. Spodobała im się, byli gotowi ją ze mną odegrać.
Jednak wykonanie było fatalne. Chłopiec - Andrzej - grał Atosa, zdradzonego męża Milady. Nie potrafił powtórzyć aktu oskarżenia - musiałem mu podpowiadać, każde słowo z osobna. Jego siostra odgrywająca rolę Milady wyciągała szyję czekając na ścięcie i słała mi urocze uśmiechy.
Ja byłem katem, ale cała ta sytuacja tak mnie rozczarowała, że nie miałem z tego ścięcia głowy najmniejszej satysfakcji.
Gdybym miał nieco więcej fantazji, to wymyśliłbym inne zakończenie książki, ale niestety nie miałem, byłem zbyt lojalny wobec autorytetów, i tak pozostało na całe życie.

Sunday, June 9, 2019

Niedzielne czytanie - Zielone Świątki

Zielone Świątki - zstąpienie Ducha Świętego.
Pisałem powaznie na ten temat w zeszłym roku - KLIK, i dwa lata temu - KLIK.

No to dzisiaj też poważnie.
Dzieje Apostolskie wyjaśniają - "Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu...".

Nadszedł czas pięćdziesiątnicy - czyli nie było to związane ze Zmartwychwstaniem Jezusa lecz był to wcześniejszy, żydowski ceremoniał - wczesne, wiosenne żniwa.
Niedziela, 50 dni, czyli czas liczony nie od niedzieli lecz od soboty - sabatu. Zgadza się, 50 dni wcześniej była żydowska Pascha, dlatego tak się spieszono z piątkowym ukrzyżowaniem.

Po angielsku to święto nazywa się Pentecost - czyli pięćdziesiątnica, pochodzenie greckie.

U mnie dzisiaj dominowała muzyka - radiostacja ABC Classic relacjonowała wyniki plebiscytu - kompozytor, bez którego nie mógłbym żyć.
Generalnie nie lubię imprez tego typu, nie mam zaufania do większości. Z drugiej strony jednak ostatnie dwa dni szczelnie upakowane dobrą muzyką.
Pozytywnie zaskoczyło mnie, że Frydery Chopin zajął 7. miejsce - po Vivaldim, ale przed Szubertem.

W tajemnicy przyznam się, że głosowałem na S. Prokofiewa - 32. miejsce.

Na pierwsze miejsce wytypowano Beethovena - nie mam pretensji.

Pełne wyniki TUTAJ.

W pierwszej setce zmieścił się jeszcze Henryk Górecki, nie zmieścili się natomiast Witold Lutosławski i Grażyna Bacewicz, których bardzo sobie cenię.
Nie tylko ja - oto jak rekomendowała Grazynę Bacewicz w tym plebiscycie australijska dziennikarka radiowa - KLIK.

Friday, June 7, 2019

Autoreklama

Ten blog nie ma wielu czytelników/czytelniczek.
Nie ma powodu aby miał.
Przyznaję uczciwie, że traktuję go jak coś przypadkowego.

Wczoraj doświadczyłem nieoczekiwanego poparcia.

Dość regularnie zaglądam na stronę polityka.pl.
Przyzwyczajenie sprzed ponad 40 lat, wtedy dość regularnie czytałem ten tygodnik.
Ocena ogólna: wydaje mi się, że w tamtych czasach autorzy artykułów w Polityce mieli znacznie bardziej zróżnicowane poglądy niż obecnie.

Gdy jestam na stronie polityki, to zaglądam również do blogów a tam, zawsze na czele, blog Daniela Passenta - En passant.

Daniel Passent, chyba jedyny dziennikarz starej Polityki, który nadal działa pod jej sztandarem.
Pamiętam, że lubiłem jego artykuły.

Wczoraj napisałem krótki komentarz na blogu En passant. Tytuł wpisu to Cała wstecz! a sprawa dotyczy działalności ekologicznej szwedzkiej dziewczyny.

Mój komentarz i natychmiastowa reakcja czytelnika blogu poniżej:


Ze wstydem przyznaję, że -
-  po pierwsze, przez pomyłkę napisałem "Komisji Europejskiej" a miałem na myśli Koalicję Europejską.
- po drugie, rzeczywiście zrobiłem swojemu blogowi reklamę - poniżej statystyki oglądalności...



