Tydzień temu informowałem o plebiscycie australijskiego radia - ABC/Classic - Największy utwór muzyczny Wszechczasów - w ostatnią niedzielę poznałem wyniki - KLIK.
Jak już wspominałem - nie przywiązuję wielkiej wagi do wyników takich plebiscytów, ale jestem zadowolony, że są (od czasu do czasu). Dają mi poczucie przynależności do... grupy nieznanych mi ludzi.
Jak się spodziewałem/obawiałem wygrała IX symfonia L. van Beethovena. Obawiałem, bo wyjątkowo nie lubię tego utworu a już najbardziej finałowej Ody do radości - przypomina mi masowe pieśni z okresu PRL.
A co mi się podobało... 2. miejsce - V koncert fortepianowy L. van Beethovena - zgoda. 5. Mesjasz - G. F. Haendel - znaczy - Alleluja - całe oratorium jest jednak bardzo długie. 6. Mass for Peace - K. Jenkins 9. Requiem - W.A. Mozart 21. 4 pory roku - Zima - A. Vivaldi + 30 - Wiosna - + 66 - Lato + 158 - Jesień + 47 - Cztery pory roku przerobione przez niejakiego Maxa Richtera. Ten sukces zapisuję na konto troski ludzi o klimat. 26. Bolero - M. Ravel - wolałbym Koncert fortepianowy G-dur. 27. Carmina Burana - C. Orff - tutaj węszę przekręt - kantata o tym tytule ma aż 24 części, z tego trzy da się wytrzymać. Wątpię czy ktoś z głosujących wysłuchał całej kantaty, liczy się tylko jedna część - O Fortuna. 31. Nokturny - F. Chopin 32. Romeo i Julia - S. Prokofiew - ale wolałbym Symfonię Klasyczną. 64. Pasja wg św Mateusza - J.S. Bach.
Ogólne wrażenia -. Aż kilkanaście pozycji to muzyka filmowa co potwierdza moje obserwacje sprzed tygodnia - nowoczesna muzyka stwarza napięcia, które wymagają wsparcia jakąś treścią, obrazem. Muzyka klasyczna XVII i XVIII wieku... przenikała słuchacza. Kilka utworów kompozytorów australijskich w tym dwa autorstwa osób o korzeniach Aborygeńskich. To rezultat polityki programowej radia ABC - nie zgłaszam pretensji.
Zwróciłem uwagę na bardzo mocną pozycję P. Czajkowskiego - Koncert fortepianowy, Uwertura 1812, Jezioro Łabędzie, Dziadek do orzechów, dwie symfonie. W ogóle - muzyka rosyjska trzyma się mocno.
W plebiscycie brało udział 184,000 osób - to miłe.
Dzisiaj - poniedziałek - a w Australii dzień wolny - czyli podobnie jak w Polsce, ale po złej stronie niedzieli.
Drugi poniedziałek czerwca to u nas King's Birthday - KLIK. Król daleko - a co blisko? Przed laty Urodziny Królowej (bo wtedy panowała nam Królowa) to był oficjalny początek sezonu narciarskiego. Teraz chyba też jest, ale media jakoś o tym nie wspomniały. Więc ja wspomnę, że w górach jest śnieg i uruchomiono kilka wyciągów.
Niestety narty to dla mnie bardzo dawne wspomnienia więc ograniczę się do dnia dzisiejszego. No więc... piękna pogoda. Wyszedłem na spacer... Oficjalnie od 1 czerwca mamy już zimę, ale drzewa jeszcze pamiętają jesień...
---
Na ulicach chyba mniej ludzi, mniej samochodów - co ci ludzie dzisiaj robią? Ja wróciłem do wspomnień, a te przypomniały święto Bożego Ciała.
Wyjaśnienie - w Australii Boże Ciało świętowano w ostatnią niedzielę, katedra w Melbourne zorganizowała z tej okazji całkiem imponującą procesję - tu video z zeszłego roku - KLIK. W poniedziałkowych wiadomościach pokazano papieża biorącego udział w procesji Bożego Ciała w Madrycie - też w niedzielę.
Sprawdziłem - KLIK - zaskoczenie - w czwartek świętuje tylko kilkanaście krajów, nie ma wśród nich takich ostoi chrześcijaństwa jak Hiszpania czy Włochy, Argentyna czy Brazylia.
Cofnąłem się do wspomnień... Rok... chyba 1955... Boże Ciało - czwartek - dzień wolny od pracy i od szkoły - procesja. Byłem już w szkole średniej - szkoła zorganizowała atrakcyjną wycieczkę - kilkanaście kilometrów od miasta, lasek nad rzeczką, będą atrakcje i gorący posiłek. Obecność obowiązkowa. Gdy wspomniałem o tym Mamie, podniosła brwi do góry - przecież wiesz, że w czwartek idziemy na procesję! - Ale... - Nie ma ale.
Poszliśmy na procesję, czułem się bardzo niewyraźnie, otuchy nabrałem dopiero na widok kolegi z mojej klasy. Jego matka podeszła do mojej Mamy - uścisnęły się - gdyby pani potrzebowała to mój mąż może wystawić Leszkowi świadectwo lekarskie. Podskoczyłem z radości.
- Dziękuję pani bardzo - odpowiedziała Mama - pani mąż niepotrzebnie się naraża, przecież ONI wiedzą, że jesteśmy na procesji. Poczułem mróz w sercu - dlaczego??? - Co za nonsens - komentowała moja Mama - niby wyznajesz Boga a jednocześnie kłamiesz. ONI właśnie na to liczą, że się ich tak boimy, że wyprzemy się własnej wiary. W szkole powiesz, że matka kazała ci iść na procesję.
Jakoś nie podniosło mnie to na duchu.
Następnego dnia, już na progu szkoły, czekał na mnie kolega ze starszej klasy - działacz ZMP - Związek Młodzieży Polskiej - KLIK. - M..ski - dlaczego nie byłeś wczoraj na wycieczce? - Bo matka kazała mi iść na procesję. Ta odpowiedź mocno go chyba zaskoczyła bo zastanawiał się dość długo, wreszcie powiedział: - To doradź swojej matce żeby przeniosła cię do szkoły zawodowej, bo nasze liceum przygotowuje na studia a MY już dopilnujemy żebyś na żadne studia się nie dostał.
To było celne trafienie. W ciężkich momentach moja Mama przywoływała pamięć kariery zawodowej mojego Ojca i jego braci - nie martw się synku, za kilka lat zostaniesz inżynierem i wszystko będzie dobrze. Co ja teraz Jej powiem? Bałem się wrócić do domu, aż do zmierzchu błąkałem się po parku, wreszcie ciemność i chłód zapędziły mnie do domu. Mama bez słowa przygotowała mi coś do zjedzenie, dopiero potem spytała jak było w szkole. Powiedziałem. Widziałem, że była wstrząśnięta. Pomódlmy się synku, nie wyparliśmy się Boga w czasie próby, módlmy się, żeby nam to zapamiętał. Uklękliśmy koło siebie - modlitwa nie poprawiła mi samopoczucia.
P.S. Rok później nadszedł Październik 1956, zmiana rządu, ZMP został rozwiązany, dwa lata później zacząłem studia.
Tak - był w Australii - to był rok... jakoś między 1988 - 1992 - byliśmy wraz żoną na koncercie, na którym dyrygował wykonaniem swojego utworu... może to były 3 poematy wg Henri Michaux - KLIK. Mieliśmy nawet okazję porozmawiać z nim kilka minut, ale wyznam, że brakowało mi tematu do rozmowy.
Z drugiej strony - z lat szkolnych pamiętam że muzyka W. Lutosławskiego była często grana w radio jako ilustracja do słuchowisk dla dzieci. Z trzeciej strony - festiwal Warszawska Jesień - zaskoczenie - W. Lutosławski brylował w czołówce kompozytorów muzyki nowoczesnej.
Przypomniałem sobie te chwile gdy dostałem powiadomienie, że w Melbourne przebywa Kwartet im.W. Lutosławskiego ---
Cel pobytu - tydzień warsztatów muzycznych w Australijskiej Narodowej Akademii Muzyki - ANAM a przy okazji 2 koncerty dla publiczności.
Ostatni piątek - ciemno i chłodno - u nas już zima. Koncert miał miejsce w budynku byłego klasztoru - Abbotsford Convent. Spory dystans do przejścia, po drodze mijali nas młodzi ludzie, szczególną uwagę zwracali ci z wiolonczelami na plecach.
