Tuesday, January 15, 2019

Niedzielne słuchanie - muzyka cenniejsza niż złoto

Rok temu donosiłem TUTAJ o muzycznym weekendzie w Ballarat, odległym o 120 km od Melbourne mieście powstałym na najbogatszych na świecie złożach złota.

Prawdę mówiąc to po tym wydarzeniu ubiegły rok był tak ubogi, że nie mogliśmy doczekać się drugiego tygodnia stycznia i ponownej wyprawy do Ballarat.

Wyprawa za nami. 6 koncertów w ciągu dwóch dni z dodatkiem jednego wieczoru. To był spory wysiłek i z pewną zazdrością patrzyłem na osoby wyglądające chyba starzej ode mnie za to tryskające energią i wytrzymałością.

6 koncertów, wszystkie bardzo atrakcyjne. Żeby dostosować się do tytułu wpisu wspomnę tylko dwa.
Piątek wieczór - Arvo Part - Pasja wg św Jana (rozdział 19,1-30) - KLIK.
Logicznym uzupełnieniem było niedzielne wykonanie utworu J MacMillana - Since it was the day of preparation. Tytuł utworu to cytat z  tego samego, 19, rozdziału Ewangelii św Jana - Ponieważ był to dzień Przygotowania... (aby więc ciała nie pozostawały przez sabat na krzyżu...).

Na marginesie jednak wspomnę, że jeśli chodzi o  kompozycje oparte na tematyce religijnej, to dużo lepiej odbieram muzykę baroku.

A gdzie tytulowe złoto?
Proszę bardzo...


Powyżej replika nugatu znalezionego na tych terenach w 1858 roku. Prawie 69 kg czystego złota. Zabawna historia znaleziska TUTAJ.

Moje nieco sceptyczne uwagi na temat niedzielnych utworów nie uzasadniają tytułu wpisu. Wspomniałem jednak 6 koncertów, pozostałe cztery zaspokajały całkowicie moje oczekiwania - szlachetny barok wykonany na szlachetnych instrumentach



Friday, January 4, 2019

Zimna wojna

Bardzo nie lubię pisać recenzji.
Bo po co pisać na temat, na który już wiele osób się wypowiedziało?
Argumenty mam dwa:
- polski film wyświetlany w "normalnych" kinach w Australii. Myślę, myślę i nie potrafię sobie przypomnieć drugiego, a raczej wcześniejszego, takiego przypadku.
- tytuł, a raczej jego pierwsza połowa - zimna. W chwili gdy to piszę mamy w Melbourne niezły upał.


Już od wielu tygodni w centrum Australii panują upały i susza.
Cud, że tak długo nie dotknęło to Melbourne. Od początku grudnia chyba tylko 4 razy trzeba było włączyć w domu klimatyzację. Jednak w końcu zrobiła się w tym kotle dziura i od rana gorące powietrze wali z północy na Melbourne. Meteorolodzy zapowiedzieli na dzisiaj 42C, termometr w ocienionym miejscu na werandzie to potwierdził już o 14:30 a przecież to jeszcze nie szczytowa pora dnia.
Załóżyłem więc kupioną w Estonii koszulkę z logo Tartu Maraton. To był rok 1996, startowałem tam w maratonie narciarskim. Temperatura przed startem była nieco poniżej -30C. Też nie było miło.
Na szczęście pojawił się silny wiatr. Generalnie wiatr w czasie upału to niemiłe zjawisko, ale ten ma przynieść ochłodzenie i to znaczne i szybko - spadek temperatury o 20 stopni w ciągu 4 godzin.

Chyba nie potrafię już dłużej odwlekać, a więc zamykam oczy i skaczę - Zimna Wojna, film.
Właściwie mógłbym to skwitować jednym zdaniem - nie mogłem tego oglądać.
Codziennie rano oglądam wiadomości z Polski - POLSAT News - a tam nie ma dnia żeby nie podali informacji o tym, że ktoś popełnił rozszerzone samobójstwo albo "tylko" zabił żonę i dzieci.
Przykro mi, ale zaliczam Zimną Wojnę do takiej właśnie kategorii.