Tak to jedna krytyczna uwaga w gazecie promującej jedyną słuszną sprawę potrafi zdziałać więcej niż 1000 fejsbukowych lajków.

Sunday, June 2, 2019

Niedzielne MaSzerowanie

Pierwsza niedziela czerwca a zatem - od 9 już lat - MS Walk czyli marsz na rzecz MS Society - Stowarzyszenia Stwardnienia Rozsianego (Multiple Sclerosis).

Przez te lata maszerowałem w słońcu



i w deszczu



ale zawsze w moim emerytowanym stroju narciarskim.




Czerwony to kolor tego marszu.

W tym roku... początki były nieco deprymujące. Na start dojechałem w czasie o 15 minut krótszym niż normalnie. Bez problemu znalazłem miejsce na parkingu.Na starcie było znacznie mniej ludzi niż w latach poprzednich.
Wniosek - marsz traci na popularności.

Na szczęście inne elementy dopisały.
Po pierwsze moja marszowa partnerka od kilku lat - Gudrun poznana w klubie narciarskim. W poznaniu się pomógł fakt, że urodziła się w Sorau, czyli w Żarach koło Żagania.
Po drugie pogoda - wbrew prognozom nie zapowiadało się na deszcz.



A więc start.


Wygląda na to, że z roku na rok staję się coraz mniejszy.

Za to procedury medyczne, które obrzydziły mi ostatnie 10 miesięcy zdają się przynosić rezultaty. Nie spostrzegłem się gdy obeszliśmy jezioro dookoła


Jeszcze kilka kroków i meta.


Za metą - pocieszająca wiadomość. Mimo pozornie mniejszego zainteresowania organizatorzy osiągnęli planowany cel finansowy.


Razem z podobnymi marszami w Sydney i Canberze zebrali ponad milion dolarów.

Mój wkład: prawie $400 w tym roku a przez te 9 lat prawie $6,000. Dziękuję wam bardzo moi sponsorzy.

W tym momencie nad jeziorem zaświeciło słońce.



Pozostawiłem więc Albert Lake jego prawowitym mieszkańcom.


Do zobaczenia za rok.

Moja strona zbierania funduszy TUTAJ.

Jeśli kogos interesuja moję wcześniejsze wpisy na ten temat, proszę kliknąć w etykietę MS Walk pod tym wpisem.

Thursday, May 30, 2019

Jabłko, stół, miedziak

Kilka dni temu otrzymałem od naszej służby zdrowia ofertę nie do odrzucenia -
spotkanie z pielęgiarką, która przedyskutuje ze mną problemy jakie przynosi ze sobą podeszły wiek i w razie potrzeby pomoże zorganizować odpowiednią pomoc.

Spotkaliśmy się.
- Na początek, powiem trzy słowa - jabłko, stół, miedziak (apple, table, penny) - postaraj się je zapamiętać, wrócę do nich kilka razy podczas naszego spotkania. Pamiętasz?
- Jabłko, stół, miedziak.
- Doskonale.

Teraz nastąpiły pytania o wiek, kraj pochodzenia, religię, dzieci...
- Pamiętasz te trzy słowa?
- Jabłko, stół, miedziak.

Dalsza rozmowa na temat ogólnej sprawności fizycznej... plus trzy słowa
- Jabłko, stół, miedziak.

- Teraz przeprowadzę prosty test arytmetyczny. Odejmij siedem od stu i kontynuuj odejmowanie siódemki od kolejnych wyników.
- Sto, dziewięćdziesiąt trzy, osiemdziesiąt sześć, siedemdziesiąt dziewięć, siedemdzie...
- Doskonale, wystarczy.
- ..demdziesiąt dwa, sześćdziesiąt pięć, pięćdziesiąt osiem...
- Dosyć, dosyć! Przestań proszę.
- Jabłko, stół, miedziak.
- Doskonale. To teraz...
- ...piećdziesiąt jeden, czterdzieści cztery, trzydzie...
- Pomocy! - zawołała pielegniarka i wybiegła z gabinetu.
Wstałem i podszedłem do drzwi. Były zamknięte. Przyjrzałem im się dokładniej. Nad klamką było jakieś urządzenie, pochyliłem się i wyszeptałem: jabłko, stół, miedziak.
Coś kliknęło w zamku, otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Było cicho i spokojnie. Poszedłem na przystanek tramwajowy.

