Thursday, September 1, 2016

Przeczytałem Księgi Jakubowe

"- To jest nikwe detom rabe - droga do przepaści, ta Częstochowa, 
ta Jasna Góra. To jest Brama Rzymska, przy której, według innych 
słów Zoharu, siedzi Mesjasz, rozwiązując i zawiązując... 
To jest ciemne miejsce, przedsionek do otchłani, 
w którą musimy my iść, żeby uwolnić uwięzioną tu Szechinę...
(..) bo tu więziona jest Szechina, na tej nowej górze Syjon, 
schowana pod malowaną deską, pod obrazem, jest Panna..."
Olga Tokarczuk - Księgi Jakubowe.

Tytuł wpisu brzmi nieco jak triumfalny anons.
Słusznie, zacząłem bowiem je czytać jeszcze w zeszłym roku.

To nie jest recenzja książki bo nie potrafię takowych pisać. Naogół już po kilku stronach wiem czy w opowieści jest dla mnie miejsce. Jeśli jest to wchodzę i trudno mnie stamtąd wygonić. Jeśli nie ma to... czasami zmykam, czasami przyglądam się jak turysta.

W przypadku Ksiąg Jakubowych był to ten ostatni przypadek.

Z pozycji turysty oceniałem bardzo staranne wydanie książki. Przyjemnie na nią patrzeć, przyjemnie dotykać. Dwa detale nieco mnie zaskoczyły...


Jak widać powyżej, przed pierwszą linią nowej strony, wydrukowane jest słabszym drukiem ostatnie słowo strony poprzedniej.
To samo, tylko odwrotnie, dzieje się po ostatniej linii.
W pierwszej chwili wydało mi się to sympatycznym objawem troski o czytelnika. Na dłuższą metę wydało mi się pretensjonalne.

Druga sprawa to numeracja stron. Na pokazanym powyżej górnym lewym rogu strony widnieje numer 783-781. 
Dlaczego najpierw większy numer? Ano dlatego, strony numerowane są "po żydowsku" Na pierwszej stronie numer 993, na ostatniej numer 1.
Autorka wyjaśnia, że miała na celu uświadomienie różnic językowych, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej.
To stwierdzenie dyskwalifikuje cały pomysł. Tak, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej i tak własnie, kolejno, sa ponumerowane. Strony książka Ksiąg Jakubowych przewraca się od lewej do prawej więc taka numeracja nie ma sensu.
To znaczy, pewien sens jednak ma - czytelnik w każdej chwili zdaje sobie sprawę ile jeszcze zostało mu do przeczytania. Dużo.

A co też turysta wyczytał?
Treści za dużo żeby o niej pisać. Wspomnę tylko gdzie byłem.
Bliski Wschód - Smyrna, Saloniki, Nikopol, Craiowa. Egzotyczne zapachy i smaki, barwne stroje i dekoracje. Tutaj wszystkie postacie i sytuacje mają w sobie coś z opowieści Szeherazady - tu mógłbym pozostać dłużej.
Kresy - Rohatyn i okolice - tu poczułem się jak wśród obrazów Marka Chagalla. Ciekawie, tajemniczo, troche się w głowie kreci.
Polska Centralna - poczułem się obco. Tu warto było być tylko żeby zarobić pieniądze.
Brno w Cesarstwie Austro-Węgierskim i Offenbach w Niemczech. Operetka i to raczej tandetna.

Mistyka judajska - w Salonikach i Rohatynie robiła wrażenie, ale już we Lwowie, Częstochowie czy Brnie, zupełnie nie, a może nawet odwrotnie. 

Ludzie. Dużo ich. Najważniejszy Nachman z Buska, później Piotr Jakubowski. Zagubiony w książkach i magicznych formułach. To była bliska mi osoba.
Jeszcze Antoni Kossakowski - Moliwda - w Turcji, Grecji, Rumunii miał w sobie coś z Aladyna. We Lwowie zmienił się w dworskiego intryganta, w Warszawie w autora książki - Suplement "Przewodnikowi warszawskiemu" przez innego Autora wydany w tymże roku 1779 - będącej przewodnikiem po domach publicznych i salonach prostytutek.
Jakub Frank - obawa mieszana z obrzydzeniem.

