Niedziela rano - Finał Mistrzostw Świata za kilka godzin...
Jakoś straciłem zapał do oglądania transmisji z imprez sportowych, ale dzisiaj skusiłem się. Gdy włączyłem telewizor wynik meczu Anglia - Francja był 4:0. Za kilkanaście minut było 4:3 - to było rzeczywiście urozmaicone wydarzenie. 10 goli - sprawdziłem historię: - 12 goli - najwyższy wynik = 7:5 - Austria-Szwajcaria, ćwierćfinał w 1954 roku. - 11 goli zdarzyło się 3 razy = Brazylia-Polska 6:5 1938, Węgry-Niemcy Zachodnie 8:3 1954, Węgry-Salwador 10:1 - 1982 - 10 goli = Francja - Paragwaj 8:3 7:3 1958 i Anglia - Francja 6:4 - dzisiaj.
Podczas porannej jazdy samochodem, jak zwykle włączyłem radio a tam - refleksja na temat nadchodzącego finału i "stosowna" piosenka...
Nie płacz za mną Argentyno?!?! Brzmi depresyjnie.... czy to jakaś sugestia?
Trzymając się muzycznej tematyki zastanowiłem się czy są jakieś utwory popierające Hiszpanię? Są - cała masa! Na pierwszym miejscu chyba opera Carmen G. Bizeta i Aria torreadora - KLIK. George Bizet - Francuz... Motywy hiszpańskie inspirowały kompozytorów wielu narodowości - - N. Rymski-Korsakow - Caprizzio Espagnol - KLIK. - M. Ravel - Bolero i Rhapsodie Espagnol - KLIK. - L. Bochcerini - Fandango - KLIK.
Na koniec posłuchajmy Hiszpana - Manuel de Falla - KLIK.
A co na to Argentyna? Jedyne co przychodzi mi do głowy to oczywiście TANGO!!!
Zdjęcie wyjaśnia tytuł... Wpis będzie o czym innym. Kilka dni temu byłem na zebraniu mojego oddziału Stowarzyszenia św Wincentego. Mieliśmy gości z innego oddziału a więc okazja do porównań. Okazało się, że ten inny oddział ma zebrania co 2 tygodnie i że tylko 3 osoby są w stanie jeździć na wizytacje (my mamy zebrania raz na miesiąc i tuzin osób zdolnych do wizytacji). Dlaczego zebrania co 2 tygodnie? Starość nie radość - członkowie tamtej grupy są w takim wieku, że... bardzo jest im potrzebne spotkanie i wspólna modlitwa.
Migawka z wizytacji - klientka w średnim wieku, wspomina, że dużo czasu zajmują jej wizyty u matki, która jest w szpitalu gdzie czeka na przeniesienie do domu opieki. - Moja matka ma już 67 lat - wzdycha klientka. Ja i mój wizytacyjny partner spoglądamy na siebie badawczo... Hmmm - teoretycznie mogłaby być naszą córką.
Wizyta w szpitalu... Szpital Cabrini - założony w 1948 roku przez siostry Sercanki z Włoch. Od tego czasu bardzo się rozrósł, zachował jednak katolickie tradycje, jest chyba jedynym szpitalem w Melbourne gdzie nie wykonuje się aborcji. Wędrując labiryntem korytarzy przyglądam się pacjentom i personelowi. Przekrój etniczny - 90% pacjentów - rodowód europejski, 75% personelu - rodowód azjatycki lub wyspy Pacyfiku. Pacjenci - raczej moja kategoria wiekowa - wydaje mi się, że w ich oczach widzę zagubienie, dezorientację, czasem - przeprosiny. Rozmawiam przez chwilę z pielęgniarzem - pochodzi z Nepalu - już 4 lata pracuje w Australii. - Muszę niedługo wrócić do domu - mówi - muszę pomóc rodzicom. - W jakim wieku są Twoi rodzice? - pytam. - Ojciec - 58 lat, ciężka praca na roli.
Wychodząc ze szpitala zaglądam do kaplicy...
Korona Cierniowa...
Wizytacja u klientki Stowarzyszenia... relacja kolegów. Kobieta, wiek 30+. Przez 2 lata była bezdomna, niedawno dostała mieszkanie z opieki społecznej. W mieszkaniu - śpiwór na podłodze - koniec spisu inwentarza. Na szczęście w naszej okolicy istnieje magazyn, do którego można oddać niepotrzebne meble i sprzęty domowe a z drugiej strony - osoby potrzebujące mogą wziąć je bez żadnych opłat. Trzeba tylko samemu zorganizować transport. Po dwóch dniach ustalania listy zakupów nasza klientka pojechała tam z naszymi reprezentantami. Lista nabytków... chyba 40 pozycji. Istotne, że nasza klientka, być może pierwszy raz w życiu, poczuła się panią sytuacji - to ona wybierała... nie troszcząc się o cenę.
Takie to wspomnienia mnie naszły podczas spaceru pod tęczą. Nie muszę dodawać, że spacer był na bosaka.
Tęcza zwiastowała poprawę pogody. Od 3 dni mamy chłodne, bezchmurne noce i słoneczne dni. Jakiś czas temu prezentowałem śnieżne zdjęcie, podejrzewam, że od tego czasu bardzo się pogorszyło. Niedobrze - za 3 tygodnie ma do Melbourne przyjechać znajomy narciarz z Kanady. Cel - maraton narciarski Kangaroo Hoppet. Umówiliśmy się na stacji o 10:45 - trzymam kciuki żeby spadł śnieg.
Prawie miesiąc temu pisałem o spotkaniu z autorem - KLIK - teraz przyszedł czas na relację o książce.
Po pierwsze - tytuł - the man behind the mountain - od razu widać, że autor żartuje bo na okładce człowiek jest przed górą. Po drugie - w książce proporcje są bardziej wyważone zacznę więc od okładki.
Osoba Tadeusza Kościuszki zafascynowała A. Sharwooda na tyle mocno, że poświęcił wiele czasu i wysiłku aby poznać dokładnie jego życie i dotrzeć do wielu źródeł informacji. Na dodatek odwiedził wszystkie miejsca, w których przebywał T. Kościuszko a również te, które zostały nazwane jego imieniem - n.p.
Miejscowość Kosciusko w stanie Missisipi (USA), z której pochodzi o wiele słynniejsza osoba - Oprah Winfrey - KLIK.
Spora część książki poświęcona jest rozważaniom na temat - jak zachowałby się T. Kościuszko w obliczu aktualnych wydarzeń:
a) zbezczeszczenie pomnika T. Kościuszki w Waszyngtonie...
