Wednesday, November 20, 2019

Głównie Mozart

Kilka razy wspominałem na tym blogu serię koncertów Mostly Mozart - KLIK.

Dzisiaj odbył się ostatni koncert tegorocznej serii - tym razem - Mozart i Haydn.
Jak wskazuje tytuł w programie koncertu znajduje się zawsze utwór W.A. Mozarta oraz jeszcze coś na dokładkę. Czasami nawet dominuje ta dokładka.

Jednak Mozart i Haydn - tu nie ma miejsca na dominację, rywalizację.
Po prostu - czysta, klasyczna harmonia.

W.A. Mozart - Koncert na obój - KLIK.
Zlinkowane nagranie z Filharmonii Narodowej w Warszawie. Łza się w oku kręci.
Ale też trochę kręcę nosem.
Dzisiaj słuchałem tego utworu w wykonaniu studentów ANAM - Australijska Narodowa Akademia Muzyczna. Wykonawcy byli więc w wieku w jakim Mozart pisał ten utwór (21 lat). Prócz tego było ich znacznie mniej niż warszawskich filharmoników a zatem utwór brzmial znacznie lżej.
Po prostu, jakoś bardziej po mozartowsku.

J. Haydn - Symfonia nr 90.
Haydn miał za sobą 30 lat muzycznej służby na dworze księcia Esterhazy. To były jego pierwsze kroki na wolnym rynku. Wspomnę, że ta wolnorynkowa działalność przyniosła mu fortunę.
Ale, klasyka to jest... klasyka. Czy na slużbie, czy na swoim, zawsze symfonia najwyższej klasy.
Tutaj zaprezentuję tylko ostatnią część, Allegro assai. Wydało mi się najbardziej Haydnowskie - KLIK.

Dodam jeszcze coś z życia.
Synoptycy zapowiedzieli piękny dzień.
Sprawdziło się.
Rano temperatura 9C, trzeba było w domu włączyć ogrzewanie.
Gdy wyszlismy z koncertu, kilka minut po 12 (południe), było piekne słońce i w samochodzie trzeba było włączyć klimatyzację.
Gdy 3 godziny później odbierałem wnuczke ze szkoły, termometr w samochodzie wskazywał 35C i na słońcu trudno było wytrzymać. Wnuczka płakała gdy dotknęła nagrzanej szyby czy klamry od pasa bezpieczeństwa.

A na froncie ich domu...



Pszczoły własnymi ciałami ochraniają swój dom przed przegrzaniem.

Jutro ma być jeszcze cieplej.
Trzeba będzie wziąć trochę Mozarta, lub Haydna, na orzeźwienie.


Monday, November 18, 2019

Niedzielne czytanie - koniec świata... jeszcze nie dzisiaj

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział:  «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».  Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?»
 Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: "Ja jestem" oraz: "Nadszedł czas". Nie chodźcie za nimi!  I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec».  Wtedy mówił do nich: «Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie.
Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa.  Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią.  I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.


Ewangelia wg św Łukasza 21,5-19

Koniec roku liturgicznego.
Ewangelia dobrana stosownie do okazji - wojny, przewroty, prześladowania.

Moją uwagę zwróciły słowa o wydawaniu chrześcijan do synagog.
Rzeczywiście, Dzieje Apostolskie wspominają o prześladowaniu uczniów Jezusa przez Żydów. Jednak z perspektywy 2000 lat wygląda to nieco dziwnie.

Niedzielny wpis tym razem z opóźnieniem i nie na temat gdyż niedzielę spędziłem z wnukiem, Ambrożym, w parku.

Koniec świata nas nie przerażał.







Koniec wycieczki na naszej spokojnej ulicy.


Sunday, November 10, 2019

Niedzielne liczenie

Jeśli druga niedziela listopada, to liczymy użytkowników ścieżek rowerowych.
W pierwszy wtorek marca też liczymy relacja TU.

Moja pasja do liczenia ma podłoże charytatywne.
Bicycle Victoria rewanżuje się przelewem pieniędzy na konto wskazanej przez "licznika" instytucji charytatywnej. W moim przypadku jest to oczywiście St Vicent de Paul Society.
Dotacja jest według mnie całkiem szczodra, A$140 za 4 godziny liczenia.

Miejsce mojej dzisiejszej akcji było niemal identyczne jak to marcowe, pokazane w zlinkowanym na początku wpisie.




Druga niedziela listopada, normalnie jest to piękny, słoneczny dzień, ale nie w tym roku.
Niby tu w Melbourne jesteśmy przyzwyczajeni do bardzo kapryśnej pogody. W tym roku jednak kaprysy przybrały chorobowe rozmiary.
W chwili gdy to piszę ogromne połacie sąsiedniego (na północ) stanu Nowa Południowa Walia stoją w ogniu. Ostatniej nocy spłonęło tam 150 domów, 3 osoby straciły w pożarach życie.
Natomiast w moim sąsiedztwie, na górze wysokości 1,100m spadło 30 cm śniegu.
Na moim podwórku temperatura poranna była 11C, popołudniu podniesie się do 18C. Ale już jutro będziemy mieli 28C.

W rezultacie moje dzisiejsze zadanie było chyba ułatwione, nie tak wiele osób wybrało się na poranny spacer.

Poniżej karta kontrolna do liczenia.
Typowe skrzyżowanie czyli 4 ramiona. Z każdego prowadzą 3 odnogi. To daje 4x3= 12 możliwości.
Liczymy w 5 kategoriach (rowerzysta, piechur, biegacz, pies, inny użytkowik).
5x12=60. Czyli każdą osobę trzeba wstawić w jedną z 60 kratek.
W tym momencie zaczyna nieco kręcić się w głowie.



Obserwacje z trasy.
Nic nadzwyczajnego. Jedyna ciekawostka to nieproporcjonalnie duża ilość pieszych korzystających z przejścia przez tory. Niedzielne stroje i język grecki wszystko tłumaczą - miejscowi idący na niedzielną mszę do pobliskiej grecko-ortodoksynej cerkwi.

P.S. Do kategorii inny uzytkownik zaliczałem osoby na hulajnogach i dzieci w wózkach.

Thursday, November 7, 2019

Road rage

Road rage - agresja na drodze - nie wiem czy w języku polskim istnieje lepsza nazwa tego zjawiska.

Kilka dni temu wracałem ze spaceru naszą lokalną ulicą. Nagle usłyszałem pisk opon. Jakiś samochód gwałtownie hamował, zniosło go na drugą stronę ulicy, zatrzymał się tuż przed skrzyżowaniem. W bocznej ulicy, tuż przed skrzyżowaniu, stał samochód.
Stał prawidłowo. Nie oglądałem całego wydarzenia więc nie wiem co było przyczyną gwałtownego hamowania.
Kierowca, który ostro hamował wyskoczył z samochodu, przeklinając i wygrażając podbiegł do drugiego samochodu.
Po chwili drzwi drugiego samochodu otworzyły się i wysiadł z niego potężnie zbudowany mężczyzna.
Jak potężnie?
Oceniam jego rozmiar na dwóch Mao Tse Tungów więc dla krótkości będę go nazywał Tse-tse.
Mężczyzna, który rozpoczął dyskusję kontynuował swoje wyzwiska.
Na to Tse-tse schylił się i wyciągnął z samochodu niewielką siekierę (bez pokrowca)...



- Chcesz się bić? Jak chcesz to możemy się bić. No, chcesz?

Inicjator scysji kontynuował wyzwiska, ale wyraźnie zniżył ton, a po chwili wrócił do samochodu i powoli odjechał.
To się nazywa przekonująca argumentacja.

Tuesday, November 5, 2019

Dziewczyna na koniu

Dzisiaj pierwszy wtorek listopada.
Niby nic specjalnego, ale w moim stanie Wiktoria jest to dzień wolny od pracy.
Dzisiaj rozgrywany jest wyścig koński - Melbourne Cup - the race that stops a nation.

Australia jest jednym z młodszych państw, ale jednocześnie jest państwem o wielu najdłużej pielęgnowanych tradycjach.
Na przykład Melbourne Cup - rozgrywany nieprzerwanie od 1861 roku.

W tym roku wyścig nadszedł w dość burzliwym nastroju.
W telewizji państwowej wyświetlono reportaż o zabijania "emerytowanych" koni wyścigowych - KLIK.