Koncert - w programie Grażyna Bacewicz - 3 kwartety - na 4 skrzypiec, na 4 wiolonczele i na kwartet smyczkowy. Największe wrażenie zrobił na mnie ten drugi - 4 wiolonczele - KLIK. Glissanda przeplatane ze stukaniem, skojarzenie - Tren pamięci ofiar Hiroszimy - czułem niepokój, ale nie na miarę bomby atomowej. Po przerwie - m.in. II kwartet smyczkowy K. Szymanowskiego.
Wrażenia ogólne - sam pobyt w sali koncertowej wzbudza we mnie pewne emocje, ale tym razem tych emocji nie wzmacniała muzyka. Oczywiście były momenty, które przyspieszały bicie serca, ale tylko na chwilę.
Miłym urozmaiceniem była rozmowa prowadzącego koncert z członkami kwartetu - młodzi ludzie, weseli, zrelaksowani, mówili po angielsku bez obcych akcentów. Sympatyczny wieczór, ale już nie nasz świat.
Dzisiaj - sobota - program radiowy ABC/Classic zdominowany przez co dwuletni plebiscyt, tym razem - Greatest classical music of all times - Najwspanialsza muzyka klasyczna wszechczasów - KLIK.
Z jednej strony, nie przywiązuję większej wagi do podobnych głosowań, z drugiej - ciekawi mnie czy są jeszcze osoby o podobnych upodobaniach muzycznych, no i okazja do wysłuchania w radio znanych utworów. Połowa plebiscytu za nami - uwagi ogólne - sporo muzyki filmowej - no tak, to łatwiej przełknąć. Sporo muzyki australijskich kompozytorów - też dobrze. Zaniepokoiło mnie trochę, że połowa moich faworytów wylądowała w drugiej pięćdziesiątce. Kto wygra - obawiam się, że znowu IX Symfonia L. van Beethovena :(
Coś z życia... W czwartek odbywałem wizytacje charytatywne (Stowarzyszenie św Wincentego). Lało jak z cebra. Ciekawy przypadek - samotna pani mieszkająca w osiedlu domków opieki społecznej. W domu ciemno... - Awaria elektryczności? - pytamy. - Nie, uznałam, że elektryczność zbyt dużo kosztuje i zrezygnowałam. Jestem za stara do pracy, za młoda na emeryturę, żyję z bezrobocia. - Nie oglądasz telewizji? - Przecież widzicie, że nie mam telewizora. Na marginesie rozmowy dowiadujemy się, że nasza klientka ma troje dzieci, jest kwalifikowanym trenerem psów, udziela się w instytucjach charytatywnych, pracowała w firmie prowadzonej przez rodzinę z Arabii Saudyjskiej. Dosyć - zasadniczo nie powinniśmy rozwijać tematów, które nie mają niczego wspólnego z dzisiejszą prośbą o pomoc. A szkoda...
P.S. Kilka dni temu podano informację, że wysokość minimalnej płacy w Australii podniesiono na A$26 za godzinę, co daje ponad A$1,000 za pełnowymiarowy tydzień. Czyli ponad A$50,000 rocznie. Przypomniała mi się moja pierwsza posada w Australii ( 43 lata temu) - A$24,000 rocznie - wystarczyło żeby kupić dom. Teraz większości osób na to nie stać.
Pierwszego ducha zauważyłem już w piątek i to na zielonym tle...
Był czas dla ducha, pora zrobić coś dla ciała. Byłem na placu zabaw gdzie jest kilka maszyn do ćwiczeń. Siedzenia pokrywała poranna rosa...
Zdmuchnąłem ją, poszarpałem się z maszyną i udałem się na spacer po pobliskich ulicach. Zahaczyłem też o ulicę, przy której mieszka uduchowiona pani Deborah - KLIK.
Ledwie zrobiłem kilka kroków a usłyszałem wołanie - Lech? - Debra! Nie widzieliśmy się prawie rok... O czym tu mówić? Wiadomo, o zdrowiu - moim i mojej żony. O... polityce, o orkiestrze Armii Zbawienia - KLIK. A od muzyki już tylko mały kroczek do DUCHA... Deborah spojrzała w niebo, położyła mi rękę na ramieniu i zaczęła swoją tyradę. Niestety, jak na mój gust, było tam zbyt wiele wzmianek wiecznej nagrody w Niebie a na dodatek jeszcze męki bez końca dla Putina i jego poprzedników.
Tu przypomniało mi się jak wiele lat temu, w kazaniu z okazji Zielonych Świątek, ksiądz zauważył, że z praktycznego punktu widzenia są one chyba ważniejsze od Bożego "Narodzenia" gdyż przez resztę naszego bytu na tym świecie to właśnie Duch Święty będzie jedynym boskim reprezentantem.
Póki co moim pierwszym łącznikiem z otaczającym światem jest Google-AI - Sztuczna Inteligencja - SI.
Ostatnio zrobiło się sporo hałasu po wypowiedzi Olgi Tokarczuk na ten temat. Wiele osób odniosło się krytycznie. Zastanowiłem się... na ile istotne jest dla mnie kto jest autorem książki? Trochę jest - gdy książka mi się podoba odczuwam również sympatię do autora. Chciałbym się czegoś o nim, o niej, dowiedzieć. Chciałbym przeczytać kolejną książkę. Tu zaczyna się już nieco chwiejny grunt... wiele lat po śmierci słynnych twórców pojawiają się ich biografie, które mocno szpecą ich wizerunek. Czy coś w tego wynika? Dla mnie nic.
Czy więc jest istotne czy książkę napisał(a) podany na okładce autor(ka) czy ktoś inny? Tu przypomniały mi się dawne spory na temat - kto naprawdę napisał dramaty Szekspira - KLIK? Najbardziej podobała mi się odpowiedź - napisał je ktoś zupełnie inny, oszust, który dla niepoznaki przybrał nazwisko Wiliam Szekspir.
Dodatkowa komplikacja, to kwestia - jak duża jest część książki napisana przez SI? Może tylko opisy krajobrazów albo egzotycznych miejsc? Wiadomo, że wielu znanych pisarzy zatrudniało do powyższych zadań autorów-widmo (ghostwriters) - dobry przykład TUTAJ. I co?
Istnieje oczywiście negatywna strona medalu - SI może przemycić w swoim tekście elementy działające w określony sposób na psychikę czytelnika - chęć kupna jakiegoś towaru czy usługi, poparcie dla jakiegoś polityka... możliwości jest wiele. I jeszcze kwestia praw autorskich. Czy pisarz powinien informować jaki jest udział SI w jego dziele? Czy firma, która dostarczyła usługi SI może się domagać udziału w tantiemach?
Dość długo siedziałem cicho, ale w końcu jajo się stłukło... nie jedno...
Jedna z naszych wnuczek dostała zadanie zorganizowania obozu treningowego dla drużyny canoe-polo. Poszła na łatwiznę - zaprosiła 6-8 osób na nocleg w rodzinnym domu. Rezultat - wyeksmitowana część rodziny sprowadziła się do nas na dwie noce.
Znaczy dwa śniadania...
---
---
Pozostałe składniki, a było ich chyba tuzin, nie były tak fotogeniczne.
Jednak nie samym chlebem człowiek żyje. Po 7 tygodniach nieuchwytności zgłosiła się wreszcie firma, która wymieni nam zrujnowane w Wielki Piątek - KLIK - drzwi od garażu...
Firmę reprezentował jeden pan - pełne uznanie - bez żadnej pomocy zlikwidował prowizoryczne drzwi i zainstalował nowe co było całkiem skomplikowaną operacją. Do tego był bardzo rozmowny co stwarzało pewien kłopot - zostać z nim pamiętając, że - pańskie oko konia tuczy, czy cieszyć się towarzystwem wnucząt. Musiałem się nieco rozdwoić.
Przy okazji odświeżyłem swoją wiedzę na temat nowoczesnych technologii. Pan od drzwi wyliczył mi conajmniej 5 plusów dzięki którym nowe drzwi są lepsze od starych. Półgębkiem wspomniał istotny dla mnie detal - trzeba je regularnie czyścić i co trzy lata organizować konserwację. No tak, a te stare... przetrzymały 27 lat bez żadnych pielęgnacji.