Przypomnę, że chodzi tu o rozruchy po zabiciu przez policję Georga Floyda - KLIK. A. Sharwood uważa, że w znając poglądy i czyny T. Kościuszki można uznać, że nie potępiłby manifestantów. Po zastanowieniu - zgadzam się.
b) zmiany klimatu w Australijskich Alpach... A. Sharwood jest zapalonym wędrownikiem i narciarzem, odwiedził wiele razy Australijskie Alpy, w książce zdaje relację jak delikatna jest tamtejsza roślinność i jak zgubne są dla niej zmiany klimatu, których obecnie doświadczamy. Ale nie tylko zmiany klimatu, również kopyta końskie i bydlęce. Szczególnie końskie - w Australii po polach i lasach hasa kilkadziesiąt tysięcy dzikich koni - brumbies - KLIK. W tym miejscu zauważyłem pewną niekonsekwencję - podstawowo autor jest za ochroną środowiska czyli - eliminacja brumbies. Więcej na temat ochrony środowiska w tych okolicach - TUTAJ - tytuł strony = Reclaim Kosci ... odzyskaj kości? Z drugiej strony z dużym sentymentem wspomina poemat Banjo Patersona - The Man from Snowy River - i oparty na tym poemacie film - KLIK - w filmie wystąpił Kirk Douglas. Do tego jeszcze zauważa fascynację Aborygenów końmi... ale to już osobny punkt.
c) Aborygeńska nazwa najwyższej góry Australii. W 2019 roku dość silnie rozbrzmiały głosy aby "przywrócić" górze Kościuszki jej tradycyjną nazwę - KLIK. Dlaczego użyłem cudzysłowu? Bo prywatnie uważam, że Aborygeni nie nadali tej górze żadnej nazwy. Zwolennicy aborygeńskiej nazwy wspominają, że te okolice na jesieni obfitują w tłuste ćmy - bogong - KLIK - i wiele plemion Aborygeńskich przybywało tutaj, często wędrując setki kilometrów, aby się najeść do syta i zgromadzić zapasy sproszkowanych ciem. No i co z tego? Sądzę, że Aborygeni nadali ogólną nazwę tym okolicom i dziwię się, że zwolennicy zmiany nazwy góry Mt Kosciuszko bez skrępowania twierdzą, że znajduje się ona w Snowy Mountains. Natomiast najwyższy szczyt? Na okładce książki na początku tego wpisu widać... no właśnie - nie bardzo widać która z tych gór jest najwyższa. Odkrywca góry - P. Strzelecki - miał poważne wątpliwości, z dziennika wędrówki wynika, że wszystkie pomiary wykonał na szczycie sąsiedniej góry - Mt Townsend i dopiero wtedy zauważył że sąsiednia góra jest może trochę wyższa - Mt Kosciuszko = 2,228 m, Mt Townsend = 2,209 m. Ale czy na tę sąsiednią górę wszedł? Dziennik wędrówki o tym nie wspomina.
Powracając do aborygeńskiej nazwy... Nazwa sugerowana przez miejscowe plemię Ngarigo to Kunama Namagdi co oznacza Góry i Śnieg... co potwierdza moje przypuszczenia - nazwa okolic, nie specyficznej góry.
Z drugiej strony - autor książki, A. Sharwood uważa, że Tadeusz Kościuszko poparłby Aborygenów. Po zastanowieniu --- zgadzam się.
P.S. 1. Prowadzona w Australii polska strona medalu - KLIK. 2. Obecnie w Australii nie można zjeść ćmy Bogong... ??? tyle krzyku na temat zachowania Aborygeńskich tradycji, a kiedy przychodzi do podstawowego sprawdzianu to.... brak towaru.
Niedziela... Wczoraj - USA - 250-lecie Deklaracji Niepodległości - KLIK. Czytam obecnie książkę o T. Kościuszce, o której wspominałem 4 wpisy temu - gdzie był Kościuszko w tym dniu? Na oceanie Atlantyckim - wypłynął z Hawru w czerwcu 1776, statek płynął prawie 2 miesiące. Rok później - 1777 - po raz pierwszy odbyły się uroczyste obchody tego święta, T. Kościuszko w tym czasie pracował nad fortyfikacjami na północy USA.
A w tym roku? Wczoraj - 4 lipca... - Australia przegrała z Egiptem mecz w mistrzostwach świata (w rzutach karnych) - KLIK. - Iga Świątek przegrała mecz na korcie w Wimbledonie - KLIK. Dosyć!
Dzisiaj - nasz parafialny kościół św Benedykta, poranna msza i miłe zaskoczenie - kazanie wygłosił młody dziekan (za miesiąc zostanie wyświęcony na księdza) - na początku pytanie: - które państwo jest największe i najszlachetniejsze na świecie? Cisza, zakłopotanie, wreszcie nieśmiała podpowiedź - Australia?! - a które miasto jest największe na całym świecie? - odpowiedź łatwiejsza - Melbourne! - który kościół jest najświętszy w Melbourne? - kościół św Benedykta - tu już nikt nie miał wątpliwości. Ostatnie pytanie: - a który z dziekanów parafii św Benedykta jest najświętszą i najszlachetniejszą osobą na świecie - wątpliwości rozwiane zostały TUTAJ.
Dalej już niestety było trudniej... Ewangelia wg św Mateusza - 11,28 - "Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście. Ja dam wam wytchnienie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie...". Dam wam wytchnienie zakładając wam moje jarzmo? Można by wyciągnąć wniosek, że Boskie jarzmo jest lżejsze niż ludzkie. Prawdopodobnie jest to jakaś motywacja dla wyboru kariery duchownej.
Na szczęście istnieją inne ścieżki, po mszy ogłosiliśmy coroczny Winter Appeal Stowarzyszenie św Wincentego - od ręki zebraliśmy ponad A$3,000 - pomoże kilkudziesięciu rodzinom przetrwać zimę.
A poza tym? W górach spadł śnieg...
Nie wiem dlaczego, ale ucieszyło mnie to zdjęcie. W Melbourne zapowiadają chłodną noc - +3C czyli na pobliskim polu golfowym może pokazać się szron. Ale zanim wygrzebię się z łóżka, już go nie będzie.
Podpłynął kaczor do kaczki - czemu tak się trzęsiesz kaczko? Nieboraczko! - Bo w którą nie obejrzę się stronę, to wszystko zielone, zielone. - Och kaczko, co ci szkodzi zieleń? Spojrzyj w inną stronę i się nie leń. Spoglądam na natury łono... i wszędzie zielono mi, zielono. No, kaczko, a cóż w tym złego? Dookoła tyle zielonego.
Ale kaczka dalej stała na rzęsach i się trzęsła... Więc kaczor czując w sercu żal odpłynął w zielono-szarą dal...
Capito ergo sum! Krzyknął Kapitan do Kanclerza - wyłączam teraz rozum i kandydata namierzam.
Właściwy aKapit znaleźli i zanim Orzeł się sKapował, z orlego gniazda go wywieźli, do kraju na skraju zawędrował.
Trzy lata przeminęły, czas Kapitulacji. Orzeł do kraju powrócił bez gracji....
Kapituła - bardzo mi się spodobała interpretacja tego słowa w języku sinhalese (Sri Lanka):
පරිච්ඡේදය
Tłumaczę je w ten sposób: ප- nastaw uszy, රි- zdejmij kapelusz, ච් - rozejrzyj się dookoła, @ - schowaj się w skorupie jak ślimak, ඡ - nastaw wodę w czajniku, ය- i wypnij się na cały Świat.
Order - pokrętne słowo - po angielsku może znaczyć rozkaz, zamówienie, porządek, odznaczenie, grupę osób - np zakon. Po polsku słowo to oznacza chyba tylko odznaczenie - kropka... a raczej wiele kropek.
Jak się łatwo domyślić inspiracją tego wpisu są ostatnie wydarzenia związane z przyznaniem/odebraniem Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy.
Na moje szczęście ( a może pecha) ktoś już się zajął tym tematem - KLIK. Wyliczę więc tylko przypadki, które mnie zainteresowały... Twórcą Orderu był August II Mocny - rok 1705 - jednym z pierwszych odznaczonych był car Piotr I. Potem przyszła kolej na carycę Katarzynę Wielką i trzech kolejnych carów.
W okresie międzywojennym Order otrzymali prawie wszyscy polscy premierzy i prezydenci, dla mnie ciekawym przypadkiem jest Wincenty Witos, który Order otrzymał, utracił i otrzymał na nowo - dokładnie 1 dzień przed wybuchem II Wojny Światowej - KLIK i KLIK.
Lista odznaczonych cudzoziemców jest jeszcze ciekawsza - KLIK. Benito Mussolini, cesarz Japonii Hirohito, P. Petain - szef francuskiego rządu Vichy - KLIK.
