Showing posts with label St Vincent. Show all posts
Showing posts with label St Vincent. Show all posts

Thursday, September 3, 2026

Zabawa z ogniem

 Play with Fire - taki był tytuł dzisiejszego koncertu z serii Mostly Mozart.
Aż 5 utworów - cztery z nich mają ogień w tytule, ostatni - Symfonia Haffnerowska Mozarta - tytuł bez ognia, ale Wikipedia wspomina, że Mozart w liście do ojca wspomniał, że utwór powinien być wykonany " z ogniem".
Wszystkie informacje i nagrania w Post Scriptum.

Bardzo długo czekaliśmy na ten koncert, aż od Wielkanocy.
Pierwsze wrażenie - w foyer - chyba więcej ludzi niż zwykle.
Drugie wrażenia - ciasteczka - przypomnę - na tej serii koncertów serwują ciasteczka i gorące napoje.
No więc ciasteczek było mało, za to całe piramidy "pies"...


Rzeczywiście, poczułem trochę ognia w żołądku.

Koncert - doskonały - wyszukałem na YouTube wykonania wszystkich utworów, ale daleko im do tego co wysłuchałem w sali koncertowej.
Największe wrażenie zrobiło na mnie preludium C. Debussy - Feux d'artifice - Fajerwerki.

Koniec koncertu - zbieramy się dość szybko bo w planie jeszcze sporo spraw.
Schodzę szybko po schodach i słyszę jakieś krzyki - spoglądam w dół - katastrofa - ktoś się przewrócił podczas zjazdu na ruchomych schodach i... lawina ciał ludzkich.
Zanim zszedłem ze schodów to wyciągnęli już 6 osób i akcja była w toku.
Przyjechała straż pożarna, 2 patrole policji i 4 karetki pogotowia.

Po dojechaniu do domu wybieram się po zakupy - na głównej drodze korek, z daleka widzę migające światła. Niestety nie ma wyjścia, muszę posuwać się w korku.
Kątem oka widzę leżący na jezdni całkowicie zgruchotany motocykl.

Jeszcze krótka wizyta u najstarszej wnuczki - zaziębiona więc Babcia ugotowała jej rosół.

Następny punkt - wizytacje klientów Stowarzyszenia św Wincentego - tylko dwa wezwania.
Pierwsza klientka wspomina, że miała ostatnio wymieniany rozrusznik serca.
To już ósma wymiana - dodaje.
- Ósma wymiana? - to Ty masz te rozruszniki od urodzenia? - pytam.
- Niezupełnie, ale ja mam dwa, po lewej i prawej stronie.
- To Ty masz dwa serca?
Brak odpowiedzi.

Druga wizyta - regularne klientki - matka i córka.
W mieszkaniu niesamowity bałagan.
Gorąco - grzejnik grzeje na cały regulator (przypomnę, że u nas koniec zimy, ale generalnie jest raczej ciepło.
Klientka nalega żebyśmy usiedli co wymaga sporo gimnastyki.
Wysłuchujemy długiej listy zdrowotnych kłopotów i wygrzebujemy się do wyjścia.

W domu stwierdzam, że nie mam torebki, w której noszę telefon i wszystkie dokumenty.
Dzwonię do partnera z wizytacji żeby sprawdził w samochodzie - nie ma.
Czyli pewnie zostawiłem u ostatniej klientki...
Mój partner dzwoni do niej - jest - jedzie i przywozi.

Ufff - to był ognisty dzień.

P.S.
- J. Haydn - Symfonia Nr 59 - Feuer - Wiki - YouToo
-
M. de Falla - Taniec ognia - Wiki - YouToo.
- C. Debussy - Feux d'artifice - YouToo.
- A. Scriabin - Vers la flamme - Wiki - YouToo.
- W. A. Mozart - Symfonia Nr 35 - Haffnerowska - Wiki - YouToo.

Saturday, July 18, 2026

Tęcza gola!

 


Zdjęcie wyjaśnia tytuł...
Wpis będzie o czym innym.
Kilka dni temu byłem na zebraniu mojego oddziału Stowarzyszenia św Wincentego.
Mieliśmy gości z innego oddziału a więc okazja do porównań.
Okazało się, że ten inny oddział ma zebrania co 2 tygodnie i że tylko 3 osoby są w stanie jeździć na wizytacje (my mamy zebrania raz na miesiąc i tuzin osób zdolnych do wizytacji).
Dlaczego zebrania co 2 tygodnie?
Starość nie radość - członkowie tamtej grupy są w takim wieku, że... bardzo jest im potrzebne spotkanie i wspólna modlitwa.

Migawka z wizytacji - klientka w średnim wieku, wspomina, że dużo czasu zajmują jej wizyty u matki, która jest w szpitalu gdzie czeka na przeniesienie do domu opieki.
- Moja matka ma już 67 lat - wzdycha klientka.
Ja i mój wizytacyjny partner spoglądamy na siebie badawczo...
Hmmm - teoretycznie mogłaby być naszą córką.

Wizyta w szpitalu...
Szpital Cabrini - założony w 1948 roku przez siostry Sercanki z Włoch.
Od tego czasu bardzo się rozrósł, zachował jednak katolickie tradycje, jest chyba jedynym szpitalem w Melbourne gdzie nie wykonuje się aborcji.
Wędrując labiryntem korytarzy przyglądam się pacjentom i personelowi.
Przekrój etniczny - 90% pacjentów - rodowód europejski, 75% personelu - rodowód azjatycki lub wyspy Pacyfiku.
Pacjenci - raczej moja kategoria wiekowa - wydaje mi się, że w ich oczach widzę zagubienie, dezorientację, czasem - przeprosiny.
Rozmawiam przez chwilę z pielęgniarzem - pochodzi z Nepalu - już 4 lata pracuje w Australii.
- Muszę niedługo wrócić do domu - mówi - muszę pomóc rodzicom.
- W jakim wieku są Twoi rodzice? - pytam.
- Ojciec - 58 lat, ciężka praca na roli.

Wychodząc ze szpitala zaglądam do kaplicy...


Korona Cierniowa...

Wizytacja u klientki Stowarzyszenia... relacja kolegów.
Kobieta, wiek 30+.
Przez 2 lata była bezdomna, niedawno dostała mieszkanie z opieki społecznej.
W mieszkaniu - śpiwór na podłodze - koniec spisu inwentarza.
Na szczęście w naszej okolicy istnieje magazyn, do którego można oddać niepotrzebne meble i sprzęty domowe a z drugiej strony - osoby potrzebujące mogą wziąć je bez żadnych opłat. Trzeba tylko samemu zorganizować transport.
Po dwóch dniach ustalania listy zakupów nasza klientka pojechała tam z naszymi reprezentantami.
Lista nabytków... chyba 40 pozycji.
Istotne, że nasza klientka, być może pierwszy raz w życiu, poczuła się panią sytuacji - to ona wybierała... nie troszcząc się o cenę.

Takie to wspomnienia mnie naszły podczas spaceru pod tęczą.
Nie muszę dodawać, że spacer był na bosaka.

Tęcza zwiastowała poprawę pogody.
Od 3 dni mamy chłodne, bezchmurne noce i słoneczne dni.
Jakiś czas temu prezentowałem śnieżne zdjęcie, podejrzewam, że od tego czasu bardzo się pogorszyło.
Niedobrze - za 3 tygodnie ma do Melbourne przyjechać znajomy narciarz z Kanady. Cel - maraton narciarski Kangaroo Hoppet.
Umówiliśmy się na stacji o 10:45 - trzymam kciuki żeby spadł śnieg.

Sunday, July 5, 2026

Naj, naj, naj...

 Niedziela...
Wczoraj - USA - 250-lecie Deklaracji Niepodległości - KLIK.
Czytam obecnie książkę o T. Kościuszce, o której wspominałem 4 wpisy temu - gdzie był Kościuszko w tym dniu?
Na oceanie Atlantyckim - wypłynął z Hawru w czerwcu 1776, statek płynął prawie 2 miesiące.
Rok później - 1777 - po raz pierwszy odbyły się uroczyste obchody tego święta, T. Kościuszko w tym czasie pracował nad fortyfikacjami na północy USA.

A w tym roku?
Wczoraj - 4 lipca...
- Australia przegrała z Egiptem mecz w mistrzostwach świata (w rzutach karnych) - KLIK. 
- Iga Świątek przegrała mecz na korcie w Wimbledonie - KLIK.
Dosyć!

Dzisiaj - nasz parafialny kościół św Benedykta, poranna msza i miłe zaskoczenie - kazanie wygłosił młody dziekan (za miesiąc zostanie wyświęcony na księdza) - na początku pytanie:
- które państwo jest największe i najszlachetniejsze na świecie?
Cisza, zakłopotanie, wreszcie nieśmiała podpowiedź - Australia?!
 - a które miasto jest największe na całym świecie? - odpowiedź łatwiejsza - Melbourne!
 - który kościół jest najświętszy w Melbourne? - kościół św Benedykta - tu już nikt nie miał wątpliwości.
Ostatnie pytanie:
- a który z dziekanów parafii św Benedykta jest najświętszą i najszlachetniejszą osobą na świecie - wątpliwości rozwiane zostały TUTAJ.

Dalej już niestety było trudniej...
Ewangelia wg św Mateusza - 11,28 - "
Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście. Ja dam wam wytchnienie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie...".
Dam wam wytchnienie zakładając wam moje jarzmo?
Można by wyciągnąć wniosek, że Boskie jarzmo jest lżejsze niż ludzkie.
Prawdopodobnie jest to jakaś motywacja dla wyboru kariery duchownej.