Orienteering, po polsku - Bieg na Orientację - KLIK (polska wersja strony jest bardzo uboga). Zainteresowałem się tym sportem 35 lat temu, ogarnęła mnie wtedy pasja biegania maratonów narciarskich i potrzebowałem jakiegoś równoważnika na okres letni. Bieganie wokół boisk czy na wyznaczonych ścieżkach wydawało mi się zbyt jednostajne, co innego szukanie punktów kontrolnych w nieznanym terenie.
W skrócie wygląda to tak... Uczestnik otrzymuje mapę, na której zaznaczone są punkty, do których musi dotrzeć...
Punkt kontrolny...
Wygrywa ten, kto zrobi to w najkrótszym czasie.
Istnieje wiele odmian tego sportu - narciarska, rowerowa, kajakowa, nawet podwodna. Próbowałem pierwszych trzech.
Jednak najbardziej podoba mi się Rogaine - odmiana wymyślona w roku 1976 przez trójkę Australijczyków - Rod Philips, Gail Davis, Neil Philips. Jak na Australię przystało Rogaining to Orienteering do góry nogami -
- nie musisz dotrzeć do wszystkich punktów, ale tylko do tych, które sobie wybierzesz,
- żeby wygrać nie musisz pokonać trasy najszybciej - wszyscy mają ten sam limit czasu.
Wygrywa ten zespół, który w przepisanym czasie zbierze najwięcej punktów - punkty kontrolne mają różną wartość zależnie od stopnia trudności dotarcia.
Rogaining to sport zespołowy, logiczne - ponieważ istnieje zupełna swoboda wyboru trasy, to jest spora szansa zabłądzenia, lepiej mieć kogoś do towarzystwa.
Poniżej - ja w akcji...
Na początku moimi partnerami były dzieci.
Wraz z córką zajęliśmy 2 miejsce w rogainingu na nartach.
Wraz z synem spróbowałem 24-godzinnych zawodów. Oczywiście nie dałbym rady maszerować całą dobę, mieliśmy około 5 godzin snu w namiocie.
Udało mi się zachęcić do rogainingu kolegów z pracy - zdobyliśmy nawet mistrzostwo naszego stanu w kategorii weteranów (ponad 40 lat ).
Bardzo często korzystałem również z usługi - Find a partner - należało podać jaki wynik zamierza się osiągnąć i w większości przypadków maszerowaliśmy zgodnie.
Istotna sprawa - organizatorzy zapewniają gorący, syty posiłek.
Pewnego razu moją partnerką była dziewczyna z Korei.
Zakończyliśmy wędrówkę, pora na posiłek, moja partnerka zapomniała przynieść sztućce.
Mówię, że poprosimy w kuchni, ale ona podnosi z ziemi odpowiednie patyki, łamie na właściwy wymiar - I will use chopsticks.
Gorzej było gdy partnerem był Polak - oczywiście trafiliśmy na wysypisko rydzów. Kolega zbiera je gorączkowo, ja go poganiam bo czas ucieka.
- Boże, dziękuję Ci za te dary, wybacz proszę, że nie skorzystamy w pełni z Twojej łaski bo ten idiota (wskazuje na mnie) zmusza mnie do szukania tekturowych pudełek.
Oczywiście spóźniliśmy się na metę - punkty karne.
Street Orienteering.
Orienteering i Rogaining wymagają wielu godzin przygotowań trasy a udział w zawodach to wyjazd na jeden lub dwa dni.
Na szczęście bardzo ciekawą imprezę można zorganizować również w mieście.
Mapa wygląda tak...
Te czarne linie to ulice - nazwy nie podane.
W Melbourne zawody w Street Orienteeringu odbywają się przynajmniej raz w tygodniu, w dni robocze, o 6 wieczorem, czas trwania - 1 godzina - doskonałe uzupełnienie dnia pracy.
Rogaining - skutki uboczne.
W roku 1997 uczestniczyłem w 24-godzinnym rogainingu z naszym synem - Michałem. Poszło nam całkiem dobrze.
Następnego dnia, na uniwersytecie, do Michała zgłosił się przedstawiciel studenckiego Bushwalking Club - Michael, ty z Twoim partnerem wypadliście lepiej niż wszystkie zespoły studenckie. Proponujemy ci wyjazd na mistrzostwa Australii w Brisbane, pokrywamy wszystkie koszty, postaramy się znaleźć ci dobrego partnera.
Propozycja przyjęta.
Na te same zawody pojechała zupełnie przypadkowo Sarah, studentka tego samego uniwersytetu.
Znaleźli się!!!
Ślub odbył się dwa i pół roku później.
Tydzień przed ślubem...
Do Melbourne przyjechała siostra mojej żony - Roma.
Niedziela, piękna pogoda, Roma jest pełna energii.... wspominam, że za dwie godziny odbędą się zawody w Street Orienteering.
- Idealne! Właśnie czegoś takiego mi potrzeba. Trochę się poruszam po tylu godzinach siedzenia w samolocie i pójdę wcześniej spać.
Jedziemy na miejsce zawodów - wyjaśniam zasady gry, przypominam kilka razy, że słońce jest u nas po złej stronie - w południe będzie na pólnocy.
Mija godzina, zawody zakończone, wszyscy zawodnicy na mecie... oprócz Romy.
Gdzie jej szukać?
Labirynt ulic... wędrujemy 20 minut i dajemy za wygraną, kierujemy się na posterunek policji.
W tym momencie Michał zauważa ciocię Romę, macha do niej, ale ja go powstrzymuję - zaczekaj, podejdźmy cicho i zobaczmy co się stanie.
Roma wchodzi do pobliskiego sklepu, jest mocno zdenerwowana, podchodzi do ekspedientki...
- Przepraszam, popatrz na tę mapę. Ja muszę dotrzeć do tego punktu - pokazuje - ale nie wiem, w którym miejscu teraz jestem. Czy możesz pokazać mi na tej mapie, w którym miejscu jest twój sklep?
- A cóż to za głupia mapa? Tu nie ma nazw ulic. Dlaczego ty nie korzystasz z planu miasta, który można kupić w każdym kiosku? Skąd ty w ogóle masz taką mapę?
- Od rodziny, ja tu przyjechałam dzisiaj rano z Polski...
- Ty tu przyjechałaś do rodziny z Polski a oni dali ci taką mapę i wysłali samą na ulicę?
Idź na posterunek policji - tu, naprzeciwko - jak im powiesz nazwisko tej rodziny, to oni ich znajdą.
Chyłkiem wyprowadziliśmy Romę za sklepu.
Wesele było bardzo udane, nikt się nie zgubił.
Kontynuacja - cała piątka naszych wnucząt okazjonalnie startuje w zawodach rogainingu. Kilka tygodni temu, środkowa para, wygrała zawody w kategorii juniorów.
P.S.
Google, zapytane o Rogaine najprawdopodobniej odpowie tak:
Kilka dni temu nasz syn i synowa obchodzili 26. rocznicę ślubu - BACH! Niedziela - rocznicę celebrowaliśmy w przytulnej kawiarni - Four Beans Cafe.
Four Beans - Cztery ziarna - zgadza się - właśnie tyle dzieci im się urodziło. Dwoje z nich zagrało nam tęczową piosenkę - KLIK.
Powrót do domu i energiczny początek tygodnia... Najpierw coś dla zdrowia - zawiozłem żonę do szpitala na medyczną procedurę. Prosto za szpitala na... koncert muzyki symfonicznej, to już trzeci koncert w ciągu ostatnich 15 dni, przypominają mi się czasy studiów.
Muzyka W.A.Mozarta przeplatana z muzyką synów J.S. Bacha - Jana Christiana i Carla Philippa Emanuela (CPE) - czyli jak w tytule.
Na początek I symfonia W.A.Mozarta, napisał ją w wieku 8 lat. W tym czasie (1764-65) odbył on z ojcem długą podróż muzyczną po Europie, na trasie był Londyn gdzie Wolfgang miał okazję zapoznać się z muzyką J.C. Bacha i to wyraźnie wpłynęło na kompozycję I symfonii (w P.S. są linki do wszystkich utworów wykonanych na koncercie).
Johann Christian Bach - 1735-1782...
Najmłodszy syn Jana Sebastiana (1685-1750)...
Spore podobieństwo, ale duża różnica muzycznego stylu. Nic dziwnego J.C. urodził się gdy jego ojciec miał 50 lat, był dwudziestym (ostatnim) dzieckiem.