Zawrót głowy - wyszedłem na spacer i zauważyłem Order Zielonego Ostu...
Kozi, hułozi?- to fonetycznie. Przepraszam za moją angielską wymowę - lepiej przeliteruję: Kozzie, who was he? Lepiej? wiemy o co/kogo chodzi? Kozzie?
Dygresja na temat australijskiego slangu - Australijczycy bardzo lubią skracać słowa, popularna technika skracania to zmiana końcówki na ie - Australijczyk - Australian - Aussie, Tasmańczyk - Tasmanian - Tassie, postman - postie, mosquito - mozzie, St Vincent de Paul - Vinnie...
No to wiecie już kto to jest Kozzie? Tadeusz Kościuszko - proste.
Ale dlaczego przeciętny Australijczyk miałby znać to nazwisko? Bo taką nazwę nosi najwyższa góra naszego kontynentu - Mt Kosciuszko - KLIK.
Paweł Strzelecki - europejski odkrywca tej góry, w swoim pamiętniku pisze: The particular configuration of this
eminence struck me so forcibly, by the similarity it bears to the tumulus elevated in Krakow over
the tomb of the patriot Kosciusko, that, although in a foreign country , on foreign ground, but
amongst a free people, who appreciate freedom and its votaries, I could not refrain from giving it
the name of Mount Kosciusko.
Kosciusko? Dopiero w 1997 roku nazwę zmieniono na Kosciuszko. Swoją drogą najczęstsza wymowa tego nazwiska to Koziasko... albo Kozzie.
Inspiracją do tego wpisu było spotkanie z Anthony Sharwoodem, autorem książki -
Spotkanie zorganizował Australian Institute of Polish Affairs - AIPA - KLIK - instytucja bardzo zasłużona w prezentacji informacji ze świata kultury, nauki i polityki.
Anthony Sharwood - to właśnie jego gnębiło tytułowe pytanie - Kozzie, who was he? Gnębiło na tyle, że zapoznał się z biografią naszego bohatera narodowego a następnie odwiedził wszystkie miejsca wymienione w biografii T. Kościuszki - w Polsce, w USA, Francji, Szwajcarii. Książkę przeczytam dopiero za kilka dni to się dowiem czy odwiedził również Mereczowszczyznę na Białorusi - KLIK.
Książka A. Sharwooda uzyskała 3 nagrodę konkursie na najlepszą publikację obcojęzyczną z zakresu historii Polski - KLIK.
Zanim zakończę zawrócę do Kosciusko - zgubione Z. Antoni Sharwood poinformował nas, że pierwsze zdanie jego książki to : Letter Z is worth 1 point in Polish Scrabble - litera Z jest warta jeden punkt w polskiej wersji literowej gry Scrabble - czyli występuje z języku polskim bardzo często. Dla porównania - w angielskim scrabble litera Z jest warte 10 punktów - maksimum. Zajrzałem do słownika angielsko-polskiego (nota bene słownik wydany przez The Kosciuszko Corporation, New York) - 1730 stron, tylko 3 strony słów na literę Z, wszystkie słowa pochodzą z innych kultur/języków - ZOO, zebra, zodiak... To w jakiś sposób tłumaczy ten przekręt.
Jak wspominałem, nazwę góry i parku narodowego poprawiono, ale wiele innych miejsc pozostało przy bezZETnej nazwie, również w USA - KLIK, KLIK,
Na koniec -istotna sprawa --- Jak miał na imię Tadeusz Kościuszko? Na pierwsze - Andrzej, na trzecie - Bonawentura. Bonawentura - jakie piękne imię - znaczy Piękna Przygoda - KLIK. Zalecenie - pamiętajcie o tym jak w rodzinie ktoś się urodzi - to imię męskie, ale dziewczynom też pasuje.
P.S. Na Górę Kościuszki wdrapaliśmy się już niecały rok po przyjeździe do Australii. Drugi raz w 2013 roku - luty - pełnia lata, a pogoda była jak na Mt Everest...
Tydzień temu informowałem o plebiscycie australijskiego radia - ABC/Classic - Największy utwór muzyczny Wszechczasów - w ostatnią niedzielę poznałem wyniki - KLIK.
Jak już wspominałem - nie przywiązuję wielkiej wagi do wyników takich plebiscytów, ale jestem zadowolony, że są (od czasu do czasu). Dają mi poczucie przynależności do... grupy nieznanych mi ludzi.
Jak się spodziewałem/obawiałem wygrała IX symfonia L. van Beethovena. Obawiałem, bo wyjątkowo nie lubię tego utworu a już najbardziej finałowej Ody do radości - przypomina mi masowe pieśni z okresu PRL.
A co mi się podobało... 2. miejsce - V koncert fortepianowy L. van Beethovena - zgoda. 5. Mesjasz - G. F. Haendel - znaczy - Alleluja - całe oratorium jest jednak bardzo długie. 6. Mass for Peace - K. Jenkins 9. Requiem - W.A. Mozart 21. 4 pory roku - Zima - A. Vivaldi + 30 - Wiosna - + 66 - Lato + 158 - Jesień + 47 - Cztery pory roku przerobione przez niejakiego Maxa Richtera. Ten sukces zapisuję na konto troski ludzi o klimat. 26. Bolero - M. Ravel - wolałbym Koncert fortepianowy G-dur. 27. Carmina Burana - C. Orff - tutaj węszę przekręt - kantata o tym tytule ma aż 24 części, z tego trzy da się wytrzymać. Wątpię czy ktoś z głosujących wysłuchał całej kantaty, liczy się tylko jedna część - O Fortuna. 31. Nokturny - F. Chopin 32. Romeo i Julia - S. Prokofiew - ale wolałbym Symfonię Klasyczną. 64. Pasja wg św Mateusza - J.S. Bach.
Ogólne wrażenia -. Aż kilkanaście pozycji to muzyka filmowa co potwierdza moje obserwacje sprzed tygodnia - nowoczesna muzyka stwarza napięcia, które wymagają wsparcia jakąś treścią, obrazem. Muzyka klasyczna XVII i XVIII wieku... przenikała słuchacza. Kilka utworów kompozytorów australijskich w tym dwa autorstwa osób o korzeniach Aborygeńskich. To rezultat polityki programowej radia ABC - nie zgłaszam pretensji.
Zwróciłem uwagę na bardzo mocną pozycję P. Czajkowskiego - Koncert fortepianowy, Uwertura 1812, Jezioro Łabędzie, Dziadek do orzechów, dwie symfonie. W ogóle - muzyka rosyjska trzyma się mocno.
W plebiscycie brało udział 184,000 osób - to miłe.
Dzisiaj - poniedziałek - a w Australii dzień wolny - czyli podobnie jak w Polsce, ale po złej stronie niedzieli.
Drugi poniedziałek czerwca to u nas King's Birthday - KLIK. Król daleko - a co blisko? Przed laty Urodziny Królowej (bo wtedy panowała nam Królowa) to był oficjalny początek sezonu narciarskiego. Teraz chyba też jest, ale media jakoś o tym nie wspomniały. Więc ja wspomnę, że w górach jest śnieg i uruchomiono kilka wyciągów.
Niestety narty to dla mnie bardzo dawne wspomnienia więc ograniczę się do dnia dzisiejszego. No więc... piękna pogoda. Wyszedłem na spacer... Oficjalnie od 1 czerwca mamy już zimę, ale drzewa jeszcze pamiętają jesień...
---
Na ulicach chyba mniej ludzi, mniej samochodów - co ci ludzie dzisiaj robią? Ja wróciłem do wspomnień, a te przypomniały święto Bożego Ciała.
