Showing posts with label Historia. Show all posts
Showing posts with label Historia. Show all posts

Friday, August 21, 2026

Wizyty w Niemczech

 Ostatni wpis był o wizycie T. Manna w Niemczech.
Pozazdrościłem i przypomniałem sobie, że też byłem w Niemczech
 - a co!

Rok 1969, luty, jechałem pociągiem do Londynu.
Stacja Berlin (Wschodni) - mój pociąg miał tu 2 godziny postoju.
Bardzo dobrze, można wtedy było nabyć za 300 zł kupon do wymiany na marki niemiecko-wschodnie więc może kupię jakiś prezent żonie, może coś zjem...

- Halt!
Do wagonu wchodzi umundurowany strażnik.
Tłumaczę mu moje zamiary a on tłumaczy swoje:
- Ja tu będę 2 godziny pilnował, żeby żaden z pasażerów nie wysiadł i nie kręcił się po stacji.
Zaglądam do innych przedziałów, większość pusta, ale jeden super pełny - jedna pasażerka ale wszystkie siedzenia i półki zawalone bagażami.
Okazuje się, że pasażerka emigruje do rodziny w Brazylii...
- Jadę pociągiem do Genui, to chyba Włochy a potem statkiem do Rio de Janeiro. Wiozę cały dorobek życia. Te największe paki to pierzyny.

Dwie godziny minęły, pociąg zajeżdża na peron, strażnik wychodzi, wchodzi konduktor.
Za chwilę słyszę płacz i krzyki z sąsiedniego przedziału...
Konduktor krzyczy i ściąga bagaże z półek.
- Co się dzieje?
- Ta kobieta jedzie niewłaściwym pociągiem! Ona ma wizę do Francji na przejście graniczne w Metzu a ten pociąg przekracza granicę w Strassburgu. Jej pociąg przyjedzie tu za 7 godzin, ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam czekać!
- A nie może wysiąść i poczekać tutaj? Ja mogę jej dać kupon na wymianę marek, to sobie kupi coś do jedzenia.
- Nein! Nein! My już mamy dosyć tego polnische Wirtschaft!

Pociąg rusza, kobieta płacze, oboje wyciągamy jej bagaże i ustawiamy blisko drzwi wagonu.
Granica między Berlinem Wschodnim z Zachodnim - wartownicy w kombinezonach pełzają pod wagonami sprawdzając czy ktoś nie jedzie na gapę.
Pociąg rusza - z kilka minut zatrzymuje się - Berlin Zachodni.
Razem z kobietą wyciągamy jej bagaże na peron, pada deszcz..
- Schneller, schneller! - pogania nas konduktor.
Podjeżdża do nas wózek bagażowy...
- Czy możesz nam pomóc? Ta pani musi poczekać kilka godzin na pociąg...
- Tak, wiem, wiem. My tu mamy codziennie takich pasażerów z Polski. Tu mamy dyżury Armii Zbawienia, oni dadzą jej ciepły posiłek i dopilnują żeby wsiadła do właściwego pociągu.
- Danke schoen - odpowiadam - polnische Wirtschaft - myślę po cichu.

Pociąg rusza - granica między Zachodnim Berlinem a NRD - wartownicy w kombinezonach..
- Oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością - słyszę komentarz po angielsku. To jakiś Amerykanin.
Przypominają mi się słowa z Doktora Faustusa - my Niemcy potrafimy połączyć rosyjską duszę i francuską formę...
Potem była jeszcze granica między NRD a NRF, wreszcie Frankfurt nad Menem.
Z Warszawy do Londynu przez Frankfurt nad Menem?
Ano tak wyszło - sporo lat wcześniej nawiązałem kontakt listowy z Niemką w NRF - Inge.
Lata mijały, Inge wyszła za mąż, ja się ożeniłem a korespondencja trwała. 
Przy okazji podróży do Anglii postanowiłem zrobić skok w bok.
Inge i Norbert czekali na mnie na peronie. W ich domu zastałem ich kilkumiesięczną córkę i matkę Inge, która patrzyła na mnie bardzo podejrzliwie.

Było już dość późno, Inge i Norbert byli po obiedzie, ale dla mnie przygotowali coś co powinno mnie zadowolić - bardzo gęsta kartoflanka i jakieś mięso z marchewką i masą ziemniaków.

Moja wiza tranzytowa nie pozwalała mi zostać w NRF dłużej niż 24 godziny - noc, spacer w centrum Frankfurtu,  rozmowy i jazda na dworzec - pociąg do Hoek van Holland.
W przedziale trafiam na grupę przyjaznych Hiszpanów, jadą do Holandii, do pracy.
Przekraczamy granicę belgijską i nagle trzask - pociąg gwałtownie hamuje, bagaże spadają z półek.
Przez korytarz biegną konduktorzy, zaglądają do przedziałów - ktoś pociągnął za hamulec awaryjny.
Wiem, wiem, przecież słyszałem ten krzyk - Małgosiu! Mój Boże, co ja zrobiłam?
Hiszpanie patrzą na mnie pytająco - po jakiemu ona krzyczała?.
- Nie wiem... może po rosyjsku?
Niestety moje kłamstwo ma krótkie nogi, za chwilę do przedziału wchodzi straż graniczna - pan chyba ma polski paszport, czy może pan nam pomóc bo w innym przedziale pana rodaczka jest w kłopocie.
Hiszpanie patrzą na mnie ze złością - oszust.

Pomagam - matka i córka, obie zapłakane - ja chciałam tylko wyłączyć światło - tłumaczy matka.
- Problem w tym - wtrąca się strażnik - że ta pani jedzie w złym kierunku, ona ma bilet do Włoch.
- Pani jedzie do Włoch? - pytam.
- Nie, ja jadę do Brazylii, do rodziny... jedziemy z córką już trzy dni - zaczyna płakać - w Berlinie musiałyśmy czekać kilka godzin bo jechałyśmy złym pociągiem. We Frankfurcie miałyśmy chyba 8 godzin postoju, no a teraz...
- Proszę jej powiedzieć, że musi wysiąść na następnej stacji, za 4 godziny będzie pociąg powrotny do Frankfurtu, no a tam... musi wsiąść do właściwego pociągu.

Powiedziałem.

A teraz sobie myślę - że też nikt nie zrobił filmu o polskich emigrantach do Brazylii błąkających się po niemieckich dworcach.

Saturday, August 8, 2026

Ody się poTroiły

Oj, nic się nie dzieje, nic nie przychodzi mi do głowy, o czym tu pisać?
Spróbuję o tym co zaczepia mnie z wielu stron---

ODYSEJA

Nie przypominam sobie żeby jakiemuś filmowi towarzyszyła tak masowa kampania informacyjna.
W państwowej telewizji ABC wyświetlono film dokumentalny - Oddysey - ekipa żegluje po wyspach Morza Egejskiego.
W radio ABC było już kilka dyskusji na ten temat.
Na fali zainteresowania historią starożytnej Grecji wypłynął film dokumentalny na temat Aleksandra Wielkiego.
Poskrobałem się po głowie...
Z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętam, że Iliada była interesująca - konsekwentna akcja, podstępy godne pana Zagłoby.
Natomiast Odyseja wydała mi się sztuczna - absurdalne sytuacje nie prowadzące do żadnego wniosku.
Spytałem wnuczęta, podzielają mój pogląd.

Na przeciwnym biegunie są rozważania takie jak to ==> KLIK.

Wracam do rzeczywistości...
W piątek spotkałem się ze znajomym narciarzem z Kanady, który przyjechał do Australii na maraton narciarski Kangaroo Hoppet - KLIK.
Opowiedział mi o swoich tegorocznych dokonaniach...
1 styczeń - maraton narciarski w Chinach.
Koniec stycznia przyjazd do Europy na 15 maratonów narciarskich - najbardziej pamiętny - nocny maraton w Szwecji - Vasaloppet -


Powrót do domu i po 3 tygodniach jeszcze jeden maraton - Islandia - koniec kwietnia.

Urlop od nart - wyjazd z żoną i wnuczkami na 3 tygodnie do Włoch.
Urlop od rodziny - wyjazd na Grenlandię i powrót przez Labrador do domu.
Lipiec... co tu robić?
Wycieczka do stanów - nie, nie Zjednoczonych - do Kazachstanu Uzbekistanu, Kurdystanu, Turkmenistanu.
Refleksja - poczucie bezpieczeństwa, nie ma żebraków --- oj,  jakieś komunistyczne pozostałości.
No i teraz Australia i Nowa Zelandia.
Odyseusz niech się schowa...
Zaciekawiło mnie, że znajomy przyleciał tu przez Hong Kong?
- Unikam USA bo tam musisz dać swój telefon do szczegółowej kontroli.

Mój powrót pociągiem do domu...


Zainteresował mnie ten brodaty pan w czerwonej kurtce...
Przecież 2 tygodnie temu publikowałem na blogu swoje zdjęcie w czerwonym stroju.
2 tygodnie i ja tak się postarzałem?
Wysiadam z pociągu i zauważam Penelopę...


Czeka w otoczeniu zalotników.
Nie na mnie - ufffff...