Na szczęście istnieją inne ścieżki, po mszy ogłosiliśmy coroczny Winter Appeal Stowarzyszenie św Wincentego - od ręki zebraliśmy ponad A$3,000 - pomoże kilkudziesięciu rodzinom przetrwać zimę.

A poza tym?
W górach spadł śnieg...


Nie wiem dlaczego, ale ucieszyło mnie to zdjęcie.
W Melbourne zapowiadają chłodną noc - +3C czyli na pobliskim polu golfowym może pokazać się szron.
Ale zanim wygrzebię się z łóżka, już go nie będzie.

Życzę miłego tygodnia!

Saturday, June 6, 2026

W. Lutoslawski w Australii

Witold Lutosławski - polski kompozytor - KLIK.

Tak - był w Australii - to był rok... jakoś między 1988 - 1992 - byliśmy wraz żoną na koncercie, na którym dyrygował wykonaniem swojego utworu... może to były 3 poematy wg Henri Michaux - KLIK.
Mieliśmy nawet okazję porozmawiać z nim kilka minut, ale wyznam, że brakowało mi tematu do rozmowy.

Z drugiej strony - z lat szkolnych pamiętam że muzyka W. Lutosławskiego była często grana w radio jako ilustracja do słuchowisk dla dzieci.
Z trzeciej strony - festiwal Warszawska Jesień - zaskoczenie - W. Lutosławski brylował w czołówce kompozytorów muzyki nowoczesnej.

Przypomniałem sobie te chwile gdy dostałem powiadomienie, że w Melbourne przebywa Kwartet im.W. Lutosławskiego ---


Cel pobytu - tydzień warsztatów muzycznych w Australijskiej Narodowej Akademii Muzyki - ANAM a przy okazji 2 koncerty dla publiczności.

Ostatni piątek - ciemno i chłodno - u nas już zima.
Koncert miał miejsce w budynku byłego klasztoru - Abbotsford Convent.
Spory dystans do przejścia, po drodze mijali nas młodzi ludzie, szczególną uwagę zwracali ci z wiolonczelami na plecach.

Koncert - w programie  Grażyna Bacewicz - 3 kwartety - na 4 skrzypiec, na 4 wiolonczele i na kwartet smyczkowy.
Największe wrażenie zrobił na mnie ten drugi - 4 wiolonczele - KLIK.
Glissanda przeplatane ze stukaniem, skojarzenie - Tren pamięci ofiar Hiroszimy - czułem niepokój, ale nie na miarę bomby atomowej.
Po przerwie - m.in. II kwartet smyczkowy K. Szymanowskiego.

Wrażenia ogólne - sam pobyt w sali koncertowej wzbudza we mnie pewne emocje, ale tym razem tych emocji nie wzmacniała muzyka.
Oczywiście były momenty, które przyspieszały bicie serca, ale tylko na chwilę.

Miłym urozmaiceniem była rozmowa prowadzącego koncert z członkami kwartetu - młodzi ludzie, weseli, zrelaksowani, mówili po angielsku bez obcych akcentów.
Sympatyczny wieczór, ale już nie nasz świat.

Dzisiaj - sobota - program radiowy ABC/Classic zdominowany przez co dwuletni plebiscyt, tym razem - Greatest classical music of all times - Najwspanialsza muzyka klasyczna wszechczasów - KLIK.

Z jednej strony, nie przywiązuję większej wagi do podobnych głosowań, z drugiej - ciekawi mnie czy są jeszcze osoby o podobnych upodobaniach muzycznych, no  i okazja do wysłuchania w radio znanych utworów.
Połowa plebiscytu za nami  - uwagi ogólne - sporo muzyki filmowej - no tak, to łatwiej przełknąć.
Sporo muzyki australijskich kompozytorów - też dobrze.
Zaniepokoiło mnie trochę, że połowa moich faworytów wylądowała w drugiej pięćdziesiątce.
Kto wygra - obawiam się, że znowu IX Symfonia L. van Beethovena :(

Coś z życia...
W czwartek odbywałem wizytacje charytatywne (Stowarzyszenie św Wincentego).
Lało jak z cebra.
Ciekawy przypadek - samotna pani mieszkająca w osiedlu domków opieki społecznej.
W domu ciemno...
- Awaria elektryczności? - pytamy.
- Nie, uznałam, że elektryczność zbyt dużo kosztuje i zrezygnowałam. Jestem za stara do pracy, za młoda na emeryturę, żyję z bezrobocia.
- Nie oglądasz telewizji?
- Przecież widzicie, że nie mam telewizora.
Na marginesie rozmowy dowiadujemy się, że nasza klientka ma troje dzieci, jest kwalifikowanym trenerem psów, udziela się w instytucjach charytatywnych, pracowała w firmie prowadzonej przez rodzinę z Arabii Saudyjskiej.
Dosyć - zasadniczo nie powinniśmy rozwijać tematów, które nie mają niczego wspólnego z dzisiejszą prośbą o pomoc.
 A szkoda...

P.S. Kilka dni temu podano informację, że wysokość minimalnej płacy w Australii podniesiono na A$26 za godzinę, co daje ponad A$1,000 za pełnowymiarowy tydzień.
Czyli ponad A$50,000 rocznie.
Przypomniała mi się moja pierwsza posada w Australii ( 43 lata temu) - A$24,000 rocznie - wystarczyło żeby kupić dom.
Teraz większości osób na to nie stać.

Monday, January 19, 2026

Perski dywan - 1


 Ostatnio dochodzi do nas sporo informacji o Iranie a raczej jedna informacja - jest źle, ludzie się buntują, bunty są krwawo tłumione, USA i Izrael obiecują interwencję...

W tym klimacie nie dodam niczego mądrego i właściwie powinienem cicho siedzieć, ale jednak wystawię cierpliwość i życzliwość moich czytelniczek/czytelników na próbę i podzielę się garścią refleksji.

Na początek refleksja muzyczna - Na perskim rynku - KLIK.
Pamiętam z dawnych czasów dość częste wykonania tego utworu w Polskim Radio, zlinkowane nagranie pochodzi z Izraela - czy to jakaś sugestia?

Iran - Persja...
Pierwszy kontakt to były lekcje historii w szkole podstawowej.
Persja wypadała na nich kiepsko - paskudny agresor pokonany w upokarzający sposób:
- bitwa pod Maratonem,
- bitwa pod Termopilami.
- podbicie Persji przez Aleksandra Macedońskiego - tutaj role się odmieniły.
Uwaga: linki do Wikipedii w Post Scriptum.

Potem długo nic i... rok 1943 - Konferencja w Teheranie - Stalin, Roosevelt i Churchill ustalają przyszłość Europy, to był zwiastun nadejścia PRL więc uczono mnie o tym w szkole - KLIK.
Trochę wcześniej ZSRR zgodził się na utworzenie Armii Andersa i w rezultacie nastąpiła ewakuacja Polaków z sowieckich obozów do Iranu - KLIK. 
O tym w szkole wspomnieli raczej półgębkiem.

W Australii spotkałem kilka osób, które przebyły ten szlak, pobyt w Iranie wspominały dobrze - bardzo życzliwi ludzie.
Swoją drogą sprawa nie była tak oczywista,  na początku II Wojny Światowej Iran rządzony przez szacha Reza Pahlawi uznał, że Niemcy wygrają wojnę i .... KLIK.

Reza Pahlawi - pierwszy z trójki - wyznam, że w dzieciństwie miałem dziwne skojarzenie tego nazwiska - rieza i pochleje - brzmiało jakoś słowiańsko - teraz, zaglądając do licznych źródeł - dostałem czkawki...
Okazuje się, że Reza Pahlawi  (ojciec powojennego Szacha) był dowódcą Perskich KOZAKÓW - KLIK.

Dla zmiany nastroju wspomnę teraz moje spotkania z Irańczykami...
Rok 1974 - kursy informatyczne w Anglii - na jednym z nich była grupa Irańczyków (3 mężczyzn, dwie kobiety). Wydawali mi się nieco aroganccy, mieszkali w dobrym hotelu, mieli dużo pieniędzy, wspominali, że gdy nadejdzie zima pojadą w Alpy spróbować sportu uprawianego przez Jej Wysokość Farah Diba - KLIK - cesarzowa radzi sobie bardzo dobrze -  chyba lepiej niż były prezydent Duda.

Jednym z punktów kursu było zarządzanie projektem informatycznym. Dostawaliśmy opis zadania i sytuacji i musieliśmy zaplanować pracę zespołu na najbliższe dni. 
Ja byłem w dwuosobowym zespole z Singapurczykiem - zauważyliśmy, że jedna osoba w zarządzanym przez nas zespole, nie przychodzi do pracy w poniedziałki w związku z czym następuje opóźnienie w projekcie. W związku z tym nie przydzielaliśmy mu żadnych zadań na poniedziałek i projekt szedł dobrze do przodu. Rezultat - byliśmy jednym zespołem, który wykonał projekt w zaplanowanym czasie i zmieścił się w budżecie.
A Irańczycy? Oni wyrzucili tego bumelanta z pracy, odpowiedzią był protest pozostałych pracowników - strajk, mediacje - w rezultacie projekt zszedł na margines i na psy.
Wspominając to wydarzenie nie mogę się oprzeć znajdywaniu analogii do historii Iranu.