Pozwolę sobie przypomnieć fabułę filmu.
Wiktor, młody człowiek z wykształceniem muzycznym, ma za zadanie stworzyć ludowy zespół pieśni i tańca. W zadaniu tym towarzyszy mu kobieta, która podobnie jak on wygląda na osobę pochodzącą z przedwojennej, inteligenckiej rodziny.
Do tego punktu wszystko wygląda normalnie i mogłoby iść śladami państwa Sygietyńskich, twórców zespołu Mazowsze.
Niestety Wiktor zakochuje się w jednej z kandydatek do zespołu - Zuli. Kandydatce dość tajemniczej gdyż zdecydowanie nie ma ona pojęcia o polskiej sztuce ludowej a pracę w zespole traktuje chyba jako szansę ucieczki od swojej dość mrocznej przeszłości.
Miłość jest wzajemna i tylko tyle można o niej powiedzieć. Twórcy filmu nie zdradzają niczego na temat tego co też, poza uczuciem i żądzą, łączy kochanków. Czy mają jakieś wspólne zainteresowania, cele, plany, marzenia. Nic, nic, nic.
W tym momencie Wiktorowi przychodzi pomysł ucieczki na Zachód. Twórcy filmu łączą to z presją socrealizmu - zespół ma dodać do swojego repertuaru pieśni wychwalające ustrój i Stalina.
Moje wspomnienia z tamtych lat, mam na myśli koncerty zespołów pieśni i muzyki ludowej nadawane regularnie przez Polskie Radio, mówią mi, że nie była to zbyt wielka presja. Może jedna 3-minutowa propagandówka na dwugodzinny program. Myślę, że osoby które oglądały w tamtych latach występy zespołu Mazowsze (lub Śląsk) to potwierdzą.
Pomińmy motywację, Wiktor decyduje się na ucieczkę, Zula podchodzi do tego z dużą rezerwą. Teraz nadchodzi przełomowy moment filmu - Wiktor czeka na Zulę na przejściu granicznym, w końcu decyduje się przekroczyć granicę sam.
Co, jak, dlaczego? Tego film nie wyjaśnia.
Od tej chwili zaczyna się swoista ciuciubabka - Wiktor pojawia się na koncercie zespołu w Jugosławii, Zula odwiedza Wiktora we Francji. Wspomina, że wyszła za mąż, chyba za Włocha, nie ważne - kocha tylko Wiktora.
Za chwilę znika. Nie potrafię sobie przypomnieć ile razy tak się rozstali i spotkali, za każdym razem jest miłość, żądza, czasem jeszcze mordobicie.
Wreszcie Zula wraca na stałe do Polski. Wiktor nie może bez niej żyć więc rusza jej śladem i trafia na kilkanaście lat ciężkich robót.
Zula "wykupuje" go z kamieniołomów.
Co teraz? Zula nie ma wątpliwości - wspólne samobójstwo. Wiktor, jak w większości sytuacji, zachowuje się biernie.
Bezsensowna tragedia.

Zawodowi krytycy komentują pochlebnie zastosowanie starej techniki filmowej - wąski ekran, film czarno-biały.
Niestety mnie trudno jest dogodzić, chyba większość filmów jakie w życiu widziałem była wyprodukowana przy użyciu takiej techniki. Tyle, że te filmy dotychczas pamiętam a Zimną Wojnę pamiętałem tylko do dzisiaj i tylko po to żeby napisać tę refleksję.

Swoją drogą oglądając sceny z tworzenia zespołu pieśni i tańca kojarzyłem bohatera filmu z Tadeuszem Sygietyńskim, twórcą Mazowsza. Zajrzałem do jego biografii - KLIK - bardzo ciekawa, przyznam się, że chętnie obejrzałbym dobry film oparty na tej biografii. To jednak chyba marzenie ściętej głowy, za dużo w tym życiu logiki i konsekwencji.

Thursday, January 3, 2019

1 procent

Dobiega końca trzeci dzień roku, czyli prawie 1%.
Co też w tym czasie zdziałałem?
Jak na moje obecne możliwości sporo.
Po pierwsze, już we wtorek, pomalowałem przewiany przez wiatr próg drzwi wejściowych.
Po drugie zareklamowałem w sklepie kupione kilka dni temu, w starym roku, baterie do telefonu. Zwrócili mi pieniądze.
No to same sukcesy.