Nieco zaskoczył mnie rwetest wokół tej sprawy.
Wydaje mi się świadectwem jak dalece nieświadomi jesteśmy realiów życia dookoła nas.
Wszak logika i nauka i mówią, że wszystkie istoty żywe muszą umrzeć.

Jeśli chodzi o zwierzęta hodowane przez człowieka, to w tym momencie do akcji wkracza ekonomia i... kończy się wszelki humanizm.

Być może ostatnie protesty na temat zmian klimatu jakoś podminowały nastroje społeczeństwa, w każdym razie poniedziałkowa prezentacja na ulicach Melbourne odbyła się w atmosferze ostrych protestów - KLIK.

Moja opinia.
Nie jestem przeciwnikiem jedzenia mięsa, ale popieram wszelkie rozsądne akcje mające na celu humanitarne traktowanie zwierząt.
Rozumiem, że mięso bedzie wtedy kosztować więcej, ale godzę się z tym.
W sekrecie wyznam, że nie wierzę w powodzenie takich akcji. Prawa rynku zawsze zwyciężą ( mięso i tak będzie kosztować więcej).

Wracam do dzisiejszego wyścigu.
Melbourne Cup - 24 konie na starcie. Tegoroczna pula nagród A$8 milionów. Oczekiwane obroty totalizatora A$220 milionów.

Minęło już sporo lat od czasów gdy z żoną i córką oglądaliśmy tę imprezę na żywo.
Przyznam się, że nudziłem się - niewiele akcji, do tego ogromny gwar i tłok.
Oczywiście to wina mojego biernego podejścia do imprezy.

Na Melbourne Cup nie chodzi się żeby mieć (wrażenia, wygraną), ale żeby być.
To zresztą dotyczy generalnie życia.

Być na Melbourne Cup?
BYĆ zwycięzcą może tylko jedna osoba.
Reszta może conajwyżej BYĆ widziana.

Poradnik jak należy być widzianym - TUTAJ.

Na wyścigi nie chodzimy, ale w tym jedynym dniu w roku gramy w totalizatora końskiego.
Nie jest to prosta sprawa - poradnik jakie konie obstawiać w tym roku - TUTAJ.

Tyle pisania, a gdzie ta tytułowa dziewczyna?
W ramach przygotowań do Melbourne Cup obejrzeliśmy świeżo wyprodukowany film - Ride like a Girl.
Film opowiada o karierze sportowej Michelle Payne, pierwszej kobiety, która wygrała Melbourne Cup.
Michelle była najmłodsza wśród 10 dzieci. Jej matka zmarła gdy Michelle miała 6 miesięcy.
Ojciec - Paddy Payne był trenerem koni wyścigowych więc oczywiste, że wiele z jego dzieci wybrało karierę trenera lub dżokeja.
Droga Michelle do elity dżokejów była długa, ciężka, pełna upokorzeń, rozczarowań i wreszcie, to nieuniknione - ciężkich kontuzji.

Zwiastun filmu TUTAJ.

Wyznam, że film, z jednej strony mnie wzruszył, z drugiej jednak mocno zdenerwował. Zaryzykować całe życie dla kilku minut sławy?

P.S.
Transmisja dzisiejszego wyścigu - KLIK.
Wikipedia o Melbourne Cup - KLIK.
Zwycięska jazda Michelle Payne w 2015 roku - KLIK.

Sunday, November 3, 2019

Czy w Prawieku znali australijski slang?

Latem dwudzuestego siódmego roku przed chałupą Kłoski wyrósł arcydzięgiel.


Kłoska obserwowała go od chwili, kiedy wypuścił z ziemi tłusty, gruby i sztywny pęd.
Patrzyła jak powoli rozwijał swoje wielkie liście. Rósł całe lato ... aż sięgnął dachu chałupy i otworzył nad nią swoje obfite baldachy.
- No i co, kawalerze? - powiedziała do niego Kłoska z ironią. - Tak się rozpychałeś, tak piąłeś się ku niebu, że teraz twoje nasiona zakiełkują w strzesze, nie w ziemi.

Arcydzięgiel miał ze dwa metry i liście tak potężne, że zabierały słońce roślinom wokół niego. Pod koniec lata żadna roślina nie była w stanie rosnąć przy nim. Na Świetego Michała zakwitł i kilka gorących nocy Kłoska nie mogła spać od słodko-cierpkiego zapachu, który przenikał powietrze. Potężne, żylaste ciało rośliny odbijało się ostrymi krawędziami od srebrnego księżycowego nieba.
...
A kiedyś, gdy Kłoska wreszcie usnęła, stanął przed nią młodzieniec z jasnymi włosami...
- Przygladałem ci się przez okno - powiedział.
- Wiem, Pachniesz tak, że mącisz zmysły.
Młodzieniec wszedł do środka izby i wyciągnął obie ręce do Kłoski.
(...)
Potem arcydzięgiel posadził sobie Kłoskę na biodrach i ukorzeniał się w niej rytmicznie...

Olga Tokarczuk - Prawiek i inne czasy - Czas Kłoski.

Przepraszam za niedokończenie cytatu, ale to nie jest wpis o literaturze, ale o australijskim slangu.

Najpierw trochę angielskiego:

Korzeń - root.
Ukorzeniał się - rooted.

Dodam do tego skojarzenie fonetyczne - w wyniku opisywanego spotkania Kłoska urodziła córkę, nazwała ją Ruta.


A teraz proszę zajrzeć tutaj ==> KLIK.

Tu cytat ze zlinkowanego artykułu:  "... root: a euphemism for intercourse that lexicographer Eric Partridge has since referred to as "the great Australian verb, corresponding in all senses, physical and figurative, to the British 'f***'."

Friday, November 1, 2019

Tutti i Santi

Dzisiaj dzień Wszystkich Świętych.
Najpierw, wczoraj, z ciekawością rozglądałem się za oznakami Halloween. Praktycznie nie znalazłem.
Nasze, malutkie, lokalne centrum handlowe zapraszało dzieci, ale nie wiem czy wiele się skusiło gdyż było nieco gorąco 35C.
Powierzchowne spojrzenie na okoliczne ulice nie wykryło źadnego domu z okolicznościowymi dekoracjami.
Jedynie radio nie zawiodło - C. Saint-Saens - Danse Macabre - KLIK.

Dzisiaj zajrzałem na lokalny cmentarz.
Nie wygląda on zbyt zachęcająco.


Jednak dbają tu bardzo o kondycję lokatorów...


Osoby o jastrzębim wzroku pewnie są w stanie odczytać napis na budynku w tle - Anytime Fitness.

Również towarzystwo elokwentne.


Stąd już tylko krok do tytułu tego wpisu - język włoski.
Najbardziej zauważalną grupą etniczną są właśnie potomkowie Rzymian.

Łatwo rozpoznać ich groby.


Dzisiaj w bramie cmentarza spotkała mnie niespodzianka.


Msza z okazji Wszystkich Świętych. Na cmentarzu. Tego jeszcze tu nie było.

Stawiłem się punktualnie o 2.
To bardzo mały i skromny cmentarz. Nie ma tu nawet kaplicy, mszę odprawiono na werandzie budynku administracyjnego.


Przy wejściu, na stoliczku, leżały broszurki z tekstem mszy.
- Prendi il libretto - zapraszał stojący obok ksiądz.

Libretto - poczułem się jak... sam nie wiem -  jak w operze a jednocześnie jak w domu.

Prawie 70 lat temu, w Polsce, służyłem trochę do mszy jako ministrant więc łaciński tekst mszy jest mi znany.
Z drugiej strony, podczas moich narciarskich wypraw do Europy, trafiłem kilka razy w niedzielę do włoskiego kościoła...
Signore Gesù - wyobraźnia podsuwała mi obraz dobrodusznego "ojca" sycylijskiej mafii.
Moje dzisiejsze otoczenie pasowało do tej wizji.


P.S. 1 listopada, to oczywiście normalny dzień pracy.
Przypomniało mi to wydarzenie w Anglii. Wiele lat temu trafiło mi się być w Anglii właśnie w dniu 1 listopada. Miałem załatwić jakąś formalność w polskim konsulacie a tam na drzwiach, niespodzianka - powiadomienie w języku angielskim: dzisiaj w Polsce mamy "bank holiday" w związku z czym konsulat jest nieczynny.