Żeby jednak dostarczyć czytelnikom jakiejś pożywnej treści podaję linki do dwóch prawdziwych recenzji:
- eseisty Adama Lipszyca - KLIK. W tej recenzji znalazłem uwagi krytyczne bardzo podobne do moich.
- literaturoznawcy Przemysława Czaplińskiego - KLIK. Tu już drugie zdanie mnie "rewoltuje".
Nie mogę się oprzeć przed kolejnym cytatem:
"...optujesz Pani jak inne białogłowy, za tym, żeby się do polszczyzny w piśmie przyznawać więcej. Ja do polszczyzny nic nie mam, ale jak w niej mielibyśmy mówić, skoro słów nam nie starcza?
Czyż nie lepiej powiedzieć Rhetoryka niż Krasomówstwo? Albo Philosophia niżeli Miłość mądrości? Astronomia niż Gwiazdarska nauka? I czasu się zaoszczędzi i języka nie łamie
".
Według mnie ta recenzja zbytnio koncentruje się na sytuacji społeczno-ekonomiczej Żydów w Rzeczypospolitej obojga Narodów i po pierwsze - zbyt krytycznie ocenia te stosunki, a po drugie -umniejsza bajkowo-mistyczny aspekt całej historii z czego można wyciągnąć wniosek, że cały frankizm była to finezyjna manipulacja, której jedynym celem było uzyskanie polskich nazwisk i możliwości bogacenia się.
Według mnie nie ma to pokrycia w treści książki.

Księgi Jakubowe nie powędrują jeszcze na półkę. Już się stęskniłem za niektórymi miejscami, osobami i sytuacjami.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat:
"Simon ben Jochai, wielki rabbi co żył okropnie dawno temu
i wiedział wszystko, co na niebie i na ziemi dzieje się, powiedział:
'Talmud - to nikczemna niewolnica, a Kabała - to wielka królowa'.
Czym Talmud napełniony? On napełniony bardzo małymi,
podrzędnymi rzeczami.  On uczy, co czyste jest, a co nieczyste,
co pozwolone, a co niepozwolone, co skromne, a co nieskromne.
A czym Zohar, święta księga blasku, księga Kabały, napełniony?
On napełniony wielką nauką: czym jest Bóg i jego sefiroty...
Wiem ja, że wielu Izraelitów mówi, że Talmud ważniejszy, 
ale oni wszyscy co tak mówią, głupi są i nie wiedzą o tym, 
że póty ziemia trząść się będzie od wielkich boleści i póty Bóg i Izrael, 
Ojciec i Matrona, nie połączą się pocałunkiem miłości, dopóki 
niewolnica nie ustąpi przed królową, Talmud przed Kabałą".

Przepraszam, to z innej książki...

Eliza Orzeszkowa - Meir Ezofowicz.

Dzieło znacznie skromniejsze od Ksiąg Jakubowych, ale podejście do tematu chyba bardziej proaktywne.


Inny wpis na temat Ksiąg Jakubowych TUTAJ.

P.S. Zdjęcie stron Ksiąg Jakubowych zaczerpnąłem z blogu https://ewamaria2013texts.wordpress.com/

Friday, August 26, 2016

Limity wzrostu

W ostatni wtorek mój 5-letni wnuk Ambroży przymierzył się do mnie. Sięgał nieco powyżej biodra. Spojrzał na mnie krytycznie i spytał:
- Dziadzia, a dokąd ja będę Ci sięgał kiedy umrzesz?
- Amby - jak umrę to będę pewnie leżał, więc będzie trudno sprawdzić. Zależy, w którym  miejscu staniesz.

Thursday, August 25, 2016

Na początku

... było Słowo.
Przepraszam to nie ten blog.

Na początku, 10 lat temu, tak to był rok 2006, był blog Kangur w Polsce.
Właśnie przeszedłem na emeryturę, wybierałem się na dłuższy urlop do Polski. Mój syn udzielił mi następującej rady: starsi ludzie opowiadają w kółko to samo. Jak wrócisz z Polski to i z Tobą będzie podobnie. Załóż blog, tam wszystko opiszesz i nie będziesz musiał powtarzać.