Końcowa refleksja...
Na półce znalazłem Odyseję - tłumaczenie Lucjan Siemieński - KLIK.
Druk - L. Anczyc - 1922 rok.
Chwileczkę - tak konkretnie, jaką książkę L. Siemieński przetłumaczył?
Sztuczna Inteligencja mocno miesza się w zeznaniach i muszę użyć własnej, ograniczonej, inteligencji żeby się dowiedzieć, że pierwsze drukowane wydanie dzieł Homera ukazało się we Florencji w 1488 roku za sprawą Demetriosa Chalkokondylesa - KLIK.

Sunday, August 2, 2026

Amazing Grace.

 Niedziela...
Kilka dni temu wspomniałem anglikański kościół Św Andrzeja w nadmorskiej dzielnicy Brighton.
Niedziela - doskonała pora aby zbadać sprawę gruntowniej.
Piękny dzień, już z daleka widzę parafialny chór...


Wchodzę do środka...


Nad ołtarzem splecione ciała kobiety i mężczyzny, na fotografii tego nie widać, ale według mnie wyraźnie dominuje kobieta.
Domyślam się, że to Maria i Jezus, ale pierwsze skojarzenie było - Ewa i Adam.
Oglądam się do tyłu...



Potężne organy - na to właśnie liczyłem planując tę wizytę.
I nie zawiodłem się.

Liturgia anglikańska niewiele się różni od katolickiej więc czułem się jak w domu... tyle, że nieco samotny - w ogromnym kościele było może 60 osób.
Dla porównania - nasz parafialny kościół Św Benedykta, jest pewnie 3 razy mniejszy i 3 razy niższy, ale na poranną niedzielną mszę przychodzi kilkaset osób.

Strona muzyczna...
Organy brzmiały potężnie, chór śpiewał poprawnie - czas na wyjaśnienie tytułu.
Amazing Grace - Niesamowita Łaska - w krajach anglojęzycznych to jedna z najbardziej popularnych pieśni religijnych...

Nie wiem czy ta pieśń jest śpiewana w polskich kościołach, ale na Youtube jest - KLIK.

W trakcie mszy dowiaduję się, że akurat dzisiaj ta pieśń jest bardzo aktualna - otóż w ostatni czwartek - 30 lipca - był Światowy Dzień Przeciwko Handlowi Ludźmi - KLIK.
Rozszerzę nieco temat - walka z niewolnictwem - Amazing Grace w tle.
Otóż autorem pieśni jest John Newton, doświadczony specjalista w handlu niewolnikami - lata 1748-1760.
Karierę zaczął w marynarce brytyjskiej. Po kilku miesiącach służby próbował uciec, ale go złapali, wychłostali i zdegradowali. Po okresie depresji, rozważał samobójstwo, trafił na statek przewożący niewolników z Afryki Zachodniej do Jamajki i okolic i szybko awansował na stanowisko kapitana.
Przez 10 lat był kapitanem statków przewożących niewolników z Afryki do Indii Zachodnich
Udar mózgu zmusił go do wycofania się na ląd, ale nadal czerpał spore zyski z handlu niewolnikami. 

W tym samym czasie zbliżył się do religii, został anglikańskim księdzem i zaczął pisać hymny religijne.
W 1788 roku stał się czołowym angielskim abolicjonistą -  KLIK.

Pieśń odśpiewana, nadchodzi czas Komunii - miłe zaskoczenie - komunia w obu postaciach - opłatek i wino.

Refleksja na dzień powszedni - dwa wpisy temu wspominałem przetwory pomidorowe sprzedawane a Australii z fałszywą etykietą, prawdopodobnie są uprawiane w Chinach z wykorzystaniem pracy niewolników.
To przywołało wspomnienie sprzed 60 lat - byłem w Norwegii na praktyce studenckiej, miłym zaskoczeniem były bardzo smaczne i bardzo tanie pomarańcze.
Któregoś dnia, w fabryce, podczas przerwy na lunch, podszedł do mnie starszy robotnik...
- Ty jesteś z Polski?
- Tak.
- Tam rządzą komuniści?
- Tak.
- I to jest według ciebie w porządku żeby jeść pomarańcze zbierane przez niewolników w Afryce Południowej?
W tym momencie skojarzyłem sobie, że pod tym sklepem z pomarańczami czasami zbierają się jacyś manifestanci.
- W komunistycznej Polsce obywatel nie musi sobie zawracać głowy takimi sprawami, bo Polska nie sprowadza pomarańczy z Afryki Południowej - odparowałem.
Od tego czasu pomarańcze jadłem tylko w hostelu.

Saturday, July 11, 2026

Człowiek za górą

 To podtytuł książki o Kościuszce...


Prawie miesiąc temu pisałem o spotkaniu z autorem - KLIK - teraz przyszedł czas na relację o książce.
Po pierwsze - tytuł - the man behind the mountain - od razu widać, że autor żartuje bo na okładce człowiek jest przed górą.
Po drugie - w książce proporcje są bardziej wyważone zacznę więc od okładki.

Osoba Tadeusza Kościuszki zafascynowała A. Sharwooda na tyle mocno, że poświęcił wiele czasu i wysiłku aby poznać dokładnie jego życie i dotrzeć do wielu źródeł informacji.
Na dodatek odwiedził wszystkie miejsca, w których przebywał T. Kościuszko a również te, które zostały nazwane jego imieniem - n.p. 

Welcome sign located on Mississippi Highway 12
By Chillin662 - Own work, CC BY-SA 4.0, Link

Miejscowość Kosciusko w stanie Missisipi (USA), z której pochodzi o wiele słynniejsza osoba - Oprah Winfrey - KLIK.

Spora część książki poświęcona jest rozważaniom na temat - jak zachowałby się T. Kościuszko w obliczu aktualnych wydarzeń:

a) zbezczeszczenie pomnika T. Kościuszki w Waszyngtonie...


Przypomnę, że chodzi tu o rozruchy po zabiciu przez policję Georga Floyda - KLIK.
A. Sharwood uważa, że w znając poglądy i czyny T. Kościuszki można uznać, że nie potępiłby manifestantów.
Po zastanowieniu  - zgadzam się.

b) zmiany klimatu w Australijskich Alpach...
A. Sharwood jest zapalonym wędrownikiem i narciarzem, odwiedził wiele razy Australijskie Alpy, w książce zdaje relację jak delikatna jest tamtejsza roślinność i jak zgubne są dla niej zmiany klimatu, których obecnie doświadczamy.
Ale nie tylko zmiany klimatu, również kopyta końskie i bydlęce.
Szczególnie końskie - w Australii po polach i lasach hasa kilkadziesiąt tysięcy dzikich koni - brumbies - KLIK.
W tym miejscu zauważyłem pewną niekonsekwencję - podstawowo autor jest za ochroną środowiska czyli - eliminacja brumbies.
Więcej na temat ochrony środowiska w tych okolicach - TUTAJ - tytuł strony = Reclaim Kosci ... odzyskaj kości?
Z drugiej strony z dużym sentymentem wspomina poemat Banjo Patersona - The Man from Snowy River - i oparty na tym poemacie film - KLIK - w filmie wystąpił Kirk Douglas.
Do tego jeszcze zauważa fascynację Aborygenów końmi... ale to już osobny punkt.

c) Aborygeńska nazwa najwyższej góry Australii.
W 2019 roku dość silnie rozbrzmiały głosy aby "przywrócić" górze Kościuszki jej tradycyjną nazwę - KLIK.
Dlaczego użyłem cudzysłowu?
Bo prywatnie uważam, że Aborygeni nie nadali tej górze żadnej nazwy.
Zwolennicy aborygeńskiej nazwy wspominają, że te okolice na jesieni obfitują w tłuste ćmy - bogong - KLIK - i wiele plemion Aborygeńskich przybywało tutaj, często wędrując setki kilometrów, aby się najeść do syta i zgromadzić zapasy sproszkowanych ciem.
No i co z tego?
Sądzę, że Aborygeni nadali ogólną nazwę tym okolicom i dziwię się, że zwolennicy zmiany nazwy góry Mt Kosciuszko bez skrępowania twierdzą, że znajduje się ona w Snowy Mountains.
Natomiast najwyższy szczyt?
Na okładce książki na początku tego wpisu widać... no właśnie - nie bardzo widać która z tych gór jest najwyższa.
Odkrywca góry - P. Strzelecki - miał poważne wątpliwości, z dziennika wędrówki wynika, że wszystkie pomiary wykonał na szczycie sąsiedniej góry - Mt Townsend i dopiero wtedy zauważył że sąsiednia góra jest może trochę wyższa - Mt Kosciuszko = 2,228 m, Mt Townsend = 2,209 m.
Ale czy na tę sąsiednią górę wszedł?
Dziennik wędrówki o tym nie wspomina.

Powracając do aborygeńskiej nazwy...
Nazwa sugerowana przez miejscowe plemię Ngarigo to Kunama Namagdi co oznacza Góry i Śnieg... co potwierdza moje przypuszczenia - nazwa okolic, nie specyficznej góry.