Koncert bardzo dobrze wykonany i dobrze zsynchronizowany. Ledwie zdążyłem wyjść z sali i włączyć telefon a tu już dzwoni lekarz ze szpitala - dobra wiadomość - zabieg udał się bardzo dobrze, żona wyjdzie ze szpitala jutro(wtorek) około południa.
Świetnie - co tu zrobić z kilkunastu godzinami "wolności"?
Bach - telefon z warsztatu naprawczego - twój samochód będzie gotowy za dwie godziny, oddaj wynajęty samochód i zadzwoń do nas to wyślemy po ciebie taksówkę.
I jak marionetka - odwożę, oddaję, słucham jak dzwonią, wsiadam gdy po mnie podjeżdżają, wysiadam, odbieram, wsiadam - moja świadomość zostaje uderzona CEPEM - uważaj, tu wszystko działa inaczej!
Szczęśliwie dojeżdżam do domu... Akcja - za 2 godziny przychodzi córka na obiad - większość potraw gotowa, pozostało ugotowanie i starcie buraczków - czerwono mi czerwono...
Wieczór upływa nam w miłej atmosferze. Noc równie dobrze - śpię jak zabity.... ale jednak żywy bo wstaję o właściwej porze i odbieram żonę ze szpitala.
Od poprzedniego wpisu minęły niecałe 3 dni a w tytule o 11 lat mniej - czego to nie dokona muzyka.
Wczoraj - niedziela - kolejny koncert - tym razem półamatorska orkiestra symfoniczna, której kibicujemy gdyż gra w niej nasza wnuczka, ale nawet bez tego zaskarbiła sobie naszą sympatię.
Repertuar - lata 20 zeszłego wieku - Paryż - Francja delektuje się zwycięstwem w I Wojnie - rozluźnione obyczaje i eksplozja nowej muzyki.
Pełen program koncertu w Post Scriptum, tutaj będzie trochę plotek... Lili Boulanger, siostra Nadii Boulanger chyba najbardziej znanej nauczycielki muzyki. Do jej uczniów zaliczali się G. Bacewicz, Ph. Glass, A. Copland, A. Piazzola, D. Barenboim... Prezentowany utwór bardzo mi się podobał, właśnie takie było moje wrażenie z pierwszego pobytu w Paryżu. Niestety Lili B. zmarła w młodym wieku.
Amerykanin w Paryżu - reminiscencje z wizyty G. Gershwina w Paryżu w 1926 r (100 lat). Podczas tej wizyty Gershwin zgłosił się na naukę do M. Ravela. Ravel nie przyjął go: dlaczego miałbyś być Ravelem drugiej klasy jeśli jesteś Gershwinem pierwszej klasy? Ja pamiętam ten utwór z filmu o tym samym tytule, tam prócz muzyki był jeszcze taniec - Gene Kelly i Leslie Caron - KLIK.
Zoltan Kodaly - Hary Janos - opera skomponowana w 1926 roku - 100 lat! Z. Kodaly - niezbyt znany kompozytor, ja poznałem jego muzykę w latach 60-tych za sprawą Bohdana Wodiczki - KLIK - który ożywił Operę Warszawską. Hary Janos - ludowa opowieść... dobry wojak Szwejk przeniesiony w czasy Napoleona :) To uprzytomniło mi różnice historyczne między Polską a Węgrami - Polska widziała w Napoleonie szansę odzyskania niepodległości, Węgrzy - wroga. Wracając do muzyki - nagranie zlinkowane w P.S. zawiera skoki do kolejnych części suity. Polecam część IV - Bitwa i porażka Napoleona oraz część V - Intermezzo - czardasz.
M. Ravel - Bolero - co tu pisać - pam-papapapapapa-pam... - 169 razy.. W związku z tym... poplotkuję... Zastrzeżenie - muzyka M. Ravela bardzo mi się podoba, nie potrafię napisać jak. Więcej o kompozytorze dowiedziałem się z książki S. Kisielewskiego - Gwiazdozbiór Muzyczny: "Dziwił nawet swoją postacią, swą zewnetrznością – był niecodzienny, osobliwy, jak ptak rzadkiej rasy. (…) Usposobienie Ravela pełne było sprzeczności: niezwykle pracowity, systematyczny, zakochany w matematyce… miał jednocześnie upodobanie do koleżeńskich cygańskich wieczorów, do nocnych włóczęg po Paryżu i małych, zagubionych kawiarenek. Przyjacielski, miły i dowcipny był przy tym wyjątkowo skryty: nikt nic nie wiedział o jego sprawach erotycznych, nigdy się nie ożenił, największą miłością jego życia była matka..."
Nikt nie wiedział? Ja zajrzałem do wspomnień słynnej plotkary - Almy Mahler. Ravelacja... W 1919 roku, Siergiej Diagilew, dyrektor słynnych Ballets Rousses, zamówił u Ravela muzykę do baletu, którego tematem miał być walc. Ale co można powiedzieć o walcu jeśli nie odwiedzi się Wiednia, stolicy tego tańca. M. Ravel zatrzymał się w Wiedniu w gościnnym domu Almy Mahler.. "Schodził na śniadanie wyperfumowany, w pełnym makijażu, w sukni z tafty i wyraźnie dobrze się czuł w takim przebraniu". Alma Mahler wspomina, że na zakończenie wizyty Ravela zorganizowała wieczór pożegnalny, na który zaprosiła cały świat muzyczny Wiednia. Młode wino lało się obficie, Ravel poprosił, żeby orkiestra grała walce Straussa, całował każdego, kto się nawinął i bawił się znakomicie. I to ma być skryty, trzymający się zawsze na dystans Ravel? Być może pobyt w zdominowanym przez kobietę domu, z dala od snobistycznego Paryża, w przyjaznym i beztroskim Wiedniu wyzwoliły skrzętnie ukrywane upodobania. Następnego dnia Ravel powrócił do Paryża i nikt już się niczego o jego upodobaniach nie dowiedział.
P.S. Program koncertu: - Lili Boulanger D'un matin de printemps - KLIK. - G. Gershwin - An American in Paris - KLIK. - Z. Kodaly - Hary Janos Suite - KLIK. - M. Ravel - Bolero - KLIK. - Alma Mahler - And the bridge is love -KLIK.
25 kwietnia - w Australii jest to ANZAC Day - KLIK - obchody rocznicy bitwy pod Gallipoli (Turcja) - 25 kwietnia 1915.
Ceremonie rocznicowe rozpoczynają się już o 6 rano - śpię smacznie ale na pewno mi się śni jak przed laty uczestniczyłem w tych ceremoniach razem z wnuczętami.
Dzień mamy dzisiaj przepiękny, podczas śniadania włączam telewizor - okazjonalna parada już trwa... Maszerują weterani niosąc flagi z nazwami jednostek wojskowych uczestniczących niejednej wojnie. Jedna sprawa jest wyjątkowa - na terenie Australii nie było nigdy wojny, jedyny wyjątek to bombardowanie miasta Darwin przez Japończyków.
Druga strona medalu jest dość zagmatwana... Australia była kolonią a potem dominium angielskim i musiała wykonywać polecenia swojego suwerena. Pierwszym chrztem bojowym była wojna burska - KLIK - raczej paskudna sprawa.
Pierwsza Wojna Światowa - Australia była już niezależnym państwem, ale wpływy brytyjskie były ogromne. Anglia poprosiła o pomoc ... zanim jeszcze rząd zorganizował mobilizację już zgłosiły się tysiące ochotników. Trudno mi powiedzieć co motywowało tych ludzi, może chcieli się przypomnieć ojczyźnie, którą dobrowolnie opuścili. Chrzest bojowy odbył się pod Gallipoli (Turcja) - KLIK - chodziło o zablokowanie cieśniny między Morzem Czarnym a Śródziemnym - blokowanie cieśniny - jakie to aktualne). Zginęło ponad 130,000 ludzi, nie osiągnięto praktycznie niczego.
Nie będę tu wyliczał kolejnych kampanii...
Słońce za oknem było silniejsze niż ponure skojarzenia - z przyjemnością obserwowałem maszerujących weteranów i ich krewnych i potomków i sam rwałem się do akcji. Proste - Wattle Park kilkaset metrów od domu. Znajduje się tam "samotna sosna" - wyrosła z ziarna przywiezionego spod Gallipoli. Już wczoraj oficjele złożyli tam kwiaty...