Za chwilę nadjechał tramwaj siedemdziesiąt pięć.
... odjąć siedem równa się sześćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt dziewięć...
Przejechaliśmy sześć przystanków.
- Przystanek trzydzieści osiem - usłyszałem.
Zgadza się, wysiadłem i skierowałem się w górę ulicy. Na najbliższym skrzyżowaniu stała taksówka. Na mój widok kierowca wyszedł i otworzył drzwi.
Wsiadłem.
- Dokąd jedziemy? - zapytał.
- Jabłko, stół, miedziak.
- W porządku - odpowiedział i ruszył.

No i jestem gdzie jestem.

Tuesday, May 28, 2019

Zły to Kali co własny kalal kali

Codziennie rano nasza australijska telewizja wyświetla półgodzinny polski dziennik, POLSAT News.
W połowie czerwca nastąpi drobna zmiana:


Moja refleksja:

Siedzi Kali na skale
i własny kanał kale.
A wysoka była to skala.
Gdy już skalał ten kalał,
zniżył skale niedbale
i basem zaśpiewał tra-la-la.

P.S. Dzisiaj - środa - poprawili.
No proszę, jakie ja mam wpływy w mediach.

Sunday, May 26, 2019

Niedzielny spacer - dywan do...

Niecałe 2 tygodnie temu publikowałem zdjęcia jesiennych drzew w mojej okolicy.


Minęło kilka dni i większość liści wylądowała na chodniku. Zdawało mi się, że to dywan do nieba...



...ale zamiast iść prosto skręciłem do domu.
Wróciłem dzisiaj w to miejsce -



To już nie wygląda jak droga do nieba. Być może zaprzepaściłem jedyną szansę.

Friday, May 24, 2019

Monday, May 20, 2019

Występy gościnne

Dzisiaj odwiedzam bardzo mi miłe miejsce - KLIK.
Uwaga: zlinkowany wpis napisałem jeszcze przed premierą filmu braci Sekielskich.

Sunday, May 19, 2019

Niedzielne czytanie - wyniki wyborów

Wczoraj (sobota) odbyły się w Australii wybory do federalnego parlamentu.
Ponad miesiąc temu przedstawiłem TUTAJ dwie kandydatki, z których jedna zostanie moją reprezentantką.
Moja strategie wyborcza jest prosta. Głosuję na tego z czołowej dwójki kandydatów (w tym przypadku kandydatek), który ma mniejsze szanse. Uzasadnienie: niech ten, który wygra wie, ma jaknajmniejszą przewagę. Może to zachęci go do lepszej pracy.

Przedwyborcze sondaże wskazywały na pewne zwycięstwo Partii Pracy (Labor). A więc postanowiłem głosować na Liberałów.

Jednak ostatnie dni zachwiały moją decyzją. Zdenerwowały mnie liczne telefony i sms-y promujące dwie główne partie.
Zagłosuję na Zielonych - pomyślałem - oni nigdy nie zakłócili mojego spokoju.

W dniu wyborów jechałem po zakupy i po drodze mijałem punkt głosowania. W okolicach punktu kręciło się na rowerach dwóch agitatorów, którzy ciągnęli za sobą spore billboardy na kółkach. Oni jechali wąskim chodniku zmuszając licznych przechodniów do deptania trawnika.
Cóż za hipokryzja!

Co mi pozostało? Animal Justice Party.

Po powrocie do domu zajrzałem do ogródka sprawdzić czy pomidory nie dojrzały.
Dojrzały, tyle że podziobały je ptaki.
Ja wam pokażę sprawiedliwość - warknąłem i... wróciłem do pierwotnej koncepcji - Liberałowie, pani Gladys Liu.