Po trzecie, bilanse i rozliczenia.
Jestem skarbnikiem parafialnego oddziału Stowarzyszenia św Wincentego a Paulo (St Vincent de Paul Society) więc musiałem złożyć rozliczenie za grudzień.
Przy okazji podsumowałem rok kalendarzowy.
Zostaliśmy 301 razy wezwani przez osoby potrzebujące pomocy.
Dostarczyliśmy żywność o wartości $24,270, w tym vouchery na żywność - $22,000, żywność kupiona - $700, produkty żywnościowe dostarczone przez parafian - $1,570.
Zapłaciliśmy rachunki za gaz, światło, telefon itp na sumę $4,200. Kupiliśmy 8 pralek lub lodówek. Dopłaciliśmy $2,000 do kosztów nauki, $540 na lekarstwa.
W sumie wydaliśmy $37,000, nasze przychody wyniosły $36,600 - z tego finansowanie z centrali Stowarzyszenia - $33,000, dotacje parafian i dochód ze sklepiku z dewocjonaliami - $3,600.
To jest o około 30% więcej niż w roku poprzednim.
Konkluzja raczej smutna - potrzeby rosną a my jesteśmy coraz bardziej uzależnieni od pomocy finansowej z zewnątrz. Nic dziwnego, że wzrasta ilość biurokracji i polityczna poprawność.
Zerknąłem też do swoich zapisków zeszłorocznych wydarzeń.
O książkach wspominałem w poprzednim wpisie.
Druga istotna pozycja to imprezy kulturalno-rozrywkowe.
Było ich w zeszłym roku 38, w tym 11 z udziałem wnucząt. Zdecydowana większość to imprezy muzyczne i baletowe, tylko jedna wizyta w teatrze i 4 wizyty w kinie. Ostatni oglądany w zeszłym roku film to Zimna Wojna.

Wednesday, December 12, 2018

Kadencja

Kilka tygodni temu pisałem o bilansie mojego książkowego roku -  35 przeczytanych książek, średnia ocena... bardzo średnia. Postawiłem sobie pytanie: po co czytać nowe książki?

Niespodziewanie moja lokalna biblioteka sprawiła mi świąteczny prezent - Kadencja.



Kadencja - słowo o wielu znaczeniach.
W rozpolitykowanej Polsce zapewne słowo to kojarzy się z polityką - kiedyż ta kadencja się skończy, kto będzie rządził w następnej.

Dla mnie, dorastającego w PRL, w którym władza zdawała się mieć kadencję bez końca, termin ten kojarzył się zawsze z muzyką - ciąg akordów prowadzących do oczywistego zakończenia utworu - KLIK.

Autorka książki - Emma Ayres - pisałem już TUTAJ o niej, a właściwie o nim.

Na okładce Emma z rowerem. Zgadza się, kadencja to również tempo obrotu rowerowych pedałów.

Emma to  osoba, którą w języku angielskim określa się jako - larger than life - większa niż życie. W moim tłumaczeniu jest to osoba, której osobowość przerasta możliwości jakie daje nam życie.
Emma postanowiła poddać się próbie - pojechać na rowerze z Londynu, przez Francję, Włochy, Turcję, Iran, Pakistan, Chiny, do Hong Kongu.
Ta książka to relacja z tej podróży. Relacja bardzo swobodnie spleciona ze wspomnieniami z dzieciństwa i młodości i impresjami muzycznymi.

Już od pierwszych stron wiedziałem, że to jest książka, która może stanowić kadencję - sympatyczne zakończenie tego ciężkiego roku.

Zatrzymałem się na dłużej na rozdziale B flat major/minor - B dur/b mol - tytuły wszystkich rozdziałów to nazwy muzycznych tonacji.
Oddaje głos Emmie:
"B-dur to wspaniale dźwięczna tonacja, idealna dla instrumentów dętych, tonacja otwierająca film Gwiezdne Wojny" - KLIK.
"B-moll to według mnie najciemniejsza z muzycznych tonacji, matowo czarna, ilustrująca kogoś uwięzionego w podziemu, bez wyjścia".

Paradoksalnie, a może nie, te tonacje towarzyszą Emmie w krótkim wyskoku z Pakistanu do Indii. Ilustracja muzyczna - VI koncert brandenburski J.S. Bacha.
Mam dysk z koncertami brandenburskimi i ze wstydem stwierdziłem, że ten szósty, b-moll, jakoś nie zwrócił mojej uwagi. Pozostałe pięć to dla mnie kwintesencja baroku, dżwięczne trąbki, elegancja i energia. Teraz wysłuchałem uważniej szóstego - KLIK. 
Emma zwraca uwagę, w tym koncercie nie ma skrzypiec, te dwie solistki grają na altówkach, instrumencie Emmy.
Altówka, za czasów Bacha stosowano dokładniejsze nazwy - to są viola da bracchio czyli oparta na ramieniu, natomiast te dwie osoby na lewo od solistek grają na viola da gamba czyli oparta o nogę. Pan po prawej gra na znanej nam wiolonczeli.

