Sunday, April 15, 2018

Niedzielne czytanie - o strachu

Tydzień temu wspomniałem na tym blogu książkę Juliana Barnesa - Nothing to be Frightened of - Nie ma czego się bać.
Poprzednim razem wspomniałem boskie akcenty w tej książce, dzisiaj wspomnę ludzkie.

Autor pisze, że bardzo dużo myśli o śmierci i że się jej boi.
To chyba oczywiste - jakby na ten temat nie myślał, to nie miałby czego napisać.

Julian Barnes to przede wszystkim wielki erudyta.  Nic więc dziwnego, że w książce wykorzystuje wiele stosownych przykładów i cytatów.
Kręgosłupem powieści jest bardzo luźna relacja o procesie umierania rodziców autora. Rodzice (ojciec agnostyk, matka ateistka) raczej nie bali się śmierci. Według mnie słusznie, oboje doświadczyli wylewów do mózgu i w rezultacie częściowy paraliż. Do tego dołączyła się demencja.

Autor jest człowiekiem dobrze sytuowanym, jego rodzice to pokolenie solidnych i pracowitych ludzi, więc wcześniej zabezpieczyli sobie środki na spokojną starość. Na dodatek obaj synowie odwiedzali rodziców regularnie. Ale mimo to zadziwiło mnie, że autor, mając taki przykład we własnym domu, nadal beztrosko gaworzy o dumaniu na temat strachu przed śmiercią.

A gdyby tak jeszcze spojrzał poza własny ogródek...

Podczas przerwy w czytaniu zeknąłem na ekran telewizora - ABC TV - zaprezentowała reportaż o tragicznych skutkach braku wystarczającej opieki w domach starców - KLIK.
Prawdopodobnym powodem jest redukcja ilości kwalifikowanego personelu medycznego.
To zrozumiałe, australijski system opieki nad osobami starszymi pęka w szwach.

Kwalifikowany personel medyczny to jednak tylko czubek góry lodowej.
Prasa czasem donosi o przypadkach ogromnego zaniedbania pensjonariuszy domów starców. Zdarzają się przypadki wprowadzania rygorów, którym niedołężni pensjonariusze nie są w stanie sprostać.  Zdarzają się przypadki znęcania się nad pensjonariuszami.

Nie ma się czemu dziwić. Okazuje się, ze 40% mieszkańców "nursing homes" nie jest przez nikogo odwiedzanych - KLIK.  Zatem nie ma sie komu poskarżyć, nikt nie zauważy potłuczeń, oznak wygłodzenia czy zaniedbania.

A tu mi ktoś mamrocze o celowości strachu przed śmiercią.

4 comments:

  1. Wspominaliśmy niedawno o osiągnięciach krajów kultury protestanckiej, zwłaszcza kalwińskiej. Jedną z cech protestanckich są również "luźniejsze" więzy rodzinne. Młodzi szybko wychodzą z domu, uniezależniają się. Więzy są zdecydowanie słabsze niż w kulturze katolickiej czy prawosławnej. Często rozmawiam na ten temat z moim kolegą - protestanten. Nie może wyjść z podziwu, że ciągle jestem w kontakcie z moim rodzeństwem, tak często bywam u rodziców. Musimy ciągle wiedzieć, co się u nas dzieje. Mówił, że podobnie jest u jego sąsiadów - Włochów.
    On sam całe lata nie rozmawiał z bratem, nie zna jego rodziny. Matka od lat mieszka w domu opieki.
    Wydaje mi się, że trochę inna jest również kultura "odchodzenia". Gdzieś z boku i w samotności.
    Może to jedynie moje subiektywne odczucia i znajdą się zupełnie przeciwstawne przykłady.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na pewno jest to wpływ kultury, ale według mnie silnym elementem jest ekonomia. W dawnych czasach rodzina to była równiez, a moze przede wszystkim, jednostka ekonomiczna. Po prostu człowiek w pojedynkę nie miał szansy przezyć. Konieczny był podział obowiazków i srodków.
      Kraje protestanckie wcześniej osiągnęły wzrost poziomu życia, mozna było dac sobie radę w pojedynkę - więzi rodzinne są bardziej umowne.
      Też obserwuję włoskie rodziny w Australii - tak, trzymają się razem, ale prawie wszystkie znane mi przypadki, to ludzie bardzo biednego pochodzenia, ich przodkowie to często analfabeci.
      Spoglądam na Polaków, mamy podobno opinię narodu, który bardzo szybko sie asymiluje. Może jest w tym racja, znam bardzo niewiele przypadków gdzie starsza osoba nie mogąca funkcjonowac samodzielnie sprowadziła sie do domu swojego syna czy córki.

      Delete
  2. jako dziecko myślałam, ze ten caly swiat jest wyłącznie dla mnie stworzony i ze jak umre, to on zniknie, co w sumie jest jakas prawda, bo zniknie jak by na to nie patrzec, dla mnie nie bedzie juz istniał, ludzie w ogole boja sie panicznie śmierci, kilka lat temu byl doskonaly kilkugodzinny reportaż Stern TV, wlasnie o smierci, poruszano w nim wszelkie jej twarze od choroby, poprzez smierc tragiczna, po szafot, szkoda ze nie ma tego reportażu w necie, wniosek natomiast mnie wyszedł jeden, nie ważne czy ktos wierzy czy jest agnostykiem, kazdy boi sie śmierci, chociażby dlatego, ze jest to zjawisko nikomu nie znane osobiście, jeszcze nikt stamtąd nie wrócił, prawda? a człowiek to takie zwierze, który tego czego nie zna, sie po prostu boi, a jak sie boi, to temat tabularyzuje, tylko dlaczego robia to ludzie wierzący, których zycie na ziemi jest tylko po to, aby potem szczesliwie zyc wiecznie ? ...

    jak widze, temat domów spokojnej starosci jest nie tylko w Niemczech tematem palacym, smutne, bardzo :(

    ReplyDelete
    Replies
    1. Strach przed śmiercią... zasadniczo ateiści nie powinni sie jej bać - klik i nie ma mnie. Oczywiście sam proces umierania to zagadka, niektórym zdarza się podczas snu, inni długo się męczą, ale w tym drugim przypadku medycyna ma coś do powiedzenia.
      Marna egzystencja ludzi niedołężnych - według mnie sprawa nie do rozwiązania, uważam, że medycyna pogwałciła prawa natury i tego nie wytrzyma finansowo zadna ekonomia.

      Delete