Ostatnio dochodzi do nas sporo informacji o Iranie a raczej jedna informacja - jest źle, ludzie się buntują, bunty są krwawo tłumione, USA i Izrael obiecują interwencję...
Na początek refleksja muzyczna - Na perskim rynku - KLIK.
Pamiętam z dawnych czasów dość częste wykonania tego utworu w Polskim Radio, zlinkowane nagranie pochodzi z Izraela - czy to jakaś sugestia?
Iran - Persja...
Pierwszy kontakt to były lekcje historii w szkole podstawowej.
Persja wypadała na nich kiepsko - paskudny agresor pokonany w upokarzający sposób:
- bitwa pod Maratonem,
- bitwa pod Termopilami.
- podbicie Persji przez Aleksandra Macedońskiego - tutaj role się odmieniły.
Uwaga: linki do Wikipedii w Post Scriptum.
Potem długo nic i... rok 1943 - Konferencja w Teheranie - Stalin, Roosevelt i Churchill ustalają przyszłość Europy, to był zwiastun nadejścia PRL więc uczono mnie o tym w szkole - KLIK.
Trochę wcześniej ZSRR zgodził się na utworzenie Armii Andersa i w rezultacie nastąpiła ewakuacja Polaków z sowieckich obozów do Iranu - KLIK.
O tym w szkole wspomnieli raczej półgębkiem.
W Australii spotkałem kilka osób, które przebyły ten szlak, pobyt w Iranie wspominały dobrze - bardzo życzliwi ludzie.
Swoją drogą sprawa nie była tak oczywista, na początku II Wojny Światowej Iran rządzony przez szacha Reza Pahlawi uznał, że Niemcy wygrają wojnę i .... KLIK.
Reza Pahlawi - pierwszy z trójki - wyznam, że w dzieciństwie miałem dziwne skojarzenie tego nazwiska - rieza i pochleje - brzmiało jakoś słowiańsko - teraz, zaglądając do licznych źródeł - dostałem czkawki...
Okazuje się, że Reza Pahlawi (ojciec powojennego Szacha) był dowódcą Perskich KOZAKÓW - KLIK.
Dla zmiany nastroju wspomnę teraz moje spotkania z Irańczykami...
Rok 1974 - kursy informatyczne w Anglii - na jednym z nich była grupa Irańczyków (3 mężczyzn, dwie kobiety). Wydawali mi się nieco aroganccy, mieszkali w dobrym hotelu, mieli dużo pieniędzy, wspominali, że gdy nadejdzie zima pojadą w Alpy spróbować sportu uprawianego przez Jej Wysokość Farah Diba - KLIK - cesarzowa radzi sobie bardzo dobrze - chyba lepiej niż były prezydent Duda.
Jednym z punktów kursu było zarządzanie projektem informatycznym. Dostawaliśmy opis zadania i sytuacji i musieliśmy zaplanować pracę zespołu na najbliższe dni.
Ja byłem w dwuosobowym zespole z Singapurczykiem - zauważyliśmy, że jedna osoba w zarządzanym przez nas zespole, nie przychodzi do pracy w poniedziałki w związku z czym następuje opóźnienie w projekcie. W związku z tym nie przydzielaliśmy mu żadnych zadań na poniedziałek i projekt szedł dobrze do przodu. Rezultat - byliśmy jednym zespołem, który wykonał projekt w zaplanowanym czasie i zmieścił się w budżecie.
A Irańczycy? Oni wyrzucili tego bumelanta z pracy, odpowiedzią był protest pozostałych pracowników - strajk, mediacje - w rezultacie projekt zszedł na margines i na psy.
Wspominając to wydarzenie nie mogę się oprzeć znajdywaniu analogii do historii Iranu.
Zupełnie inne spotkanie miałem w ramach działalności w Stowarzyszeniu św Wincentego...
Irańczyk - wiek około 40 lat, służył zawodowo w irańskiej armii. Któregoś dnia dostali rozkaz stłumienia jakiejś manifestacji, dostali ostre naboje. Nasz klient odmówił udziału.
W rezultacie spędził kilka tygodni w wojskowym areszcie i został wyrzucony z armii. To oznaczało "wilczy bilet" - żadna poważna instytucja nie mogła go zatrudnić. Pracował jako taksówkarz, ale przy pierwszej okazji uciekł i próbował dostać się do Australii.
To nie jest takie oczywiste - podobnie jak tysiące innych uchodźców został przechwycony na oceanie przez australijską straż i zesłany do obozu na wyspie Manus Island. Przebywał tam 3 lata i nabawił się ciężkiej kontuzji biodra w wyniku której wpuszczono go wreszcie do Australii.
Tu wegetował 3 lata - przez ten okres nie dostał prawa stałego pobytu a zatem nie otrzymywał pomocy społecznej, był zdany na pomoc instytucji charytatywnych. Ostatecznie wyjechał do Nowej Zelandii gdzie obiecano mu prawo stałego pobytu.
Jeszcze inna strona medalu...
Mój znajomy, zapalony rowerzysta, wybrał się na przejażdżkę rowerową - od źródeł Dunaju do Zatoki Perskiej a zatem kilka tygodni jazdy przez Iran.
Nie mógł się nachwalić życzliwości tamtejszych ludzi.
Miał ze sobą namiot i sprzęt campingowym, był całkowicie niezależny i funkcjonowało to bardzo dobrze w Europie.
Ale w Iranie... gdy ludzie zauważyli, że rozbija namiot natychmiast interweniowali i proponowali mu gościnę.
W jednym przypadku było nieco zamieszania - mój kolega siedział przy kolacji ze swoimi gospodarzami i tu - puk-puk - niespodziewanie zjechała kilkuosobowa rodzina. Kolega już sięgał po swój namiot, ale nie... w ciągu kilku minut miał załatwiony nocleg w.... meczecie.
Sięgam po książkę R. Kapuścińskiego - Szachin-Szach...
"Meczet jest dla Szyitów czymś więcej niż miejscem kultu, jest także przystanią, w której można przetrwać burzę, a nawet uratować życie...W konstrukcji kościoła chrześcijańskiego i meczetu można dostrzec istotne różnice. Kościół jest pomieszczeniem zamkniętym, miejscem modlitwy, skupienia, ciszy. Jeśli ktoś zacznie rozmawiać, inni zwrócą mu uwagę.
W meczetach jest inaczej.Największą część obiektu stanowi dziedziniec, na którym można modlić się, ale również spacerować, dyskutować a nawet odbywać wiece...".
Mój kolega mógł rozłożyć swój materac i śpiwór w głównym budynku meczetu, pod dachem. Jedyną niewygodą było, że na czas pierwszej modlitwy - Fajr - przed wschodem słońca, musiał zwinąć na pół godziny swoje manele. Ale potem mógł spać choćby do południa.
Spoglądam na zegarek - za 20 minut czas na muzułmańską modlitwę Duhur.
Nawet nie wiem gdzie jest najbliższy meczet.
Anioł Pański?
O tym katolicy w Australii już chyba zapomnieli.
W tej sytuacji dam moim blogowym gościom chwilę wytchnienia.
Ale nie cieszcie się za bardzo - ciąg dalszy nastąpi.
P.S. Fakty:
- bitwa pod Maratonem - KLIK.
- bitwa pod Termopilami - KLIK.
- podbicie Persji przez Aleksandra Macedońskiego - KLIK.
Historia Iranu - KLIK.

No comments:
Post a Comment