Kilka kroków z boku zauważam dwie osoby z mieczami zajęte jakimś rytualnym tańcem. Po kilku minutach sprawa wyjaśnia się pokojowo - to była jakaś odmiana tai chi. Chowają miecze i kręcą się dalej. Idę dalej w las... więcej drzew...
W pobliżu jest plac zabaw, stoły, piece do barbeque - wyjątkowo dużo ludzi. Profil rasowy - 70 % Azjaci.
Po godzinie spaceru wracam do domu - włączam radio - M. Ravel - Koncert fortepianowy na lewą rękę - jakże celny wybór - M. Ravel napisał ten koncert dla swojego przyjaciela Paula Wittgensteina - pianisty, który stracił prawą rękę na I Wojnie Światowej - KLIK.
Pora lunchu a ja znowu włączam TV - w samą porę - w Turcji, pod Gallipoli, jest właśnie 6 rano i mogę obejrzeć transmisję z tamtejszych uroczystości...
Bardzo dużo osób, oficjalne przemówienia, składanie wieńców - i tu zaskoczenie - wieniec składa delegacja z Węgier.
Szukam uzasadnienia... chyba znajduję - to uczczenie pamięci 14 australijskich lotników, którzy zginęli nad Węgrami podczas II Wojny Światowej.
A Polska? Polscy żołnierze mieli sporo kontaktów z Australijczykami. Najbardziej konkretny to Bitwa pod Tobrukiem. Przez wiele lat polscy weterani brali udział w marszu na ANZAC Day - Polskie Szczury Tobruku...
Teraz weteranów już nie ma. Zastąpili ich polscy harcerze, ale o to muszę zapytać nasze wnuczęta.
Niedziela - wyprawa do miasta na koncert - już/dopiero trzeci w tym roku. Podobnie jak 8 marca wystąpiła Australian Brandenburg Orchestra, tym razem jednak nie było żadnych włoskich wstawek - Bach, Telemann, Haendel.
6 tygodni różnicy - podczas poprzedniego koncertu temperatura sięgała 36C, w ostatnią niedzielę rano było 4C. Na szczęście był słoneczny dzień, nad rzeką tłumy ludzi - spacerują, szykują BBQ. Na szosie też gęsto od pojazdów, przed samym celem utknęliśmy w sporym korku.
Koncert - pełna sala, sympatyczni ludzie, poczuliśmy się jak w domu - zapomnieliśmy o upływie czasu i zmianie miejsca pobytu.
J.S. Bach - Kantata Wachet Auf - Czuwajcie - KLIK. Być może za bardzo sobie wzięliśmy do serca to polecenie gdyż w kolejnym punkcie programu dosłuchaliśmy się usterek. J.S. Bach - Koncert na dwoje skrzypiec - KLIK - za szybko, szczególnie w I części, a my pamiętamy wykonania D. Ojstracha - zwolnijcie proszę. Na szczęście w drugiej części kompozytor ich przyhamował.
Nie zamierzam tu relacjonować koncertu, nie potrafię. Koncert skończył się o 7, ale przecież mamy czas zimowy - ciemno wszędzie. Idąc do samochodu napotykam wielu młodych ludzi idących w przeciwnym kierunku. Domyślam się, że wyszli z pobliskiego teatru - podnosi mnie to na duchu.
W domu znajduję email od znajomego - piosenka stworzona przy pomocy SI - KLIK.
Co o tym myślę?
Po pierwsze, jestem już tak zaskorupiały, że nie interesuje mnie nowa muzyka, wystarczy mi to co dobrze znam. Po drugie - a co by było gdyby ktoś udowodnił, że J.S. Bach, W.A. Mozart nie skomponowali osobiście przypisywanych im utworów lecz dostali je od wysłańców z kosmosu? Jak dla mnie - nic. Muzyka to dla mnie jakiś nierealny świat więc dlaczego twórca miałby być realny?
Dwa wpisy temu wspominałem o wypadku - ktoś storpedował nasz garaż, uszkodził również auto, które było w garażu.
Ubezpieczenie zadziałało sprawnie - już pół godziny po wypadku przyszedł fachowiec, udało się wyprowadzić samochód z garażu - może jeździć ale blacha z przodu i tyłu nieco pogięta - trzeba oddać do naprawy.
Polisa ubezpieczeniowa samochodu daje opcję wyboru punktu naprawy, ale jest za to dodatkowa opłata więc nie korzystam - wybiera ubezpieczyciel. Za każdym razem wyznacza mi dość odległy warsztat, tym razem 12 km od domu. Po dostarczeniu samochodu do warsztatu załatwiają mi taksówkę do stacji wynajmu samochodu i jazda.
Prrrr... Nie tak szybko - za tym wszystkim stoi spora machina biurokratyczna, która owocuje licznymi kontaktami telefonicznym, "telegraficznymi" - message i "mailowymi". Telefony - na początku minimum 3 minuty informacji o tym z kim się połączyłem i sakramentalne słowa o tym z jak wielkim szacunkiem jestem traktowany i że oczekują ode mnie tego samego. Potem kilka minut czekania, informacja, że mnie łączą z właściwym działem i... od początku to samo. Jednak za każdym razem już po 10 minutach udalo mi się z kimś porozmawiać.
Warsztat naprawczy - wzięli ode mnie klucze od samochodu, wyświetlili stronę firmy wynajmu samochodów, pokazałem który model mi odpowiada (KIA Picanto) a tu już czekała na mnie taksówka.
Wynajem samochodu - o moim wyborze samochodu nic nie wiedzieli, praktycznie mieli mi do zaoferowania tylko jeden model - Mazda - Invalid Model - dokładnie tak pisze w umowie...
Powyższe zdjęcie pochodzi z umowy o wynajem, w naturze samochód jest biały a model... chyba Mazda CX-3. Umowę wypełniałem przy pomocy aplikacji Gemini coś tam.
Uwaga: poniższa relacja może znudzić i zdenerwować osoby korzystające ze współczesnych samochodów - bardzo przepraszam.
Pani w punkcie wynajmu przekazuje mi klucz do samochodu i wyjaśnia - w samochodzie nie ma stacyjki, tym niemniej miej ten klucz zawsze przy sobie, samochód nie pojedzie jak klucz nie jest w środku. A ja? Czy samochód pojedzie z kluczem, ale beze mnie?
Wsiadam i nie wiem co teraz zrobić z tym kluczem. Kładę na siedzeniu i... odruchowo biorę go w rękę i nie mam go gdzie włożyć. Na szczęście pani z parkingu pokazuje mi właściwy guzik - naciśnij tutaj. Naciskam - NIC. Pani uśmiecha się wyrozumiale - musisz przy tym naciskać pedał hamulca. Naciskam (pedał) - na guziku zapala się światło - naciskam (guzik) - samochód warczy. Zauważam na tablicy rozdzielczej czerwone światło wizerunku hamulca. - Naciśnij tamten guzik - radzi pani. Naciskam, czerwone światło gaśnie, tradycyjną dźwignią ustawiam bieg - jazda.
Samochód jest trochę większy od naszego własnego więc jadę ostrożnie i trzymam dystans. Zatrzymuję się na światłach - gaśnie silnik. To akurat nie jest dla mnie nowiną, na wizytacje klientów Stowarzyszenia św Wincentego jeżdżę z kolegą, którego samochód zachowuje się tak samo. Odkryciem jest fakt, że silnik zapala się w momencie gdy zdejmuję stopę z hamulca.
Od czasu do czasu, gdy zmieniam pas jezdni, słyszę jakieś sygnały ostrzegawcze. To ostrzeżenia, że odległość do samochodu za mną jest trochę mała. Na parkingu jest jeszcze ciekawiej, włączam bieg wsteczny, na ekranie wyświetla się widok z kamery, na ekranie widzę że ktoś przechodzi jakieś 5 metrów za samochodem - sygnał dzwoni ostrzegawczo. Do tego lusterka wsteczne - już sam nie wiem gdzie mam patrzeć.
Koniec nudzenia o samochodzie. Teraz nadszedł okres oceny - co kilka godzin otrzymuję email z prośbą oceny - firmy ubezpieczeniowej, warsztatu naprawczego (jeszcze nie zaczęli naprawiać), wypożyczalni samochodów. Formularze oceny są prawie takie same, ponad połowa pytań wydaje mi się zbyteczna.