Z drugiej strony - autor książki, A. Sharwood uważa, że Tadeusz Kościuszko poparłby Aborygenów.
Po zastanowieniu --- zgadzam się.

P.S.
1. Prowadzona w Australii polska strona medalu - KLIK.
2. Obecnie w Australii nie można zjeść ćmy Bogong...
   ??? tyle krzyku na temat zachowania Aborygeńskich tradycji, a kiedy przychodzi do podstawowego sprawdzianu to.... brak towaru.

Saturday, June 20, 2026

Bez Orderu

 Order - pokrętne słowo - po angielsku może znaczyć rozkaz, zamówienie, porządek, odznaczenie, grupę osób - np zakon.
Po polsku słowo to oznacza chyba tylko odznaczenie - kropka... a raczej wiele kropek.

Jak się łatwo domyślić inspiracją tego wpisu są ostatnie wydarzenia związane z przyznaniem/odebraniem Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy.

Na moje szczęście ( a może pecha) ktoś już się zajął tym tematem - KLIK.
Wyliczę więc tylko przypadki, które mnie zainteresowały...
Twórcą Orderu był August II Mocny - rok 1705 - jednym z pierwszych odznaczonych był car Piotr I.
Potem przyszła kolej na carycę Katarzynę Wielką i trzech kolejnych carów.

W okresie międzywojennym Order otrzymali prawie wszyscy polscy premierzy i prezydenci, dla mnie ciekawym przypadkiem jest Wincenty Witos, który Order otrzymał, utracił i otrzymał na nowo - dokładnie 1 dzień przed wybuchem II Wojny Światowej - KLIK i  KLIK.

Lista odznaczonych cudzoziemców jest jeszcze ciekawsza - KLIK.
Benito Mussolini, cesarz Japonii Hirohito, P. Petain - szef francuskiego rządu Vichy - KLIK.

Zawrót głowy - wyszedłem na spacer i zauważyłem Order Zielonego Ostu...



Monday, June 15, 2026

Kozi, hułozi?

 Kozi, hułozi? - to fonetycznie.
Przepraszam za moją angielską wymowę - lepiej przeliteruję:
Kozzie, who was he?
Lepiej? wiemy o co/kogo chodzi?
Kozzie?

Dygresja na temat australijskiego slangu - Australijczycy bardzo lubią skracać słowa, popularna technika skracania to zmiana końcówki na ie - 
Australijczyk - Australian - Aussie,
Tasmańczyk - Tasmanian - Tassie,
postman - postie,
mosquito - mozzie,
St Vincent de Paul - Vinnie...

Znacznie więcej  - TUTAJ.

No to wiecie już kto to jest Kozzie?
Tadeusz Kościuszko - proste.

Ale dlaczego przeciętny Australijczyk miałby znać to nazwisko?
Bo taką nazwę nosi najwyższa góra naszego kontynentu - Mt Kosciuszko - KLIK.

Paweł Strzelecki - europejski odkrywca tej góry, w swoim pamiętniku pisze: The particular configuration of this eminence struck me so forcibly, by the similarity it bears to the tumulus elevated in Krakow over the tomb of the patriot Kosciusko, that, although in a foreign country , on foreign ground, but amongst a free people, who appreciate freedom and its votaries, I could not refrain from giving it the name of Mount Kosciusko.

Kosciusko? 
Dopiero w 1997 roku nazwę zmieniono na Kosciuszko.
Swoją drogą najczęstsza wymowa tego nazwiska to Koziasko... albo Kozzie.

Inspiracją do tego wpisu było spotkanie z Anthony Sharwoodem, autorem książki - 


Spotkanie zorganizował Australian Institute of Polish Affairs - AIPA - KLIK - instytucja bardzo zasłużona w prezentacji informacji ze świata kultury, nauki i polityki.

Anthony Sharwood - to właśnie jego gnębiło tytułowe pytanie - Kozzie, who was he?
Gnębiło na tyle, że zapoznał się z biografią naszego bohatera narodowego a następnie odwiedził wszystkie miejsca wymienione w biografii T. Kościuszki - w Polsce, w USA, Francji, Szwajcarii.
Książkę przeczytam dopiero za kilka dni to się dowiem czy odwiedził również Mereczowszczyznę na Białorusi - KLIK.

Książka A. Sharwooda uzyskała 3 nagrodę konkursie na najlepszą publikację obcojęzyczną z zakresu historii Polski - KLIK.


Zanim zakończę zawrócę do Kosciusko - zgubione Z.
Antoni Sharwood poinformował nas, że pierwsze zdanie jego książki to : Letter Z is worth 1 point in Polish Scrabble - litera Z jest warta jeden punkt w polskiej wersji literowej gry Scrabble - czyli występuje z języku polskim bardzo często.
Dla porównania - w angielskim scrabble litera Z jest warte 10 punktów - maksimum.
Zajrzałem do słownika angielsko-polskiego (nota bene słownik wydany przez The Kosciuszko Corporation, New York)  - 1730 stron, tylko 3 strony słów na literę Z, wszystkie słowa pochodzą z innych kultur/języków - ZOO, zebra, zodiak...
To w jakiś sposób tłumaczy ten przekręt.

Jak wspominałem, nazwę góry i parku narodowego poprawiono, ale wiele innych miejsc pozostało przy bezZETnej nazwie, również w USA - KLIK, KLIK, 

Na koniec -istotna sprawa ---
Jak miał na imię Tadeusz Kościuszko?
Na pierwsze - Andrzej, na trzecie - Bonawentura.
Bonawentura - jakie piękne imię - znaczy Piękna Przygoda - KLIK.
Zalecenie - pamiętajcie o tym jak w rodzinie ktoś się urodzi - to imię męskie, ale dziewczynom też pasuje.

P.S.
Na Górę Kościuszki wdrapaliśmy się już niecały rok po przyjeździe do Australii.
Drugi raz w 2013 roku - luty - pełnia lata, a pogoda była jak na Mt Everest...


Monday, April 27, 2026

100 lat

 Od poprzedniego wpisu minęły niecałe 3 dni a w tytule o 11 lat mniej - czego to nie dokona muzyka.

Wczoraj - niedziela - kolejny koncert - tym razem półamatorska orkiestra symfoniczna, której kibicujemy gdyż gra w niej nasza wnuczka, ale nawet bez tego zaskarbiła sobie naszą sympatię.

Repertuar - lata 20 zeszłego wieku - Paryż - Francja delektuje się zwycięstwem w I Wojnie - rozluźnione obyczaje i eksplozja nowej muzyki.

Pełen program koncertu w Post Scriptum, tutaj będzie trochę plotek...
Lili Boulanger, siostra Nadii Boulanger chyba najbardziej znanej nauczycielki muzyki. Do jej uczniów zaliczali się G. Bacewicz, Ph. Glass, A. Copland, A. Piazzola, D. Barenboim...
Prezentowany utwór bardzo mi się podobał, właśnie takie było moje wrażenie z pierwszego pobytu w Paryżu.
Niestety Lili B. zmarła w młodym wieku.

Amerykanin w Paryżu - reminiscencje z wizyty G. Gershwina w Paryżu w 1926 r (100 lat). 
Podczas tej wizyty Gershwin zgłosił się na naukę do M. Ravela. Ravel nie przyjął go: dlaczego miałbyś być Ravelem drugiej klasy jeśli jesteś Gershwinem pierwszej klasy?
Ja pamiętam ten utwór z filmu o tym samym tytule, tam prócz muzyki był jeszcze taniec - Gene Kelly i Leslie Caron - KLIK.

Zoltan Kodaly - Hary Janos - opera skomponowana w 1926 roku - 100 lat!
Z. Kodaly - niezbyt znany kompozytor, ja poznałem jego muzykę w latach 60-tych za sprawą Bohdana Wodiczki - KLIK - który ożywił Operę Warszawską.
Hary Janos - ludowa opowieść... dobry wojak Szwejk przeniesiony w czasy Napoleona :)
To uprzytomniło mi różnice historyczne między Polską a Węgrami -
Polska widziała w Napoleonie szansę odzyskania niepodległości, Węgrzy - wroga. 
Wracając do muzyki - nagranie zlinkowane w P.S. zawiera skoki do kolejnych części suity. Polecam część IV - Bitwa i porażka Napoleona oraz część V - Intermezzo - czardasz.

M. Ravel - Bolero - co tu pisać - pam-papapapapapa-pam... - 169 razy..
W związku z tym... poplotkuję...
Zastrzeżenie - muzyka M. Ravela bardzo mi się podoba, nie potrafię napisać jak.
Więcej o kompozytorze dowiedziałem się z książki S. Kisielewskiego - Gwiazdozbiór Muzyczny:

"
Dziwił nawet swoją postacią, swą zewnetrznością – był niecodzienny, osobliwy, jak ptak rzadkiej rasy. (…) Usposobienie Ravela pełne było sprzeczności: niezwykle pracowity, systematyczny, zakochany w matematyce… miał jednocześnie upodobanie do koleżeńskich cygańskich wieczorów, do nocnych włóczęg po Paryżu i małych, zagubionych kawiarenek. Przyjacielski, miły i dowcipny był przy tym wyjątkowo skryty: nikt nic nie wiedział o jego sprawach erotycznych, nigdy się nie ożenił, największą miłością jego życia była matka..."