Wyjaśnienie - w Australii Boże Ciało świętowano w ostatnią niedzielę, katedra w Melbourne zorganizowała z tej okazji całkiem imponującą procesję - tu video z zeszłego roku - KLIK. W poniedziałkowych wiadomościach pokazano papieża biorącego udział w procesji Bożego Ciała w Madrycie - też w niedzielę.
Sprawdziłem - KLIK - zaskoczenie - w czwartek świętuje tylko kilkanaście krajów, nie ma wśród nich takich ostoi chrześcijaństwa jak Hiszpania czy Włochy, Argentyna czy Brazylia.
Cofnąłem się do wspomnień... Rok... chyba 1955... Boże Ciało - czwartek - dzień wolny od pracy i od szkoły - procesja. Byłem już w szkole średniej - szkoła zorganizowała atrakcyjną wycieczkę - kilkanaście kilometrów od miasta, lasek nad rzeczką, będą atrakcje i gorący posiłek. Obecność obowiązkowa. Gdy wspomniałem o tym Mamie, podniosła brwi do góry - przecież wiesz, że w czwartek idziemy na procesję! - Ale... - Nie ma ale.
Poszliśmy na procesję, czułem się bardzo niewyraźnie, otuchy nabrałem dopiero na widok kolegi z mojej klasy. Jego matka podeszła do mojej Mamy - uścisnęły się - gdyby pani potrzebowała to mój mąż może wystawić Leszkowi świadectwo lekarskie. Podskoczyłem z radości.
- Dziękuję pani bardzo - odpowiedziała Mama - pani mąż niepotrzebnie się naraża, przecież ONI wiedzą, że jesteśmy na procesji. Poczułem mróz w sercu - dlaczego??? - Co za nonsens - komentowała moja Mama - niby wyznajesz Boga a jednocześnie kłamiesz. ONI właśnie na to liczą, że się ich tak boimy, że wyprzemy się własnej wiary. W szkole powiesz, że matka kazała ci iść na procesję.
Jakoś nie podniosło mnie to na duchu.
Następnego dnia, już na progu szkoły, czekał na mnie kolega ze starszej klasy - działacz ZMP - Związek Młodzieży Polskiej - KLIK. - M..ski - dlaczego nie byłeś wczoraj na wycieczce? - Bo matka kazała mi iść na procesję. Ta odpowiedź mocno go chyba zaskoczyła bo zastanawiał się dość długo, wreszcie powiedział: - To doradź swojej matce żeby przeniosła cię do szkoły zawodowej, bo nasze liceum przygotowuje na studia a MY już dopilnujemy żebyś na żadne studia się nie dostał.
To było celne trafienie. W ciężkich momentach moja Mama przywoływała pamięć kariery zawodowej mojego Ojca i jego braci - nie martw się synku, za kilka lat zostaniesz inżynierem i wszystko będzie dobrze. Co ja teraz Jej powiem? Bałem się wrócić do domu, aż do zmierzchu błąkałem się po parku, wreszcie ciemność i chłód zapędziły mnie do domu. Mama bez słowa przygotowała mi coś do zjedzenie, dopiero potem spytała jak było w szkole. Powiedziałem. Widziałem, że była wstrząśnięta. Pomódlmy się synku, nie wyparliśmy się Boga w czasie próby, módlmy się, żeby nam to zapamiętał. Uklękliśmy koło siebie - modlitwa nie poprawiła mi samopoczucia.
P.S. Rok później nadszedł Październik 1956, zmiana rządu, ZMP został rozwiązany, dwa lata później zacząłem studia.
Tak - był w Australii - to był rok... jakoś między 1988 - 1992 - byliśmy wraz żoną na koncercie, na którym dyrygował wykonaniem swojego utworu... może to były 3 poematy wg Henri Michaux - KLIK. Mieliśmy nawet okazję porozmawiać z nim kilka minut, ale wyznam, że brakowało mi tematu do rozmowy.
Z drugiej strony - z lat szkolnych pamiętam że muzyka W. Lutosławskiego była często grana w radio jako ilustracja do słuchowisk dla dzieci. Z trzeciej strony - festiwal Warszawska Jesień - zaskoczenie - W. Lutosławski brylował w czołówce kompozytorów muzyki nowoczesnej.
Przypomniałem sobie te chwile gdy dostałem powiadomienie, że w Melbourne przebywa Kwartet im.W. Lutosławskiego ---
Cel pobytu - tydzień warsztatów muzycznych w Australijskiej Narodowej Akademii Muzyki - ANAM a przy okazji 2 koncerty dla publiczności.
Ostatni piątek - ciemno i chłodno - u nas już zima. Koncert miał miejsce w budynku byłego klasztoru - Abbotsford Convent. Spory dystans do przejścia, po drodze mijali nas młodzi ludzie, szczególną uwagę zwracali ci z wiolonczelami na plecach.
Koncert - w programie Grażyna Bacewicz - 3 kwartety - na 4 skrzypiec, na 4 wiolonczele i na kwartet smyczkowy. Największe wrażenie zrobił na mnie ten drugi - 4 wiolonczele - KLIK. Glissanda przeplatane ze stukaniem, skojarzenie - Tren pamięci ofiar Hiroszimy - czułem niepokój, ale nie na miarę bomby atomowej. Po przerwie - m.in. II kwartet smyczkowy K. Szymanowskiego.
Wrażenia ogólne - sam pobyt w sali koncertowej wzbudza we mnie pewne emocje, ale tym razem tych emocji nie wzmacniała muzyka. Oczywiście były momenty, które przyspieszały bicie serca, ale tylko na chwilę.
Miłym urozmaiceniem była rozmowa prowadzącego koncert z członkami kwartetu - młodzi ludzie, weseli, zrelaksowani, mówili po angielsku bez obcych akcentów. Sympatyczny wieczór, ale już nie nasz świat.
Dzisiaj - sobota - program radiowy ABC/Classic zdominowany przez co dwuletni plebiscyt, tym razem - Greatest classical music of all times - Najwspanialsza muzyka klasyczna wszechczasów - KLIK.
Z jednej strony, nie przywiązuję większej wagi do podobnych głosowań, z drugiej - ciekawi mnie czy są jeszcze osoby o podobnych upodobaniach muzycznych, no i okazja do wysłuchania w radio znanych utworów. Połowa plebiscytu za nami - uwagi ogólne - sporo muzyki filmowej - no tak, to łatwiej przełknąć. Sporo muzyki australijskich kompozytorów - też dobrze. Zaniepokoiło mnie trochę, że połowa moich faworytów wylądowała w drugiej pięćdziesiątce. Kto wygra - obawiam się, że znowu IX Symfonia L. van Beethovena :(
Coś z życia... W czwartek odbywałem wizytacje charytatywne (Stowarzyszenie św Wincentego). Lało jak z cebra. Ciekawy przypadek - samotna pani mieszkająca w osiedlu domków opieki społecznej. W domu ciemno... - Awaria elektryczności? - pytamy. - Nie, uznałam, że elektryczność zbyt dużo kosztuje i zrezygnowałam. Jestem za stara do pracy, za młoda na emeryturę, żyję z bezrobocia. - Nie oglądasz telewizji? - Przecież widzicie, że nie mam telewizora. Na marginesie rozmowy dowiadujemy się, że nasza klientka ma troje dzieci, jest kwalifikowanym trenerem psów, udziela się w instytucjach charytatywnych, pracowała w firmie prowadzonej przez rodzinę z Arabii Saudyjskiej. Dosyć - zasadniczo nie powinniśmy rozwijać tematów, które nie mają niczego wspólnego z dzisiejszą prośbą o pomoc. A szkoda...