Przełknąłem tę gorzką pigułkę i posłuchałem rady.

Blog założyłem na domenie blox.pl i uważam to za dobry pomysł. Blox to był była chyba jedyna platforma, która budowała blogerską społeczność - bieżąca informacja o świeżo publikowanych blogach, statystyki wejść na blog, ranking.
W roku 2008 udało mi się trafić na 2-dniowy obóz blogerów. Czułem się jak w rodzinie.

Rok 2008 to już nie był Kangur w Polsce, ale Polak do góry nogami. Ten blog przetrwał chyba 6 lat, wtedy przyszła refleksja - po co? Zrobiłem eksperyment - z dnia na dzień skasowałem blog. To była taka próba oswojenia się z odchodzeniem.
Jak to właściwie jest jak się nie jest? Normalnie.

Jednak palce mnie nieco swędziały i założyłem kolejny blog - Drugie życie bloggera. Moim mottem było hasło zauważone gdzieś w Polsce, na murze: żyje się tylko raz, potem już się tylko straszy.
To racja. Żeby zanadto nikogo nie nastraszyć większość wpisów to były głupotki - zdjęcia tabliczek rejestracyjnych samochodów, igraszki słowne, itp.
Jeśli miałem natchnienie żeby napisać coś dłuższego to korzystałem z cudzych blogów - KLIK.

Niestety ponad rok temu blox oficjalnie wprowadził istotne zmiany. Moim zdaniem celem tych zmian jest pozbycie się całego bloxowego balastu, który zapewne ma bardzo małą wartość komercjalną.
System zacina się na każdym kroku.

Tak więc wyprowadziłem się.
Jak tu i teraz bedę straszyć?
Chyba podobnie jak przedtem chociaż chyba nieco rzadziej.


Monday, August 15, 2016

Rocznica Cudu nad Wisłą



   Ciotuchna


15 sierpnia 1939 roku pojechałam z Rodzicami z Zielonki do Ossowa na doroczne obchody Cudu nad Wisłą, czyli Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Uroczystości rozpoczynała Msza Polowa. Wokół murowanej wnęki, gdzie stał ołtarz był duży zielony, trawiasty teren otoczony masztami z długimi biało-czerwonymi chorągwiami ustawionymi pionowo i napiętymi między górną i dolną poprzeczką.



Tłum ludzi gęstniał, między cywilami widać było sporo mężczyzn w wojskowych mundurach - kilka tygodni wcześniej ogłoszono mobilizację. Orkiestra odegrała hymn i rozpoczęła się Msza. Po mszy kazanie wygłaszał ksiądz w mundurze wojskowym. Mówił o historii tego miejsca, o bitwie w 1920 roku, o męstwie żołnierzy polskich i doskonałej taktyce wojskowej. Mówił też o czasie aktualnym, o ewentualnie czekającej nas obronie naszego Państwa.



Wiał coraz silniejszy wiatr, chorągwie łopotały na masztach, ksiądz mówił o oporze, który wojsko musi stawić wrogowi… a wiatr ciągle się wzmagał. Aż szarpnął tak mocno chorągwiami, że się zerwały i na dolnych poprzeczkach zostały tylko biało-czerwone strzępy. Ludzie wstrzymali oddech i jak grom runął zbiorowy płacz i szloch… 

To było jak symbol losu, który miał niebawem nadejść, jak przepowiednia strasznych okupacyjnych czasów.

Tuesday, June 7, 2016

Organista

Ciotuchna.

Dawno nie pisałam na Altanie, ale świat mój przewrócił się do góry nogami i musiałam go zorganizować na nowo, a to nie takie łatwe w moim wieku i po 64 latach świata we dwoje. Nie jestem pewna czy ta reorganizacja udała mi się w 100%.
Wiecie, że mój mąż był chirurgiem, ortopedą i pediatrą, ale że był organistą tego nie wiecie i tę część Jego życia chce wam opisać.

Mój mąż Mieczysław, zwany w tym opowiadaniu również Mietkiem, mieszkał przed wojną i w czasie okupacji na ul. Krakowskie Przedmieście na przeciwko kościoła św. Krzyża. 