Nikt nie wiedział?
Ja zajrzałem do wspomnień słynnej plotkary - Almy Mahler.
Ravelacja...
W 1919 roku, Siergiej Diagilew, dyrektor słynnych  Ballets Rousses, zamówił u Ravela muzykę do baletu, którego tematem miał być walc.
Ale co można powiedzieć o walcu jeśli nie odwiedzi się Wiednia, stolicy tego tańca.
M. Ravel zatrzymał się w Wiedniu w gościnnym domu Almy Mahler..
"Schodził na śniadanie wyperfumowany, w pełnym makijażu, w sukni z tafty i wyraźnie dobrze się czuł w takim przebraniu".
Alma Mahler wspomina, że na zakończenie wizyty Ravela zorganizowała wieczór pożegnalny, na który zaprosiła cały świat muzyczny Wiednia. Młode wino lało się obficie, Ravel poprosił, żeby orkiestra grała walce Straussa, całował każdego, kto się nawinął i bawił się znakomicie.
I to ma być skryty, trzymający się zawsze na dystans Ravel?
Być może pobyt w zdominowanym przez kobietę domu, z dala od snobistycznego Paryża, w przyjaznym i beztroskim Wiedniu wyzwoliły skrzętnie ukrywane upodobania.
Następnego dnia Ravel powrócił do Paryża i nikt już się niczego o jego upodobaniach nie dowiedział.

P.S.
Program koncertu:
- Lili Boulanger D'un matin de printemps - KLIK.
- G. Gershwin - An American in Paris - KLIK.

- Z. Kodaly - Hary Janos Suite - KLIK.
- M. Ravel - Bolero - KLIK.
- Alma Mahler - And the bridge is love
- KLIK.

Saturday, April 25, 2026

111 lat

 25 kwietnia - w Australii jest to ANZAC Day - KLIK - obchody rocznicy bitwy pod Gallipoli (Turcja) - 25 kwietnia 1915.

Ceremonie rocznicowe rozpoczynają się już o 6 rano - śpię smacznie ale na pewno mi się śni jak przed laty uczestniczyłem w tych ceremoniach razem z wnuczętami.

Dzień mamy dzisiaj przepiękny, podczas śniadania włączam telewizor - okazjonalna parada już trwa...
Maszerują weterani niosąc flagi z nazwami jednostek wojskowych uczestniczących niejednej wojnie.
Jedna sprawa jest wyjątkowa - na terenie Australii nie było nigdy wojny, jedyny wyjątek to bombardowanie miasta Darwin przez Japończyków.

Druga strona medalu jest dość zagmatwana...
Australia była kolonią a potem dominium angielskim i musiała wykonywać polecenia swojego suwerena.
Pierwszym chrztem bojowym była wojna burska - KLIK - raczej paskudna sprawa.

Pierwsza Wojna Światowa - Australia była już niezależnym państwem, ale wpływy brytyjskie były ogromne.
Anglia poprosiła o pomoc ... zanim jeszcze rząd zorganizował mobilizację już zgłosiły się tysiące ochotników. 
Trudno mi powiedzieć co motywowało tych ludzi, może chcieli się przypomnieć ojczyźnie, którą dobrowolnie opuścili.
Chrzest bojowy odbył się pod Gallipoli (Turcja) - KLIK - chodziło o zablokowanie cieśniny między Morzem Czarnym a Śródziemnym - blokowanie cieśniny - jakie to aktualne).
Zginęło ponad 130,000 ludzi, nie osiągnięto praktycznie niczego.

Nie będę tu wyliczał kolejnych kampanii...

Słońce za oknem było silniejsze niż ponure skojarzenia - z przyjemnością obserwowałem maszerujących weteranów i ich krewnych i potomków i sam rwałem się do akcji.
Proste - Wattle Park kilkaset metrów od domu.
Znajduje się tam "samotna sosna" - wyrosła z ziarna przywiezionego spod Gallipoli.
Już wczoraj oficjele złożyli tam kwiaty...


Kilka kroków z boku zauważam dwie osoby z mieczami zajęte jakimś rytualnym tańcem.
Po kilku minutach sprawa wyjaśnia się pokojowo - to była jakaś odmiana tai chi.
Chowają miecze i kręcą się dalej.
Idę dalej w las... więcej drzew...


W pobliżu jest plac zabaw, stoły, piece do barbeque - wyjątkowo dużo ludzi.
Profil rasowy - 70 % Azjaci.

Po godzinie spaceru wracam do domu - włączam radio - M. Ravel - Koncert fortepianowy na lewą rękę - jakże celny wybór - M. Ravel napisał ten koncert dla swojego przyjaciela Paula Wittgensteina - pianisty, który stracił prawą rękę na I Wojnie Światowej - KLIK.

Pora lunchu a ja znowu włączam TV - w samą porę - w Turcji,  pod Gallipoli, jest właśnie 6 rano i mogę obejrzeć transmisję z tamtejszych uroczystości...


Bardzo dużo osób, oficjalne przemówienia, składanie wieńców - i tu zaskoczenie - wieniec składa delegacja z Węgier.

Szukam uzasadnienia... chyba znajduję - to uczczenie pamięci 14 australijskich lotników, którzy zginęli nad Węgrami podczas II Wojny Światowej.

A Polska?
Polscy żołnierze mieli sporo kontaktów z Australijczykami. Najbardziej konkretny to Bitwa pod Tobrukiem.
Przez wiele lat polscy weterani brali udział w marszu na ANZAC Day - Polskie Szczury Tobruku...

Teraz weteranów już nie ma. Zastąpili ich polscy harcerze, ale o to muszę zapytać nasze wnuczęta.

Sunday, March 22, 2026

Chopin w Australii

 ... nie był.
A jego muzyka?
Dokumenty wskazują, że muzyka Chopina (nuty) była dostępna w Australii w roku 1843 czyli jeszcze za życia kompozytora.
W roku 1855, w Sydney, wykonano utwory Chopina publicznie w sali koncertowej.
- 1890 - utwory Chopina były na liście egzaminów muzycznych.
- 1924 - utwory Chopina nadano przez radio...

Ze wspomnień A. Rubinsteina i I.J. Paderewskiego wiem, że obaj pianiści byli w Australii po po dwa razy i mieli muzykę Chopina w programie swoich koncertów.

Nie mam pasji do szczegółowych badań historycznych, temat wskoczył mi do głowy gdyż wczoraj - sobota - byliśmy wraz z żoną na koncercie muzyki Chopina w sali koncertowej - Melbourne Recital Centre.
Przypomnę, że 2 tygodnie temu byliśmy na filmie Chopin, Chopin,  a dzień później obejrzeliśmy film Młodość Chopina.
Czyli 3 x Chopin w ciągu trzech tygodni.

Muzyka Chopina w sali koncertowej... w Australii zdarza się raczej dość rzadko. 
Podobnie w radio. 
Przypomina mi się wzmianka, że Anglicy określali ją słowami - like water - jak woda - rzeczywiście w wielu utworach można usłyszeć pluskanie między klawiszami.

Ooooops... wolę nie wypowiadać się na temat muzyki,  przypominają mi się słowa J. Sibeliusa - muzyka zaczyna się tam gdzie kończą się słowa.

No więc będą słowa... bez muzyki.
W moim poprzednim wpisie o koncercie poświęciłem nieco miejsca demografii publiczności, będę kontynuował...
Po pierwsze - sala pełna - ucieszyło mnie to - sobota wieczór - konkurencja była spora. Jadąc na koncert słyszeliśmy dudnienie z muszli koncertowej w pobliskim parku. Prócz tego mecze futbolu australijskiego itp.

Po drugie - ostatnio narzekałem, że widownia na koncercie była stara i brzydka.
Tym razem - całkowita odmiana - według mnie staruszkowie stanowili poniżej 30% i wyglądali znacznie sympatyczniej niż ci na koncercie muzyki barokowej.
A nie-staruszkowie?
Ogromna mieszanina, ucieszyła mnie duża ilość mężczyzn.
Stroje bardzo różnorodne,  przewaga codziennych ubrań.
Do tego prawie brak osób nadmiernie otyłych,  podobnie jak na innych koncertach.

Po trzecie - przekrój etniczny - osoby o wyglądzie azjatyckim stanowiły ponad 30% publiczności. Wiele z nich to młodzież w wieku szkolnym,  pewnie uczą się gry na pianinie.

Muzyka...
Wykonawca Hoang Pham - Wietnamczyk z pochodzenia. Byliśmy już na kilku jego koncertach, całkiem nam się podobał. Tym razem też nie zawiódł.
Program - Fantasia-Impromptu, dwie ballady, dwa walce, dwa nokturny, trzy mazurki, polonez. I na bis - coś rewolucyjnego - jak zapowiedział wykonawca.

Wykonanie - pierwszy utwór - wykonawca chciał chyba zaimponować publiczności i wykonał go karkołomnie szybko, ale muszę przyznać, że dobrze sobie poradził a mnie ścisnęło się serce i potrząsnęły mną dreszcze.