Zgadza się - śmierć mamy pewną jak w banku.

Tuesday, October 29, 2019

Wśród młodych naukowców

W ostatni poniedziałek nasza wnuczka zaprosiła nas na ceremonię dekoracji uczniów, którzy wykonali wyróżniające się projekty związane z nauką i technologią.

Projekt Sabiny to ilustracja efektu cieplarnianego.
Przyznam się, że projektu nie widziałem gdyż został wykonany na farmie, potem zawieziony do szkoły w celu prezentacji a po szeregu prezentacji rozmontowany gdyż efekt cieplarniany posunął się za daleko - rośliny zgniły.

Dekoracja wyglądała tak:



Muszę przyznać, że tematy projektów były ciekawe, na przykład: Lot ptaków, gdzie Leonardo da Vinci się pomylił - chodzi zapewne o to rozważanie - KLIK.

To była rzadka okazja odwiedzić La Trobe Uniwersity, dość młody uniwersytet na obrzeżach Melbourne.
Daleka lokalizacja ma swoje korzyści - uniwersytet zajmuje tereny o powierzchni ponad 250 hektarów i przesiąknięty jest zapachem eukaliptusów.




Nie mieliśmy zbyt wiele czasu i okazji na zwiedzanie wnętrz, ale moją uwagę zwróciła poniższa tabliczka.


Toaleta dla muzułmanów płci męskiej.

Ciekawe. Pracowałem 2 lata na uniwersytecie w Kuwejcie, ale czegoś takiego nie spotkałem.

A gdzie  toaleta dla muzułmanek?

Być może to tłumaczy powód, dla którego rzeźba gubernatora La Trobe, na którego cześć ten uniwersytet został nazwany, została postawiona na głowie.



P.S. Informacja o tym jak muzułmanie powinni zachowywać się w toalecie TUTAJ.

Sunday, October 27, 2019

Niedzielne czytanie - Przeszłość to obcy kraj

Co ja właściwie czytałem?

Kilka dni temu wnuczka wspomniała, że pisze w szkole wypracowanie o Amundsenie.
Czy mam może jakąś książkę na jego temat?

Oczywiście, że mam -

Autor - Aleksander Jakowlew, rok wydania 1952.

W tamtych czasach młodzież szkolna mogła z łatwością znaleźć w bibliotece czy księgarni książki o słynnych ludziach albo o ciekawych miejscach albo książki przybliżające różne wydarzenia historyczne.

W Polsce autorami książek o wyprawach polarnych byli Alina i Czesław Centkiewiczowie. Między innymi napisali świetną książkę o Nansenie - Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?

Trójka moich starszych wnucząt uczęszcza do szkół średnich. Czytają sporo, ale nie słyszałem żeby czytali książkę popularną o postaci historycznej, wynalazcy, odkrywcy.
Nie wiem czy książki tego typu pojawiają się w ogóle na rynku.

Do tego ostatniego odnosi się druga część tytyłu dzisiejszego wpisu -

Przeszłość to obcy kraj - autor - L.P. Hartley.
Powyższy cytat to otwierające zdanie w książce The Go-Between.
Tu zapaliło się światło.
Książka doczekała się ekranizacji w 1971 roku.
I to na wielką skalę: scenarzysta Harold Pinter, reżyser Joseph Losey, główna rola kobieca Julie Christie. Film zdobył Złotą Palmę na festiwalu w Cannes - 1971.

Pamiętam ten film, w Polsce wyświetlany był pod tytułem Posłaniec.

Tak, do tego filmu pasowało to zdanie.

A do mojej przeszłości?
Raczej odwrotnie - współczesność to obcy kraj. I nie mam tu na myśli faktu, że mieszkam w Australii.

Na marginesie - ciekawym zbiegiem okoliczności tytułowy cytat znalazłem w książce o Amundsenie, którą wypożyczyłem z biblioteki żeby wesprzeć wysiłki mojej wnuczki.



Friday, October 25, 2019

Ostatnia szansa pod Wielkim Kamieniem

Uluru...



... wielki kamień w Czerwonym Centrum Australii zostanie jutro zamknięty, nie wolno będzie się na niego wspinać - KLIK.           -

Kamień był od zawsze świętym miejscem dla mieszkających w okolicy Aborygenów.

34 lata temu miejscowe plemię Anangu odzyskało prawo do tych terenów.
Po pierwsze, przywrócili kamieniowi pierwotną nazwę - Uluru - do tego czasu był powszechnie znany jako Ayers Rock - nazwa upamiętniająca angielskiego urzędnika,  nadana przez innego angielskiego urzędnika
Po drugie, poprosili turystów, aby się na świętą skałę nie wspinali.

Na administracyjne wprowadzenie w życie tej prośby czekali do teraz.

Odwiedziłem Uluru w 2005 roku i gdy dowiedziałem się o prośbie Aborygenów uznałem za oczywiste, że należy się jej podporządkować.

Zamiast wdrapywać się na gołą skałę, z której szczytu widać tylko płaskie tereny dookoła, zrobiłem prawie 10 km spacer wokół skały.

Wydaje mi się, że był to lepszy wybór.










Wspinaczy wtedy nie brakowało.



 Zrobiło mi się przykro gdy dzisiaj rano, w wiadomosciach, dowiedziąłem się, że pod górą czeka ogromna kolejka tych, którzy muszą wykaorzystac tę ostatnią sansę -  KLIK.

Thursday, October 24, 2019

W pierwszej linii

Kiedyś, podczas dyskusji na temat działalności organizacji charytatywnych, ktoś zwrócił uwagę, że Stowarzyszenie św Wincentego jest jedną z niewielu, które odwiedzają klientów w ich domu.

Na przykład dwa dni temu.
Już wcześniejsze odwiedziny były dość nietypowe.
Kilka razy naszej klientki nie było w domu.
Raz drzwi otworzyła nam jej córka i poinformowała, że matka właśnie przebywa w więzieniu.
Innym razem przed domem stało kilka samochodów a przed drzwiami policja. Z klientką nie mogliśmy rozmawiać, znowu zastąpiła ją córka.

Dwa dni temu, drzwi otworzyła nam córka (21 lat).
Otworzyła i zniknęła we wnętrzu domu.
Za kilka minut w drzwiach pojawil się dość podejrzanie wyglądający mężczyzna. Wiek, na oko, 45 lat. Zaśmiał się i wybiegł na ulicę.
Za kolejne kilka minut pojawiła się nasza klientka.

 Spytaliśmy o problemy.
Z własnej inicjatywy wspomniała pobyt w więzienu, nie bardzo zrozumiałem powód aresztowania. Pobyt w więzieniu oceniła pozytywnie, powiedziała że zamierza ustabilizować swoje życie.
Po pierwsze - praca. Z rozrzewnieniem wspominała swoją pracę jako agentka handlu nieruchomościami.
- Ja byłam w tym naprawdę dobra!
 - Możesz do tego wrócić?
- Nie mogę. Mam wpisany do akt fakt karalności, to dyskwalifikuje mnie z wszystkich prac, które wymagają zaświadczenia z policji. Ale coś znajdę. mam bardzo miła opiekunkę socjalną. Tyle, że ona taka młoda, 19 lat. Co ona wie o życiu?
 - A jak wygląda twoja sytuacja finansowa? Rachunki za energię?
- Mam kilka tysięcy dolarów długu.
- Tu akurat możemy pomóc. Możesz ubiegać się o rządowy zasiłek - "utilities relief grant". Zadzwonisz do firmy, która dostarcza ci energię... Kto to taki?
- Hmmm, jakby tu powiedzieć... to są trzy firmy, bo... bo ja jestem w rejestrze osób niewypłacalnych i żadna firma nie zawrze ze mną umowy. Ta pierwsza firma, to jeszcze na moje nazwisko. Druga, poprzedni adres, na moją córkę. Na obecny adres mam uwowę na nazwisko znajomej - za jej wiedzą i zgodą - dodała pospiesznie.
- No cóż, musisz zdecydować gdzie masz szansę dostać zapomogę, w każdym razie spróbuj.