"Kojący, czekoladowy dźwięk - muzyka po wyśmienitym obiedzie, gdy jesteś zaspokojony i nie masz ochoty/potrzeby niczego udowadniać".

Myślę, że to doskonałe zakończenie mojego tegorocznego blogowania.

Sunday, December 9, 2018

Niedzielne oglądanie - św Jan Chrzciciel

Druga niedziela adwentu - Jan Chrzciciel nawołuje do skruchy za grzechy.
W angielskiej wersji językowej - repent.
Słownik mówi - żałować, skruszyć się.
Ksiądz tłumaczył, że w słowie tym można znaleźć grecki rdzeń pochodzący od słowa zawrócić - zawrocić się z drogi grzechu.
Jednak wzrokowo słowo repent bardziej przypomina mi słowo repeat, czyli powtórzyć.

Bardziej przekonująca była dla mnie ikona z wizerunkiem św Jana Chrzciciela (fotografia nieco rozmyła kolory).



Sunday, December 2, 2018

Niedzielne śniadanie

Zbliżają się Święta, liczne organizacje charytatywne przypominają ludziom o osobach potrzebujących pomocy. Moje Stowarzyszenie św Wincentego też bierze w tym udział.

Wśród apeli o pomoc jeden zwrócił moją uwagę - co siódme dziecko w Australii regularnie nie je śniadania przed przyjściem do szkoły - KLIK.

Wiem, bieda, bezrobocie, beznadzieja.
Ale nie dać dziecku śniadania przed wyjściem do szkoły?
Niestety ale według mnie jedyne rozwiązanie to edukacja w maotsetungowskim stylu dla rodziców.

Sunday, November 25, 2018

Niedzielne wybory

Dzisiaj przed mszą rozmawiałem chwilę ze znajomym.
- Wygraliśmy - powiedziałem triumfująco.
- Tak, Partia Pracy wygrała - potwierdził.
- Mnie tam nie o partię chodzi.
- A o co? - spytał zdziwiony.
- Poczekaj troszkę, za chwilę ksiądz ogłosi.

Ksiądz ogłosił, że dzisiaj niedziela Chrystusa Króla.
Posłałem znajomemu znaczące spojrzenie. Udał, że nie widzi.

Wybory, ktróre wspomniałem to były wybory do parlamentu i senatu naszego stanu Wiktoria.
Nikt nie wie po co każdy stan Australii ma senat (i gubernatora), pewnie chodzi o praworządność w brytyjskim stylu.


Najbliższy punkt wyborczy w szkole. Przed bramą parę plakatów i kilku partyjnych aktywistów.
W naszym okręgu wyborczym było tylko 5 kandydatów do parlamentu - Partia Pracy, Liberałowie, Zieloni, Sprawiedliwość dla Zwierząt i Sustainable Australia Party - chodzi o zrównoważony rozwój Australii.
W Australii mamy jednomandatowe okręgi wyborcze. Mieszkam w spokojnej, dość tradycyjnej dzielnicy więc widocznie liczne drobne partie uznały, że nie zdobędą u nas żadnych głosów.

W kabinach do głosowania instrukcje w wielu językach... 


Amharski, Kmerski, Macedoński. Polskiego brak.
Cieszyć się z tego powodu czy złościć?
W tym tygodniu miałem dość złego nastroju więc dla odmiany się cieszę - widocznie uważają, że Polacy dobrze asymilują się w Australii.

Przy wyjściu jeszcze jeden powód do zadowolenia. 



Maszyna z kawą i misją. Misja wyjaśniona na niebieskiej kartce - każdy sprzedany napój to dotacja 50c dla "mojego" Św Wincentego.

P.S.
Partia Sprawiedliwości dla Zwierząt - Animal Justice Party. 
Kilka dni temu w domu naszego syna kocica złapała w ogrodzie mysz i przyniosła ją do domu, do zabawy dla siebie i dla psa.
Jakąż te duże zwierzęta miały zabawę. Jakie tortury przechodziła ta mysz.
Spodziewam się, że Partia Sprawiedliwości dla Zwierząt ma na oku takie sprawy.