Dalej było równie dobrze.
Podczas bicia braw dowiedziałem się, że siedząca obok mnie pani to matka wykonawcy.
Pogratulowałem i spytałem dlaczego jej syn wycofał się z kariery pianisty (wspomniał o tym na początku koncertu).
- Rodzina, ma trójkę dzieci - odpowiedziała.
Oczywiście - jak można pogodzić żywot artysty, ciągłe podróże koncertowe z życiem rodzinnym?
Przeleciałem życiorysy kilku znanych wykonawców - o rodzinie nie słychać.
Po koncercie miałem okazję zobaczyć wykonawcę w towarzystwie żony i trzech córeczek - zrobił dobry wybór:)

Droga powrotna - dopiero 8 wieczorem a droga prawie pusta. W gęściej zabudowanych ulicach duże grupki młodzieży spieszącej do pubów na towarzyskie zgromadzenia.

Czyli równowaga.

P.S.
Fantasia-Impromptu - ten sam wykonawca, koncert sprzed ponad roku - KLIK.
Jak woda.... polecam utwór F Schuberta na ten temat - KLIK.

Thursday, January 22, 2026

Perski dywan - 2

 

Po trudach i tarapatach poprzedniego odcinka pozwolę sobie na chwilę żeglugi na czarodziejskim dywanie...
Film Rzymskie Wakacje - nadal mój ulubiony film - KLIK.
Początek filmu - Rzym odwiedza para królewska nieokreślonego kraju, ale sądząc po przepychu wizyty musiało to być potężne królestwo i niektórzy recenzenci wspominali Iran.
W tym kontekście główna bohaterka filmu - Audrey Hepburn...

AudreyKHepburn.jpg
By Bud Fraker (1916-2002)  Public Domain, Link

... kojarzyła się z Sorayą, cesarzową Iranu...

Court Portrait by SAKO of Queen Soraya 1953.jpg
By SAKO - Public Domain, Link

Moja sympatia była i jest po stronie aktorki, swoją drogą... czy na załączonym zdjęciu nie wygląda ona bardziej irańsko i cesarsko niż cesarzowa Iranu?

Przepraszam, że włączam taką błahostkę do tak poważnego tematu, rzecz w tym, że gdy dotykamy Iranu, to żadna sprawa nie pozostaje błahostką.

Rzymskie wakacje - autorem scenariusza był Dalton Trumbo, ale o tym nikt nie mógł się dowiedzieć bo D. Trumbo został wpisany na czarną listę przez Komisję do Spraw Działalności Antyamerykańskiej. Jego autorstwo scenariusza zostało oficjalnie ujawnione dopiero w 2003 roku.

Film powstał w roku 1953, ale scenariusz był napisany już 2 lata wcześniej... i dobrze bo w roku 1953 w Iranie był stan wyjątkowy - CIA zorganizowało akcję obalenia rządu premiera Mossadegha, który m.in. znacjonalizował irańskie złoża ropy naftowej - KLIK.
Przewrót trwał 2 tygodnie, Amerykanie załatwili cesarskiej parze na ten czas.... Rzymskie Wakacje...


Po powrocie do kraju, Szach wprowadził sporo reform unowocześniających kraj - Biała Rewolucja - KLIK. 
Zasadniczo była to kontynuacja reform zapoczątkowanych przez obalonego premiera Mossadegha z tym że prokomunistyczne sympatie zostały zastąpione proamerykanizmem.

R. Kapuściński...
"...Teraz, w połowie lat siedemdziesiątych Iran zdobywa wielką fortunę. I co roby Szach?
Część pieniędzy rozdziela między elitę, połowę majątku przeznacza na armię, a resztę - na rozwój..."
===
Elita - 
"...Samolot linii lotniczych Lufthansa na lotnisku Mehrabad w Teheranie. Wszystkie miejsca wyprzedane. Samolot ląduje w południe w Monachium. Zamówione limuzyny wiozą pasażerów do eleganckich restauracji na obiad. Po obiedzie wszyscy wracają do Teheranu gdzie, już we własnych domach, oczekuje ich kolacja. Nie jest to droga rozrywka - dwa tysiące dolarów od osoby".
===
Armia -
"...Szach najlepiej czuł się w mundurze i najwięcej czasu poświęcał swojej armii...
Ile czołgów ma Wielka Brytania? Półtora tysiąca. Dobrze - mówi Szach - zamawiam dwa tysiące. Ile dział ma Bundeswehra? Tysiąc. Dobrze, zamawiamy półtora tysiąca...
Kiedy jedzie się dziś z Shirazu do Isfahanu, w pewnym miejscu przy szosie, na pustyni stoją setki helikopterów. Bezczynne maszyny zasypuje piasek. Całe pola porzuconych armat stoją pod Qom, pola porzuconych czołgów można obejrzeć kolo Avhazu.."
.
===
Rozwój -
"...Szach dokonał na świecie miliardowych zakupów i z wszystkich kontynentów popłynęły w kierunku Iranu statki pełne towaru. Ale kiedy dotarły do Zatoki okazało się, że Iran nie ma portów (o czym Szach nie wiedział), które mogłyby te statki przyjąć. Kilkaset statków stało w morzu czekając swojej kolejki, stały często pół roku. Za te przestoje Iran płacił towarzystwom okrętowym miliard dolarów rocznie.
Stopniowo rozładowano statki, ale wtedy okazało się, że Irnaan nie ma magazynów (o czym Szach nie wiedział). Na otwartym powietrzu, na pustyni, w koszmarnym upale leżało milion ton wszelakich towarów, z których większość nadawała się już tylko do wyrzucenia...".
===
Rewolucja - 
R. Kapuściński -
"...Od czasu Safavidów (XVI wiek) w Iranie istniała swoista dwuwładza - monarchii i kościoła, stosunki między obu siłami są różne, nigdy nazbyt przyjazne. Jeśli jednak równowaga zostaje naruszona, jeśli szach stara się narzucić władzę totalną, wówczas lud gromadzi się w meczetach i rozpoczyna walkę...".

Wikipedia -
"Protesty przeciwko szachowi objęły już ponad 10% ludności kraju; rzadko zdarza się, aby w rewolucje zaangażowało się nawet 1% ludności kraju.[102] Frustracja związana z szachem była tak wielka, że ​​poparły ją nawet grupy świeckie i lewicowe...." - KLIK - wersja angielska.

W ten sposób powstała Islamska Republika Iranu i trwa już 48 lat.
Co dalej?
W Iranie nie istnieje silna, zorganizowana opozycja więc logika wskazuje, że rozwiązanie przyjdzie z zewnątrz.
USA? Rosja? Chiny?
Z tej trójki najbardziej prawdopodobne są USA.

Tu zakończę polityczne dywagacje, przejdę do wspomnień.
Poprzedni wpis zacząłem utworem Na perskim rynku - proponuję posłuchać jeszcze raz - KLIK.
A więc - sporo lat temu, w Melbourne, trafiłem na perski jarmark i kupiłem.... no, wiadomo co - książkę...


Rubaiyaty Omara Khayyama - KLIK .

W praktyce wygląda to tak...


U góry wersja arabska, u dołu perska - a może odwrotnie?
Na sąsiedniej stronie tłumaczenia na angielski, niemiecki i francuski...


Już na pierwszy rzut oka widać, że angielskie tłumaczenie jest inne od dwóch pozostałych. To zasługa tłumacza - E. Fitzgerarda, którego ten typ poezji tak zafascynował, że nie wiedział kiedy tłumaczy a kiedy tworzy od nowa.
A po polsku...
A jeśli wino, które pijesz, wargi, które przyciskasz
KOŃCZĄ SIĘ , w Nicości, wszystkie rzeczy kończą się na Tak,
to wyobraź sobie, póki jesteś, jesteś tylko tym czym będziesz - Niczym -
Więc gdy cię nie będzie - nie będzie cię mniej.

Pocieszające.
Omar Chajjam - KLIK - pisał swoje wiersze w XI wieku. W większości wierszy pojawia się smak wina.
Zastanowiłem się - jak to jest z tym winem w Iranie?
Po irańsku... od początku istnienia w Persji produkowano i konsumowano wino. W VIII wieku nadszedł Islam, który zabrania pić wino, ale w tłumaczeniu na perski jakoś to się pomieszało. Dopiero rewolucja islamska 1979 roku kategorycznie rozwiązała problem - zaprzestano produkcji wina.

Kończę więc moją wizytę w Iranie, duchem jestem w winnicach Sziraz, ciałem w Australii, a na stole...



Nazwa wina - Wiara.

Monday, January 19, 2026

Perski dywan - 1


 Ostatnio dochodzi do nas sporo informacji o Iranie a raczej jedna informacja - jest źle, ludzie się buntują, bunty są krwawo tłumione, USA i Izrael obiecują interwencję...

W tym klimacie nie dodam niczego mądrego i właściwie powinienem cicho siedzieć, ale jednak wystawię cierpliwość i życzliwość moich czytelniczek/czytelników na próbę i podzielę się garścią refleksji.