Kamil i Kamila, oboje byli k..a mili więc milicję założyli... i dobrze sobie żyli. Czasem komuś przyłożyli, w decyzjach się nie mylili, szczególnie gdy się modlili. Czasem nawet się namyślili, lecz nie trwało to nawet chwili, a wszyscy ich za to chwalili i głowę przy tym chylili.
Pewnego razu się namydlili i może od tego mydła praca jakoś im zbrzydła. Kamil poprosił Antka... - wiesz Antku, moja partnerka - Kamila - mili-cjan-tka - czy mógłbyś jej podać cjanku na przykład w... obarzanku?
Nie minęła nawet doba Antek przyniósł oba-rzanki - nie jeden lecz oba znaczy dwa - dla Kamila i Kamili żeby sobie nie zazdrościli. Och, jakże mile Kamilu - obarzanki a potem dylu-dylu. Zacznijmy od tego... po połowie. No, czemu drapiesz się po głowie?
Na to Kamil, a był już prawie nagi, ... od obarzanka mogę dostać zgagi. Och daj spokój, głupie to obawy. zjedz połowę, choćby dla zabawy. I nie zwlekając zatkała mu dziurki w nosie, Kamil usta otworzył jak prosię, Kamila wepchnęła mu obarzanek w gardło i samo się jakoś pożarło.
Potem sama zjadła obarzanka troszkę, Kamil wyszeptał - gorzko mi gorzko. Gorzko, gorzko? Znaczy chcesz całować - proszę bardzo, nie będę żałować... I w ten sposób dotrwali do ranka. Zaraz potem Kamil złapał Antka - - Coś ty zrobił z tymi obarzankiem? - Jak prosiłeś - posypałem cjankiem, ...mili, mili, milicyjna dawka. Żyjcie dalej, niech wam przejdzie czkawka.
To powinien być czas wyciszenia... Piątek - wczesne popołudnie - BAAANG!!! Coś huknęło nieopodal naszego domu, ruszam w kierunku drzwi a tam już ktoś do nas dzwoni. Otwieram - sympatyczny Chińczyk - Przepraszam, ale wjechałem samochodem na wasz podjazd żeby wykręcić i... walnąłem w drzwi od garażu. Wychodzę przed dom - rzeczywiście walnął...
Idę od drugiej strony sprawdzić jak wygląda garaż w środku, ale najpierw widzę tylne drzwi...
Jejku!? Co się dzieje? Proste - Chińczyk stuknął w drzwi, drzwi stuknęły w nasz samochód a ten stuknął w kolejne drzwi. Samochód ma teraz odpowiednie wgniecenia z przodu i tyłu.
- Przepraszam - przerywa Chińczyk - my teraz spieszymy się do kościoła, po nabożeństwie przyjdę i wyjaśnimy sprawę. My pokryjemy wszelkie koszta.
Słuszna racja - co boskie Bogu, co ludzkie to chwilę potem.
Zadzwoniłem do ubezpieczenia - ku mojemu zaskoczeniu pracowali (Wielki Piątek to dzień wolny od pracy). Przyjęli zgłoszenie wypadku - dodałem uwagę, że sprawa jest krytyczna gdyż moja żona ma trudności z poruszaniem się po schodach a zatem garaż to jej jedyny sposób wyjścia z domu. 20 minut później zadzwonił fachowiec i powiedział, że będzie u nas za chwilę. Był - bardzo sympatyczny - Czech z pochodzenia. Powalił młotem we frontowe drzwi garażu i wyprostował je na tyle, że mogłem wyprowadzić samochód na ulicę. Ufff - nie będzie problemu z sobotnimi zakupami i święconym w polskim kościele.
Sobota 7:20 rano - przybyło dwóch fachowców. Usunęli stare drzwi i założyli tymczasowe. Temat zakończą w przyszłym tygodniu gdy otwarte będą sklepy.
Tymczasowe drzwi, od środka garażu wygląda to tak...
Przypomina mi się Kazimierz Wielki - zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną. No to ja wróciłem do czasów Łokietka. Swoją drogą... jak ładnie to drzewo pachnie.
Widok z zewnątrz...
Pora na zakupy. Samochód stał całą noc na dworze, podchodzę i co widzę? Przednia szyba cała zapaćkana g...wnem. No tak, przecież w wiadomościach wspominali, że na statku kosmicznym mieli awarię toalety i ... naprawili. Ładna mi naprawa jak wszystko spadło na nasz samochód.
Nie byłem pewien czy zmywać szybę czy powiadomić agencję kosmiczną żeby zabezpieczyli próbki GNA?
Jednak uznałem, że w obecnej sytuacji politycznej lepiej się nie wychylać - zmyłem, zrobiłem zakupy, poświęciłem wielkanocny koszyk i mam nadzieję doczekać Wielkanocnej Niedzieli.
Wszystkim Czytelni(cz)kom tego blogu życzę radosnej i pogodnej Wielkanocy.
Pierwszy punkt programu dnia - koncert z serii Mostly Mozart.
Informację o koncercie dominowały słowa - Carla Blackwood plays horn. Niestety, w tym przypadku, język angielski wypada bardzo ubogo. Po polsku to znaczy - Carla Blackwood gra na rogu - i tu dopiero otwiera się róg obfitości - na którym rogu ona gra? po co w ogóle gra, nie wystarczy stać na rogu?
Na scenę wchodzi pierwszy zestaw muzyków - pięciu - Kwintet na fortepian i instrumenty dęte. Łatwo przewidzieć, że jednym z tych instrumentów jest róg. Problem w tym, że osoba grająca na tym rogu, ma zdecydowanie męski wygląd. To znaczy - przepraszam - nie ma w ogóle problemu, wygląd nic nie znaczy, liczy się tylko dusza...
Jednak po wykonaniu utworu, konferansjer dodał informację, że na rogu grał ktoś inny.
Skoro z ludźmi tyle problemów, to może lepiej skoncentruję się na rogu, a nawet na dwóch.
Róg naturalny....
Róg francuski...
Różnica oczywista - ten drugi ma klawisze/zawory. Na pierwszym wykonawca musi wszystko wydmuchać.
Program koncertu - W.A. Mozart - Kwintet na fortepian i instrumenty dęte. Napisany w 1784 roku i po raz pierwszy wykonany - 1 kwietnia!!! W liście do ojca autor napisał, że uważa ten kwintet za najlepszy utwór jaki napisał w swoim dotychczasowym życiu. Uwaga - ten utwór ma numer katalogowy KV 452 - czyli W.A. Mozart napisał do tego czasu 451 gorszych utworów.
Druga pozycja - nie Mozart - Louise Farrenc - Sextet c-moll op 40. Louise Farrenc - urodzona w 1804 r w zamożnej i dobrze usytuowanej francuskiej rodzinie - ich mieszkanie znajdowało się w gmachu uniwersytety Sorbona. Lekcje gry na fortepianie pobierała u słynnych pianistów - I. Moschelesa i J.N. Hummla. Jej kariera koncertowa trwała dość krótko, w 1842 roku została profesorem fortepianu w paryskim konserwatorium i pozostała na tej pozycji przez 30 lat.
Trzecia pozycja - tytuł serii - Mostly Mozart - wskazuje, że to musiał być Mozart - Kwintet na róg (naturalny) i instrumenty smyczkowe e-moll - KV 407.
Wrażenie ogólne - przyjemne, ale bez wielkich emocji.
Wrażenia uboczne... W związku z rosnącymi cenami paliwa, w naszym stanie Wiktoria wprowadzono bezpłatną jazdę transportem publicznym, jednak nie zauważyłem istotnego zmniejszenia ilości samochodów na ulicach.
Święta za pasem więc wstąpiłem po zakupy do polskiego sklepu. Mój elegancki strój zrobił takie wrażenie na personelu, że....
I to nie był Prima Aprilis :)
P.S. - Horn - instrument - Wikipedia - KLIK - brak polskiej wersji (może została na rogu?) - W.A. Mozart - Kwintet KV 452 - Youtube - KLIK. - Louise Farrenc - Wikipedia - KLIK. - wersja angielska.
... nie był. A jego muzyka? Dokumenty wskazują, że muzyka Chopina (nuty) była dostępna w Australii w roku 1843 czyli jeszcze za życia kompozytora. W roku 1855, w Sydney, wykonano utwory Chopina publicznie w sali koncertowej. - 1890 - utwory Chopina były na liście egzaminów muzycznych. - 1924 - utwory Chopina nadano przez radio...