Zupełnie inne spotkanie miałem w ramach działalności w Stowarzyszeniu św Wincentego...
Irańczyk - wiek około 40 lat, służył zawodowo w irańskiej armii. Któregoś dnia dostali rozkaz stłumienia jakiejś manifestacji, dostali ostre naboje. Nasz klient odmówił udziału.
W rezultacie spędził kilka tygodni w wojskowym areszcie i został wyrzucony z armii. To oznaczało "wilczy bilet" - żadna poważna instytucja nie mogła go zatrudnić. Pracował jako taksówkarz, ale przy pierwszej okazji uciekł i próbował dostać się do Australii.
To nie jest takie oczywiste - podobnie jak tysiące innych uchodźców został przechwycony na oceanie przez australijską straż i zesłany do obozu na wyspie Manus Island. Przebywał tam 3 lata i nabawił się ciężkiej kontuzji biodra w wyniku której wpuszczono go wreszcie do Australii.
Tu wegetował 3 lata - przez ten okres nie dostał prawa stałego pobytu a zatem nie otrzymywał pomocy społecznej, był zdany na pomoc instytucji charytatywnych. Ostatecznie wyjechał do Nowej Zelandii gdzie obiecano mu prawo stałego pobytu.

Jeszcze inna strona medalu...
Mój znajomy, zapalony rowerzysta, wybrał się na przejażdżkę rowerową - od źródeł Dunaju do Zatoki Perskiej a zatem kilka tygodni jazdy przez Iran. 
Nie mógł się nachwalić życzliwości tamtejszych ludzi.
Miał ze sobą namiot i sprzęt campingowym, był całkowicie niezależny i funkcjonowało to bardzo dobrze w Europie.
Ale w Iranie... gdy ludzie zauważyli, że rozbija namiot natychmiast interweniowali i proponowali mu gościnę.
W jednym przypadku było nieco zamieszania - mój kolega siedział przy kolacji ze swoimi gospodarzami i tu - puk-puk - niespodziewanie zjechała kilkuosobowa rodzina. Kolega już sięgał po swój namiot, ale nie... w ciągu kilku minut miał załatwiony nocleg w.... meczecie.

Sięgam po książkę R. Kapuścińskiego - Szachin-Szach...
"Meczet jest dla Szyitów czymś więcej niż miejscem kultu, jest także przystanią, w której można przetrwać burzę,  a nawet uratować życie...W konstrukcji kościoła chrześcijańskiego i meczetu można dostrzec istotne różnice. Kościół jest pomieszczeniem zamkniętym, miejscem modlitwy, skupienia, ciszy. Jeśli ktoś zacznie rozmawiać, inni zwrócą mu uwagę.
W meczetach jest inaczej.Największą część obiektu stanowi dziedziniec, na którym można modlić się, ale również spacerować, dyskutować a nawet odbywać wiece...
".

Mój kolega mógł rozłożyć swój materac i śpiwór w głównym budynku meczetu, pod dachem. Jedyną niewygodą było, że na czas pierwszej modlitwy - Fajr - przed wschodem słońca, musiał zwinąć na pół godziny swoje manele. Ale potem mógł spać choćby do południa.

Spoglądam na zegarek - za 20 minut czas na muzułmańską modlitwę Duhur.
Nawet nie wiem gdzie jest najbliższy meczet.
Anioł Pański?
W okolicy są 4 kościoły,  ale katolicy w Australii już chyba o takiej tradycji zapomnieli.

W tej sytuacji dam moim blogowym gościom chwilę wytchnienia.
Ale nie cieszcie się za bardzo - ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Fakty:
- bitwa pod Maratonem - KLIK.
- bitwa pod Termopilami - KLIK.
- podbicie Persji przez Aleksandra Macedońskiego - KLIK.
Historia Iranu - KLIK.

Saturday, December 13, 2025

Przedświąteczne podskoki

 Zaczynają się we wrześniu, już wtedy w sklepach pojawiają się świąteczne dekoracje i sugestie świątecznych prezentów.
W listopadzie robi się to już męczące...


A w grudniu - czas na działanie...
Najpierw coś dla potrzebujących - "paczki" świąteczne rozdzielane przez moją grupę Stowarzyszenia św Wincentego.
Paczki... dawne lata... bywało, że prosiliśmy parafian o dotacje żywności, bywało, że robiliśmy listy zakupów,  kupowaliśmy, pakowaliśmy w torby i roznosiliśmy po domach.
Bywało - teraz są to wyłącznie vouchery na żywność i na produkty sprzedawane w sklepach naszej organizacji.
Właśnie wczoraj wraz z kolegą odwiedziłem 12 domów - 9 z nich - kobiety, 1 małżeństwo, 2 mężczyzn.
Przyjmowali nas sympatycznie, w 5 domach były już świąteczne dekoracje, niektóre osoby zapraszały do środka, ale my mieliśmy sporą listę odwiedzin, wręczaliśmy kopertę z voucherami i w drogę.

Piątek - pora na regularne zakupy w centrum handlowym...


Conajmniej raz w tygodniu na liście zakupów są ryby, dzisiaj stoisko rybne cieszyło się sporym zainteresowaniem. W momentach szczytowych za ladą kręciło się 10 ekspedientów.

Ciepły dzień, temperatura 32C, ryby przebywały w klimatyzowanych kwaterach...


Ja parkowałem samochód w cieniu.
A w domu czekały na mnie ptaszki - znaczy gołąbki...


===
P.S. Dodane po publikacji wpisu.
Sobota - w południe, jak zawsze, posłuchałem audycji Lekcja Muzyki.
Temat był bardzo na czasie - Cisza. Zaprezentowano bardzo różnorodne utwory, w tematykę najlepiej wpasował mi się utwór Maxa Richtera - Mercy - KLIK.
Była też pozycja dla osób o skłonnościach do kontemplacji - hinduski utwór - 108 imion Shivy - KLIK.

Friday, October 17, 2025

Oktoberfest

 W ostatnią sobotę dosłyszałem nieoczekiwane dźwięki z naszego centerka handlowego, podszedłem a tam...

Oktoberfest - rzeczywiście, już od kilku dni zauważałem ogłoszenia o imprezach dla dzieci.
Faktycznie, imprezy były, ale dzieci raczej zabrakło...

====


Ostatnia środa, przechodząc koło naszego kościoła parafialnego zauważyłem częstą w tym miejscu scenerię, w podwójnym wymiarze...


Firma pogrzebowa - White Lady Funerals - pogoda się dostosowała.
Pogrzeb małżeństwa - oboje w wieku około 90 lat, umarli w odstępie kilku dni.

Wstąpiłem na plac zabaw żeby się trochę porozciągać na zabawkach...


Cały plac zabaw do mojej dyspozycji... poczułem się samotny jak palec...

Wczesne popołudnie - dwie wizytacje u osób korzystających z pomocy Stowarzyszenia św Wincentego.
Jedna z nich to pani, której rok temu zamordowano córkę.
Miałem pewne obawy przed tą wizytą, bezpodstawne - bardzo kulturalna, nawet elegancka, pani. Zaprasza do stołu, oferuje kawę, odmawiamy... słuchamy jej relacji z najnowszych wydarzeń, dwaj synowie zmarłej córki odwiedzają ją regularnie, dlatego przyda jej się pomoc w zakupach żywności.
Spokojna rozmowa o drobiazgach, dopiero przy wyjściu pani wspomina coś co chyba leży jej na sercu... mężowi mojej córki właśnie urodziła się córka, wnukowie nie są szczęśliwi z tego powodu...

Kalejdoskop.

Friday, September 12, 2025

Nieświęci garnki lepią

 Kilka ostatnich wpisów poświęciłem przyjemnej stronie życia - imprezy kulturalne, handel nieruchomościami, zakupy.

Wypada wspomnieć o szarej stronie rzeczywistości - we wtorek mieliśmy zebranie naszego zespołu Stowarzyszenia św Wincentego...
Pierwszy temat - zarząd Stowarzyszenia poinformował nas, że sytuacja finansowa nieco się pogorszyła w związku z czym powinniśmy być oszczędniejsi w naszej pomocy.
Drugi temat - niektórzy z naszych "klientów" są nadmiernie roszczeniowi, oczekują regularnego wsparcia niezależnie od okoliczności. W ostatnim miesiącu były dwa przypadki, w których klientki zachowały się niegrzecznie.

Wczoraj - czwartek - 2 wezwania.
Obie wizyty całkiem miłe.
Inna sprawa, że nie przepytywałem klientek dlaczego proszą o pomoc.
Z drugiej strony - pomoc raczej skromna - vouchery na żywność wartości A$80 - poprzednia pomoc miała miejsce 3 miesiące temu.
Sądzę, że w obu przypadkach, klientki nie cierpiały głodu.
Dlaczego prosiły o pomoc?
Skoro dają to trzeba brać?
Pewnie tak.

Zastanowiłem się chwilę nad profilem rasowym osób proszących nas o pomoc.
Nie ma żadnej Polki ani Polaka :)
Właściwie to nie ma nikogo z byłego Demoludu.
Nie ma Chińczyków ani Wietnamczyków.
Wyjaśnienie jest zapewne dość proste - to są migranci i dzieci migrantów, którzy przyjechali tutaj żeby sobie polepszyć życie.

Wrócę do tytułu wpisu - święci - nie-święci...
W poniedziałek była rocznica śmierci twórcy naszego Stowarzyszenia -  Fryderyka Ozanam - KLIK.
Zastanowiłem się nad jego życiorysem - jaki porządny człowiek - porządna rodzina, uregulowany bieg życia - studia, małżeństwo, dziecko. 
Niestety śmierć w młodym wieku.