Na początek refleksja muzyczna - Na perskim rynku - KLIK.
Pamiętam z dawnych czasów dość częste wykonania tego utworu w Polskim Radio, zlinkowane nagranie pochodzi z Izraela - czy to jakaś sugestia?

Iran - Persja...
Pierwszy kontakt to były lekcje historii w szkole podstawowej.
Persja wypadała na nich kiepsko - paskudny agresor pokonany w upokarzający sposób:
- bitwa pod Maratonem,
- bitwa pod Termopilami.
- podbicie Persji przez Aleksandra Macedońskiego - tutaj role się odmieniły.
Uwaga: linki do Wikipedii w Post Scriptum.

Potem długo nic i... rok 1943 - Konferencja w Teheranie - Stalin, Roosevelt i Churchill ustalają przyszłość Europy, to był zwiastun nadejścia PRL więc uczono mnie o tym w szkole - KLIK.
Trochę wcześniej ZSRR zgodził się na utworzenie Armii Andersa i w rezultacie nastąpiła ewakuacja Polaków z sowieckich obozów do Iranu - KLIK. 
O tym w szkole wspomnieli raczej półgębkiem.

W Australii spotkałem kilka osób, które przebyły ten szlak, pobyt w Iranie wspominały dobrze - bardzo życzliwi ludzie.
Swoją drogą sprawa nie była tak oczywista,  na początku II Wojny Światowej Iran rządzony przez szacha Reza Pahlawi uznał, że Niemcy wygrają wojnę i .... KLIK.

Reza Pahlawi - pierwszy z trójki - wyznam, że w dzieciństwie miałem dziwne skojarzenie tego nazwiska - rieza i pochleje - brzmiało jakoś słowiańsko - teraz, zaglądając do licznych źródeł - dostałem czkawki...
Okazuje się, że Reza Pahlawi  (ojciec powojennego Szacha) był dowódcą Perskich KOZAKÓW - KLIK.

Dla zmiany nastroju wspomnę teraz moje spotkania z Irańczykami...
Rok 1974 - kursy informatyczne w Anglii - na jednym z nich była grupa Irańczyków (3 mężczyzn, dwie kobiety). Wydawali mi się nieco aroganccy, mieszkali w dobrym hotelu, mieli dużo pieniędzy, wspominali, że gdy nadejdzie zima pojadą w Alpy spróbować sportu uprawianego przez Jej Wysokość Farah Diba - KLIK - cesarzowa radzi sobie bardzo dobrze -  chyba lepiej niż były prezydent Duda.

Jednym z punktów kursu było zarządzanie projektem informatycznym. Dostawaliśmy opis zadania i sytuacji i musieliśmy zaplanować pracę zespołu na najbliższe dni. 
Ja byłem w dwuosobowym zespole z Singapurczykiem - zauważyliśmy, że jedna osoba w zarządzanym przez nas zespole, nie przychodzi do pracy w poniedziałki w związku z czym następuje opóźnienie w projekcie. W związku z tym nie przydzielaliśmy mu żadnych zadań na poniedziałek i projekt szedł dobrze do przodu. Rezultat - byliśmy jednym zespołem, który wykonał projekt w zaplanowanym czasie i zmieścił się w budżecie.
A Irańczycy? Oni wyrzucili tego bumelanta z pracy, odpowiedzią był protest pozostałych pracowników - strajk, mediacje - w rezultacie projekt zszedł na margines i na psy.
Wspominając to wydarzenie nie mogę się oprzeć znajdywaniu analogii do historii Iranu.

Zupełnie inne spotkanie miałem w ramach działalności w Stowarzyszeniu św Wincentego...
Irańczyk - wiek około 40 lat, służył zawodowo w irańskiej armii. Któregoś dnia dostali rozkaz stłumienia jakiejś manifestacji, dostali ostre naboje. Nasz klient odmówił udziału.
W rezultacie spędził kilka tygodni w wojskowym areszcie i został wyrzucony z armii. To oznaczało "wilczy bilet" - żadna poważna instytucja nie mogła go zatrudnić. Pracował jako taksówkarz, ale przy pierwszej okazji uciekł i próbował dostać się do Australii.
To nie jest takie oczywiste - podobnie jak tysiące innych uchodźców został przechwycony na oceanie przez australijską straż i zesłany do obozu na wyspie Manus Island. Przebywał tam 3 lata i nabawił się ciężkiej kontuzji biodra w wyniku której wpuszczono go wreszcie do Australii.
Tu wegetował 3 lata - przez ten okres nie dostał prawa stałego pobytu a zatem nie otrzymywał pomocy społecznej, był zdany na pomoc instytucji charytatywnych. Ostatecznie wyjechał do Nowej Zelandii gdzie obiecano mu prawo stałego pobytu.

Jeszcze inna strona medalu...
Mój znajomy, zapalony rowerzysta, wybrał się na przejażdżkę rowerową - od źródeł Dunaju do Zatoki Perskiej a zatem kilka tygodni jazdy przez Iran. 
Nie mógł się nachwalić życzliwości tamtejszych ludzi.
Miał ze sobą namiot i sprzęt campingowym, był całkowicie niezależny i funkcjonowało to bardzo dobrze w Europie.
Ale w Iranie... gdy ludzie zauważyli, że rozbija namiot natychmiast interweniowali i proponowali mu gościnę.
W jednym przypadku było nieco zamieszania - mój kolega siedział przy kolacji ze swoimi gospodarzami i tu - puk-puk - niespodziewanie zjechała kilkuosobowa rodzina. Kolega już sięgał po swój namiot, ale nie... w ciągu kilku minut miał załatwiony nocleg w.... meczecie.

Sięgam po książkę R. Kapuścińskiego - Szachin-Szach...
"Meczet jest dla Szyitów czymś więcej niż miejscem kultu, jest także przystanią, w której można przetrwać burzę,  a nawet uratować życie...W konstrukcji kościoła chrześcijańskiego i meczetu można dostrzec istotne różnice. Kościół jest pomieszczeniem zamkniętym, miejscem modlitwy, skupienia, ciszy. Jeśli ktoś zacznie rozmawiać, inni zwrócą mu uwagę.
W meczetach jest inaczej.Największą część obiektu stanowi dziedziniec, na którym można modlić się, ale również spacerować, dyskutować a nawet odbywać wiece...
".

Mój kolega mógł rozłożyć swój materac i śpiwór w głównym budynku meczetu, pod dachem. Jedyną niewygodą było, że na czas pierwszej modlitwy - Fajr - przed wschodem słońca, musiał zwinąć na pół godziny swoje manele. Ale potem mógł spać choćby do południa.

Spoglądam na zegarek - za 20 minut czas na muzułmańską modlitwę Duhur.
Nawet nie wiem gdzie jest najbliższy meczet.
Anioł Pański?
W okolicy są 4 kościoły,  ale katolicy w Australii już chyba o takiej tradycji zapomnieli.

W tej sytuacji dam moim blogowym gościom chwilę wytchnienia.
Ale nie cieszcie się za bardzo - ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Fakty:
- bitwa pod Maratonem - KLIK.
- bitwa pod Termopilami - KLIK.
- podbicie Persji przez Aleksandra Macedońskiego - KLIK.
Historia Iranu - KLIK.

Saturday, August 16, 2025

Spamalot

Czy ten tytuł coś Wam mówi?
Moje pierwsze skojarzenie to był oczywiście - spam - czyli napływ niepożądanych informacji.....
Nie miałem jednak czasu na kojarzenie gdyż dowiedziałem się, że to tytuł sztuki, którą wystawi szkoła, do której uczęszcza nasz młodszy wnuk - Ambroży.

A więc - szybko - internet i... zupełne zagubienie - spróbujcie sami - KLIK.
Polska wersja językowa ogranicza się do podania informacji, że musical wystawił teatr w Gdyni.

Nie pozostało nic innego tylko sprawdzić na własnej skórze.

Sobota - Klub Litewski w centrum Melbourne - odwiedziłem go już rok temu - KLIK.
Początek sztuki wprowadza właściwy klimat - narrator wyjaśnia pozycję Anglii w roku 932, przerywa mu chór, który się przesłyszał i śpiewa piosenkę - Finland, Finland - KLIK.
I tak do końca musicalu.
Uwaga - wyżej zlinkowane video to cały musical.

Nasz wnuk wystąpił jako ofiara epidemii dżumy - martwe ciało wrzucają na wóz a tymczasem - Fred - not-dead-yet - KLIK.
Naszym zdaniem był to bardzo udany występ, co istotne to dobrze dał sobie radę ze śpiewem, niestety dla większości wykonawców wokalne wymagania musicalu były zbyt wysokie :(
Istotne, że w scenach grupowych, a one dominują w przedstawieniu, młodzież dawała sobie świetnie radę.

Z przedstawienie wyszedłem z mieszanymi uczuciami - po pierwsze, po drugie i po trzecie - w australijskich szkołach nie uczą dzieci historii i sztuka tego typu dobrze wpisuje się w taki model edukacji - historia to ciąg paradoksów, nie wysilaj się, lepiej się z tego pośmiej.
A po czwarte - po powrocie do domu kliknąłem w internet dowiedzieć się co tam było na Alasce...
I... odniosłem wrażenie, że to był ciąg dalszy musicalu Spamalot.