W pierwszych latach okupacji był w tym kościele ministrantem. W 1941 roku za namową ks. Alojzego Niedzieli, starsi ministranci zostali przesunięci do chóru kościelnego.
Mietek śpiewał w chórze, ale bardziej interesowała i fascynowała go gra na organach. Pochwalił się kiedyś organiście, że od kilku lat uczy sie grać na pianinie, ale marzy o grze  na organach. Organista przesłuchał go i stwierdził, że ma dobry słuch muzyczny. Pokazał Mietkowi jaka jest różnica między grą na pianinie, a grą na organach. Kilka razy z nim ćwiczył i pozwolił mu ćwiczyć samemu kiedy w kościele nie było nabożeństw. Po kilku miesiącach zaproponował chłopcu grę na mszy o 6 rano. Próba wypadła pomyślnie, od tej pory Mietek grał co dzień na tej mszy.
Pewnego dnia w 1943 roku wybiegł, jak zwykle raniutko z domu i zatrzymał się przerażony. Zobaczył, że cały kościół jest otoczony przez Gestapo; z ukrycia obserwował jak z kościoła wyprowadzają wszystkich księży i personel pomocniczy. Wszystkich aresztowano.
Po kilku dniach poszedł znów do kościoła i zagrał na organach na porannej mszy.
Współpracę z kościołem św. Krzyża przerwał wybuch Powstania Warszawskiego.
 Po powstaniu, kiedy Mieczysław był wieziony na roboty do Niemiec, wraz z dwoma kolegami uciekli z transportu. Niestety zostali złapani przez patrol niemiecki i oddani w ręce  Gestapo. Po pobycie w wiezieniu we Wrocławiu odesłano Mietka do obozu koncentracyjnego Gros Rossen. Spotkał tam wśród więźniów kilku księży  z kościoła św. Krzyża, którzy bardzo mu pomogli, nie tylko ofiarowując mu pajdę obozowego chleba i cebulę, ale także powiedzieli mu jak tu się trzeba zachowywać i co robić, żeby przeżyć obóz; oni byli doświadczonymi więźniami a Mietek szesnastoletnim chłopakiem.
Po wojnie i powrocie do Warszawy zgłosił sie ponownie do swojego kościoła, gdzie organistą był prof. Rączkowski. Pomagał mu grając na wieczornych nabożeństwach. Współpraca ta została zakończona, gdy po zdaniu matury w 1948 roku, Mietek dostał się na wydział medyczny Uniwersytetu Wrocławskiego i musiał wyjechać z Warszawy.
Po 2 latach wrócił na Warszawską Akademię Medyczną i podjął pracę felczera w Szpitaliku Dziecięcym na ul. Kopernika na oddziale chirurgicznym. Praca i studia nie pozostawiały czasu na granie na organach. Czasami koleżanki lub koledzy prosili go, żeby zagrał na ich ślubach, lub innych obrzędach kościelnych. Były to tylko sporadyczne wypadki.
W 1970 roku mąż mój wyjechał na rok do pracy do Instytutu Calot w Berck Plage we Francji. W sierpniu tego roku pojechałam razem z córkami na wakacje do niego. Razem pojechaliśmy do Paryża gdzie mieszkaliśmy u polskich Szarytek. Była tam kaplica, a w niej fisharmonia, stara i zakurzona bo nie miał kto na niej grać. Mietek otworzył instrument i zagrał na mszy. Siostry były zdumione i uradowane," a może pan doktór przyjeżdżał by co niedziela grać nam na mszy?" zaproponowały. Niestety Berck Plage było za daleko na takie dojazdy.
W grudniu 1977 roku Mietek wyjechał na kontrakt do pracy do Libii, ja dojechałam do niego po 3 miesiącach. Szybko okazało się, że w Trypolisie jest kościół katolicki, który prowadzili włoscy franciszkanie. W kościele była fisharmonia na której grała zakonnica, ale robiła to z wielkim trudem, gdyż instrument był napędzany pedałami, a siostrzyczka była drobna i chuda i nie miała wiele siły potrzebnej do grania i deptania pedałów.