W 1997 roku papież Jan Paweł II nadał mu tytuł błogosławionego.
Na naszych spotkaniach wzdychamy do Boga, żeby nasz patron został świętym.
Ja za bardzo nie wzdycham -
- po pierwsze nie rozumiem religijnego uzasadnienia takich wyróżnień,
- po drugie - o ile mi wiadomo, decydującym argumentem są cuda a tu mam jeszcze więcej zastrzeżeń.
Ostatnio zrobiło się głośno o kanonizacji Carlo Acutis - KLIK - młodego influencera, który propagował w internecie cuda.
Logiczne - kto promuje cuda ten zyska cudowną promocję

Fryderyk Ozanam tylko i po prostu pomagał ubogim i zachęcił swoich znajomych żeby do niego dołączyli.
Ale błysnęła mi iskra nadziej - z życiorysu F. Ozanama dowiedziałem się, że był przyjacielem A. Ampera - KLIK - tak, tego Ampera, który daje siłę wszystkim sieciom elektrycznym.
To jest dopiero CUD :)

Muzyczna strona dnia - wczoraj były 90 urodziny kompozytora Arvo Part - KLIK.
W związku z tym jego muzyka towarzyszyła mi podczas jazdy na poranne zakupy, 
Oczywiście Spiegel in Spiegel (Lustro w lustrze) - nieskończone odbicie - KLIK.
Cud, że zdołałem coś kupić.
A więc jednak - CUD!

Friday, July 18, 2025

Za drzwiami

 Zima...

Jedno z jej oblicz to ludzie cierpiący głód, chłód i niedostatek.

Kilka razy wspominałem na blogu swoje wrażenia ze spotkań z takimi osobami w ramach mojej działalność w Stowarzyszeniu Św Wincentego...

Ostatnia niedziela - urządziliśmy w kościele zbiórkę pieniędzy - na trzech mszach zebraliśmy około A$1,400.
Dużo :)
Kiedyś zbieraliśmy więcej, ale kto teraz przynosi gotówkę do kościoła?
Oczywiście zapewniliśmy możliwość dotacji przez internet.

W zeszłym tygodniu odwiedziłem wraz z kolegą jedną osobę, która prosiła o pomoc.
To znaczy... nie odwiedziłem.
Podczas wstępnej rozmowy telefonicznej klientka poprosiła żeby zostawić vouchery na żywność w jej skrzynce pocztowej bo ona musi pojechać z synem na pływalnię.
Zgodziliśmy się, zostawiliśmy vouchery, wieczorem mój partner telefonicznie upewnił się, że klientka vouchery znalazła.

Na zebraniu Stowarzyszenia wywiązała się dyskusja na ten temat - czy nalegać aby pomoc była przekazywana osobiście, z ręki do ręki?

Przypomniały mi się dawne czasy - normą było, że klienci zapraszali nas do domu,  prosili żeby usiąść,  opowiadali o swoich problemach.
Czasy Covidu zdecydowanie to przerwały i stare czasy już nie wróciły.

Przypominam sobie ostatnie 3 wizyty - wszystkie na progu drzwi.
W dwóch przypadkach konkretne powody - w środku jest psychicznie niezrównoważony syn - może was pobić.
W trzecim przypadku... bez powodu.

To staje się normą,   w ciągu ostatniego roku chyba tylko dwa razy klientki zaprosiły nas do środka, nawet zaoferowały kawę/herbatę - podziękowaliśmy.

Rozumiem to - z praktycznego punktu widzenia te wizyty niczego nie zmieniały, ale było w nich coś... ludzkiego.
Wygląda na to, że tego teraz nikt nie potrzebuje.

Miła migawka z restauracyjki w mojej okolicy...


Dla potrzebujących - 5 darmowych posiłków dzisiaj...

Saturday, June 7, 2025

Życie w norze

 Wspomniane w poprzednim wpisie przeziębienie powoli rozchodzi się po kościach.
Bardzo powoli się rozchodzi, kości faktycznie bolą.

Z jednej strony izolujemy się trochę od towarzystwa żeby nikogo nie zarazić, z drugiej strony - tak samo.
W czwartek przyszła do nas pani, która pomaga nam w sprzątaniu - przyszła i gdy tylko usłyszała mój kaszel, to obróciła się na pięcie i koniec pomocy.
Jest w tym sporo logiki, jak pokręcę się do domu z miotłą i szmatą to mi dobrze zrobi.

Z innej strony - w czwartek odwiedzałem z kolegą osoby proszące  Stowarzyszenie św Wincentego o pomoc. Założyłem maskę i trzymałem się na dystans.
Trzy wezwania, jedno do wielo(11)dzietnej rodziny. Już z ulicy widzieliśmy przez okno jakiś program dla dzieci na ogromnym ekranie telewizora. Zapukaliśmy do drzwi - drzwi się otworzyły, szóstka maluchów porzuciła telewizor i podskakiwała radośnie za siatką w drzwiach skandując - Vinnies, Vinnies, Vinnies!
Rozmowa z ich matką nie była tak pogodna - starszy syn został pobity w szkole i spędził kilka godzin w szpitalu. A to jest szkoła z całkiem dobrą reputacją.
Druga klientka - pani z Wysp Cooka, o której już kilka razy wspominałem. Niestety ze względu na przeziębienia musiałem zrezygnować z jej uścisków. Poza tym wszystko normalnie - syn miał atak epilepsji.

Po powrocie do domu trafiłem na informację o Soup Vans - furgonetki z zupą organizowane przez Stowarzyszenie św Wincentego - bardzo na czasie.
W ciągu roku, w naszym stanie Wiktoria, wydają 800,000 gorących posiłków.

Druga strona medalu - statystyki wskazują bezrobocie około 4% co jest uważane za dobry wynik.
Trzecia strona medalu - rząd ogłosił podwyżkę minimalnej pensji do A$24.96/godzinę... co oznacza prawdopodobnie zwiększenie oficjalnego bezrobocia.

Dzisiaj - sobota - jeszcze inna strona medalu - nasz syn z trójką dzieciaków i dwoma psami uczestniczyli w Park Run - porannym biegu w pobliskim parku i wpadli do nas na śniadanie - rodzina, więc nie będę wyliczał ile czego zjedli. Ważne, że mają dobry apetyt.

Inna strona soboty - w ten weekend stacja ABC/Classic przedstawia wyniki plebiscytu na najbardziej popularne utwory fortepianowe.
Z jednej strony jestem bardzo sceptyczny w temacie głosowania na dzieła sztuki, z drugiej - jest to dla mnie jakiś miernik na ile moje gusta mieszczą się w obecnej rzeczywistości.

W tej chwili znam utwory, które zakwalifikowały się do dolnych 30% - kilka przykrych niespodzianek:
- 100 - J. Brahms - II koncert fortepianowy,
- 92 - L. van Beethoven - III koncert fortepianowy,
- 89 - F. Chopin - Walce.
- 88 - M. Ravel - Koncert fortepianowy G-dur
- 76 - F. Chopin - Wielki Polonez Es-dur
- 69 - L. van Beethoven - Sonata Nr 23 - Appasionata.
.... odliczanie trwa.

P.S. Poniedziałek - podzielę się wynikami głosowania:
1. L. van Beethoven - V koncert fortepianowy - tego byłem pewien.
2. L. van Beethoven -  Sonata Księżycowa.
3. F. Chopin - Nokturny.

Udział wzięło ponad 130,000 osób.
W pierwszej 100 utwory Beethovena i Chopina uplasowały się 9 razy
Pewnym zaskoczeniem była dla mnie wysoka pozycja nie tak bardzo popularnych utworów...
C. Debussy - Suita Bergamaca - 5
E. Satie - Gymnopedie - 7
Ciekaw jestem skąd tak wiele osób słyszało o tych kompozycjach i gdzie je usłyszeli?

Pełne wyniki - TUTAJ.

Thursday, February 13, 2025

Rulety i ruletki

 Moje samopoczucie i nastrój w ostatnim tygodniu były kiepskie, pewnie wpływ miała na to pogoda - upały.

Po kilku dniach upałów ruleta pogodowa ruszyła - prognoza na dzisiaj... 


Między 5 a 6 zapowiedzieli spadek temperatury o 11C.
Prognoza na nadchodzące dni też ciekawa - w sobotę będzie o 19C chłodniej niż dzisiaj.

W tym (minionym) okresie kiepskiego samopoczucia miałem kłopoty ze skupieniem się nad jakąś lekturą a więc stałem się ofiarą sensacji medialnych.
Takich jak ta...
Izraelski influencer Max Veifer - KLIK - nawiązał kontakt z parą australijskich pielęgniarzy/pielęgniarek o arabskich nazwiskach i spytał ich jak traktują pacjentów żydowskiego pochodzenia. 
- O, tak - odpowiedział jeden z nich i przejechał palcem po szyi.
Szczegóły tutaj - KLIK.
Nazwa platformy internetowej - dla mnie - swojska - Chatruletka.
No i teraz mamy pełnowymiarowe dochodzenie - sprawdzić historię opieki medycznej wykonanej przez te dwie osoby ze szczególnym uwzględnieniem pacjentów żydowskiego pochodzenia.

W tej sytuacji mogłem odpowiednio docenić błogosławieństwo jakim dla mnie jest działalnośś w Stowarzyszeni św Wincentego.

