Friday, June 8, 2018

Biblijne refleksje

Co czwartek wożę naszego 7-letniego wnuka Ambrożego na zajęcia baletowe.


Powyżej Ambrozy z siostrą w biblijnym otoczeniu.

Podczas jazdy coś mu opowiadam. Ostatnio poprosił żebym mu opowiedział o Jezusie.
Opowiedziałem więc o cudownym rozmnożeniu chleba (i ryb).
Apostołowie kupili od jakiegoś chłopca 5 bochenków chleba i dwie ryby. Jezus dzielił je i rozdawał a ich wcale nie ubywało. Wreszcie wszyscy najedli się do syta.
I co wtedy dziadzia? - pyta Ambroży - oddali chleb i ryby temu chłopcu?
- Nie, ten chłopiec wziął pieniądze i szybko poszedł do domu - odpowiadam.
A tu zostało kilka koszy resztek - co z nimi zrobić w kraju , w którym tyle się mówi o wykorzystaniu odpadów?
- Oni dali te odpady do mojego towarzystwa charytatywnego - St Vincent de Paul - dodaję i opowieść zyskuje aprobatę.

Wskrzeszenie Łazarza.
Po pierwsze Ambroży zganił Jezusa za opieszałość - przecież jakby się trochę pospieszył i uzdrowił, to nie byłoby tej śmierci i żałoby.
W tym punkcie całkowicie się z nim zgadzam.
Po drugie - Jezus zawołał - Łazarzu wyjdź! - i Łazarz wyszedł.
Ambroży zapytał - dziadzia, to jak wyglądał ten grób? Przecież jakby go włożyli do pudełka i zakopali to by nie wyszedł.
Święta racja.

Jeszcze jedno - wspomniałem o surowym prawie mojżeszowym, za pogwałcenie niektórych przykazań groziła kara śmierci. Na przykład za zabójstwo.
Ambroży pomyślał chwilę, wreszcie roześmiał się - dziadzia, to znaczy jak ktoś zabił, to oni go zabijali, i co dalej? Wtedy ci co zabili  też powinni zostać zabici.

5 comments:

  1. Inteligentnego i bystrego wnuka masz :-D

    ReplyDelete
  2. Drugi tańczący wnuczek!
    Po kim oni to mają?

    ReplyDelete
  3. Chyba dzieci czasami widzą więcej niż dorośli:-)

    Gratulacje... Ambroży i dziadek to naprawdę zgrana ekipa:-)

    ReplyDelete
  4. @Izabelka, Ceramik.
    Bystre dzieci, widzą więcej niż dorośli...
    Często rozmyślam o różnicach w dzieciństwie moim i naszych wnucząt.
    Największą różnicę widzę w tym, że ja od najmłodszych lat miałem poczucie, że ja/ludzie są zdani na łaskę/niełaskę sił poza naszą kontrolą, że nasze życie jest ciągle w stanie zagrożenia.
    Te siły poza kontrolą to była po pierwsze wojna - pamiętam jak matka zabierała mnie do piwnicy podczas bombardowań, w każdej znanej mi rodzinie ktoś zginął podczas wojny, dzieciństwo spędziłem w domu starców - co kilka tygodni widziałem w kostnicy zwłoki starszej pani, która parę dni wcześniej pokazywała mi swoje książki albo opowiadała bajki.
    A ponad tym wszystkim był wszechmogący Bóg. Wydaje mi się, oczywiste, że taka wszechmogąca istota byłą dla mnie KONIECZNA żeby to życie miało jakiś sens. W tym kontekście zrozumiałe jest, że opowieści biblijne, które poznawałem w szkole, były dla mnie zbliżeniem do Boga i głównie/tylko tego boskiego elementu w nich szukałem. Poboczne detale były nieistotne.
    Życie w stanie zagrożenia.
    Pomijam tu wojnę, ale pozostało zimno, głód, choroby. Otaczały mnie opowieści o przypadkach zamarznięcia, śmierci z głodu lub niedożywienia. Gruźlicy, zapaleniu płuc - w tym czasie były to choroby śmiertelne.
    Głodu i przemarznięcia doświadczałem na własnej slórze.
    Moje wnuki nie mają o takich sprawach pojęcia, nie zdają sobie z nich sprawy. Stąd absolutna beztroskość w obchodzeniu się z żywnością i odzieżą.
    Ktoś powie - doskonale, tak powinno być - dzieci wolne od strachu i troski o przyziemne sprawy - takie dzieci mogą rozwinąć swe talenty bez zbędnych obciążeń.
    Nie jestem taki pewien - świat nadal nie jest bezpiecznym miejscem, rozwijanie talentów w którymś momencie może zderzyć się z nadal bezwzględną ekonomiczną rzeczywistoscią.
    Jedyna moja, dość wątpliwa, pociecha, to że mnie już wtedy tu nie będzie.

    ReplyDelete