Organista - 7/6/16
Mąż w okresie Bożego Narodzenia, w czasie mszy, podszedł do organistki i spytał czy może zagrać kilka polskich kolęd po nabożeństwie. Zgodziła się i mąż zaczął grać. Ludzie już wychodzili z kościoła, kiedy obecni tam Polacy usłyszeli znane melodie, cofnęli się od drzwi i szukali skąd dochodzą. Stanęli wokół fisharmonii i podjęli śpiew znanych sobie kolęd. Później mąż poszedł do zakrystii, przedstawił się proboszczowi i otrzymał pozwolenie grania dla Polaków po każdej mszy. Często zastępował siostrę organistkę, kiedy była zmęczona. Mąż grał z jej włoskich nut a ona intonowała pieśni. 

Wielkim przeżyciem był dla nas wybór Kardynała Karola Wojtyły na papieża. Nawet Arabowie przychodzili tego dnia do Polaków z gratulacjami. Mąż po pracy pojechał do kościoła dowiedzieć się jaki będzie program obchodów wyboru nowego Papieża. Franciszkanie, prawie wszyscy Włosi, mieli kwaśne miny "taka była tradycja, że papieżami byli Włosi, a tu nagle taka zmiana". No, ale Kościół to posłuszeństwo, wiec podali przybliżoną datę Mszy Koronacyjnej i związanych z nią planów. Wtedy okazało się, że na zamkniętym na stałe chórze są doskonałe organy elektryczne i można na nich grać w czasie dużych uroczystości. Mąż dawno nie grał na organach, umówił się kiedy może przyjść żeby poćwiczyć, no i ustalić repertuar. Przez kilka wieczorów mieliśmy koncerty organowe, bo i znalazły sie nuty koncertowe.
W dzień wielkiej Mszy Koronacyjnej kościół był zapełniony po brzegi Polakami. Autokary od rana zwoziły pracowników polskich firm drogowych i budowlanych, których bazy i campusy mieściły sie poza Trypolisem. Mszę celebrował polski ksiądz, było bardzo uroczyście. Kiedy na koniec mąż zaintonował Boże Coś Polskę... i huknęła pieśń z męskich gardeł, myślałam, że dach z kościoła spadnie, tyle było decybeli. Z choru patrzyłam jak ci ludzie śpiewając stali na baczność i wielu ocierało łzy.
W czasie następnych niedziel chór był już zamknięty. W obsadzie kościoła znalazł się polski ksiądz i msze dla nas były po polsku, a mąż nadal organistował.
Kiedy w 1980 roku wracaliśmy do Warszawy, kupiliśmy we Włoszech elektroniczną fisharmonię, rozkładaną, przystosowaną do przenoszenia i przewożenia.
Na Francji i Libii nie skończyły sie zagraniczne występy męża.
We Florencji jest spora grupa Polek i trochę Polaków, ksiądz polski przyjeżdża raz w roku zawsze w okolicy Bożego Narodzenia; byliśmy akurat w tym okresie u naszych bliskich. Msza celebrowana była w wynajętym kościele, ale nie było organisty a koło ołtarza stała fisharmonia. Mąż z córką poszli do zakrystii i za chwilę odezwała się muzyka. Ksiądz się ucieszył, że jest ktoś kto może zagrać i zaintonować polskie pieśni kościelne. Takie „występy” zdarzyły się chyba jeszcze dwa razy.


Był w domu instrument zwany przez młodzież "klawiszami", wieczorami mąż grał, ale postanowiliśmy, że granie to za mało, trzeba jeszcze pośpiewać. Mąż zbierał nuty, a ja teksty piosenek i tak kilka razy u nas w domu urządziliśmy tematyczne wieczory śpiewane. Były piosenki Powstaniowe, harcerskie, a nawet pieśni masowe. Oczywiście w czasie sylwestrów śpiewaliśmy kolędy.
Kilka razy fisharmonia jeździła z nami na działki do przyjaciół, gdzie śpiewaliśmy do późnych godzin nocnych.
Często, gdy mąż miał w szpitalu dyżur w sobotę i niedzielę, zabierał ze sobą instrument i grał w kaplicy szpitalnej na niedzielnej mszy dla chorych.
Każda okazja i każdy instrument klawiszowy był dla Mietka jak magnes, wszystko jedno czy to było pianino na którym zagrał „koncert na cztery ręce” dwóch pokoleń

czy malutka klawiatura wnuczki przy akompaniamencie gitary 



Niestety niedługo po przejściu męża na emeryturę spracowane ręce chirurga, często szorowane do operacji, odmówiły posłuszeństwa i nie chciały już biegać palcami po klawiaturze. Domowa fisharmonia zamilkła.