Czwartek godzina 15:30 - duszno, klimatyzacja ziębi, nie wiadomo gdzie się podziać i - dzwonek - przyszedł email z listą wezwań - 5.
Kontaktuję się z klientami telefonicznie i za godzinę przyjeżdża po mnie mój partner i jedziemy na spotkanie z życiem.

Ściemniło się, pierwsze krople deszczu.

1 - nowy klient - właśnie wyszedł z półrocznej kuracji odwykowej od narkotyków, mieszka z kolegą, pobiera zasiłek dla niepełnosprawnych. W średnim wieku - prezentuje się dobrze, rokuje dobre nadzieje.

2 - Starsze małżeństwo - Chińczycy. Przebywają od wielu lat w Australii, nie znają angielskiego. Wizytę zorganizowała ich sąsiadka, która jest naszym tłumaczem. Małżeństwo mocno zażenowane, odnoszę wrażenie, że oni nie potrzebują tej pomocy, sąsiadka przesadziła.

3. Matka 11 dzieci. Na podwórku bałagan nie do opisania, wśród stert zabawek kręci się 5 dzieci.
Spojrzałem i... zakochałem się - poczułem że chciałbym tu zostać na zawsze.
Najmłodsza dziewczynka - 2 lata - okropnie podrapany nos i część twarzy, niemiłosiernie ubłocona złapała mnie za nogę i stukała mnie coraz to nowymi zabawkami żeby zdominować moje zainteresowanie a konkurencję miała  wielką - jej dwie starsze siostry - bliźniaczki - niesamowicie błocone co jeszcze podkreśla ich urodę. Ich 8-letni brat wyglądał poważnie i wprowadzał pewną równowagę w tym towarzystwie.
Starsza siostra - 12 lat - w mundurku szkolnym, czyściutka, zadbana, w uśmiechem patrzy na swoje rodzeństwo i jednocześnie rozmawia z nami - patrzy życzliwie w oczy, dobra wymowa, pełne zdania.
Wychodzi do nas matka - rozmowa schodzi na konkrety, wręczamy vouchery na żywność i... trzeba się rozstać.

4. Pani z Wysp Cooka - już o niej wspominałem na blogu - nieodłączne przytulenie się, potarcie się nosami, płacz i śmiech.

5. Starsza pani, miła, dobre poczucie humoru.
Zaczyna padać prawdziwy deszcz - mój partner odwozi mnie do domu - miły, chłodny wieczór.

Friday, January 17, 2025

Ziii..mną

Czwartek, 16/1, rano...


Temperatura na zewnątrz 16C, w środku 20C.
W zimie włączylibyśmy ogrzewanie, ale przecież jest lato i to upalne.

Na rozgrzewkę pojechałem po zakupy.
Jak zwykle włączyłem w samochodzie radio - ABC/Classic - jakieś niewiadomo co ?-(
Tu już tak się ciągnie od początku tego roku - ani pół łyki dobrej muzyki.

Na szczęście sprzedawcy i sprzedawczynie na bazarze byli bardzo sympatyczni, a może nawet bardziej niż zwykle bo pora była wczesna i klientów niewielu.
Wtedy na własnej portmonetce stwierdziłem jak przemarznięte mam palce - nie mogłem za żadne skarby wysupłać żadnego dolara.
Na szczęście sprzedawcy byli cierpliwi i wysłuchali mojej opowieści o tym jak sobie odmroziłem palce podczas maratonu narciarskiego we Włoszech, nie ma zmiłuj, maraton się skończył i dolara trzeba było wyłożyć.

Po powrocie do domu zjadłem coś rozgrzewające go i uciąłem sobie drzemkę.
Przebudziło mnie wezwanie do akcji - wizytacje klientów Stowarzyszenia im św Wincentego. Po świątecznej przerwie mieliśmy aż pięć wezwań.
Trzy bardzo standardowe, dwa - wyjątkowe.
Pani z Wysp Cooka, chyba już o niej tu wspominałem - czekała na nas na ulicy gdyż wejście do jej domu jest zbyt niebezpieczne - jej 12-letni syn może zaatakować ostrym narzędziem. Jej widok wystarczy aby zmiękczyć nawet moje, twarde i przemarznięte serce - złapała mnie w objęcia, przytuliła policzek do policzka i tak trwaliśmy dłuższą chwilę a ja czułem wpływające do mojego ciała ciepło.
Za parę minut musiałem ją odstąpić swojemu partnerowi, wręczyliśmy kupony na żywność i pojechaliśmy dalej z poczuciem niedosytu - ta osoba całkiem zmarnieje w obcej dla niej Australii.
Następna wizyta - znowu beznadziejna historia ale odwrotny rodzaj beznadziei - młoda dziewczyna z paskudną przeszłością, trójka dzieci wychowywanych przez opiekę społeczną, równowagę psychiczną podtrzymują jej psy, z tego powodu brakuje jej pieniędzy na jedzenie dla siebie.
Podyskutowaliśmy na ten temat w jakimś błędnym kieracie, ale cały czas wizyty był zdominowany wyglądem klientki - jej bardzo obfite ciało było całe pokryte paskudnymi wrzodami.
Coś tam wspominała o problemach ze zdrowiem, ale co to były te wrzody?
Pomyślałem sobie, że gdybym spotkał taką osobę w sklepie spożywczym to natychmiast poprosiłbym personel o interwencję - aby dopilnowali żeby niczego nie dotykała gołymi dłońmi.
Na dodatek poprosiła o kupony do sklepu Vinnies - towary używane - a co gdy ona zechce przymierzyć jakieś ubranie?
Po zakończeniu wizyty zadzwoniłem do naszej przewodniczącej, byłej pielęgniarki, z prośbą żeby skontaktowała się z naszą klientką i w taktowny sposób załatwiła jej jakąś pomoc medyczną.

Po powrocie do domu, dla relaksu zajrzałem na zaprzyjaźnione blogi a tam - SZOK!
Na kilku blogach prowadzonych na platformie Wordpress,  już od kilku dni atakowały mnie jakieś porado-reklamy medyczne ilustrowane obrazkiem przeraźliwie zdeformowanych nóg kobiecych. To jakoś skojarzyło mi się z tymi wrzodami na ciele klientki i wyznam, że poczułem chęć... mordowania.

Na szczęście znużenie emocjami dnia wzięło górę i zasnąłem bez problemu.
Dzisiaj, piątek, pobudka... wnuczka z koleżanką przyszły do nas na śniadanie. Prześcigały się w opowiadaniach o życiu na studiach - masa spotkań towarzyskich plus każda z nich ma dwie regularne prace - o studiach ani słowa.

Po śniadaniu wsiadły do swoich zgrabnych samochodzików i odjechały do swojego życia...


Na szczęście dzisiaj trochę cieplej więc może i ja przeżyję.

P.S1. Pisząc ten wpis odwiedziłem wspomniane strony żeby zaprezentować temat mojego wzburzenia, Wordpress to przewidział i obrazek został zmieniony...

P.S2. Dzień później, inne miejsce - nie blog ale Gazeta.pl - ta sama zmora...


Znowu zebrało mi się na mdłości.

Tuesday, November 12, 2024

Pan Bóg dał dzieci

 Przez kilka tygodni korzystałem z usług fizjoterapeutki.
Było trochę okazji do rozmowy. Ona spytała mnie z jakiego kraju pochodzę, spytałem i ja.
- Z Korei Południowej.
- Urodziłaś się w Australii?
- Nie, w Korei Południowej, gdy miałam 2 lata rodzice oddali mnie Australijczykom w adopcję i odkąd mieszkam w Australii, nowi rodzice zapewnili mi wykształcenie.
Nie pytałem czy spotkała swoich rodziców biologicznych.

Przypomniała mi się podobna historia....
Mój dobry znajomy z narciarskich tras. Pojechaliśmy razem na serię maratonów narciarskich w Europie.
Weterynarz, zapalony żeglarz, dobrze sytuowany. Miał trzech synów i przyszło mu do głowy żeby adoptować dwoje dzieci z Korei Południowej, dwie dziewczynki.
Wspominał, że agencja załatwiająca formalności adopcyjne spoglądała na niego i jego żonę niechętnie. Dopiero po pewnym czasie ktoś wyjaśnił mu przyczynę.
- Oni podejrzewają, że Australijczycy adoptują dzieci z ubogich rodzin koreańskich żeby wykorzystywać je potem jako służące itp.
Mój znajomy zapewnił obu przybranym córkom wykształcenie.

Inna strona medalu - wizytacje pod patronatem św Wincentego...
Ostatnie dwie wizyty były u rodzin gdzie dzieci terroryzują rodziców.
Pani pochodząca z Wysp Cooka - KLIK.
Mieszkańcy Wysp Cooka to Maorysi, podobnie jak w Nowej Zelandii i podczas pierwszego spotkania potarliśmy się nosami - jak tu - KLIK.
To niestety było jedyną miłą częścią spotkania. 
Już podczas rozmowy telefonicznej przez wizytą klientka poradziła nam, żebyśmy zaparkowali samochód na sąsiedniej ulicy bo jej syn nie lubi tego typu wizyt i zdarza się, że wybiega przed dom i tłucze samochód przybyszy młotkiem.
W domu też potrafi robić gwałtowne awantury.
Syn uczęszcza do specjalnej szkoły, ale nie widać żeby sytuacja się normowała. Wraz z partnerem rozważają możliwość powrotu na Wyspy, może taka zmiana środowiska coś pomoże?