 W trakcie tej rozmowy z wnętrza domu dobiegały odgłosy coraz głośniejszej rozmowy. W którymś momencie rozmowa zmieniła się krzyki, słychać było płacz córki naszej klientki.
- Zawołaj policję - doradził mój partner.
- Get Out! Now! - krzyknęła nasza klientka.
Za chwilę jakiś mężczyzna wybiegł z domu. Płacz córki było słychać nadal.
 - Popatrzcie tutaj - nasza klientka wyciągnęla telefon.
- Moja córka studiowała "stage make-up" charakteryzaję sceniczną. - Ona jest w tym naprawe dobra - o, popatrz tutaj, i tutaj.
- Słuchaj, chyba lepiej żebyś może zajęła się córką...
- Tak, tak, już idę... ona taka zdolna, ale musiała przerwać, ma problemy osobiste. Ale popatrz jeszcze na to...
 Popatrzyliśmy i wyszliśmy zostawiając jej vouchery na żywność - $80.

 Lekcja bezradności.

Sunday, October 20, 2019

Niedzielne czytanie

Dzisiejsza Ewangelia bardzo praktyczna - KLIK - opowieść I - Moc wytrwałej modlitwy.

Wczoraj jednak czytałem poniższą opowieść i jakoś zaczepiła się w mojej pamięci.

Bóg stworzył Czwarty Świat w zapamiętaniu, które niosło mu ulgę w jego boskim cierpieniu.
Kiedy stworzył człowieka, oprzytomniał - takie wrażenie ten na nim zrobił. Porzucił więc dalsze stwarzanie świata - bo czyż mogło być coś doskonalszego? - i teraz, w swoim boskim czasie, podziwiał własne dzieło. Im głębiej sięgał wzrok Boga w ludzkie wnętrze, tym gorętsza rozpalała się w Bogu miłość do człowieka.
Lecz człowiek okazał się niewdzięczny, zajął się uprawą ziemi, płodzeniem dzieci, i nie zwracał uwagi na Boga. Wtedy w boskim umyśle pojawił się smutek, z którego sączyła się ciemność.
Bóg zakochał się w człowieku bez wzajemności.
Boska miłość, jak każda inna, bywa uciążliwa. Człowiek zaś dojrzał i postanowił uwolnić się od natrętnego kochanka. "Pozwól mi odejść - powiedział. - Daj mi poznać świat na mój własny sposób i zaopatrz mnie na drogę".
"Nie poradzisz sobie beze mnie - rzekł Bóg człowiekowi. - Nie odchodź."
"Daj spokój" - powiedział człowiek a Bóg z żalem przychylił mu gałąź jabłoni.
Bóg został sam i tęsknił. Śniło mu się, że to on wygnał człowieka z raju, tak bardzo bolała go myśl, że został porzucony.
"Wróć do mnie. Świat jest straszny i może cię zabić. Spójrz na trzęsienia ziemi, na wybuchy wulkanów, na pożary i potopy" - grzmiał z deszczowych chmur.
"Daj spokój, poradzę sobie" - powiedział człowiek i poszedł.

Olga Tokarczuk - Prawiek i inne czasy - Czas Gry.

Thursday, October 17, 2019

Prawiek i... Prawiek

Poszli za Wydymacz, minęłi młodą dąbrówkę i szli teraz bukowym zagajnikiem... Musieli być bardzo daleko od domu. Nagle Ruta zatrzymała się.
- To tutaj.
Izydor rozejrzał się zaskoczony. Wokół nich rosły brzozy. Wiatr szeleścił wiotkimi liśćmi.
- Tutaj jest granica Prawieku - powiedziała Ruta i wyciągnęła przed siebie rękę.
Izydor nie zrozumiał.
- Tutaj kończy się Prawiek, dalej już nic nie ma.
- Jak to nie ma? A Wola, a Taszów, a Kielce? Tu gdzieś powinna być droga na Kielce.
- Nie ma żadnych Kielc, a Wola i Taszów należą do Prawieku. Tutaj wszystko się kończy.
Izydor roześmiał się i okręcił na pięcie.
- Co ty za bzdury opowiadasz? Przecież niektórzy ludzie jeżdżą do Kielc. Paweł był w Kielcach. Mój ojciec był w Rosji.
- Wszystkim im tak się tylko wydawało. Wyruszają w podróż, dochodzą do granicy i tutaj nieruchomieją. Chyba im się śni, że jadą dalej, że są Kielce i Rosja. Matka pojazała mi kiedyś takich skamieniałych ludzi. Stoją na drodze do Kielc. Są nieruchomi, mają otwarte oczy i wyglądają strasznie. Jakby umarli. Potem, po jakimś czasie, budzą się i wracają a swoje sny biorą za wspomnienia. Tak to wszystko wygląda.

Olga Tokarczuk - Prawiek i inne czasy (Czas Ruty).

Prawiek zacząłem czytać... przed wiekami.
Wydaje mi się książką,  której czytać się nie kończy.

Za pierwszym razem nie byłem na tę lekturę przygotowany. Czytałem, czytałem, aż zgubiłem się.
Wtedy już wiedziałem.
Czytuję więc Prawiek czasami, nie więcej niż 4-5 czasów za jednym razem.

Teraz, po zdobyciu przez autorkę nagrody Nobla, wróciłem. Być może przeczytam dużo czasów.

Zajrzałem do katalogu mojej lokalnej biblioteki.
Mają Prawiek, ale tylko po chińsku.


Prócz tego mają jeszcze po chińsku Dom dzienny dom nocny. 
Obie książki dostępne na półce.
Osoby nieznające chińskiego mają gorzej. Jest tylko jedna pozycja noblistki: Prowadź swój pług przez kości umarłych. 4 egzemplarze, wszystkie wypożyczone.

Po rannej wizycie w Prawieku zdążyłem na czas na sesję muzyki porannej ABC Classic FM, tej przy której nie troszczą się o zdrowie słuchaczy.

Doskonale trafiłem:
Grażyna Bacewicz - Uwertura na orkiestrę symfoniczną  - KLIK.
i Alfred Schnittke - Suita w starym stylu - KLIK.

O reszcie dnia nie warto wspominać.

P.S. Dla porządku wspomnę, że przeczytałem Księgi Jakubowe - KLIK.

Tuesday, October 15, 2019

Muzyka dla zdrowia


Od pewnego czasu zauważam w programie mojej stacji radiowej ABC Classic FM wzmianki o korzystnym wpływie muzyki klasycznej na zdrowie.

Wyznam, że tego typu informacje mają fatalny wpływ na moje zdrowie.

Korzystne dla zdrowia, albo dla wyglądu, albo dla... no czegokolwiek, istotne, że korzystne dla najważniejszej osoby na świecie - CIEBIE!
Wystarczy tylko nacisnąć w radio lub telewizorze guzik inny niż nasze, państwowe ABC i za chwilę pojawia się taki anons.

Oczywiście i w dawnych czasach słyszałem dobre rady - rosół dobry na przeziębienie, jabłka na coś innego, ale to tylko mimochodem.
I już wtedy żartowano: słuchaj tych rad a umrzesz w doskonałym zdrowiu.

Słuchanie muzyki...
Nigdy nie zastanawiałem się dlaczego lubię jej słuchać. Nigdy nie przyszło mi do głowy zastanawiać się czy dobrze mi robi.

Dopiero teraz zastanowiłem się czy jest jakiś powód, że od kilku lat zdecydowanie preferuję koncerty mniej renomowanych zespołów i muzykę nie tak popularnych kompozytorów.
Może jest: nikt nie wpadł na pomysł żeby kojarzyć je z dobrym wpływem na zdrowie.

Dzisiaj, w godzinach rannych, ABC Classic FM nadało II część II koncertu fortepianowego Prokofiewa. Nikt nie wspomniał o zdrowiu słuchaczy - słuchajcie na własną odpowiedzialność - KLIK.

Sunday, October 13, 2019

Niedzielne czytanie - 10 trędowatych

Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei . Gdy wchodzili do pewnej wsi , wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych . Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali : « Jezusie , Mistrzu , ulituj się nad nami !» Na ich widok rzekł do nich : « Idźcie , pokażcie się kapłanom !» A gdy szli , zostali oczyszczeni . Wtedy jeden z nich widząc , że jest uzdrowiony , wrócił chwaląc Boga donośnym głosem , upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu . A był to Samarytanin . Jezus zaś rzekł : « Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych ? Gdzie jest dziewięciu ? Żaden się nie znalazł , który by wrócił i oddał chwałę Bogu , tylko ten cudzoziemiec ». Do niego zaś rzekł : « Wstań , idź , twoja wiara cię uzdrowiła ».