Dzisiaj sprawdziłem wyniki.
Niespodzianka. Po pierwsze Liberałowie wygrali. Jeszcze nie wiadomo na ile, ale ich konkurent złożył już im już gratulacje.
Po drugie, w moim okręgu wyborczym przewaga zmienia się z godziny na godzinę. W tej chwili - niedziela, godzina 23.00, minimalnie prowadzi moja kandydatka.



166 głosów przewagi, ale policzono dopiero 73% głosów.
Dopiero teraz te wybory zaczęły mnie interesować.


Wednesday, May 15, 2019

Stan nieważkości

Konkursy piosenki mnie nie interesują. Ostatni który pamiętam to występ orkiestry Karela Vlacha w Sopocie, ale to chyba nie był festiwal.
Dwa dni temu widziałem w naszej tv wywiad ze śpiewaczką Kate Miller-Heidtke, australijską reprezentatką na Eurowizji 2019. Ciekawa osoba.
Dzisiaj dowiedziałem się, że wykonana przez nią piosenka Zero Gravity zakwalifikowała się do finału.
Obejrzałem...



Po pierwsze według mnie to nie jest piosenka, po drugie nie wiem co to jest i nie próbuję wiedzieć, po trzecie to jest fantastyczne.

Na youtube znalazłem pełne, ale statyczne, wykonanie - TUTAJ.
TUTAJ zaś znalazłem artykuł z fragmentem wykonania, w którym śpiewaczka fruwa na patyku jak na zdjęciu powyżej.

P.S1. Dodane w czwartek. Głównym przebojem wspomnianej na wstępie orkiestry Karela Vlacha był Wiśniowy sad. Google nie chciało go znaleźć, a Klub seniorów potrafił. Rosyjski filmik TUTAJ.
P.S2. W komentarzach dostałem link do filmu na youtube, który prezentuje nagranie, w którym solistka fruwa na patyku. Bardzo dziękuję.
Jednak po porównaniu obu wykonań wyżej sobie cenię to statyczne - znajduję w nim dużo więcej dramatu. A tłem piosenki jest dramat - depresja post-natalna. Za solistką unosi się widmo. Na początku groźne i straszne, pod koniec już nieco oswojone.

Tuesday, May 14, 2019

Czerwono mi





Liście zaszeleściły:
Czerwone! Stop! Zatrzymaj się!
Stoję. Już od lat.



Sunday, May 12, 2019

Niedzielne czytanie - moja jedyna opowieść

Wspominałem kilka razy na tym blogu angielskiego pisarza Juliana Barnesa. Przeczytałem już chyba tuzin jego książek, wszystkie mnie trochę zdenerwowały, ale bogactwo jego języka i przewrotność rozważań przeważają nad odbiorem treści więc czytam dalej.

Tym razem jest to The Only Story czyli... Jedyna Opowieść.
Niby jedyna a na okładce widać, że autor ma wątpliwości. Typowe.

Oto jego wyjaśnienie:
Większość z nas ma do opowiedzenia tylko jedną historię. Nie mam na myśli, że wydarzyła nam się tylko jedna rzecz: wydarzyła się ich niezliczona ilość i przerabiamy je na niezliczone opowieści. Ale tylko jedna z tych opowieści się liczy. Moja.

Tu pojawia się problem. Jeśli to jest twoja jedyna opowieść, to opowiadałeś ją najczęściej, choćby nawet samemu sobie. 
Stąd pytanie: czy te powtórne opowiadanie zbliżyło cię do tego co się naprawdę wydarzyło, czy raczej cię oddaliło?

Pewnym testem jest porównanie, czy w kolejnych wersjach wypadasz w swoich opowieściach jako lepszy człowiek, a może jako gorszy. Jeśli jako gorszy, to może oznaczać, że stajesz się bardziej prawdomówny. Jest też inna możliwość - antybohaterstwo, przedstawiasz siebie gorszego niż byłeś, a to może być formą samochwalstwa.