Ze wspomnień A. Rubinsteina i I.J. Paderewskiego wiem, że obaj pianiści byli w Australii po po dwa razy i mieli muzykę Chopina w programie swoich koncertów.
Nie mam pasji do szczegółowych badań historycznych, temat wskoczył mi do głowy gdyż wczoraj - sobota - byliśmy wraz z żoną na koncercie muzyki Chopina w sali koncertowej - Melbourne Recital Centre. Przypomnę, że 2 tygodnie temu byliśmy na filmie Chopin, Chopin, a dzień później obejrzeliśmy film Młodość Chopina. Czyli 3 x Chopin w ciągu trzech tygodni.
Muzyka Chopina w sali koncertowej... w Australii zdarza się raczej dość rzadko. Podobnie w radio. Przypomina mi się wzmianka, że Anglicy określali ją słowami - like water - jak woda - rzeczywiście w wielu utworach można usłyszeć pluskanie między klawiszami.
Ooooops... wolę nie wypowiadać się na temat muzyki, przypominają mi się słowa J. Sibeliusa - muzyka zaczyna się tam gdzie kończą się słowa.
No więc będą słowa... bez muzyki. W moim poprzednim wpisie o koncercie poświęciłem nieco miejsca demografii publiczności, będę kontynuował... Po pierwsze - sala pełna - ucieszyło mnie to - sobota wieczór - konkurencja była spora. Jadąc na koncert słyszeliśmy dudnienie z muszli koncertowej w pobliskim parku. Prócz tego mecze futbolu australijskiego itp.
Po drugie - ostatnio narzekałem, że widownia na koncercie była stara i brzydka. Tym razem - całkowita odmiana - według mnie staruszkowie stanowili poniżej 30% i wyglądali znacznie sympatyczniej niż ci na koncercie muzyki barokowej. A nie-staruszkowie? Ogromna mieszanina, ucieszyła mnie duża ilość mężczyzn. Stroje bardzo różnorodne, przewaga codziennych ubrań. Do tego prawie brak osób nadmiernie otyłych, podobnie jak na innych koncertach.
Po trzecie - przekrój etniczny - osoby o wyglądzie azjatyckim stanowiły ponad 30% publiczności. Wiele z nich to młodzież w wieku szkolnym, pewnie uczą się gry na pianinie.
Muzyka... Wykonawca Hoang Pham - Wietnamczyk z pochodzenia. Byliśmy już na kilku jego koncertach, całkiem nam się podobał. Tym razem też nie zawiódł. Program - Fantasia-Impromptu, dwie ballady, dwa walce, dwa nokturny, trzy mazurki, polonez. I na bis - coś rewolucyjnego - jak zapowiedział wykonawca.
Wykonanie - pierwszy utwór - wykonawca chciał chyba zaimponować publiczności i wykonał go karkołomnie szybko, ale muszę przyznać, że dobrze sobie poradził a mnie ścisnęło się serce i potrząsnęły mną dreszcze.
Dalej było równie dobrze. Podczas bicia braw dowiedziałem się, że siedząca obok mnie pani to matka wykonawcy. Pogratulowałem i spytałem dlaczego jej syn wycofał się z kariery pianisty (wspomniał o tym na początku koncertu). - Rodzina, ma trójkę dzieci - odpowiedziała. Oczywiście - jak można pogodzić żywot artysty, ciągłe podróże koncertowe z życiem rodzinnym? Przeleciałem życiorysy kilku znanych wykonawców - o rodzinie nie słychać. Po koncercie miałem okazję zobaczyć wykonawcę w towarzystwie żony i trzech córeczek - zrobił dobry wybór:)
Droga powrotna - dopiero 8 wieczorem a droga prawie pusta. W gęściej zabudowanych ulicach duże grupki młodzieży spieszącej do pubów na towarzyskie zgromadzenia.
Czyli równowaga.
P.S. Fantasia-Impromptu - ten sam wykonawca, koncert sprzed ponad roku - KLIK. Jak woda.... polecam utwór F Schuberta na ten temat - KLIK.
3.14 - zdarza się tylko raz - w roku - 14 Marca... KLIK.
W latach szkolnych bardzo fascynowały mnie osiągnięcia greckiej nauki, filozofii, literatury więc miło było wrócić na chwilę do tamtej epoki.
Obecna epoka dostarczyła nam ostatnio kolejną porcję rozrywek... Piątek - musical Maria Magdalena wystawiony przez amatorską grupę COG (Call of Guadeloupe) - KLIK. Kibicujemy tej grupie już ponad 20 lat. Średnio co 2-3 lata wystawiają musical oparty na tematyce biblijnej, ciekawym wyjątkiem był musical John Paul II. Inspiratorami grupy były osoby chińskiego i indonezyjskiego pochodzenia. Do udziału zapraszają każdego, również osoby niepełnosprawne i zaskakiwało mnie jak działalność w grupie teatralnej poprawiała stan mentalny i fizyczny takich osób. Piątkowy musical bardzo zgrabnie włączył Marię Magdalenę do wielu ewangelicznych opowieści. Na scenie działo się wiele, bardzo dobra odtwórczyni roli głównej. Jedyne czego nam trochę brakowało, to jakiś przebój - melodia, piosenka, która utkwiłaby w pamięci na dłużej.
Druga strona medalu - w Melbourne właśnie występuje chińska grupa baletowa z Nowego Yorku - Shen Yun - KLIK. Kupiliśmy naszemu baletowemu wnukowi bilety. Wrażenia miał mieszane - z jednej strony niesamowite baletowe mistrzostwo, z drugiej - brak opowieści. To było kilkanaście oderwanych scen - wjazd Stwórcy, rozproszenie mgły, parada pawi, taniec mongolski... Osobna sprawa to polityczny podtekst - zespół utożsamia się z ruchem społeczno-religijno-politycznym Falun Gong - KLIK. Ruch zdecydowanie antykomunistyczny, dlatego Shen Yun ma centralę w Nowym Yorku. Więcej na ten temat - TUTAJ. Rezultat - wnuk bardziej docenia europejską tradycję baletową.
π - day - to również urodziny naszego młodszego wnuka i imieniny Matyldy, naszej średniej wnuczki. Pojechaliśmy z kwiatami i prezentami. Na miejscu drobna niespodzianka - rodzina powiększyła się o rówieśnika solenizanta - chłopiec z Japonii przyjechał na 2 tygodnie do Melbourne na wymianę studentów. Będzie mieszkał razem z rodziną naszego syna. 6 osób w 2 sypialniach i małej budce w ogrodzie. No to teraz będzie siedem. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli, ale myślę, że jak gość wyjedzie, to poczują ogrom przestrzeni dookoła.
Dwa tygodnie temu donosiłem o obchodach Chińskiego Nowego Roku. Rok nadal trwa ( już 4724 ) - nasz Dom Sąsiedzki...
...przysłał mi zaproszenie na pierogi.
Niewielka sala, 4 stoły - przy dwóch grono chińskich pań ugniata, wałkuje, faszeruje pierogi. Przy dwóch siedzą goście - dokonuję inspekcji - wiem, że z usług tego domu korzysta kilka osób, którym udzielamy pomocy w imieniu Stowarzyszenia św Wincentego, ale nie zauważam nikogo znajomego. Z drugiej strony, na pierwszy rzut oka, kilku panów kwalifikowało się do takiej pomocy. Po kilku minutach pierogi trafiają na talerze - ok, w porządku... jednak pierogi kupione w chińskim sklepie mają delikatniejsze ciasto, ale licho wie co oni tam dodają...
Pierwszy głód zaspokojony, podnoszę głowę...
Ozdoby wycięte przez panią, która nie robiła pierogów.
Inna pani, konsumentka pierogów, opowiada wydarzenia ostatniego weekendu - W sobotę wieczorem usłyszała energiczne stukanie do drzwi - otwiera - nikogo nie ma. Ledwie zdążyła zamknąć drzwi a tu stukanie się powtarza. Otwiera znowu, coś ją tknęło spojrzeć pod nogi, a tam papuga - różowa kakadu, z bardzo groźną miną...