Druga wizyta - mężczyzna w średnim wieku z ciężką przeszłością. Jego małżeństwo rozpadło się, w którymś momencie wylądował wraz z synem na ulicy. Po roku znaleźli miejsce w schronisku dla bezdomnych, po następnych dwóch dostali mieszkanie opieki społecznej. W międzyczasie syn uzależnił się od narkotyków i stał się niebezpieczny. 
Kilka miesięcy temu pobił ojca młotkiem i wylądował za kratkami. Odniosłem wrażenie, że ojciec wolałby żeby syn już do niego nie wrócił, ale nie mam pojęcia jakie opcje przewiduje australijskie prawo i opieka społeczna.

Wymierny efekt tych wizyt - zapłaciliśmy zaległy rachunek za elektryczność,  kupiliśmy kanapę, daliśmy vouchery na żywność.

Smutny bilans.

P.S. Godzinę po publikacji tego wpisu przypomniała mi się jeszcze jedna "dziecinna" historia.
Dzisiaj rano, jadąc po zakupy, słuchałem jak zwykle radio ABC/Classic a tam coś o W.A. Mozarcie.
W roku 1778, 22-letni Mozart, po rezygnacji z posady w Salzburgu, szukał pracy gdzieś w Europie. W końcu zaniosło go do Paryża, tam pisał koncert na flet i harfę dla miejscowego hrabiego i jego córki. W tym okresie dotarła do niego wiadomość o śmierci matki.
Cały koncert TUTAJ.

Muzyka klasyczna - wspomnienie tej audycji przyniosło mi trochę spokoju.
A Mozart - muzyka klasyczna nie zostawiała marginesu na osobiste emocje.

Monday, June 24, 2024

...nie radość

 Wczoraj (niedziela) na mszy zauważyłem w ławce przede mną młodą dziewczynę, która zawzięcie klikała w swój telefon - Gloria, Ewangelia, kazanie, Credo - nieważne ona nadawała na swojej częstotliwości.
Dopiero gdy nadszedł czas komunii zorientowałem się, że ona jest opiekunką niesprawnej osoby. Pani w nieco starszawym wieku, Chinka, chyba z jakimś urazem nogi bo poruszała się z trudnością a na dodatek ręka na temblaku. Opiekunka pomogła jej wstać, podopieczna pokuśtykała do ołtarza, opiekunka kontynuowała swoje.
Nie wiem co tam było przy ołtarzu w każdym razie starsza pani wracała łkając i połykając łzy. Opiekunka pomogła jej zająć miejsce w ławce, ale nie pomogła wytrzeć łez z twarzy a te kapały gęsto.
Odruchowo sięgnąłem do kieszeni, ale i tak wiedziałem że nic nie pomogę gdyż wchodząc do kościoła skorzystałem z serwetki aby przetrzeć oczy, które zaparowały na zimnym powietrzu.
Zanotowałem w pamięci żeby nosić ze sobą torebkę z serwetkami.

Dwa dni wcześniej miałem dwie wizyty u osób zgłaszających się do św Wincentego po pomoc.
Pierwsza osoba - starsza pani, która generalnie nieźle sobie radzi z finansami.
Zadzwoniłem do niej dowiedzieć się jak możemy pomóc... 
Pani chyba czekała na telefon bo nie dała mi dojść do słowa tylko zaczęła swoją historię -
dzisiejszy dzień spędzam ze swoją zmarłą córką...
Z dokumentacji wiem, że jej córka była uzależniona od narkotyków i popełniła samobójstwo.
Jednak wspomnienie było pogodne - ulubione przeboje córki, ulubieni wykonawcy, koncerty muzyki młodzieżowej, stroje, ale również...
Może moja uwaga nie była zbyt skoncentrowana, ale zrozumiałem, że jej córka zabiła swojego syna i nie powiedziała nikomu co zrobiła ze zwłokami.
Moja córka i mój wnuk - to są moi bohaterowie - podsumowała moja rozmówczyni.

Druga klientka - młoda kobieta z przeszłością - jedno z dziewięciorga dzieci - porzucona przez rodzinę. W wieku 14 lat wylądowała na ulicy jako bezdomna. Uzależnienie od narkotyków, trójka dzieci, wszystkie w domach opieki.
To już druga prośba o pomoc w tym miesiącu - spytałem o przyczynę - pies się "okocił" - 7 szczeniaków. Nie było jej stać na zdeseksowanie suki stąd taki rezultat. Schronisko dla zwierząt przyjmuje szczeniaki nie młodsze niż 8 tygodni. 3 szczeniaki oddała znajomym, pozostały 4.
W rezultacie na wyżywienie psów wydaje więcej niż na siebie.

A w domu - żona od dwóch dni jest w stałym kontakcie ze znajomą, której matka - nasza bardzo bliska znajoma - ma ponad 95 lat i ostatnio straciła siłę i ochotę do życia. 
Dwa dni temu wzięli ją do szpitala i zakwalifikowali na opiekę paliatywną. Żona odwiedziła ją w szpitalu - ma bardzo dobre warunki, ale chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. W każdym razie z chęcią wypiła rosół, który żona jej przyniosła.

Dzisiaj - poniedziałek rano - dowiedzieliśmy się, że w nocy zmarła.
Na szczęście natura daje takie wyjście. 

Thursday, April 11, 2024

Dobroczynność na etacie

 Wiele razy wspominałem na tym blogu o swojej działalności w Stowarzyszeniu św Wincentego a Paulo - Vinnies.

W ostatni wtorek odbyło się kolejne, comiesięczne, zebranie.
Takie zebrania trwają troszkę ponad godzinę i od dłuższego czasu nuży mnie ilość biurokratycznych procedur, które omawiamy.
Właściwie to nawet nie omawiamy, raczej przyjmujemy do wiadomości długą listę otrzymanej korespondencji, informacje, że coś się zmieniło w radzie rejonu, że oddziały Stowarzyszenia w Indiach i na Filipinach, który wysyłamy na Święta skromne dotacje, odpowiedziały(albo nie odpowiedziały) na nasz email.
Oczywiście sprawdzamy jak nasze wydatki i przychody mają się do planowanego budżetu.
Poza tym - krótka modlitwa, refleksja duchowa, omówienie istotnych spraw w wizytacji ostatniego miesiąca. 
Jeśli zostało trochę czasu to rozmowy na luźne tematy.

Jak wspomniałem te zebrania coraz bardziej mnie nużą.
Wydaje mi się, że dawniej więcej czasu mówiliśmy o sprawach osób, którym pomagamy i o sobie.

Oczywiście tu wychodzi na jaw mentalność staruszka, który woli poplotkować niż analizować problemy finansów i polityki niskiego szczebla.
Jednak jako osoba profesjonalnie doświadczona w analizie danych zajrzałem do sprawozdania finansowego naszej organizacji a tam...
Rok finansowy 2022/2023 
- otrzymane dotacje - A$11,700 tys - spadek o $800 tys
- dochody sklepów Vinnies - A$61,500 tys - wzrost o A$15,000 tys (odbicie po Covidzie)
- bezpośrednia pomoc - czyli to co my robimy - A$23,900 tys - wzrost o A$1,900 tys
- płace personelu - A$48,200 tys - wzrost o A$6,400 tys.

Czyli na każdego dolara pomocy dla potrzebujących płacimy dwa dolary naszym urzędnikom.
Przypomnę, że obsługa sklepów przynoszących taki dochód to są bezpłatni ochotnicy, to samo osoby wizytujące potrzebujących.

Oczywiście żeby sklepy mogły sprawnie funkcjonować muszą mieć zapewnione odpowiednie lokale i wyposażenie a to kosztuje, ale jednak fakt pozostaje faktem - nasza organizacja jest bardziej potrzebna biurokratom niż biedakom.

Gdybyśmy tak z dnia na dzień przestali istnieć, to biedni jakoś by sobie poradzili, ale około tysiąca urzędników straciłoby pracę.

Przypominam sobie wspomnienia znajomego weterana naszego Stowarzyszenia - jak to było 50 lat temu - zebrania odbywały się co tydzień, cała pomoc dla potrzebujących pochodziła z dotacji zebranych podczas zebrania.

Świat się zmienił.

Sunday, November 5, 2023

Compliance 2

 Kontynuuję temat.
Temat 2 - prywatność informacji.

Po pierwsze to największy z tym kłopot mają instytucje, które z definicji powinny gwarantować bezpieczeństwo naszych danych - banki, towarzystwa ubezpieczeniowe.
Z drugiej strony są one nieustannie atakowane przez kryminalne szajki.

Po drugie - nasz skromny zespół.
Faktem jest, że gromadzimy sporo prywatnych informacji - numer telefonu, adres, wiek, źródła utrzymania, problemy osobiste naszych klientów.  Z drugiej strony jednak nie sądzę żeby kogokolwiek to interesowało. Jedyny praktyczny problem, to gdy z powodu naszego niedbalstwa takie dane wpadną w ręce osoby, która w jakiś sposób to rozgłośni.
Tu okazji jest wiele - codziennie dostajemy email z danymi osób proszących o pomoc, ten email na ogół drukujemy, wydruk uzupełniamy notatkami z wizyty po czym... wyrzucamy do kosza.
Nie sądzę żeby ktoś szperał w moim pojemniku na śmieci wystawionym do podebrania przez służby porządkowe, ale podczas wysypywania do śmieciarki coś może się zaciąć, przewrócić, wiatr może zanieść ten śmieć na podwórko sąsiada naszego klienta.
Na szkoleniu kategorycznie zalecano safe disposal - google mówi, że po polsku to - bezpieczna utylizacja, wszyscy kiwali z powagą głowami, ale wiadomo że skończy się na śmietniku.
Podobnie jest z emailem - upewnijcie się że wasz komputer i email mają odpowiednie zabezpieczenia - to niestety sfera marzeń. Jedyna pociecha że może jakoś mnie nie zauważą wśród tych setek milionów użytkowników internetu.