Ewangelia wg św Łukasza 17:11-19

Zbieg okoliczności, 2 tygodnie temu wpominałem o książce G. Greene'a - Trąd, dzisiaj ten temat porusza Ewangelia.

Czytałem ten fragment kilka dni temu i nieco mnie zdezorientował.
Jezus mówi do tego, który wrócił podziękować - twoja wiara cię uzdrowiła. To pozwala podejrzewać najgorsze - ci którzy nie wrócili zostali ukarani nawrotem tej strasznej choroby.

Z niecierpliwością czekałem co na ten temat powie ksiądz na dzisiejszym kazaniu.

Angielskie tłumaczenie Ewangelii uprościło mu zadanie.
Otóż nie ma tam zwrotu " twoja wiara cię uzdrowiła ". Zamiat niego jest: "go on your way, your faith saved you".
Czyli wiara go ocaliła, doprowadzi go do zbawienia. Niewdzięczna dziewiątka pozostanie zdrowa, ale ich los jest bardzo niepewny.

Od tego punktu ksiądz już miał z górki - w naszym życiu nie ma miejsca dla Boga, przypominamy sobie o nim w biedzie.Tymczasem warunkiem zbawienia jest nieustanna bliskość, kontakt, to prowadzi do wdzięczności i jej wiecznych skutków.

Wednesday, October 9, 2019

Pawłowa

Na początku tygodnia odwiedzili nas na 2 dni krewni-przyjaciele z Polski, którzy spędzili kilka lat w Australii, dorobili się tutaj obywatelstwa i wrócili na stałe do Polski.

Powodem krótkiej wizyty w Australii był udział w ceremonii przyznania obywatelstwa australijskiego.
Ugościliśmy ich oczywiście polskimi potrawami produkcji mojej żony, ale na deser postanowiliśmy poczęstować nowoupieczonych Australijczyków czymś tutejszym - tort pawłowa.

Żeby nie było wątpliwości bazę kupiliśmy w supermarkecie



Baza, czyli beza, po wyjęciu z pudełka wygląda tak:


Teraz tylko ubić śmietanę, posmarować i udekorować owocami (owoce kiwi, truskawki) i zanim uruchomiłem aparat już ćwierć tortu zniknęło.


Kilka historycznych refleksji.

Zwrot "tort Pawłowa" może komuś kojarzyć się z "odruchem Pawłowa" czyli sugerować, że rosyjski fizjolog, Iwan Pawłow - KLIK, ślinił się na widok ciastek kremowych.

Nic błędniejszego, tort nazwano tak na cześć rosyjskiej baleriny Anny Pawłowej - KLIK, która odwiedziła Australię w 1920 roku. Niewątpliwie biały kolor kremu i lekkość bezy kojarzyly się z charakterem tańca klasycznego.

Wikipedia potwierdza australijskie pochodzenie nazwy deseru - KLIK.

Osobiście, zawsze sądziłem, że receptura tortu jest tak oczywista, że niemożliwe żeby ktoś na to nie wpadł wcześniej.

Google zdaje się to potwierdzać - KLIK.

Nieważne, tort zniknął, krewni-przyjaciele wyjechali. Mam nadzieję, że niejasne pochodzenie tortu nie zakłóci im delektowania się australijskim obywatelstwem.

Sunday, October 6, 2019

Niedzielna refleksja - samotny ojciec

Ostatnio najwięcej dzieje się na charytatywnym froncie - wizytacje osób proszących Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo o pomoc.

Przypadek z wtorku.
Ojciec wychowujący samotnie 2 córki, 7 i 6 lat.

Historia pomocy tej rodzinie jest długa.
Na początku była to para, ona z traumatyczną przeszłością. Mieli 2 córki, ale nie mieli prawa opieki nad nimi.
Po kilku latach matka dziewczynek miała operację mózgu i wyprowadzila się od partnera.
Rok później sąd przyznał ojcu prawo opieki nad dziećmi.
Nie pracuje, jeszcze przed urodzeniem dzieci pobierał zasiłek dla niepełnosprawnych, uraz kręgosłupa w pracy. Obecnie pobiera zasiłek rodzicielski.

Nie nadużywa naszej pomocy, wzywa nas średnio co 4 miesiące i zadowala się kuponem do Woolwortha na $80. Z komentarzy wnioskujemy, że utrzymuje kontakt ze swoją rodziną więc dziewczynki nie są zdane wyłącznie na opiekę ojca.

Oczywiście podczas każdej wizyty zerkamy bacznie na dzieci. Prezentują się nadspodziewanie dobrze. Obie uczęszczają do naszej parafialnej szkoły, która zwolniła ojca z opłat i pomaga mu w zakupie podręczników i mundurków.

Ostatnia wizyta odbyła się w zrelaksowanej atmosferze. Dzieci mają ferie wiosenne, pogoda akurat dopisała. Ojciec rodziny miał chęć na zwierzenia.

- Wiecie, jak one się urodziły byłem mocno uzależniony od narkotyków, ich matka miała problemy psychiczne. Pomyślałem sobie - człowieku, jak z tym nie skończysz to stracisz na zawsze dzieci!
I skończyłem, zajęło mi to ponad rok, odzyskałem córki - Dimitriosowi załamał się głos i po policzku stoczyły się łzy. Nam zresztą też.
- A teraz dostałem możliwość powrotu do pracy. Muszę wrócić do pracy. Ile można na tych zasiłkach? Zresztą za parę lat córki będą miały większe potrzeby. Co ja im wtedy powiem?
- Co to za praca?
- Dobra, w fabryce drzwi i okien. Jeden problem - praca od 5 rano do 15. Koniec jest w porządku w szkole są zajęcia pozalekcyjne. Ale rano? Czy słyszeliście o jakiejś agencji, która mogłaby się zająć dziećmi rano i dowieźć ją do szkoły?

Obiecaliśmy dowiedzieć się. Rozpuściliśmy wici.

Jako notoryczny pesymista myślę o tym przypadku z obawą.
Po pierwsze, nie bardzo wyobrażam sobie tego rodzaju pomoc. Dzieczynki zostawałyby rano same w domu. Ktoś miałby przychodzić do nich rano, budzić, pilnować wstawania z łóżka, porannej toalety, śniadania. Wreszcie wyprawiać do szkoły.
A co gdy któraś, albo obie, będą się źle czuły?
Po drugie, Dimitrios był podczas naszej wizyty mocno podekscytowany. Roznosił go entuzjazm. Pytał o możliwości wolontariatu.
Wolontariat? Zostawić w domu dwie córki w wieku poniżej 8 lat i odwiedzać potrzebujących pomocy.
Obawiam się, że te jego plany i marzenia, to oznaka zmęczenia obecną sytuacją. On ma już dosyć spędzania całego czasu w domu.

Nie dziwię mu się, ale...

Monday, September 30, 2019

Niedzielne czytanie - Trąd

Proszę się nie obawiać, to tylko tytuł książki Grahama Greena.
Angielski tytuł książki: A Burnt-Out Case - KLIK.

Książka opublikowana w 1960 roku, wydanie polskie (PAX) listopad 1962.
Czytałem ją już w Polsce, pewnie w 1963 roku.

Nie pamiętam swojej oceny książki 56 lat temu. Zapewne atrakcyjne były sarkastyczne komentarze na temat religii katolickiej.

Podczas obecnej lektury uderzyło mnie jak bardzo ta książka się zestarzała.

Bohaterem książki jest słynny architekt specjalizujący się w architekturze sakralnej.
Z dość niejasnych powodów "wypalił się", chciałby przestać istnieć. Wydaje mu się, że dobrym miejscem będzie szpital dla trędowatych nad rzeką Kongo.
Przypomnę, że do połowy roku 1960 było to jeszcze Kongo Belgijskie, to samo, które opisywał J. Conrad w Jądrze Ciemności.

W latach 1950-tych trąd był już uleczalny, ale na świecie żyło ponad 6 milionów osób dotkniętych tą chorobą. Uprzedzenie osób zdrowych w stosunku do trędowatych jest nadal dość powszechne.