Bardzo na czasie. Jestem zdecydowanie na etapie opowiadaniu samemu sobie Mojej Opowieści. Zastanowiłem się nad ostatnim zdaniem. Wydaje mi się, że w kolejnych powtórkach wypadam coraz gorzej.
Staję się bardziej prawdomówny? To pytanie uważam za bezsensowne. Po pierwsze, i ostatnie - cóż jest prawdą?
Nie jest to samochwalstwo, nie czuję się po takim opowiadaniu lepiej.
Nie czuję się też gorzej. Rozkładam ręce z bezradnym uśmiechem - jakoś tak się złożyło.

Thursday, May 9, 2019

Dyscyplina pracy

Ostatnio jednym z głównych tematów w australijskich mediach jest przyszłość zawodowa czołowego zawodnika rugby - Izraela Folau - patrz  Wikipedia.


Zawodnik napisał na instagramie:

Warning: drunks, homosexuals, adulterers, liars, fornicators, thieves, atheists, idolaters. Hell awaits you. Repent! Only Jesus saves.
...

Moje tłumaczenie:
Ostrzeżenie: pijacy, homoseksualiści, cudzołożnicy, kłamcy, złodzieje, ateiści, bałwochwalcy. Oczekuje was piekło. Skruszcie się! Tylko Jezus może was uratować.

Australijski związek rugby, z którym zawodnik ma kontrakt na kwotę $3 miliony, uznał to za złamanie warunków kontraktu.

Osobiście mocno wątpię żeby w kontrakcie była klauzula, że nie wolno ludzi straszyć piekłem. Z mediów wiem, że liczne i wysokokwalifikowane zespoły prawników reprezentujacych obie strony debatowały trzy doby i nie rozstrzygnęły sprawy.

Oczywiście punktem zapalnym jest umieszczenie homoseksualistów w gronie cudzołożników i pijaków. Zawodnik deklarował się publicznie jako przeciwnik związków osób tej samej płci oraz wielokrotnie potępiał homoseksualistów.

Ciekaw jestem czy ten przypadek spowoduje globalną zmianę umów o pracę.
A co będzie z emerytami? Mogą nadal straszyć?

Na marginesie - ciekaw jestem czy w przypadku zerwania kontraktu  I. Folau będzie mógł zarejestrować się jako bezrobotny, albo ubiegać o azyl w... no właśnie - w którym kraju mógłby on się ubiegać o azyl? Pierwsza przyszła mi do głowy Polska, ale ona przecież nie przyjmuje uchodźców.