Ostatni temat - nasze własne bezpieczeństwo.
Tu organizatorzy szkolenia mieli powody do satysfakcji - rzeczywiście oni troszczą się o sprawy, które wielu z nas nie przyszłyby do głowy.
Najbardziej ryzykowna sytuacja to oczywiście wizyta w mieszkaniu klienta. Rzeczywiście, tu może nas spotkać niejedna niespodzianka.
Moje doświadczenie - dzwonimy do domu klientki, słyszymy lekkie zamieszanie, widzimy, że za szybą w oknie pojawiły się twarze dzieci. Za chwilę jakieś dziecko pyta - kto to?
Przedstawiamy się, pytamy o matkę, przecież umawialiśmy się z nią pół godziny temu... znowu zamieszanie, wreszcie jedno z dzieci otwiera drzwi - matka śpi - mówi.
Nalegamy żeby pozwoliło nam ją zobaczyć - rzeczywiście, śpi jak zabita. Mój towarzysz daje mi znak, że według niego to skutek narkotyków.
Na szczęście dzieci jest kilkoro, najstarsze ma chyba 15 lat i ono zapewnia nas, że to dla nich nie jest to nic nowego i że wszystko jest w porządku. 
Sprawdzam telefonicznie następnego dnia - jest w porządku.

Osobna sprawa to gdy nasz zespół wizytujący składa się tylko z kobiet. Mamy kilku klientów, których nasze panie nie chcą odwiedzać bez wsparcia mężczyzny.
Inna kategoria - dzieci z problemami psychicznymi.
Mamy klientkę, której syna bardzo denerwuje wizyta obcych osób, często wybiega przed dom i atakuje cegłą samochód gości. Spotykamy się więc z klientką na ulicy, za rogiem.

Jeszcze inna sprawa - psy.
Generalna wskazówka nie wchodzić do mieszkania bez upewnienia się, że pies jest dobrze zabezpieczony.
Inna kategoria - fizyczna pomoc - coś wstawić, przestawić itp.
Oficjalna instrukcja - za żadne skarby - po pierwsze możemy doznać jakiejś kontuzji, po drugie - klient może nas oskarżyć żeśmy coś zepsuli.
W praktyce - stosujemy własną logikę.

Na marginesie wyznam, że ja czuję spore zagrożenie gdy jadę samochodem prowadzonym przez niektórych kolegów/koleżanki. Wątpliwą pociechą może być fakt, że taki wypadek drogowy będzie zaklasyfikowany jako wypadek przy pracy.

Ostatnia sprawa to nasze zdrowie psychiczne - dostaliśmy długą listę linków do instytucji, które nam pomogą w przypadku gdyby naszły nas:  smutek, depresja, niepokój, myśli samobójcze, itp, itp.
To już jednak żadna nowina - podobna lista wyświetlana jest bardzo często podczas emisji wiadomości tv oraz przed i po co drugim reportażu czy filmie prezentowanym w tv.

Saturday, October 28, 2023

Compliance

Oznacza po angielsku zgodność z przepisami,

A przepisów coraz to więcej.

W życiu prywatnym każdy sobie radzi jak potrafi, co innego w pracy - regulamin, często nie jeden.
Sprawa się komplikuje gdy ktoś działa w instytucji charytatywnej - tu styka się sporo różnych dziedzin, a do tego dochodzi bliski kontakt z bardzo różnymi osobami i ich problemami

Wspominałem wielokrotnie o swojej działalności w instytucji charytatywnej - St Vincent de Paul - i właśnie przyszła kryska na matyska - członkowie muszą odbyć obowiązkowy Compliance Training.

Odbyłem w czwartek.
Szkolenie ograniczyło się do trzech tematów - bezpieczeństwo dzieci, privacy - czyli poufność i bezpieczeństwo informacji, nasze własne bezpieczeństwo podczas kontaktu z osobami, które proszą o pomoc.

Bezpieczeństwo dzieci - wydaje mi się, że prawie codziennie słyszymy raporty o tym że jakiemuś dziecku lub młodej osobie dzieje się mniej lub więcej zamierzona krzywda.
Na marginesie wspomnę, że każdy z naszych członków musi mieć wydane przez policję świadectwo upoważniające do kontaktu z cudzymi dziećmi.
O ile wiem takie świadectwa muszą mieć również pracownicy transportu publicznego a zapewne również pracownicy sklepów itd, itd.
Oczywiście policja może jedynie sprawdzić czy nie mamy jakichś przypadków przekroczenia prawa.

Zatrzymam się nieco na pierwszym punkcie szkolenia.
Wyróżniono 4 zagadnienia - zaniedbanie, przemoc fizyczna, nadużycia seksualne, grooming.
Ten ostatni termin wymaga wyjaśnienia - według słownika oznacza on pielęgnację, ale również tresurę i to chyba jest właściwe połączenie - pielęgnacja to w tym przypadku zdobycie zaufania dziecka w celu zyskania możliwości zyskania nad nim kontroli.

Jak wygląda to w naszej praktyce?
Zaniedbanie - przede wszystkim, wielu naszych klientów nie potrafi zadbać o samych siebie i swoje gospodarstwo domowe. Stosunkowo najlepiej wypadają w tym towarzystwie matki pochodzące z Afryki, dzieci są zadbane, wesołe, bystre i chętne do akcji - aby to tylko przekładało się na chęć do nauki i pracy.
Przemoc - sprawa oczywista to zwrócić uwagę czy dziecko ma siniaki lub inne ślady obrażeń.
Takich przypadków nie mieliśmy.
Nadużycia seksualne - nasz kontakt z dziećmi klientów jest zbyt krótki i powierzchowny żebyśmy mogli coś zauważyć.
Grooming - jak wyżej chociaż tu doszły dodatkowe elementy - na ile kontaktu fizycznego z dzieckiem klienta możemy sobie pozwolić?
Bardzo powszechne jest u nas high five czyli wzajemne klapnięcie się płaskimi dłoniami - to w porządku.
A co z give me a hug - czyli obejmijmy się rękami?
Po pierwsze kontakt z dzieckiem musi być przez cały czas w obecności rodziców, po drugie - jeśli kontakt fizyczny, to tylko bierny czyli dajmy się objąć.
A co jeśli dziecko chce nam coś opowiedzieć, zwierzyć się?
Zasadniczo obecność rodziców bardzo ogranicza taką możliwość.
Gdyby jednak... to wysłuchać z życzliwością i powagą i nie zawieść zaufania dziecka czyli... raportować dalej czy nie raportować?
Dylemat jest na tyle poważny, że na szkoleniu podano nam 2 telefony zaufania i ze trzy platformy internetowe gdzie możemy szukać wsparcia gdyby treść szkolenia wprowadziła nas w jakieś rozterki.
Czyli - po pierwsze - zadbaj o samego siebie.
Ja wybrałem odreagowanie na tym blogu.

Wpis rozrósł się do takich rozmiarów, że na dzisiaj wystarczy, ciąg dalszy w przyszłym tygodniu.

P.S. Na szkoleniu, po zakończeniu pierwszego tematu, była przerwa na herbatkę - podano również kawę,  jakieś pierożki, humus, crackersy, wafelki, herbatniki.
Zwróciłem prowadzącym uwagę, że jest to oczywisty grooming - zyskanie naszej wdzięczności i zachęta do konsumpcji niezdrowych produktów.

Sunday, December 12, 2021

Niedzielna radość

 Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: «Cóż mamy czynić?» On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni».

Przyszli także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i rzekli do niego: «Nauczycielu, co mamy czynić?» On im powiedział: «Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono».

Pytali go też i żołnierze: «a my co mamy czynić?» On im odpowiedział: «Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie».

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. on będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem. Ma on wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».

Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.

Ewangelia św Łukasza 3: 10-18

Gdzie tu tytułowa radość?

Na dodatek ta wzmianka o palących się plewach. 
Według mnie w cytowanym powyżej tekście jest błąd - ogień nieugaszony - to robi wrażenie jakiegoś niedbalstwa, nie zgasili ognia w porę i plewy się zapaliły. 
W tłumaczeniu angielskim to jest: ...and the chaff he will burn in a fire that will never go out - a plewy spali w ogniu, który nigdy nie zgaśnie. 
Niegasnący ogień piekielny - gdzie tu radość?

Radość jest w czytaniach ze Starego Testamentu:

Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! Oddalił Pan wyroki na ciebie, usunął twego nieprzyjaciela; Król Izraela, Pan, jest pośród ciebie, nie będziesz już bała się złego.

Księga Sofoniasza 3: 1-15

I jeszcze...

Bracia:
Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się! Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność: Pan jest blisko!

List św Pawła do Filipian 4: 4-7

Kto to byli Filipianie?
Wikipedia tłumaczy, że byli to mieszkańcy miasta Filippi we wschodniej Macedonii. Nazwa miasta pochodzi od Filipa , ojca Aleksandra Macedońskiego.

Jaka szkoda, że to nie Filipińczycy, których pamiętam jako radosnych i życzliwych ludzi.