P.S. Spam - szynka z krochmalem - pamiętam to z paczek UNNRA w 1946 roku - jak dla mnie - całkiem smaczna - KLIK.

Thursday, May 15, 2025

Fryderyk... Wielki... Kompozytor

 Myślę, że zgadnę Wasze opinie -
myślicie, że mowa o Ch-opinie...

To już ponad tydzień temu... przez kilka poranków nasze radio ABC/Classic powracało do tematu Fryderyk Wielki - kompozytor.
Oczywiście mieli na myśli Fryderyka Wielkiego, króla Prus, jednego z trójki rozbiorców Polski - poniżej obraz króla Fryderyka grającego na flecie skomponowany przez siebie utwór...

Adolph Menzel - Flötenkonzert Friedrichs des Großen in Sanssouci - Google Art Project.jpg
By Adolph von Menzel - Google Arts & Culture — WAFEF2zy8Ym8vQ, Public Domain, Link

Powodem tego zainteresowania była przypadająca 7 maja rocznica wizyty J.S. Bacha na dworze Fryderyka Wielkiego (rok 1747) czego efektem był utwór Musikalische Opfer (Muzyczna ofiara) - KLIK.

Radio ABC/Classic skoncentrowało się jednak na twórczości Fryderyka, który skomponował ponad 100 utworów.
Posłuchałem - sympatyczne, poniżej kilka przykładów...

Symfonia - KLIK.

Koncert na flet - KLIK.

Sonata e-moll na flet - KLIK.

A skoro na początku były o-pinie
to niech wpis zakończą... rzymskie pinie - KLIK.

P.S. Fryderyk Wielki - KLIK.
Bardzo interesująca biografia, wynika z niej, że w młodości Fryderyk zmuszony był działać niezgodnie ze swoją wolą, równie ciekawe, że wiele razy poniósł porażkę - a jednak w wyniku jego panowania Prusy stały się mocarstwem.

Thursday, May 1, 2025

Notre Dame

 Kilka dni temu otrzymałem nie lada zaproszenie - w czwartek, nasza najmłodsza wnuczka Gracie, ma dzień wolny od szkoły i chciałaby spędzić trochę czasu z Dziadziem.

Minęły już te czasy gdy chodziłem z wnuczętami na intensywne wycieczki po parkach, na szczęście cywilizacja podsunęła mi ciekawy temat - wystawa na temat budowy i odbudowy katedry Notre Dame.

Muzeum Imigracji w Melbourne - dojechaliśmy starodawnym tramwajem i to była dla Gracie znacząca atrakcja...


Informacja przed muzeum...


A w środku - najpierw wręczono nam histopad - urządzenie na którym mogliśmy obejrzeć wszystko od podszewki.  Na wystawie było 21 punktów kontrolnych - informowaliśmy nasz histopad gdzie jesteśmy i na ekranie pojawiała się katedra i jej otoczenie w wybranym okresie - rok 1163, 1180.. Rewolucja Francuska, Napoleon...
Obracając histopad w wybranym kierunku mogliśmy zobaczyć jakie było niebo, co mielibyśmy pod stopami, co z lewej, co z prawej. Obracając obraz na ekranie mogliśmy zobaczyć co się działo w różnych miejscach katedry a na dodatek wyświetlało się kilka pulsujących punktów - po kliknięciu pokazywały się interesujące sceny - kowale kujący rozpalone do czerwoności żeliwne pręty, stolarze heblujący deski, rzeźbiarze przy swojej pracy.

To wszystko w otoczeniu obrazów ilustrujących istotne wydarzenia...


---


---


---


Półtorej godziny zleciało błyskawicznie, katedra wyglądała jak nowa...


Wyszliśmy na ulicę... pod stopami jesienny listek...


Nad głowami budynki, niektóre jakby spuchnięte...


Czas wracać do domu.

P.S. Wystawa o której piszę została przygotowana we Francji i podróżuje po całym świecie. Może była już w Warszawie, Krakowie?
Informacja o Wystawie - KLIK.

Monday, April 28, 2025

Kontrasty

 Wrócę jeszcze do soboty...

Od 6 wieczorem ( 8 godzin różnicy czasu) nasza państwowa telewizja - ABC - transmitowała przebieg pogrzebu papieża Franciszka. Zajrzałem do naszego parafialnego kościoła żeby pobyć chwilę w towarzystwie naszych parafian.
Transmitowano właśnie rozdawanie komunii.
W kościele było może 40 osób...
Patrzyłem na setki watykańskich duchownych w oficjalnych strojach i raczej im współczułem.
Po około pół godzinie wróciłem do domu. Gdy przechodziłem przez parking dołączył do mnie nieznany mi parafianin, młody Chińczyk -
- Czy mogę ci jakoś pomóc? Jest bardzo ciemno - powiedział z wyraźną troską w głosie.
Wyznam, że dodał mi trochę chęci życia.

Cofnę się kilka godzin - sobota południe - zadzwonił do mnie znajomy:
- Lechu, czy to nie skandal? Wkrótce konklawe a Australia nie ma kardynała!
Sprawdziłem i znalazłem zaskakującą informację - MAMY KARDYNAŁA!!!


Mykola Bychok - oryginalnie - Микола Бичок - ja sobie tłumaczę to nazwisko - Byczek.
Strój wskazuje, że nie jest to katolik lecz reprezentant religii ukraińsko-katolicko-prawosławnej czyli na mój rozum jest to kościół unicki - wynik Unii Brzeskiej, na której cerkiew prawosławna na wschodnich terenach Polski uznała Papieża za głowę swojego kościoła.
Formalnie Mykola Byczok jeszcze czeka w kolejce na prawo stałego pobytu w Australii, ale przecież ma szansę, że wybiorą go na Papieża, to pobyt w Australii nie będzie mu już do niczego potrzebny.

Niedziela -
Nasza wnuczka Matylda, bardzo utalentowana artystycznie, dołączyła do amatorskiej orkiestry symfonicznej, w której gra na altówce. Już sam fakt, że taka orkiestra istnieje, mało tego - powstała zaledwie półtora roku temu, bardzo mnie zaskoczył.
W niedzielę był koncert w dosyć odległej dzielnicy Williamstown - dojazd przez West Gate Bridge...


Program koncertu...


Między innymi utwór S. Prokofiewa - Piotruś i Wilk.
Prócz tego J.Brahms - Akademicka Uwertura Festiwalowa dedykowana uniwersytetowi w Breslau - prowadzący koncert wspomniał, że obecnie jest to terytorium Polski - tu ostatnie półtora minuty utworu - KLIK - zdecydowanie uniwersytecka atmosfera.

Dla mnie głównym punktem programu był utwór B. Brittena - Young Person's Guide to the Orchestra - KLIK. Bardzo wymagający utwór i według mnie orkiestra poradziła z nim sobie bardzo dobrze.

Powrót do domu, duży ruch na ulicach, krajobraz miasta mocno się zmienił od mojego ostatniego pobytu w Williamstown - rezultat - lekkie pomyłki w nawigacji i trzeba było nadłożyć kilka kilometrów.
Ale chyba było warto - przejechaliśmy wzdłuż Albert Lake - dobrze znam to miejsce gdyż kilkanaście razy uczestniczyłem tam w MS Walk - marszu na rzecz Stwardnienia Rozsianego...



W zachodzącym słońcu sceneria była znacznie piękniejsza.
Niestety byliśmy już zbyt zmęczeni aby się tu zatrzymać.

Wednesday, March 5, 2025

Wyścig

W Tłusty Czwartek wspominałem historię karnawału, w tym wyścigi ulicami Rzymu - przypomnę - w poniedziałek przed Tłustym Czwartkiem biegli Żydzi.
Dzisiaj - Środa Popielcowa - naszło mnie wspomnienie książki czytanej wiele lat temu...


Wydawnictwo Czytelnik - 1957.

Ponieważ papież lubił karnawał więc wymyślił nadzwyczajną sztuczkę: niech Żydzi dostarczą jednego wyścigowca, żeby się wszyscy uśmieli.
Niech ten nieszczęsny wyścigowiec obiegnie w karnawale trzy razy dokoła miasta i niech sobie cwałuje na golasa, papież zaś wraz ze swoimi słoniami i damami będzie siedzieć na złotych stołkach i śmiać się na całe gardło.
Jak to się mówi: dla jednego zapusty, a dla drugiego galop na brzuch pusty. 