Burnt-out case (wypalony przypadek) to termin używany w stosunku do osób, które cierpiały na trąd w stanie zaawansowanym lecz zostały wyleczone. Jednak utraciły już niektóre części ciała, najczęściej palce u dłoni i stóp.

Bohater książki - Querry - ma nadzieję, że jest takim wypalonym przypadkiem. Wszelkie więzi ze światem, które dolegały mu jak ciężka choroba, zostały amputowane.

Tu mój pierwszy zarzut do autora - nie wyjaśnia co tak bardzo dolegało Querry'emu, trapi mnie podejrzenie, że po prostu nadmiernie roztkliwiał się nad sobą.

Druga sprawa, to religia.
Właściwie z religią katolicką nie jest w książce tak źle.
Tragiczne są przypadki osób o psychice zdeformowanej przez religię a właściwie przez pobyt w seminarium duchownym.
Tego właśnie dotyczy moja uwaga o "zestarzeniu" się książki.

Podsumowując, sięgając po książkę, wiedziałem co mnie w niej rozczaruje. Wiedziałem również, że nadal znajdę w niej tak dużą dawkę Grahama Greena, że będzie to satysfacjonująca lektura.

Friday, September 27, 2019

Czterolatki w domu starców

Nasza telewizja państwowa, ABC, wyświetliła program Old People's Home for Four Years Old - KLIK.

Miejsce akcji to dom dla starców w chyba najlepszej lokalizacji w Australii, nad zatoką w zachodniej części Sydney.
Dom o bardzo wysokim standardzie,  kilkadziesiąt, a może i ponad sto, domków i mieszkań.
Pensjonariusze nie są w stanie mieszkać samodzielnie, ale są w stanie poruszać się i zadbać o swoje podstawowe potrzeby.

Do projektu przystąpiło 11 osób.
Podczas wstępnej rozmowy kilka osób (mężczyźni) stwierdza: my jesteśmy tutaj tylko po to żeby umrzeć, im szybciej tym lepiej.

Na początku organizatorzy przeprowadzają testy: poziom depresji (wszyscy są w stanie depresji, od lekkiej to bardzo ciężkiej), zdolność poruszania się (poza może pięcioma przypadkami mocno ograniczona), tryb życia (większość spędza minimum 20 godzin dziennie samotnie w swoim pokoju).

W to miejsce pewnego dnia przyjeżdża autobus z tuzinem kipiących energią czterolatków.
- Hej, patrzcie! Starzy ludzie! - ogłasza swoje odkrycie jeden z gości .
Po kilku minutach niepewności każde dziecko znajduje sobie wygodne miejsce i znośnego partnera. Silny zespół specjalistów organizuje odpowiednie zajęcia.

Hej, łza się w oku kręci.
W ostatnich latach przerobiłem takie ćwiczenie 5 razy.
Zgadzam się, 3-4 lata to najlepszy wiek. Dziecko jest już samodzielnie i otwarte na każdą akcję.
5-latki i starsze, z jednej strony mają już swoje gusta, z drugiej - wymagają bardziej zaawansowanych intelektualnie i fizycznie zajęć.

W dawnych czasach, czyli od zarania dziejów do jakichś 70 lat temu, sprawę rozwiązywała wielopokoleniowa rodzina mieszkająca w jednym domu czy mieszkaniu.

Instytucjonalizacja spraw najprostszych - to jest hasło obecnych czasów.

Oczywiście rodzina wielopokoleniowa to jest... życie nie eksperyment przeprowadzany w laboratoryjnych warunkach..
Osoba starsza nie ma wydzielonych godzin i miejsca na kontakt z dzieckiem. Nie ma wszechobecnego mediatora. W rodzinie bywają problemy, niezgody, kłótnie.
W opisywanej akcji dzieci były otoczone specjalną opieką. Spotkania nie były zbyt długie. Opiekunowie przed zajęciami motywowali dzieci a po zajęciach chwalili je za fantastyczne zachowanie.

Pod informacją na facebooku opublikowano tysiące komentarzy typu: wspaniałe, popłakałam się, wszystkie starsze osoby powinny mieć zorganizowane takie zajęcia.
Organizatorzy, po pierwsze na zakończenie eksperymentu powtórzyli testy przeprowadzone na początku. Większość uczestników pozbyła się depresji lub zdecydownie obnizyła jej poziom. Zarejestrowano również istotną porawę sprawności
Po drugie, wyniki eksperymentu posłużą do sformułowania programu długofalowej akcji i wystąpienia do rządu o finansowanie.

No tak, ja też nie miałbym nic przeciwko temu żeby kilka razy na tydzień odwiedziło mnie na kilka godzin 4-letnie dziecko, mogłoby być nawet dwa. Z opiekunką.
Ale na ogólnokrajową skalę?

Właśnie kończy swoje obrady Królewska Komisja do spraw opieki nad osobami starszymi - KLIK.

Do Komsji dotarło tysiące makabrycznych raportów.
Podopieczni są regularnie faszerowani środkami uspokajającymi, w rezultacie większość czasu spędzają w stanie letargu i nie sprawiają personelowi kłopotu.
Na nocnej zmianie często jedna salowa ma pod opieką kilkadziesiąt osób.
Zdarzają się przypadki wygłodzenia gdyż podopieczni zapomnieli zjeść posiłek a nikt tego nie zauważył.
Zdarza się wyzywanie, popychanie, nawet bicie.
40% osób nie jest przez nikogo odwiedzana, a więc nikt z zewnątrz nie może zauważyć ich stanu i nie mają szansy się poskarżyć.
Trochę detali TUTAJ.

A tu nowa inicjatywa.
Może moje wnuki doczekają jej realizacji.

Zwiastun programu TUTAJ.
Link do wyemitowanych odcinków TUTAJ.

Tuesday, September 24, 2019

A kuku, i po Cooku - wspomnienie

Wiadomość o bankructwie firmy Thomas Cook jest tak powszechnie znana, że ograniczę się tylko do wspomnienia sprzed 55 lat.

Koniec czerwca 1964 roku.
Ostatni rok studiów. Po długich staraniach przyznano mi wakacyjną praktykę zagraniczną w Norwegii.
To był absolutny rarytas. Na całą Politechnikę Warszawską, wtedy trochę ponad 10,000 studentów, było takich praktyk (w kraju zachodnioeuropejskim) chyba 15.

Nerwowe oczekiwanie na paszport.
Przyznali! 29 czerwca.
Prosto z Pałacu Mostowskich popędziłem do Orbisu na ul. Brackiej.
Do kasy sprzedającej bilety zagraniczne długa kolejka.
Już w kolejce dowiedziałem się, że - po pierwsze przede mną minimum 4 godziny czekania czyli duża szansa, że nie dojdę do okienka przed końcem dnia pracy. Po drugie, przy kasie sporządzimy zamówienie na bilet. Na wykonanie zamówienia trzeba czekać minimum 24 godziny.

Po raz pierwszy w życiu poczułem, że na moich barkach spoczywa honor Narodu Polskiego.
Praktyka rozpoczyna się 1 lipca i ja - Polak - spóźnię się.
Co cała Norwegia pomyśli o mojej ojczyźnie?

Nie czekałem dłużej w kolejce tylko pospieszyłem do zarządu Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP), który mieścił się na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.
Oni organizowali tę praktykę, niech przyspieszą kupno biletu lub powiadomią pracodawcę o moim spóźnieniu.

Spiesząc Nowym Światem, przechodziłem przed frontem biura firmy Thomas Cook.
Była to dla mnie tajemnicza instytucja. Nigdy nie widziałem tam żadnych klientów. Domyślałem się że obsługuje tylko gości z zagranicy i personel placówek dyplomatycznych.

Raz kozie śmierć. Wszedłem.
W środku wydało mi się, że jestem w Londynie w towarzystwie pana Fileasa Fogga (W 80 dni dookoła świata).
Wyjaśniłem swoją sytuację.
- Domyśla się pan pewnie, że my sprzedajemy bilety obywatelom polskim tylko za specjalnym pozwoleniem, ale... kto organizuje pana wyjazd?
- Rada Naczelna ZSP.
- Ma pan ich telefon? Musimy się dowiedzieć czy mają debit dewizowy (albo coś takiego).
Nie miałem.
Znaleźli, zadzwonili, porozmawiali chwilę niezrozumiałym dla mnie żargonem.
- Mają, proszę bardzo do kasy. Dokąd potrzebuje pan bilet?