Sunday, May 5, 2019

Niedzielne czytanie - spowiedź

Sobotnie popołudnie, wczesna wiosna. Mały chłopiec, którego twarz wyglądała jakby była wyszorowana szczotką, prowadzony przez siostrę przez zatłoczoną ulicę. Chłopiec wykazywał wyraźną niechęć do posuwania się do przodu. Siostra próbowała go pospieszać, on stawiał opór. Nienawiść, z jaką patrzyła na niego była wręcz diaboliczna, ale kiedy mówiła odcień jej głosu był pełen serdeczej czułości.
- O Boże, pomóż nam - westchnęła do jego ucha ze współczuciem.
- Zostaw mnie - odpowiedział wbijając pięty w chodnik - nie chcę iść, chcę do domu.
- Ale musimy iść, Jackie. Musisz iść. Inaczej ksiądz przyjdzie do nas z kijem.
- Nie obchodzi mnie to. Nie pójdę.
- Na miłość boską, okropnie mi żal, że nie byłeś grzecznym chłopcem. Och, Jackie, serce mi się ściska z bólu za tobą. Za te wszystkie kłopoty jakie sprawiłeś babci, i że nie chciałeś z nią jeść przy tym samym stole, i że kopnąłeś ją w kostkę, i jak się schowałeś z nożem pod stołem. Nie wiem czy ksiądz będzie w ogóle chciał ciebie słuchać. Myślę, że on może cię wysłać do biskupa. Och Jackie, co ty myślisz o swoich grzechach?
Ogłupiały od strachu Jackie dał się przeprowadzić przez ulicę do bram kościoła. W bramie utknął, ale było już za późno. Nora przeciągnęła go przez dziedziniec a jej pełen współczucia szept zamienił się w triumfalny syk:
- No, mamy cię. Przyłapaliśmy cię! Dostaniesz modlitwy pokutne. Tu się wyleczą, ty zaropiały błaźnie!
Wepchnęła go do ciemnego pokoju. Nie widział księdza. Niczego nie widział. Klęknął przy ścianie i powiedział: Pobłogosław mi ojcze bo zgrzeszyłem. To moja pierwsza spowiedź.
Nie było odpowiedzi. Powtórzył głośniej. Brak odpowiedzi.
Przesunął się do przeciwnej ściany, klęknął i powtórzył jeszcze raz. Bez skutku.
Oczy przyzwyczaiły się do ciemności i wtedy zauważył coś jakby półkę na wysokości swojej głowy. Zrozumiał - to jest klęcznik.
Myślał zawsze, że wszędzie potrafi się wdrapać, ale tym razem nie dał rady. Nie było gdzie oprzeć stopy. Ześlizgnął się dwa razy zanim wreszcie oparł kolana na półce.
- Pobłogosław mi ojcze bo zgrzeszyłem. To moja pierwsza spowiedź.
Nagle otworzyło się małe okienko i odezwał się zaniepokojony głos: kto tu jest?
W tym momencie Jackie stracił oparcie, poczuł że spada, uderzył głową w drzwi, które otworzyły się a on wpadł do kościelej nawy. W tym samym momencie doskoczyła do niego siostra.
- Wielki Boże! - krzyknęła - ty mazgaju! Wiedziałam, że tak będzie! Wiedziałam, ze narobisz mi wstydu!
Jackie dostał klapsa w ucho.
- Co to? Co tu się dzieje? - zawołał ksiądz. - Nie bij tu dziecka ty mała jaszczurko!
- Nie mogę przez niego odmówić mojej pokuty! - krzyczała Nora piskliwie. - on mnie doprowadza do szału. Przestań ryczeć ty brudny szczurku! Przestań natychmiast albo dostaniesz z drugiej strony!
- Precz stąd ty mały babsztylu! - zawarczał ksiądz. Nagle zaczął się śmiać. Wyciągnął chustkę i wytarł chłopcu nos. - Pokaż głowę, nic ci się nie stało. Przejdzie ci zanim zdążysz się drugi raz ożenić. A więc... przyszedłeś do spowiedzi?
- Tak proszę księdza.
- Taki duży chłopiec na pewno ma okropne grzechy. To twoja pierwsza spowiedź?
- Tak, proszę księdza.
- Tym gorzej , tym gorzej. Usiądź tutaj na chwilę aż skończę z tymi dorosłymi i pogadamy sobie dłużej.
Jackie usiadł. Nora pokazała mu język.
Spływało na niego uczucie ulgi. Poczucie uciemiężenia, które ciążyło nad nim przez cały tydzień ustąpiło. Zdał sobie sprawę, że chciał odbyć złą, nieszczerą spowiedź. To wszystko przez kobiety. Te wszystkie kobiety i dziewczynki i ich głupie gadanie.
Gdy wreszcie nadszedł moment spowiedzi nie czuł strachu, nie spuścił nawet oczu.
- Ojcze - powiedział ochrypłym głosem - zaplanowałem zabić babcię.
Zapanowała cisza. Jackie nie odważył się podnieść oczu, ale czuł na sobie wzrok księdza. Po chwili ksiądz się odezwał:
- Swoją babcię?
- Tak ojcze.
- Mieszka z tobą?
- Tak.
- A dlaczego chcesz ją zabić?
- O Boże, jaka to okropna kobieta!
- W jaki sposób okropna?
Jackie musiał chwilę się zastanowić.
- Ona bierze tabakę.
- Wielki Boże!
- I chodzi po domu na bosaka.
- Oj-oj-oj.
- Ona jest okropna - Jackie poczuł napływ szczerości - popija piwo. I bierze ziemniaki z talerza rękami. I daje Norze miedziaki a mnie nic nie daje, bo wie że nie mogę jej znieść. I ojciec bierze jej stronę i mam już dosyć i jednej nocy postanowiłem ją zabić.
Jackie zaczął szlochać wycierając nos rękawem.
- A w jaki sposób chcesz ją zabić? - spytał ksiądz łagodnym głosem.
- Siekierą ojcze.
- W łóżku w czasie snu?
- Nie ojcze, jak je ziemniaki i pije porter, to ona zasypia.
- I wtedy uderzysz ją siekierą?
- Tak ojcze.
- A nie lepiej nożem?
- Może i lepiej, ale ja nie znoszę widoku krwi.
- A, oczywiście, nie pomyślałem o krwi.
- Ja nie mogę patrzeć na krew ojcze. Raz o mało nie dźgnąłem Nory nożem jak mnie złapała pod stołem, ale się bałem krwi.
- Jesteś strasznym dzieckiem - powiedział ksiądz z podziwem.
- Jestem ojcze - odpowiedział Jackie pociągając nosem.
- A co z ciałem?
- Z ciałem?
- No jak ktoś znajdzie i powie ludziom.
- Pokroję je nożem a kawałki zagrzebię. Włożę je w pudło i wywiozę wózkiem.
- Całkiem dobrze zaplanowane.
- Już próbowałem ojcze - Jackie poczuł przypływ pewności siebie. - Pożyczyłem kiedyś wózek i próbowałem o zmroku.
- Nie bałeś się?
- Nie, no może trochę.
- Jesteś okropnie odważny - powiedział ksiądz. - Jest masa ludzi, których chciałbym się pozbyć, ale nie jestem odważny jak ty. No i powieszenie to okropna śmierć.
- Tak?
- Okropnie okropna.
- Ojciec widział powieszonego?
- Tuziny i wszyscy umarli wyjąc.
- Ooooo.
- Huśtali się godzinami i ryczeli jak dzwony w dzwonnicy aż przyszedł czas żeby ich spalić. A nie byli jeszcze wcale martwi.
- Och...
- Tak, tak że na twoim miejscu pomyślałbym jeszcze o tym. Według mnie nie warto. Nawet gdy chodzi o pozbycie się babci. Pytałem o to z tuzin ludzi takich jak ty i wszyscy powiedzieli - nie, nie warto.