P.S. Kilka dni temu podano informację, że wysokość minimalnej płacy w Australii podniesiono na A$26 za godzinę, co daje ponad A$1,000 za pełnowymiarowy tydzień. Czyli ponad A$50,000 rocznie. Przypomniała mi się moja pierwsza posada w Australii ( 43 lata temu) - A$24,000 rocznie - wystarczyło żeby kupić dom. Teraz większości osób na to nie stać.
Pierwszego ducha zauważyłem już w piątek i to na zielonym tle...
Był czas dla ducha, pora zrobić coś dla ciała. Byłem na placu zabaw gdzie jest kilka maszyn do ćwiczeń. Siedzenia pokrywała poranna rosa...
Zdmuchnąłem ją, poszarpałem się z maszyną i udałem się na spacer po pobliskich ulicach. Zahaczyłem też o ulicę, przy której mieszka uduchowiona pani Deborah - KLIK.
Ledwie zrobiłem kilka kroków a usłyszałem wołanie - Lech? - Debra! Nie widzieliśmy się prawie rok... O czym tu mówić? Wiadomo, o zdrowiu - moim i mojej żony. O... polityce, o orkiestrze Armii Zbawienia - KLIK. A od muzyki już tylko mały kroczek do DUCHA... Deborah spojrzała w niebo, położyła mi rękę na ramieniu i zaczęła swoją tyradę. Niestety, jak na mój gust, było tam zbyt wiele wzmianek wiecznej nagrody w Niebie a na dodatek jeszcze męki bez końca dla Putina i jego poprzedników.
Tu przypomniało mi się jak wiele lat temu, w kazaniu z okazji Zielonych Świątek, ksiądz zauważył, że z praktycznego punktu widzenia są one chyba ważniejsze od Bożego "Narodzenia" gdyż przez resztę naszego bytu na tym świecie to właśnie Duch Święty będzie jedynym boskim reprezentantem.
Póki co moim pierwszym łącznikiem z otaczającym światem jest Google-AI - Sztuczna Inteligencja - SI.
Ostatnio zrobiło się sporo hałasu po wypowiedzi Olgi Tokarczuk na ten temat. Wiele osób odniosło się krytycznie. Zastanowiłem się... na ile istotne jest dla mnie kto jest autorem książki? Trochę jest - gdy książka mi się podoba odczuwam również sympatię do autora. Chciałbym się czegoś o nim, o niej, dowiedzieć. Chciałbym przeczytać kolejną książkę. Tu zaczyna się już nieco chwiejny grunt... wiele lat po śmierci słynnych twórców pojawiają się ich biografie, które mocno szpecą ich wizerunek. Czy coś w tego wynika? Dla mnie nic.
Czy więc jest istotne czy książkę napisał(a) podany na okładce autor(ka) czy ktoś inny? Tu przypomniały mi się dawne spory na temat - kto naprawdę napisał dramaty Szekspira - KLIK? Najbardziej podobała mi się odpowiedź - napisał je ktoś zupełnie inny, oszust, który dla niepoznaki przybrał nazwisko Wiliam Szekspir.
Dodatkowa komplikacja, to kwestia - jak duża jest część książki napisana przez SI? Może tylko opisy krajobrazów albo egzotycznych miejsc? Wiadomo, że wielu znanych pisarzy zatrudniało do powyższych zadań autorów-widmo (ghostwriters) - dobry przykład TUTAJ. I co?
Istnieje oczywiście negatywna strona medalu - SI może przemycić w swoim tekście elementy działające w określony sposób na psychikę czytelnika - chęć kupna jakiegoś towaru czy usługi, poparcie dla jakiegoś polityka... możliwości jest wiele. I jeszcze kwestia praw autorskich. Czy pisarz powinien informować jaki jest udział SI w jego dziele? Czy firma, która dostarczyła usługi SI może się domagać udziału w tantiemach?
Dość długo siedziałem cicho, ale w końcu jajo się stłukło... nie jedno...
Jedna z naszych wnuczek dostała zadanie zorganizowania obozu treningowego dla drużyny canoe-polo. Poszła na łatwiznę - zaprosiła 6-8 osób na nocleg w rodzinnym domu. Rezultat - wyeksmitowana część rodziny sprowadziła się do nas na dwie noce.
Znaczy dwa śniadania...
---
---
Pozostałe składniki, a było ich chyba tuzin, nie były tak fotogeniczne.
Jednak nie samym chlebem człowiek żyje. Po 7 tygodniach nieuchwytności zgłosiła się wreszcie firma, która wymieni nam zrujnowane w Wielki Piątek - KLIK - drzwi od garażu...
Firmę reprezentował jeden pan - pełne uznanie - bez żadnej pomocy zlikwidował prowizoryczne drzwi i zainstalował nowe co było całkiem skomplikowaną operacją. Do tego był bardzo rozmowny co stwarzało pewien kłopot - zostać z nim pamiętając, że - pańskie oko konia tuczy, czy cieszyć się towarzystwem wnucząt. Musiałem się nieco rozdwoić.
Przy okazji odświeżyłem swoją wiedzę na temat nowoczesnych technologii. Pan od drzwi wyliczył mi conajmniej 5 plusów dzięki którym nowe drzwi są lepsze od starych. Półgębkiem wspomniał istotny dla mnie detal - trzeba je regularnie czyścić i co trzy lata organizować konserwację. No tak, a te stare... przetrzymały 27 lat bez żadnych pielęgnacji.
Orienteering, po polsku - Bieg na Orientację - KLIK (polska wersja strony jest bardzo uboga). Zainteresowałem się tym sportem 35 lat temu, ogarnęła mnie wtedy pasja biegania maratonów narciarskich i potrzebowałem jakiegoś równoważnika na okres letni. Bieganie wokół boisk czy na wyznaczonych ścieżkach wydawało mi się zbyt jednostajne, co innego szukanie punktów kontrolnych w nieznanym terenie.
W skrócie wygląda to tak... Uczestnik otrzymuje mapę, na której zaznaczone są punkty, do których musi dotrzeć...
Punkt kontrolny...
Wygrywa ten, kto zrobi to w najkrótszym czasie.
Istnieje wiele odmian tego sportu - narciarska, rowerowa, kajakowa, nawet podwodna. Próbowałem pierwszych trzech.
Jednak najbardziej podoba mi się Rogaine - odmiana wymyślona w roku 1976 przez trójkę Australijczyków - Rod Philips, Gail Davis, Neil Philips. Jak na Australię przystało Rogaining to Orienteering do góry nogami -
- nie musisz dotrzeć do wszystkich punktów, ale tylko do tych, które sobie wybierzesz,
- żeby wygrać nie musisz pokonać trasy najszybciej - wszyscy mają ten sam limit czasu.
Wygrywa ten zespół, który w przepisanym czasie zbierze najwięcej punktów - punkty kontrolne mają różną wartość zależnie od stopnia trudności dotarcia.
Rogaining to sport zespołowy, logiczne - ponieważ istnieje zupełna swoboda wyboru trasy, to jest spora szansa zabłądzenia, lepiej mieć kogoś do towarzystwa.
Poniżej - ja w akcji...
Na początku moimi partnerami były dzieci.
Wraz z córką zajęliśmy 2 miejsce w rogainingu na nartach.
Wraz z synem spróbowałem 24-godzinnych zawodów. Oczywiście nie dałbym rady maszerować całą dobę, mieliśmy około 5 godzin snu w namiocie.
Udało mi się zachęcić do rogainingu kolegów z pracy - zdobyliśmy nawet mistrzostwo naszego stanu w kategorii weteranów (ponad 40 lat ).