1 lipca o 10 rano stawiłem się w biurze fabryki papieru Peterson & Søn w miasteczku Moss - KLIK.

Następnego dnia rozpocząłem pracę (ten stojący po prawej).



A teraz, Thomas Cook Travel tonie.

Jest takie powiedzenie: po nas potop.
Ja wiem, że mnie już niewiele zostało, ale na Boga, ja naprawdę nie potrzebuję aż tyle zniszczenia dookoła.

Sunday, September 22, 2019

Niedzielne czytanie - Król i historia

"W Warszawie na Gęsiej, na Smoczej, na Nalewkach... Jom Kipur wypadło w środę, 10 tiszri 5698 roku od stworzenia świata...
We wtorek wieczorem żydowskie ulice Warszawy wyludniły się zupełnie, autobusy i tramwaje kursowały puste, wszyscy pobożni Żydzi poszli do synagogi na Kol Nidrej.
Od czasu mojej bar micwy chodziłem tam zawsze z moim ojcem, jak każdy żydowski chłopak. Najpierw ojciec odprawiał kaparot: dla odkupienia grzechów kręcił nad głową białym kogutem, a potem koguta zabijał, matka oblewała go wrzątkiem, skubała pióra, patroszyła. Lubiłem widok kogucich wnętrzności. Następnie matka brała tasak i dzieliła koguta na części.



Potem szedłem z ojcem do synagogi.
Po prawicy i lewicy kantora stawali mężczyźni ze zwojami Tory, a kantor śpiewał po aramejsku o przysięgach, które składać będziemy przez cały rok między tym Jom Kipur a następnym. 
Kol nidrej, weesarej, uszewuej, wacharomej, wekonamej, wekisunej, wechisunej.
Wszystkie nasze przysięgi i obietnice uważajcie za nieważne.



Ciało mojego ojca podzielone jak ciało koguta na kaparot.
Redaktor Sokoliński zrelacjonował w "Kurjerze" znalezienie każdej kolejnej części ciała Nauma Bernsztajna. Ostatnia znalazła się głowa zawinięta w ojcowski chałat razem z dokumentami, i wszystko stało się jasne."
Szczepan Twardoch - Król.

Ciało ojca poćwiartowane jak kogut ofiarny?
Niedawno skończyłem czytać Króla Szczepana Twardocha.

Prawdopodobnie każdy współczesny młody człowiek ma za sobą lekturę lub obejrzenie tuzinów bardziej brutalnych i okrutnych książek i filmów, dla mnie jednak była to ciężka dawka i wyłącznie talent autora zmusił mnie do jej skończenia.

Scena powieści to Warszawa, rok 1937, środowisko gangsterów wymuszających haracz od drobnych sklepikarzy i rzemieślników a jednocześnie powiązanych  z bojówkami P.P.S. (Polskiej Partii Socjalistycznej) i żydowskiego Bundu - KLIK.

Relacja bardzo dobrze osadzona w ówczesnej rzeczywistości. Nic dziwnego, że zagrzebałem się w internetowych poszukiwaniach faktów.

Znalazłem więcej niż oczekiwałem.
Dwie bardzo istotne postacie - Kum Kaplica  i doktor Radziwiłek - działacze PPS - to bardzo dokładne kopie Łukasza Siemiątkowskiego i doktora Łokietka a całą historię opisał w 1968 roku Jerzy Rawicz w książce "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka, dzieje gangu" - KLIK.

Muszę wyznać, że zrobiło mi się trochę smutno, że Szczepan Twardoch nie wspomniał na marginesie swojej książki o istnieniu książki Jerzego Rawicza. Wydaje mi się, że byłoby to fair.

Król dał mi zresztą więcej powodów do smutku.
Amosfera sanacyjnej Polski - getto ławkowe, ONR, Falanga i Bolesław Piasecki - KLIK, Ozon (Obóz Zjednoczenia Narodowego) - KLIK, Bereza Kartuska.

Pomyślałem po raz kolejny z sentymentem o czasach PRL.
Moje pokolenie nie znało zupełnie historii międzywojennego 20-lecia i dzięki temu zachowałem wizję kraju mądrych i dobrych ludzi.

Często spotykam się że stwierdzeniem, że w PRL fałszowano historię.
Moja rodzina była wrażliwa na tym punkcie i już w szkole podstawowej dostałem jako obowiązkową lekturę Dzieje Narodu Polskiego, autor - Władysław Smoleński, rok wydania 1921.
Sporo trudu kosztowało mnie jej przeczytanie a rezultat żaden, nie znalazłem żadnej niezgodności.
Inna rzecz, że Dzieje kończyły się na Powstaniu Styczniowym.

XX-lecie międzywojenne - ten okres na lekcjach historii przerobiliśmy bardzo szybko i pobieżnie.
Oczywiście nieco mgliście i w sposób mocno zneutralizowany przedstawiono wojnę 1920 roku oraz wkroczenie wojsk sowieckich we wrześniu 1939 roku. To samo dotyczyło Powstania Warszawskiego.

 Bawi mnie fakt, że obecnie znajduję sporą ilość artykułów pisanych w tym samym tonie.

Jedyne zdecydowane kłamstwo to zbrodnia katyńska a raczej jej przemilczenie.

W styczniu 1981 roku opuszczałem Polskę z myślą o niedługim powrocie na dobre.

Dość szybko okazało się, że nie ma już dokąd wracać.
Teraz okazuje się, że wszelkie dziecięce i młodzieżowe sentymenty nie miały od samego początku sensu.

Rozmowa z autorem Króla TUTAJ.

Thursday, September 19, 2019

System dziesiętny w Biblii

W poprzednim wpisie cytowałem Ewangelię, przypowieść o kobiecie, która posiadała 10 drachm.
Zaskoczyła mnie ta ilość - 10.
W antycznej kulturze i nauce liczba 10 nie miała chyba żadnego znaczenia. Święte liczby, które rządzą kosmosem to 3, 4, 7, 12.

Natomiast 10 - jedno jest oczywiste - liczenie na palcach. A zatem policzenie dzieci, inwentarza żywego, istotnych przedmiotów w domu. Nadawało się to doskonale do liczenia owiec i drachm.

Rzymski system numeracji wyróżnia 10, mamy specjalne symbole na istotne wielokrotności dziesięciu: L-50, C-100, D-500, M-1000.

Jedyne czego Rzymianom i ich sąsiadom brakowało, to symbole nadające się do sprawnej obsługi tego systemu - cyfry arabskie

O tym, że cyfry, które nazywamy w Europie arabskimi wcale nie są arabskie, dowiedziałem się dopiero w połowie swojego zycia, kiedy wylądowałem w Kuwejcie.

Tam otoczyły mnie cyfry jak te w 4. rzędzie po prawej (Eastern Arabic).

Cyfry arabskie i ich wykorzystanie do prowadzenia rachunków spopularyzował w Europie w XIII wieku Fibonacci - KLIK, obecnie słynny jako twórca ciągu Fibonacciego

Cyfry jakich używamy dzisiaj pojawiły się dopiero w 15. wieku, jednocześnie z wprowadzeniem druku.

Osobna sprawa to symbole matematyczne.
Pierwszy z nich, znak plus + wprowadzono w 1360 roku.
Znak równości = dopiero w 1557 roku.

Pełen wykaz symboli i roku ich wprowadzenia TUTAJ.

Monday, September 16, 2019

Niedzielne słuchanie - gniew

"...Albo gdy jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czy nie zapala lampy, nie zamiata domu i nie szuka starannie aż ją znajdzie ? A kiedy ją znajdzie, zwołuje przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, która zgubiłam. Mówię wam: Taka sama jest radość wśród aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca...".

Ewangelia wg św Łukasza 15. 1-32

Radość z powodu znalezienia czegoś zgubionego.
Jestem na etapie gubienia przedmiotów i zapominania drobiazgów. Jednak dominującą reakcją jest gniew a skojarzeniem utwór L. van Beethovena - Gniew z powodu zgubionego grosza - KLIK.