Liturgia chrześcijańska dostosowała się w tym przypadku do Starego Testamentu.
Ksiądz wystąpił w czerwonym ornacie (w pozostałe niedziele Adwentu ornat jest fioletowy)
Podobne są kolory adwentowych świec...


Dzisiejsza to ta różowa, ledwie co nadpalona.

Ksiądz w kazaniu mówił też o radości, radości ze światła które już widać w adwentowej ciemności.

Mnie jednak nurtowały ewangeliczne zalecenia św Jana Chrzciciela:
- Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma.

Wniosek był oczywisty: skoro ksiądz ma 2 ornaty na czas adwentu, to niech odda potrzebującemu jeden z nich.
Wątpię jednak czy ktokolwiek potrzebuje ornatu.

Co innego podzielenie się jedzeniem.
W kończącym się tygodniu nasz zespół Stowarzyszenia św Wincentego roznosił paczki świąteczne.
Poniżej przygotowanie akcji 5 lat temu...


Od kilku lat nie są to paczki tylko vouchery na żywność.

Ja miałem przyjemność dostarczyć 7 kopert z voucherami i rzeczywiście była to przyjemność.
Niektórzy jednak mieli jeszcze lepiej - wieczorem zadzwonił do mnie kolega, który roznosił w innym zespole:
- Lech, pamiętasz Kerry C, tę którą odwiedziliśmy 3 lata temu?
- Pamiętam, ta co miała 8 dzieci.
- Ta sama, ona ma teraz 10 dzieci i jest w ciąży z bliźniakami.
Na chwilę zaniemówiłem...
- Ale Lech, no sam nie wiem. Jak ich odwiedziliśmy to otoczyło nas chyba 7 dzieci. To było niesamowite. Ja w życiu nie widziałem naraz tylu tak zadbanych, tak urodziwych, tak sympatycznych dzieci... 
Znajomemu ze wzruszenia załamał się głos.

Po zimnym, deszczowym i wietrzystym tygodniu, dzisiaj słońce oznajmiło prawdziwie letni dzień.

Radujmy się.

Sunday, November 21, 2021

Niedzielne królowanie

 Piłat powiedział do Jezusa: «Czy Ty jesteś Królem żydowskim?»

Jezus odpowiedział: «Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?»

Piłat odparł: «Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Co uczyniłeś?»

Odpowiedział Jezus: «Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd».

Piłat zatem powiedział do Niego: «A więc jesteś królem?»

Odpowiedział Jezus: «Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu».

Ewangelia św Jana 18: 33-37

Zawsze ogarnia mnie niepokój gdy czytana jest Ewangelia według św Jana. 
Przez większość tego roku liturgicznego dominował św Marek, a tu na zakończenie św Jan.

Na szczęście św Marek opisuje tę scenę prawie identycznie, ale...
"Piłat zapytał Go: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Odpowiedział mu: «Tak, Ja nim jestem». Arcykapłani zaś oskarżali Go o wiele rzeczy. Piłat ponownie Go zapytał: «Nic nie odpowiadasz? Zważ, o jakie rzeczy Cię oskarżają». Lecz Jezus nic już nie odpowiedział, tak że Piłat się dziwił...."

Ewangelia św Marka 15: 2-5

U św Marka temat ogranicza się do potwierdzenia - Jestem (królem żydowskim).
U św Jana, Jezus raczej bagatelizuje temat królowania (i słusznie gdyż król żydowski to nie była wtedy wielka pozycja), końcowy akcent to "danie świadectwa prawdzie".

A co jest prawdą?

Na dzisiejszej mszy gościli reprezentanci Society of St Vincent de Paul aby wręczyć wyróżnienia trójce członków, w tym mnie...

I tu wyszedł na jaw mój prawdziwy charakter.
Gdy usłyszałem, że wyczytują nazwiska laureatów, nie słuchałem czyje nazwisko wyczytują lecz wyrwałem do przodu.
Oficjałowie byli tak zajęci swoją akcją, że nie zaskoczyło ich, że gdy wyczytali nazwisko Lucia stanął przed nimi jakiś leśny dziadek. Potrzebna była interwencja proboszcza .

I teraz uwaga - oficjał wyczytujący moje nazwisko określił mnie jako króla skarbników (king of treasurers ) - 1:02:45 w zlinkowanym nagraniu.

To tak mnie rozbestwiło, że poprosiłem o głos - cała scena TUTAJ.

Uważni widzowie filmiku zauważą donośny śmiech na widowni - to moja żona.
Moja podświadomość pamiętała o Niej - miałem powiedzieć, że praca w Stowarzyszeniu dała mi celu w życiu (purpose in my life) ale zamiast life, powiedziałem wife  - czyli - dało cel mojej żonie :)

P.S. Nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałem się na filmie/nagraniu. 
Na pewno było to bardzo dawno temu.
Teraz obejrzałem samego siebie - hmmmm - taka jest prawda.

Thursday, November 18, 2021

Muzyka łagodzi obyczaje

 Już dawno nie słyszałem w naszym radio dobrej muzyki.
Takiej wspomagającej prowadzenie samochodu.

Dzisiaj usłyszałem TO - Gurrumul, Wulminda (w Es-dur)

Przyznaję, że to był dobry akompaniament do jazdy w niesfornym tłoku. 
Po około 2 minutach w nagraniu pojawia się aborygeński śpiew.
Aborygeński?
Język - tak, ale melodia, ale Es-dur - tu już mam wątpliwości.

Po południu zmiana nastroju - aż 4 wezwania od osób potrzebujących pomocy.
Wyjaśnienie - działam w tutejszym Stowarzyszeniu św Wincentego a Paulo.
Sprawy dość skomplikowane więc podzieliliśmy się zadaniem z moim partnerem.

Dzwonię do pierwszej klientki - nie odbiera telefonu.
Przedstawiam się  - zadzwonię do ciebie za 5 minut, jeśli chcesz otrzymać dzisiaj pomoc, to odbierz telefon.
Wyjaśnię, że gdy dzwonię utajniam swój numer telefonu. Wiemy, że wiele osób nie odbiera takich telefonów, mamy nadzieję, że pozostawiony komunikat wyjaśni sprawę.

Za 5 minut sytuacja się powtarza.

Druga klientka - odbiera telefon, ale informuje że nie będzie jej w domu. Na szczęście w tym przypadku nie chodzi o żywność, ale sprawy które można załatwić przez email.

Mój dzisiejszy partner osiąga podobny wynik.
W rezultacie złożymy dzisiaj tylko jedną wizytę.

Wsiadam do samochodu partnera a tam ---

Uwertura do opery Candide L. Bernsteina, dyryguje kompozytor.

Opera inspirowana Kandydem Woltera - a zatem optymizm - wszystko będzie dobrze.

Jadąc pod wskazany adres przejeżdżamy obok domu gdzie mieszka jedna z klientek, która nie odebrała telefonu.
- Podjedźmy - sugeruje mój towarzysz - włożymy jej w drzwi kartkę, że byliśmy.

Idę z kartką, drzwi od mieszkania otwarte, wejście zabezpieczone siatką.
Pojawia się klientka - Ach, to ty, słyszałam jak dzwoniłeś, ale nie mogłam znaleźć telefonu.

Z dokumentacji wiem, że to bardzo pogmatwana sprawa -
Trójka dzieci - 15, 8, 6 lat.
Rozwiodła się mężem, przez kilka miesięcy była bezdomna, utraciła prawo do opieki nad dziećmi ze względu na nieuregulowaną sytuację finansową.
Obecnie mieszka w mieszkaniu socjalnym z partnerem - on na bezrobociu, ona ma zawieszoną wypłatę zasiłku z niezrozumiałych dla nas powodów.

Drobna kobieta, sympatyczna twarz, od czasu do czasu nerwowy tik.
- 15 lat byłam matką, a teraz nie widziałam swoich dzieci od 7 miesięcy.
Po twarzy spływa łza.

Jak możemy pomóc?
Szuka na telefonie jakichś rachunków do zapłacenia.
Podaję jej adres naszej służbowej skrzynki emailowej - niech prześle, w ciągu 2 dni rozpatrzymy.
Wspominamy jej o banku żywności - pisałem o nim TUTAJ - może skorzysta?
- Bank żywności? - poczekajcie.
Klientka przynosi plastikową torbę wypakowaną puszkami w fasolą, pomidorami itp
- Ja nie mogę tego jeść, może weźmiecie do banku żywności.
W zaskoczeniu zapominamy zapytać skąd ona to ma.
Wiemy, że 2 tygodnie temu dostała vouchery na żywność wartości A$100.
Zasadniczo nie powinna prosić o pomoc tak wcześnie, ale skoro już tu jesteśmy to pomagamy.

Jedziemy dalej, uwertura Candide już się skończyła, ale nastrój trwa.
Znowu przejeżdżamy obok domu gdzie nie odebrano telefonu. Wypisujemy karteczkę, idę do drzwi, tam wita mnie szczekanie psa a po chwili drzwi otwiera młoda sympatyczna dziewczyna.
- Czy tu mieszka pani Joanna G?
- Tak, to moja mama, ale nie ma jej w domu.
Korzystamy z okazji i zostawiamy torbę z puszkami popartą voucherami na żywność.
To chyba optymizm Woltera i Bernsteina nas tak zainspirował.

P.S. Od złożenia wizyt minęły 4 godziny - sprawdziłem email - zapowiadane pilne rachunki jeszcze nie przyszły.