Bardzo często korzystałem również z usługi - Find a partner - należało podać jaki wynik zamierza się osiągnąć i w większości przypadków maszerowaliśmy zgodnie.
Istotna sprawa - organizatorzy zapewniają gorący, syty posiłek.
Pewnego razu moją partnerką była dziewczyna z Korei.
Zakończyliśmy wędrówkę, pora na posiłek, moja partnerka zapomniała przynieść sztućce.
Mówię, że poprosimy w kuchni, ale ona podnosi z ziemi odpowiednie patyki, łamie na właściwy wymiar - I will use chopsticks.
Gorzej było gdy partnerem był Polak - oczywiście trafiliśmy na wysypisko rydzów. Kolega zbiera je gorączkowo, ja go poganiam bo czas ucieka.
- Boże, dziękuję Ci za te dary, wybacz proszę, że nie skorzystamy w pełni z Twojej łaski bo ten idiota (wskazuje na mnie) zmusza mnie do szukania tekturowych pudełek.
Oczywiście spóźniliśmy się na metę - punkty karne.
Street Orienteering.
Orienteering i Rogaining wymagają wielu godzin przygotowań trasy a udział w zawodach to wyjazd na jeden lub dwa dni.
Na szczęście bardzo ciekawą imprezę można zorganizować również w mieście.
Mapa wygląda tak...
Te czarne linie to ulice - nazwy nie podane.
W Melbourne zawody w Street Orienteeringu odbywają się przynajmniej raz w tygodniu, w dni robocze, o 6 wieczorem, czas trwania - 1 godzina - doskonałe uzupełnienie dnia pracy.
Rogaining - skutki uboczne.
W roku 1997 uczestniczyłem w 24-godzinnym rogainingu z naszym synem - Michałem. Poszło nam całkiem dobrze.
Następnego dnia, na uniwersytecie, do Michała zgłosił się przedstawiciel studenckiego Bushwalking Club - Michael, ty z Twoim partnerem wypadliście lepiej niż wszystkie zespoły studenckie. Proponujemy ci wyjazd na mistrzostwa Australii w Brisbane, pokrywamy wszystkie koszty, postaramy się znaleźć ci dobrego partnera.
Propozycja przyjęta.
Na te same zawody pojechała zupełnie przypadkowo Sarah, studentka tego samego uniwersytetu.
Znaleźli się!!!
Ślub odbył się dwa i pół roku później.
Tydzień przed ślubem...
Do Melbourne przyjechała siostra mojej żony - Roma.
Niedziela, piękna pogoda, Roma jest pełna energii.... wspominam, że za dwie godziny odbędą się zawody w Street Orienteering.
- Idealne! Właśnie czegoś takiego mi potrzeba. Trochę się poruszam po tylu godzinach siedzenia w samolocie i pójdę wcześniej spać.
Jedziemy na miejsce zawodów - wyjaśniam zasady gry, przypominam kilka razy, że słońce jest u nas po złej stronie - w południe będzie na pólnocy.
Mija godzina, zawody zakończone, wszyscy zawodnicy na mecie... oprócz Romy.
Gdzie jej szukać?
Labirynt ulic... wędrujemy 20 minut i dajemy za wygraną, kierujemy się na posterunek policji.
W tym momencie Michał zauważa ciocię Romę, macha do niej, ale ja go powstrzymuję - zaczekaj, podejdźmy cicho i zobaczmy co się stanie.
Roma wchodzi do pobliskiego sklepu, jest mocno zdenerwowana, podchodzi do ekspedientki...
- Przepraszam, popatrz na tę mapę. Ja muszę dotrzeć do tego punktu - pokazuje - ale nie wiem, w którym miejscu teraz jestem. Czy możesz pokazać mi na tej mapie, w którym miejscu jest twój sklep?
- A cóż to za głupia mapa? Tu nie ma nazw ulic. Dlaczego ty nie korzystasz z planu miasta, który można kupić w każdym kiosku? Skąd ty w ogóle masz taką mapę?
- Od rodziny, ja tu przyjechałam dzisiaj rano z Polski...
- Ty tu przyjechałaś do rodziny z Polski a oni dali ci taką mapę i wysłali samą na ulicę?
Idź na posterunek policji - tu, naprzeciwko - jak im powiesz nazwisko tej rodziny, to oni ich znajdą.
Chyłkiem wyprowadziliśmy Romę za sklepu.
Wesele było bardzo udane, nikt się nie zgubił.
Kontynuacja - cała piątka naszych wnucząt okazjonalnie startuje w zawodach rogainingu. Kilka tygodni temu, środkowa para, wygrała zawody w kategorii juniorów.
P.S.
Google, zapytane o Rogaine najprawdopodobniej odpowie tak:
Kilka dni temu nasz syn i synowa obchodzili 26. rocznicę ślubu - BACH! Niedziela - rocznicę celebrowaliśmy w przytulnej kawiarni - Four Beans Cafe.
Four Beans - Cztery ziarna - zgadza się - właśnie tyle dzieci im się urodziło. Dwoje z nich zagrało nam tęczową piosenkę - KLIK.
Powrót do domu i energiczny początek tygodnia... Najpierw coś dla zdrowia - zawiozłem żonę do szpitala na medyczną procedurę. Prosto za szpitala na... koncert muzyki symfonicznej, to już trzeci koncert w ciągu ostatnich 15 dni, przypominają mi się czasy studiów.
Muzyka W.A.Mozarta przeplatana z muzyką synów J.S. Bacha - Jana Christiana i Carla Philippa Emanuela (CPE) - czyli jak w tytule.
Na początek I symfonia W.A.Mozarta, napisał ją w wieku 8 lat. W tym czasie (1764-65) odbył on z ojcem długą podróż muzyczną po Europie, na trasie był Londyn gdzie Wolfgang miał okazję zapoznać się z muzyką J.C. Bacha i to wyraźnie wpłynęło na kompozycję I symfonii (w P.S. są linki do wszystkich utworów wykonanych na koncercie).
Johann Christian Bach - 1735-1782...
Najmłodszy syn Jana Sebastiana (1685-1750)...
Spore podobieństwo, ale duża różnica muzycznego stylu. Nic dziwnego J.C. urodził się gdy jego ojciec miał 50 lat, był dwudziestym (ostatnim) dzieckiem.
Koncert bardzo dobrze wykonany i dobrze zsynchronizowany. Ledwie zdążyłem wyjść z sali i włączyć telefon a tu już dzwoni lekarz ze szpitala - dobra wiadomość - zabieg udał się bardzo dobrze, żona wyjdzie ze szpitala jutro(wtorek) około południa.
Świetnie - co tu zrobić z kilkunastu godzinami "wolności"?
Bach - telefon z warsztatu naprawczego - twój samochód będzie gotowy za dwie godziny, oddaj wynajęty samochód i zadzwoń do nas to wyślemy po ciebie taksówkę.
I jak marionetka - odwożę, oddaję, słucham jak dzwonią, wsiadam gdy po mnie podjeżdżają, wysiadam, odbieram, wsiadam - moja świadomość zostaje uderzona CEPEM - uważaj, tu wszystko działa inaczej!
Szczęśliwie dojeżdżam do domu... Akcja - za 2 godziny przychodzi córka na obiad - większość potraw gotowa, pozostało ugotowanie i starcie buraczków - czerwono mi czerwono...
Wieczór upływa nam w miłej atmosferze. Noc równie dobrze - śpię jak zabity.... ale jednak żywy bo wstaję o właściwej porze i odbieram żonę ze szpitala.
Od poprzedniego wpisu minęły niecałe 3 dni a w tytule o 11 lat mniej - czego to nie dokona muzyka.