Nora czekała na dziedzińcu.
- No? - zapytała - co ci dał?
- Trzy Zdrowaś Maria.
- Chyba nie powiedziałeś mu wszystkiego.
- Powiedziałem wszystko!
- Co mu powiedziałeś?
- To czego ty nie wiesz.
- Akurat! Dostałeś trzy zdrowaśki bo widział że jesteś beksa.
Jackie się nie przejmował. Czuł że świat jest dobry. Zaczął gwizdać na ile zator w ustach mu pozwalał.
- Co tam ssiesz?
- Cukierek.
- Ksiądz dał ci cukierek?
- Acha.
- Wielki Boże! - powiedziała Nora - niektórzy mają szczęście. Mogłabym grzeszyć tak jak ty. Nie ma pożytku z bycia dobrym.

Frank O'Connor - First Confession - tłumaczenie, z lekkimi modyfikacjami, moje.

Inspiracją wpisu była dzisiejsza ceremonia przedstawienia dzieci, które mają wkrótce przystąpić do pierwszej spowiedzi.
Ceremonia, błogosławieństwo, poparcie całej parafii. Nie pochodzę z Irlandii, nie miałem siostry, nie pamiętam babci, ale powyższa opowieść jakoś mi bliższa.

Thursday, May 2, 2019

A-KIH-ito zrobił a-psik!

Media doniosły o abdykacji cesarza Japonii Akihito.
Moja diagnoza w tytule.

Poniżej zaś, zgodnie z japońską tradycją - haiku - a raczej hai-ku-ku.

Mamy cesarza,
zapachniały wiśnie.
Cesarz nie kichnął.

Skąd takie zainteresowanie Japonią?
Wspomnienia, wspomnienia. 22 lata temu pojechałem do Japonii wziąć udział w 3 maratonach narciarskich.
Był to bardzo udany wyjazd, raport "techniczny"  TUTAJ.

