Tuesday, August 15, 2017

Poczucie obowiązku

Na początku maja na naszej ulicy...
Wyszedłem wcześnie rano spiesząc do pracy u św Wincentego i zauważyłem coś dziwnego w pobliskim domu. Mieszka tam od niedawna młode małżeństwo pochodzenia chińskiego. Dwójka dzieci dobijała się do stojącego na ich terenie samochodu, słychać było warczenie silnika.
- Potrzebujecie jakiejś pomocy? - zapytałem.
Dzieci zignorowały moją obecność i nadal dobijały się i próbowały wyrwać wąż do podlewania ogrodu, który tkwił w wąskiej szparze między szybą a ramą drzwi.
- Co tam robi ten wąż? - zdziwiłem się i przyszło mi do głowy, że może w samochodzie zatrzasnęli jakąś roślinę i chcą ją podlać, albo może pieska. Słowo honoru, tak właśnie pomyślałem.
W tym momencie z domu wybiegła matka, jeszcze w koszuli nocnej. Szarpnęła za klamkę drzwi, ale najwyraźniej były zatrzaśnięte więc pobiegła spowrotem do domu. Dopiero wtedy zauważyłem, że drugi koniec węża tkwił w rurze wydechowej i zrozumiałem. Matka znowu wybiegła z domu, tym razem z kluczem, otworzyła drzwi samochodu, zgasiła silnik. Zauważyłem, że w samochodzie znajdował się młody mężczyzna, zapewne ojciec rodziny.
- Czy zawołać pogotowie? - zapytałem.
- Nie, ja już zawołałam - odpowiedziała matka.
Stałem bezradnie nie wiedząc co począć. W tym momencie z innego domu wybiegła młoda kobieta. Powiedziałem jej co się dzieje. Podeszliśmy razem do miejsca akcji.
- Czy zawołać pogotowie? - spytała kobieta. Matka dzieci nie zwracała na nas uwagi, wydawała dzieciom jakieś polecenia.
- Ta pani mówiła, że już wezwała pogotowie - wyjaśniłem.
W tym momencie z domu wybiegła chyba babcia dzieci z torbami szkolnymi. Z mundurków szkolnych wynikało, że dzieci chodzą do dobrych (czytaj drogich) szkół. Matka przepychała siedzącego w samochodzie mężczyznę na siedzenie pasażera.
- Zawiozę go do szpitala - to było wyjaśnienie dla nas.
W tym momencie uznałem, że moja obecność nie jest potrzebna, co conajwyżej jest krępująca, więc odszedłem.
Dopiero dzisiaj spotkałem tę sąsiadkę, drugiego świadka wydarzenia.
Ona jednak zadzwoniła po pogotowie i jeszcze przytuliła te dzieci, ale za chwilę matka wezwała je do samochodu, bo pora do szkoły. Sąsiadka odwołała pogotowie a wieczorem matka dzieci zapukała do jej drzwi z podziękowaniem. Przy okazji dodała, że jej mąż szybko doszedł do siebie i jeszcze tego samego dnia poleciał do Malezji gdyż następnego dnia zaczynał tam pracę.

5 comments:

  1. To tak wynika z opowiadania że ten obywatel z wężęm nie chciał opuszczać rodziny i wyjeżdzżać do pracy? Wąż z spalinami miał rozwiązać problem? Rozstanie z rodzina to dramat...ale to co planował zrobić..jeszcze wiekszy dramat. Ratowanie zycia to obowiązek..i cnota.Nie wszyscy chca..

    ReplyDelete
  2. Ale zadziwia trochę .zimna krew małżonki i z psychologicznego punktu widzenia..komplikuje sprawę.

    ReplyDelete
  3. Awarcho - nie sądzę żeby wyjazd do pracy w obcym (a może rodzinnym) kraju był powodem tej tragedii. Najwyraźniej ci ludzie żyja na wysokich obrotach - młodzi, dzieci w drogiej szkole, kosztowny dom, drogi samochód. Może pan domu stracił na giełdzie, może jakaś inna katastrofa.
    Na szczęście drobna, ale silna żona - na bok kaprysy - dzieci do szkoły, mąż do roboty, i do przodu.
    Już wieszcz mówił jak się trzymają Chinczyki.

    ReplyDelete
  4. Straszna historia. Dobrze, ze nie doszło do tragedii. Nie sposób jednak nie zadać pytania, czy rzeczywiście warto życ na takich obrotach.

    ReplyDelete
  5. Ilenko - czy warto żyć na takich obrotach?
    Trudno to oceniać w takich kategoriach. Wszak często z wielkim uznaniem myślimy o ludziach, którzy postawili całe życie na jedną kartę, na swoją wielką pasję. Oczywiście najczęściej mamy na myśli artystów, czasami działaczy społecznych, może czasem sportowców czy bojowników o...
    W tym przypadku gospodarka wolnorynkowa puka do naszych drzwi - bohaterowie są wśród nas.

    ReplyDelete