Chyba chyba warto zrewidować swoje obyczaje. Ileż ja będę miał okazji do świętowania.
Toż to będzie prawdziwie anielskie życie!

Friday, August 23, 2019

Mleko dobre jak mleko

Australijska Heart Foundation ostatnio oznajmiła, że "tłuste" mleko może być dobre dla zdrowia - KLIK.
Napisałem tłuste w cudzysłowie, bo za moich młodych lat były dwa rodzaje mleka - prawdziwe i odciągane.
Na tym prawdziwym, już po kilku godzinach odkładała się smakowita warstwa śmietany.

Proszę zwrócić uwagę na zdjęcie na zlinkowanej w pierwszej linii stronie - półki z mlekiem w supersamie. Na pierwszy rzut oka naliczyłem tam ponad tuzin rodzajów opakowań. Domyślam się, że zawierają substancje sprzedawane pod nazwą mleko.
A co jest w środku?

Przypomina mi się czytana dawno temu książka In Defense of Food, autor Michael Pollan - KLIK.
Wspomniał on w tej książce, że około roku 1937 w USA wprowadzono Akt Czystej Żywności, który wymagał od producentów żywności umieszczania etykiety IMITACJA, na każdym produkcie, który... jest imitacją. W latach 1970 przemysłowi udało się znieść to wymaganie i zapanowała wolność.
Więcej moich uwag na temat tej książki - TUTAJ.

Natomiast mleko nieodciągane i niewzbogacane środkami zubożającymi - mój boże - Heart Fundation ma na koncie szczytną misję promowania odchudzanego mleka przez ostatnie 20 lat. Oni na pewno nie zginą, co innego ich zwolennicy.

Wednesday, August 21, 2019

Komputery liczą, liczą

Jako akompaniament proponuję starą piosenkę.

Kilka dni temu mój laptop zakomunikował, że musi przeprowadzić aktualizację Windows.
Ładnie z jego strony, że mnie powiadomił, bo zdarza się, że bierze się za robotę bez pytania.
Skoro prowadzi aktualizację, to znaczy, że wcześniej ściągnął sobie na laptop wszystkie potrzebne elementy software.
Oczywiście ładuje sobie te kilka gigabajtów oprogramowania bez pytania, nie mówiąc o zgodzie.
Widziałem gdzieś protesty, że takie działanie, to hackerstwo w czystej formie, ale gadaj zdrów! Takich argumentów można używać w stosunku do policji, ale nie do Microsoftu.

Lekkopółśrednim wieczorem zgodziłem się, żeby Microsoft zaczynał swoją operację.
Normalnie trwa to kilkanaście minut, ale tym razem laptop nie wskazywał żadnego postępu robót.

Dwie godziny później szykowałem się do spania. Spojrzałem na laptop - postęp aktualizacji - 25%.

Rano... wszystko było pomyślnie zakończone.

Zaskoczyło szanownych czytelników? Spodziewali się awarii, pretensji, reklamacji?

To nie u umnie. Ja jestem wyjątkowo zgodny człowiek.

Zastanawiałem się tylko co też ten komputer mógł robić przez tyle godzin?
Przecież ta maszyna wykonuje miliony operacji w ciągu sekundy.
A więc w ciągu kilku godzin?
Jedyne co przychodzi mi do głowy, to że moc obliczeniowa mojego laptopa została połączona z mocą tysięcy innych komputerów i wykorzystana do jakichś szatańskich obliczeń, które przyniosą zgubę całej ludzkości.

Tyz piknie.


Sunday, August 18, 2019

Niedzielne czytanie - rozłam

"Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął. Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.

Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie podzielonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej»."

Ewangelia wg św Łukasza 12: 49-53.

Cóż tu dodać?
Toż my to mamy w naszym, polskim środowisku już od lat.
Chociaż jedna z Jezusowych przypowięści w pełni zrealizowana.

Monday, August 12, 2019

Niedzielne czytanie - ?

Wczorajsze czytania liturgiczne wydały mi się jakieś pokręcone, bez ładu i składu.

Być może i ksiądz odebrał to w ten sposób, bo jedyna rzecz jaką zapamietałem z kazania to ta historia:

Chłopiec wraca ze szkoły do domu, relacjonuje ojcu szkolne sprawy, wreszcie dochodzi do lekcji religii.
- O czy mówił nauczyciel? - pyta ojciec.
- O tym jak Mojżesz pokonał Egipcjan.
- No i jak to było?
- Mojżesz chciał wyprowadzić Żydów z Egiptu, ale doszli do morza. Wtedy Mojżesz wezwał saperów żeby wybudowali most. Jak saperzy skończyli budowę, to Żydzi przeszli na drugą stronę morza, a jak na most weszli Egipcjanie, to Mojżesz kazał saperom wysadzić most w poowietrze. No i w ten sposób pokonali Egipcjan.
- To wam powiedział nauczyciel?
- No, może trochę inaczej, ale jakbym ci powiedział dokładnie co on mówił, to nigdy byś mi nie uwierzył.

Friday, August 9, 2019

Nie, nie, nie

Widziałem raz Manię, w wannie.
Naga lecz zachowywała się nieNAGAnnie.
Odtąd mam takie mniemanie, kto wie czy nie Manię,
że mnie nie ma, że nie ma mnie.
Że wiatr mnie niesie, lecz nic nie naniesie
a cóż z takiego niesienia gdy nie ma nasienia.
Jakoś to bałwanienie mnie nie niepokoi,
tylko czemuż to dzwonienie powoduje spowolnienie,
tak że moje powonienie nie nadąża za wonią,
która zwykle pojawia się gdy dzwonią?

Tuesday, August 6, 2019

Podwórkowe rozmowy

W poniedziałek zapłaciłem rachunki za światło i gaz osobom proszącym nasze Stowarzyszenie (Św Wincentego) o pomoc a potem poszedłem wrzucić im pokwitowania do skrzynek pocztowych.

Większość naszych podopiecznych mieszka w małych domkach utrzymywanych z państwowych pieniędzy. Lokatorzy płacą czynsz w wysokości nie przekraczającej 25% ich przychodów, prócz tego elektryczność, gaz, woda i cała reszta.
Na marginesie dodam, że okres oczekiwania na takie mieszkanie, to kilka lat.

Podchodząc do skrzynek pocztowych napotkałem naszego podopiecznego - Glena. Odprowadzał na miejsce pojemniki na śmiecie.
Na głowie spory guz i zaschnięta krew.
- Co się stało?
- Bójka - z rezygnacją wzruszył ramionami.
Wymieniliśmy kika zdań gdy z pobliskiego domku wyszła jakaś pani. Spojrzała na nas pytająco.
- To jest Lech, ze Stowarzyszenia św Wincentego, wyjątkowo dobry człowiek, zapłacił mój i Patrycji rachunek.
Pani spojrzała na mnie z aprobatą.
- Jestem Carmen.
- Co za piękne imię.
- Jak opera Bizeta. Znasz?
Skinąłem głową.
- To najpiękniejsza opera - kontynuowała Carmen - ale treść bez sensu. Bardzo antykobieca.
- Ależ Carmen - zaoponowałem - w operze musi być dramat, tragedia.
- Tak, tak. Ale dlaczego kobieta jest przyczyną całego zła?
- To jest gra przeciwieństw. Carmen ma ogromny urok, oczarowuje Don Josego. Teraz musi przyjść przeciwwaga, ona go rzuca...
- Dobrze, dobrze... ale dlaczego wpakowali w to kobietę?
- Bo tylko kobieta może tak kogoś zauroczyć.
- Carmen, Lech to bardzo dobry człowiek - Glen chyba uznał, że potrzebuję moralnego wsparcia.
- Widzę, że bardzo dobry - zgodziła się Carmen, ale nie dawała za wygraną.
- Ten facet w Watykanie. No wiesz, ten w oknie. A ci głupi ludzie przychodzą, czekają godzinami i patrzą na niego jak na kogoś nadzwyczajnego...

Nie będę relacjonował dlaszego ciągu rozmowy. Carmen miała długą listę zarzutów pod adresem Kościoła. Nie oponowałem zbytnio gdyż nasze opinie były tak sobie przeciwne, że nie miało to sensu.

Wieczorem zajrzałem na stronę internetową - polityka.pl.
Jakby to powiedzieć?
Carmen do kwadratu.
I to bez muzyki.