Wczoraj - niedziela - kolejny koncert - tym razem półamatorska orkiestra symfoniczna, której kibicujemy gdyż gra w niej nasza wnuczka, ale nawet bez tego zaskarbiła sobie naszą sympatię.
Repertuar - lata 20 zeszłego wieku - Paryż - Francja delektuje się zwycięstwem w I Wojnie - rozluźnione obyczaje i eksplozja nowej muzyki.
Pełen program koncertu w Post Scriptum, tutaj będzie trochę plotek... Lili Boulanger, siostra Nadii Boulanger chyba najbardziej znanej nauczycielki muzyki. Do jej uczniów zaliczali się G. Bacewicz, Ph. Glass, A. Copland, A. Piazzola, D. Barenboim... Prezentowany utwór bardzo mi się podobał, właśnie takie było moje wrażenie z pierwszego pobytu w Paryżu. Niestety Lili B. zmarła w młodym wieku.
Amerykanin w Paryżu - reminiscencje z wizyty G. Gershwina w Paryżu w 1926 r (100 lat). Podczas tej wizyty Gershwin zgłosił się na naukę do M. Ravela. Ravel nie przyjął go: dlaczego miałbyś być Ravelem drugiej klasy jeśli jesteś Gershwinem pierwszej klasy? Ja pamiętam ten utwór z filmu o tym samym tytule, tam prócz muzyki był jeszcze taniec - Gene Kelly i Leslie Caron - KLIK.
Zoltan Kodaly - Hary Janos - opera skomponowana w 1926 roku - 100 lat! Z. Kodaly - niezbyt znany kompozytor, ja poznałem jego muzykę w latach 60-tych za sprawą Bohdana Wodiczki - KLIK - który ożywił Operę Warszawską. Hary Janos - ludowa opowieść... dobry wojak Szwejk przeniesiony w czasy Napoleona :) To uprzytomniło mi różnice historyczne między Polską a Węgrami - Polska widziała w Napoleonie szansę odzyskania niepodległości, Węgrzy - wroga. Wracając do muzyki - nagranie zlinkowane w P.S. zawiera skoki do kolejnych części suity. Polecam część IV - Bitwa i porażka Napoleona oraz część V - Intermezzo - czardasz.
M. Ravel - Bolero - co tu pisać - pam-papapapapapa-pam... - 169 razy.. W związku z tym... poplotkuję... Zastrzeżenie - muzyka M. Ravela bardzo mi się podoba, nie potrafię napisać jak. Więcej o kompozytorze dowiedziałem się z książki S. Kisielewskiego - Gwiazdozbiór Muzyczny: "Dziwił nawet swoją postacią, swą zewnetrznością – był niecodzienny, osobliwy, jak ptak rzadkiej rasy. (…) Usposobienie Ravela pełne było sprzeczności: niezwykle pracowity, systematyczny, zakochany w matematyce… miał jednocześnie upodobanie do koleżeńskich cygańskich wieczorów, do nocnych włóczęg po Paryżu i małych, zagubionych kawiarenek. Przyjacielski, miły i dowcipny był przy tym wyjątkowo skryty: nikt nic nie wiedział o jego sprawach erotycznych, nigdy się nie ożenił, największą miłością jego życia była matka..."
Nikt nie wiedział? Ja zajrzałem do wspomnień słynnej plotkary - Almy Mahler. Ravelacja... W 1919 roku, Siergiej Diagilew, dyrektor słynnych Ballets Rousses, zamówił u Ravela muzykę do baletu, którego tematem miał być walc. Ale co można powiedzieć o walcu jeśli nie odwiedzi się Wiednia, stolicy tego tańca. M. Ravel zatrzymał się w Wiedniu w gościnnym domu Almy Mahler.. "Schodził na śniadanie wyperfumowany, w pełnym makijażu, w sukni z tafty i wyraźnie dobrze się czuł w takim przebraniu". Alma Mahler wspomina, że na zakończenie wizyty Ravela zorganizowała wieczór pożegnalny, na który zaprosiła cały świat muzyczny Wiednia. Młode wino lało się obficie, Ravel poprosił, żeby orkiestra grała walce Straussa, całował każdego, kto się nawinął i bawił się znakomicie. I to ma być skryty, trzymający się zawsze na dystans Ravel? Być może pobyt w zdominowanym przez kobietę domu, z dala od snobistycznego Paryża, w przyjaznym i beztroskim Wiedniu wyzwoliły skrzętnie ukrywane upodobania. Następnego dnia Ravel powrócił do Paryża i nikt już się niczego o jego upodobaniach nie dowiedział.
P.S. Program koncertu: - Lili Boulanger D'un matin de printemps - KLIK. - G. Gershwin - An American in Paris - KLIK. - Z. Kodaly - Hary Janos Suite - KLIK. - M. Ravel - Bolero - KLIK. - Alma Mahler - And the bridge is love -KLIK.
25 kwietnia - w Australii jest to ANZAC Day - KLIK - obchody rocznicy bitwy pod Gallipoli (Turcja) - 25 kwietnia 1915.
Ceremonie rocznicowe rozpoczynają się już o 6 rano - śpię smacznie ale na pewno mi się śni jak przed laty uczestniczyłem w tych ceremoniach razem z wnuczętami.
Dzień mamy dzisiaj przepiękny, podczas śniadania włączam telewizor - okazjonalna parada już trwa... Maszerują weterani niosąc flagi z nazwami jednostek wojskowych uczestniczących niejednej wojnie. Jedna sprawa jest wyjątkowa - na terenie Australii nie było nigdy wojny, jedyny wyjątek to bombardowanie miasta Darwin przez Japończyków.
Druga strona medalu jest dość zagmatwana... Australia była kolonią a potem dominium angielskim i musiała wykonywać polecenia swojego suwerena. Pierwszym chrztem bojowym była wojna burska - KLIK - raczej paskudna sprawa.
Pierwsza Wojna Światowa - Australia była już niezależnym państwem, ale wpływy brytyjskie były ogromne. Anglia poprosiła o pomoc ... zanim jeszcze rząd zorganizował mobilizację już zgłosiły się tysiące ochotników. Trudno mi powiedzieć co motywowało tych ludzi, może chcieli się przypomnieć ojczyźnie, którą dobrowolnie opuścili. Chrzest bojowy odbył się pod Gallipoli (Turcja) - KLIK - chodziło o zablokowanie cieśniny między Morzem Czarnym a Śródziemnym - blokowanie cieśniny - jakie to aktualne). Zginęło ponad 130,000 ludzi, nie osiągnięto praktycznie niczego.
Nie będę tu wyliczał kolejnych kampanii...
Słońce za oknem było silniejsze niż ponure skojarzenia - z przyjemnością obserwowałem maszerujących weteranów i ich krewnych i potomków i sam rwałem się do akcji. Proste - Wattle Park kilkaset metrów od domu. Znajduje się tam "samotna sosna" - wyrosła z ziarna przywiezionego spod Gallipoli. Już wczoraj oficjele złożyli tam kwiaty...
Kilka kroków z boku zauważam dwie osoby z mieczami zajęte jakimś rytualnym tańcem. Po kilku minutach sprawa wyjaśnia się pokojowo - to była jakaś odmiana tai chi. Chowają miecze i kręcą się dalej. Idę dalej w las... więcej drzew...
W pobliżu jest plac zabaw, stoły, piece do barbeque - wyjątkowo dużo ludzi. Profil rasowy - 70 % Azjaci.
Po godzinie spaceru wracam do domu - włączam radio - M. Ravel - Koncert fortepianowy na lewą rękę - jakże celny wybór - M. Ravel napisał ten koncert dla swojego przyjaciela Paula Wittgensteina - pianisty, który stracił prawą rękę na I Wojnie Światowej - KLIK.