W raporcie wspominam obecność księcia Mikasy. Wówczas był on 6. w kolejce do tronu.
Najpierw widziałem go na kolacji w przeddzień wyścigu.
Ach, coż to była za kolacja. Naszą nieliczną australijską grupę zaskoczył dobór jedzenia - japońskie - przewaga owoców morza. W zachodniej Europie i USA w przeddzień wyścigu odbywa się "pasta loading" czyli napychanie się kluskami, które do rana powinny zamienić się w czystą energię.

Książę trzymał się nieco z daleka. Wszyscy podchodzący do niego oficjele kłaniali się wyjątkowo nisko. Jedyni uczestnicy wyścigu, na których zwrócił uwagę to niewidomi narciarze. Wikipedia to potwierdza - KLIK.
Z wikipedii dowiedziałem się, że książę Mikasa był ode mnie kilka lat młodszy i że kilka lat temu umarł.
Czy jest na tym świecie ktoś starszy ode mnie?
Halo?
Nie słyszę.

Monday, April 29, 2019

Pożegnanie bloxa

Blox - prowadzona przez firmę Agora (Gazeta Wyborcza) platforma blogowa.
Zauważyłem ją w 2006 roku przed wyjazdem do Polski.
Mój syn, Michał, doradził:
- Tatusiu, starsi ludzie tacy jak Ty mają zwyczaj opowiadać w kółko te same historie. Teraz wyjeżdżasz do Polski, po powrocie pewnie będziesz miał dużo do opowiadania. Zapisuj to na bieżąco na blogu, to po powrocie nie będziesz nudził towarzystwa. Jak kogoś to interesuje to podasz mu adres swojego blogu.

Posłuchałem - blog nazywał się kangurwpolsce.

Po powrocie do Australii trudno było mi się rozstać z blogowaniem. Tytuł blogu nie miał już sensu więc skasowałem blog i założyłem nowy - polakdogorynogami. Taki tytuł nadawał moim relacjom z Australii chicagowski Dziennik Związkowy.

Blox to była nie tylko strona internetowa, to była również platforma blogującej społeczności. Strona główna sygnalizowała na bieżąco publikowane blogi, prowadziła ranking blogów.
Blogerzy wymieniali się doświadczeniami, projektowali szablony, czuło się koleżeńskie więzi.

Kulminacją był zorganizowany w 2008 camp blogerów. Szczęśliwie się złożyło, że przebywałem wtedy w Polsce i mogłem wziąć w nim udział.

Lokalizacja - Jurata. Na początek poszukiwanie skarbu w Zatoce Puckiej. Na poszukiwanie ruszyliśmy potężnymi motorówkami.


Skarbu dotykaliśmy już końcami palców, ale podnoszący się poziom wody zmył nas do bazy w Juracie.


Potem był jeszcze wieczorek integracyjny i 24 godziny nieprzerwanego blogowania.


Podobne obozy odbyły się jeszcze kilka razy, ale już bez mojego udziału.

W którymś momencie pomieszały mi się nieco kierunki i skasowałem blog. Długo jednak nie wytrzymałem. Przypomniało mi się zauważone w Polsce na płocie hasło: żyje się tylko raz, potem się już tylko straszy.

Kolejny blog miał więc nazwę drugiezyciebloggera.

Równolegle zacząłem spisywać w blogowym formacie  moje wspomnienia z 40 lat życia w PRL. Tytuł - Dziecko Komuny (dzieckom).

W międzyczasie zostałem zaproszony do współpracy przez kółko Panien po 30-tce (ewamaria030). Ta współpraca trwa nadal choć już na innej platformie blogowej.
.
3 lata temu blox zaczął wykazywać wyraźne objawy zapaści, przeniosłem swoje straszenie tutaj.

Przez te lata blogowanie zmieniło swój charakter. Wielu blogerów zamieniło blogi na profesjonalne strony internetowe. Wielu osobom wystarczy Facebook.
Nie zdziwiła mnie więc wiadomość, że z końcem kwietnia blox przestanie istnieć.

Dziękuję Agorze i bloxowi za te 13 lat. Wszystkim "bloxowcom" życzę pomyślności w nowym środowisku.