Zebrali się Żydzi na postną konferencję: kto będzie tym zamęczonym koniem?
Żydzi bywają rozmaici: jedni nawet na brzuchu mają karaty, a inni tylko bezpłatne łzy.
Na przykład ja leżę już na jedenastych drzazgach, a jakiś tam Rotszyld wcina teraz pewnie kozę.
W Rzymie również byli kupcy pierwszej gildii, i żebracy z cmentarza, co za kawałek chleba ronią wiadra łez nad każdym wyznaczonym grobem. 
Któż więc ma cwałować wokół miasta?
Ma się rozumieć, że nie rabin – to przecież mąż uczony i bez niego wszyscy zgłupieją; ma się rozumieć, że nie rzymski Rotszyld – któż, gdyby go zabrakło, będzie raz do roku karmił żebraków zlewkami z kuchni?
Każdy Żyd wysupływał złotą monetę, żeby tylko nie cwałować, dawali i biedacy, bo przecież warto sprzedać szabasowe lichtarze czy surdut albo nawet poduszkę, żeby tylko nie umrzeć na golasa przed zwariowanymi słoniami.
Ale się znalazł jeden nieszczęśliwy krawiec, który nie miał ani surduta, ani lichtarzy, ani puchowej poduszki, ani jedwabnego tałesu. On miał tylko żonę, sześcioro dzieci i odpowiednie zmartwienie, a tego nie da się wymienić na odpowiednia monetę.
Nazywał się ten krawiec, mam wrażenie, Lejzor (…)
Nadeszła chwila zapowiadanych wyścigów.
Papież przeżegnał się, wychylił jeszcze jedną ćwiartkę wina i wdrapał się na swój stołek, dokoła zaś porozsiadali się różni kapłani oraz ślicznotki z witrynami i po prostu różne malowane łobuzy.
Byli to ludzie nabożni, a z nimi sam papież – i dlatego oni wszędzie porozwieszali wizerunki waszego miłosiernego Boga. Wizerunki były zrobione ze złota, ze srebra, z brylantów za cały milion rubli, żeby wszyscy wiedzieli jacy oni hojni i jakiego mają luksusowego Boga.
Siedzi sobie papież cały w aksamitach, a nad nim olbrzymi krzyż wprost od jubilera, na krzyżu Chrystus – nie żeby tam pozłacany czy dęty, nie – z masywnego złota całkiem nadzwyczajnej próby. Coś pięknego!
Gdzież jednak, mówiąc nawiasem, ten ludzki wyścigowiec?
Przyprowadzono więc Lejzora, a za nim przyszła żona i cała szóstka dzieci i wszyscy oni okropnie krzyczeli.
Wszakże nawet małe dziecko rozumie, że nie można bez wytchnienia oblecieć trzy razy dokoła Rzymu, a niech się tylko przystanie, to natychmiast stajenni papieża zaczynają człowieka ćwiczyć batami. Czyli, że to jest tyle, co iść na pewną śmierć.
Lejzor zaczął ściągać ze sto razy łatane spodnie.
Papieża ze śmiechu aż rozbolał brzuch…
Widowisko było dość wesołe, bowiem taki nieszczęśnik w spodniach to już niezły kawał, bez spodni zaś – prawdziwie do rozpuku (…)
Lejzor siadł na kamieniu. Objął swe gołe kolana i jeszcze raz westchnął, ale tak westchnął, że wicher wionął przez calutki Rzym: to on się tak żegnał z życiem.
A potem to on naturalnie wstał i pobiegł truchtem jak stara szkapa (…)
Tak obleciał jeden raz dokoła Rzymu. Już z trudem unosił nogi i stajenni coraz częściej podcinali go biczami, tak że jego ciało spływało krwią. Ale wszak trzeba było obiec jeszcze dwa razy i Lejzor wiedział, że nie obiegnie (…)
Padł na ziemię i zaczął oczekiwać śmierci.
Wtedy właśnie zdarzył mu się ten bezwzględny przesąd.
 On raptem widzi, że drogą cwałuje nagi Żyd i że to wcale nie on, Lejzor, tylko jakiś inny Żyd.
Co znowu za kawały?
Przecież wszyscy Żydzi wykupili się od wyścigu.
Przygląda się więc Lejzor temu innemu Żydowi i dziwi się coraz mocniej: “Przecież on jest do mnie podobny, też skóra i kości i pot leje się gradem, i we krwi cały, i też bródka dygocze, że od razu widać: kaput.
Ale oczy to ma chyba nie moje i nos innego kształtu. Czyli że to nie ja tylko inny Żyd.
Więc ktoż by to mógł być?”…
I Lejzor go zapytuje: “Skąd się tu pan wziąłeś? Pan ma znajomą twarz, zdaje mi się, że już pana widziałem, ale ja przecież nie mogłem widzieć, bo ja nigdy nie wyjeżdżałem z Rzymu.
A może ja już umarłem i mnie się to tylko śni?
I dlaczego to pan cwałuje, kiedy powinienem biegać ja?"
Wtedy ten drugi Żyd mówi do Lejzora: “Nazywam się Jehoszua i pan mnie nie może znać, ponieważ ja już dawno umarłem, a pan jeszcze żyjesz.
Jednak się panu wydaje, że mnie pan zna, boś pan z pewnością widział moje wizerunki.
Oni mnie nazywają najśmieszniejszymi słowami, ale ja zaraz panu powiem, kto ja jestem: jestem biednym Żydem. Pan wprawdzie jesteś krawcem, a ja byłem cieślą, ale my się zrozumiemy.
Ja pragnąłem, aby na ziemi panowała całkowita prawda.
Któryż biedak nie pragnie tego?
Ja przecież wiedziałem, że rabin wypowiada mądre słowa i że Rotszyld zjada kaczkę, i że nie ma na ziemi ani sprawiedliwości, ani miłości, ani najzwyklejszego szczęścia (…)
Ja lubiłem, Lejzorze, gdy przygrzewało słońce i gdy śmiały się dzieci, i gdy wszystkim ludziom było dobrze, kiedy wszyscy pili wino, uśmiechali się do siebie, kiedy paliły się szabasowe świece, a na stole leżał rumiany bochen chleba.
Ale któryż nędzarz tego nie lubi?
Więc mnie wpierw, naturalnie, zabito, a teraz mi nie dają spokojnie leżeć w ziemi (…)
Ja sobie leżę w ziemi i nagle widzę tego rzymskiego papieża.
On śmieje się wraz z poprzebieranymi łotrami i obmyśla pańską wesołą śmierć, i cóż – wisi nad nim mój złoty wizerunek, a ja to widzę poprzez cmentarną ziemię.
Wtedy przybiegam tutaj i oto pan musisz umrzeć, bo ja marzyłem o całkowitym szczęściu.
Biada mi! Biada!
Oni powiadają, że jestem wszechmocny. Czy widziałeś pan kiedy biednego Żyda, który by wszystko mógł?
Toż gdybym mógł tylko połowę wszystkiego, toż czyżbym nie wykrzyknął: “Dość”!
Czyż Rotszyld zjadałby wtedy wszystkie kaczki, czy papież siedziałby na złotym stołku, a pan biegałby dokoła Rzymu?
Ja mogę tylko nie mieć chwili spokoju. Ja mogę tylko w dzień i w nocy biec krwawym cieniem, tak jak biegł dzisiaj pan”.
Wówczas Lejzor uniósł się i uściskał tamtego Żyda: “Ja pana żałuję, cieślo Jehoszua, ja przecież już teraz wiem, co to znaczy biegać.
Ale ja panu jedno powiem: dzisiaj może pan odpocząć, dzisiaj może pan spokojnie leżeć w swoim grobie. Po cóż mamy biegać we dwójkę?
Dzisiaj biegam ja za pana i za siebie."
Ale martwy Żyd tak odpowiedział Lejzorowi: “Nie, pan jeszcze może żyć, pan masz sześcioro dzieci, to nie żarty. Wydaje mi się, że nam uda się ich podejść. Nie będą się przyglądali naszym nosom, a z daleka jesteśmy do siebie podobni.
Więc niechże pan sobie leży w tej głębokiej rozpadlinie, a ja tymczasem obiegnę dwa razy dokoła Rzymu. Niech się pan ze mną nie kłóci: przecież ja i tak będę musiał zaraz gdzieś pędzić, jak nie tu, to w jakimś innym mieście, ponieważ oni z pewnością teraz znów kogoś zabijają i wymawiają przy tym moje imię, żebym ja tylko nie mógł spokojnie leżeć".
 Rzekłszy to popędził wokół miasta i stajenni siekli go batami, i kpiły z niego wszystkie bezwstydne słonie...

Ilya Ehrenburg -  Paryż, kwiecień-październik 1927.

Powrót do faktów - jak wspomniałem w Czwartkowym wpisie, w wyścigu ulicami Rzymu (dystans poniżej 2 km) brały udział różne grupy ludzi tak że nie była to specyficznie antysemicka impreza, dopiero zachowanie publiczności zaostrzyło atmosferę. W 1547 roku żydowski biegacz zmarł podczas biegu i Żydzi przestali brać w nim udział, ale nadal musieli brać udział w karnawałowych imprezach co dawało okazję do antysemickich wybryków. Od 1668 roku Żydzi nie musieli brać udziału w karnawałowych imprezach, zamiast tego płacili dodatkowy podatek.

Ilia Ehrenburg - bardzo kontrowersyjna postać, książka - Przygody Lejzorka Rojtszwańca - jest prawie nieznana na świecie, ale mnie się bardzo podobała.

P.S1. Fakty na temat biegu Żydów w Rzymie - KLIK.
P.S2. Ilja Ehrenburg - KLIK.