Pora lunchu a ja znowu włączam TV - w samą porę - w Turcji, pod Gallipoli, jest właśnie 6 rano i mogę obejrzeć transmisję z tamtejszych uroczystości...
Bardzo dużo osób, oficjalne przemówienia, składanie wieńców - i tu zaskoczenie - wieniec składa delegacja z Węgier.
Szukam uzasadnienia... chyba znajduję - to uczczenie pamięci 14 australijskich lotników, którzy zginęli nad Węgrami podczas II Wojny Światowej.
A Polska? Polscy żołnierze mieli sporo kontaktów z Australijczykami. Najbardziej konkretny to Bitwa pod Tobrukiem. Przez wiele lat polscy weterani brali udział w marszu na ANZAC Day - Polskie Szczury Tobruku...
Teraz weteranów już nie ma. Zastąpili ich polscy harcerze, ale o to muszę zapytać nasze wnuczęta.
Niedziela - wyprawa do miasta na koncert - już/dopiero trzeci w tym roku. Podobnie jak 8 marca wystąpiła Australian Brandenburg Orchestra, tym razem jednak nie było żadnych włoskich wstawek - Bach, Telemann, Haendel.
6 tygodni różnicy - podczas poprzedniego koncertu temperatura sięgała 36C, w ostatnią niedzielę rano było 4C. Na szczęście był słoneczny dzień, nad rzeką tłumy ludzi - spacerują, szykują BBQ. Na szosie też gęsto od pojazdów, przed samym celem utknęliśmy w sporym korku.
Koncert - pełna sala, sympatyczni ludzie, poczuliśmy się jak w domu - zapomnieliśmy o upływie czasu i zmianie miejsca pobytu.
J.S. Bach - Kantata Wachet Auf - Czuwajcie - KLIK. Być może za bardzo sobie wzięliśmy do serca to polecenie gdyż w kolejnym punkcie programu dosłuchaliśmy się usterek. J.S. Bach - Koncert na dwoje skrzypiec - KLIK - za szybko, szczególnie w I części, a my pamiętamy wykonania D. Ojstracha - zwolnijcie proszę. Na szczęście w drugiej części kompozytor ich przyhamował.
Nie zamierzam tu relacjonować koncertu, nie potrafię. Koncert skończył się o 7, ale przecież mamy czas zimowy - ciemno wszędzie. Idąc do samochodu napotykam wielu młodych ludzi idących w przeciwnym kierunku. Domyślam się, że wyszli z pobliskiego teatru - podnosi mnie to na duchu.
W domu znajduję email od znajomego - piosenka stworzona przy pomocy SI - KLIK.
Co o tym myślę?
Po pierwsze, jestem już tak zaskorupiały, że nie interesuje mnie nowa muzyka, wystarczy mi to co dobrze znam. Po drugie - a co by było gdyby ktoś udowodnił, że J.S. Bach, W.A. Mozart nie skomponowali osobiście przypisywanych im utworów lecz dostali je od wysłańców z kosmosu? Jak dla mnie - nic. Muzyka to dla mnie jakiś nierealny świat więc dlaczego twórca miałby być realny?
Dwa wpisy temu wspominałem o wypadku - ktoś storpedował nasz garaż, uszkodził również auto, które było w garażu.
Ubezpieczenie zadziałało sprawnie - już pół godziny po wypadku przyszedł fachowiec, udało się wyprowadzić samochód z garażu - może jeździć ale blacha z przodu i tyłu nieco pogięta - trzeba oddać do naprawy.
Polisa ubezpieczeniowa samochodu daje opcję wyboru punktu naprawy, ale jest za to dodatkowa opłata więc nie korzystam - wybiera ubezpieczyciel. Za każdym razem wyznacza mi dość odległy warsztat, tym razem 12 km od domu. Po dostarczeniu samochodu do warsztatu załatwiają mi taksówkę do stacji wynajmu samochodu i jazda.
Prrrr... Nie tak szybko - za tym wszystkim stoi spora machina biurokratyczna, która owocuje licznymi kontaktami telefonicznym, "telegraficznymi" - message i "mailowymi". Telefony - na początku minimum 3 minuty informacji o tym z kim się połączyłem i sakramentalne słowa o tym z jak wielkim szacunkiem jestem traktowany i że oczekują ode mnie tego samego. Potem kilka minut czekania, informacja, że mnie łączą z właściwym działem i... od początku to samo. Jednak za każdym razem już po 10 minutach udalo mi się z kimś porozmawiać.
Warsztat naprawczy - wzięli ode mnie klucze od samochodu, wyświetlili stronę firmy wynajmu samochodów, pokazałem który model mi odpowiada (KIA Picanto) a tu już czekała na mnie taksówka.
Wynajem samochodu - o moim wyborze samochodu nic nie wiedzieli, praktycznie mieli mi do zaoferowania tylko jeden model - Mazda - Invalid Model - dokładnie tak pisze w umowie...
Powyższe zdjęcie pochodzi z umowy o wynajem, w naturze samochód jest biały a model... chyba Mazda CX-3. Umowę wypełniałem przy pomocy aplikacji Gemini coś tam.
Uwaga: poniższa relacja może znudzić i zdenerwować osoby korzystające ze współczesnych samochodów - bardzo przepraszam.
Pani w punkcie wynajmu przekazuje mi klucz do samochodu i wyjaśnia - w samochodzie nie ma stacyjki, tym niemniej miej ten klucz zawsze przy sobie, samochód nie pojedzie jak klucz nie jest w środku. A ja? Czy samochód pojedzie z kluczem, ale beze mnie?
Wsiadam i nie wiem co teraz zrobić z tym kluczem. Kładę na siedzeniu i... odruchowo biorę go w rękę i nie mam go gdzie włożyć. Na szczęście pani z parkingu pokazuje mi właściwy guzik - naciśnij tutaj. Naciskam - NIC. Pani uśmiecha się wyrozumiale - musisz przy tym naciskać pedał hamulca. Naciskam (pedał) - na guziku zapala się światło - naciskam (guzik) - samochód warczy. Zauważam na tablicy rozdzielczej czerwone światło wizerunku hamulca. - Naciśnij tamten guzik - radzi pani. Naciskam, czerwone światło gaśnie, tradycyjną dźwignią ustawiam bieg - jazda.
Samochód jest trochę większy od naszego własnego więc jadę ostrożnie i trzymam dystans. Zatrzymuję się na światłach - gaśnie silnik. To akurat nie jest dla mnie nowiną, na wizytacje klientów Stowarzyszenia św Wincentego jeżdżę z kolegą, którego samochód zachowuje się tak samo. Odkryciem jest fakt, że silnik zapala się w momencie gdy zdejmuję stopę z hamulca.
Od czasu do czasu, gdy zmieniam pas jezdni, słyszę jakieś sygnały ostrzegawcze. To ostrzeżenia, że odległość do samochodu za mną jest trochę mała. Na parkingu jest jeszcze ciekawiej, włączam bieg wsteczny, na ekranie wyświetla się widok z kamery, na ekranie widzę że ktoś przechodzi jakieś 5 metrów za samochodem - sygnał dzwoni ostrzegawczo. Do tego lusterka wsteczne - już sam nie wiem gdzie mam patrzeć.
Koniec nudzenia o samochodzie. Teraz nadszedł okres oceny - co kilka godzin otrzymuję email z prośbą oceny - firmy ubezpieczeniowej, warsztatu naprawczego (jeszcze nie zaczęli naprawiać), wypożyczalni samochodów. Formularze oceny są prawie takie same, ponad połowa pytań wydaje mi się zbyteczna.