Zaprosiła papugę do środka a ta, otworzyła dziób i wylała na nią całą litanię żalów i pretensji. Problem w tym, że mówiła po grecku i pani nie rozumiała ani słowa. Nie mając żadnych znajomych Greków musiała znosić te narzekania przez całą niedzielę. W poniedziałek zadzwoniła do centrum opieki na zwierzętami a tam było już zgłoszenie zaginięcia i sprawa zakończyła się pomyślnie.
Pierogi zjedzone, mam 20 minut czasu - podążam do pobliskiego McDonald's na lody. Nie byłem tu pewnie 10 lat i zaskakuje mnie technologia zamawiania produktów - ekran, na nim wiele opcji, wygląda na to, że koniecznie trzeba mieć na telefonie którąś z wyświetlonych aplikacji. Nie ze mną takie numery, po wielu próbach, nie wiem w jaki sposób, udało mi się zamówić i zapłacić gotówką. Przy okazji obserwowałem obsługę lokalu - 6+ młodych osób - wszystkie w nieustającym ruchu - czytają zamówienie wyświetlone na ekranach - tu podstawią papierową torbę, tam zaczerpną coś do pojemnika, tu wyciągną coś z lodówki - pakowanie, wydrukowanie etykiety - anons - Numer 119! Zrobili na mnie bardzo sympatyczne wrażenie - szczupli, koordynacja ruchów jak w balecie, odnosili się do siebie bardzo miło. Poczułem się dobrze w tym towarzystwie... żeby tylko nie było tego silnego zapachu frytek, no i lody mocno za słodkie.
Teraz nadeszała moja kolej - tydzień temu wspominałem o spotkaniu dyskusyjnym w Domu Sąsiedzkim - tym razem ja miałem coś opowiedzieć. Temat - Joice NanKivell-Loch - Australijka, która niechcący działała w Polsce po wojnie 1920 roku. Działalność jej i jej męża została nagrodzona Orderem Orła Białego. W 1923 roku przeniosła się wraz z mężem do Grecji borykającej się z masą problemów po wojnie turecko-greckiej. Tam zastała ich II Wojna Światowa i list od Melchiora Wańkowicza - wrzesień 1939 - w Bukareszcie przebywa około 3,000 Polaków, uciekinierów z Polski, władze Rumunii nie chcą ich wypuścić - zróbcie coś! Zrobili - pojechali do Bukaresztu i pod egidą Stowarzyszenia Kwakrów zorganizowali operację Pied Piper (Flecista z Hamelinu). Wszyscy uciekinierzy zostali przetransportowani do (brytyjskiej) Palestyny. Joice i Sydney pomagali prowadzić obóz uchodźców. Po roku dostali ogromny zastrzyk uchodźców - ZSRR zgodził się na utworzenie Armii Andersa, jednocześnie zgodził się na wypuszczenie z obozów wielu Polaków. Do obozu, w którym pracowali Joice i Sydney przybyło ich kilkanaście tysięcy...
Ufff - prezentowałem ten temat już dwa razy wcześniej i chyba wtedy poszło mi lepiej. Nie wiem co zaważyło - zmęczenie, zbyt małe audytorium... ale tym razem nie czułem pozytywnej energii.
Wieczór - przypomnę, że w dniu Święta Kobiet obejrzeliśmy wraz z żoną film Chopin, Chopin. Co w takim razie obejrzeć w dniu święta mężczyzn? Obejrzeliśmy na youtube Młodość Chopina - polski film z 1952 roku.
Jak wspomniałem film Chopin, Chopin raczej nas przygnębił. Młodość Chopina na początku nas bawiła, ale potem zaczęła nużyć - rozgrywki polityczne - widać było rękę Leona Kruczkowskiego, autora powieści Kordian i Cham - przeciwstawianie interesów szlachty i chłopstwa.
Tak więc oba Święta - zakończyły się w minorowym nastroju.
Na szczęście przyszła środa - oboje z żoną mamy po kilka wizyt u lekarzy więc staniemy mocno na nogi.
P.S. Joice NanKivell-Loch - Wikipedia - KLIK. Joice NanKivell-Loch - moja opowieść == KLIK + KLIK.
8 Marca - Święto Kobiet!!! Po pierwsze wszystkim Kobietom dziękuję za to że SĄ.
Po drugie - wspomnienia - kobiety - zawsze widziałem je w roli opiekunek - szkoła = Nazaretanki, dom w którym mieszkaliśmy = Sercanki, pierwsze wakacje = Samarytanki.
Po trzecie - Święto Kobiet... Od czwartej klasy szkoły podstawowej co roku, na początku marca pani nauczycielka dyktowała: w 1910 roku Klara Zetkin i Eugenia Cotton zaproponowały obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet...
Po czwarte - dzisiaj - już o świcie Google przywitało mnie okazjonalnym Doodlem - KLIK - hasło STEM Pioneers. Wyznam, że byłem nieco zdezorientowany - stem cells to są komórki macierzyste, czy kobiety wyróżniły się w jakichś badaniach w tej dziedzinie? Okazało się, że tym razem chodziło o coś innego -- STEM - Science - Technology - Engineering - Mathematics - kobiety, które dokonały przełomu w tych dziedzinach.
Kolejnym zaskoczeniem była informacja, że kwiatem dnia kobiet jest mimoza...
Google powiada że : "... kwiat ten będący symbolem pomyślności i zwycięstwa zyskał popularność w Rosji i Włoszech podczas II Wojny Światowej " Źródło - KLIK.
No nie wiem - moje skojarzenia z czasów PRL to goździk, który dostawałem w dziale kadr z instrukcją, której towarzyszce pracy mam go wręczyć
Po piąte - perspektywa muzyczna. Wracam do roku 1910...
Angielska kompozytor Ethel Smyth poświęciła dwa lata muzycznej kariery dla ruchu sufrażystek, kierowanych wówczas przez Emmelinę Pankhurst. Napisała dla nich hymn – The March of the Women. Pani Pankhurst w 1912 roku zaleciła swoim towarzyszkom wybijać okna w domach polityków, którzy nie poparli prawa głosu dla kobiet. Ethel Smyth została zatrzymana podczas akcji i aresztowana wraz z 108 towarzyszkami. Jej przyjaciel, słynny dyrygent, sir Thomas Beecham odwiedził ją w więzieniu, gdzie właśnie z okna swej celi dyrygowała aresztowanymi śpiewającymi ten hymn. Jako batuty używała szczoteczki do zębów. Oto współczesna inscenizacja - Marsz Kobiet – KLIK – w wykonaniu chóru wyposażonego w szczoteczki do zębów.
Po szóste - nadal perspektywa muzyczna - czasy obecne... Nasze radio ABC, które ma osobny program poświęcony muzyce klasycznej, poświęca sporo wysiłku propagowaniu muzyki skomponowanej przez kobiety.
Poniżej podsumowanie ich osiągnięć... Rok 2015 - tylko 2.2% nadawanej muzyki była skomponowana przez kobiety. Rok 2025 - wzrost do 14.5% ... tymczasem udział muzyki skomponowanej przez Mozarta, Beethovena i Bacha spadł do 13.1%. Oryginalny tekst poniżej... "In September 2015, when ABC Classic tracked who composed the music being played on air, female composers received a minuscule share of 2.2%.... .. Overall, total music by women for 2025 is 14.5% of the works, an increase of 2.6% from the previous year which was 11.9%. [In comparison], in 2024, Mozart, Beethoven, Bach were 14.2% of all the programming across the country. In 2025 it's gone down to 13.1%... It's the first time that I've done these stats where Mozart, Beethoven and Bach are less than the amount of women which have been programmed for the year."
Pozostawię to bez komentarza.
Po siódme... Kilka dni przed Świętem zacząłem rozglądać się za jakimś świątecznym urozmaiceniem. Wybór był spory - wyścig Formula 1 .... o, nie. Film Chopin, Chopin - miałem świadomość, że nie będzie to radosna ani świąteczna atmosfera, ale z drugiej strony to była jedyna szansa obejrzenia tego filmu.
Obejrzeliśmy i w smutnym nastroju wróciliśmy do domu.
Po ÓSME - ÓsmoMarcowe - wszystkim blogerkom życzę wiele zdrowia, radości i satysfakcji.
P.S. - dla cierpliwych - kilka lat temu opublikowałem baaardzo długi wpis pod tytułem - Muzyka jest rodzaju żeńskiego - KLIK. - wspomnienie filmu Młodość Chopina (rok 1952) - KLIK.