Wednesday, December 16, 2015

Ku wolności


 Ciotuchna


Wywołano nas obie z Mamą z celi o 9 tej rano. Była to znacząca godzina, bo o tej porze wywoływano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby niczego ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety pozostające w celi gdzie nas prowadzą, jak się okazało cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze. Skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło. Wzięłam Mamę słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.
Nie zaprowadzono nas jednak do innej celi, wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia i tu wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia, rozejrzałyśmy sie po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy rzuciły się nam do oczu.
Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłłowiczowską, gdzie jechało dwóch gestapowców, myślałyśmy że nas przenoszą do innego więzienia, ale powiedziano "idźcie do domu"
Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy co mamy ze sobą zrobić. Po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki. Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, wiec miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, więc postanowiłyśmy przeczekać, żeby nie jechać w tłoku usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko biegli przed siebie, inni odwracali głowy, a niektórzy przystawali jakby chcieli do nas podejść, ale rezygnowali odchodzili, tylko z powrotem odwracali głowy, aby się upewnić czy to naprawdę my.
Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze znany nam peron, a tak daleki w naszych myślach przez minione miesiące. Na peronie czekała na nas ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że widzieli nas na dworcu, ale ciocia nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było, postanowiła czekać do godziny policyjnej.
Powitanie było krótkie i łzawe, zabrała nas do swojego domu i tam dopiero uściskom i łzom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania, przenocowałyśmy u wujków, a rano przybiegł łącznik z wiadomością, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Dostali raz pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że natychmiast musimy wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością.
Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy do brata Mamy Edwarda. On wiedział już o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem przez, które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności z wykupieniem Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić.
Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.
U Edwardów też nie mogłyśmy długo zostać, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były też jasne dni, takim dniem był 6 czerwca 1944 roku dzień inwazji Aliantów na Francję.
Wujek wynajął nam pokój w Świdrze, gdzie było już dużo letników i można się było łatwo ukryć.

Wednesday, December 9, 2015

Biała apaszka



   Ciotuchna


Na któreś Boże Narodzenie w czasie okupacji, nie pamiętam na które, dostałam białą apaszkę. Zwykły trójkąt białego materiału ręcznie malowany w kolorowe wzorki. Nosiłam tą apaszkę na głowie, na szyi, do palta, do bluzek, do wszystkiego. Bardzo ją lubiłam, jednak szybko się brudziła i prałam ją, a po każdym praniu ubywało jej kolorów: były nietrwałe i spierały się, ale nadal ją lubiłam.
Nic więc dziwnego, że kiedy zabierało nas z domu Gestapo ja na głowę włożyłam tę apaszkę i zawiązałam ją pod brodą.
Żeńskie więzienie Pawiak miało podwórko otoczone murem i na to podwórko wypuszczano nas na spacery. Chodziłyśmy w kółko najczęściej parami, zawsze tylko jedna cela. Nie pamiętam jak długo trwał ten spacer, ale to nie ważne, istotne było powietrze no i pewna rozrywka w monotonnym dniu więziennym.
Po jednym z przesłuchań, kiedy odwożono nas „budą” z Szucha na Pawiak spotkałam mojego Ojca, z którym kontakt był utrudniony. W czasie rozmowy Ojciec poprosił abym na każdym spacerze miała na sobie tą białą apaszkę, która jest widoczna z daleka, aż z okna ubikacji na męskim Pawiaku skąd widać spacerujące kobiety. Nawet kiedy było już ciepło i wychodziłam na spacer w samej sukience zawsze na szyi, albo na ramionach miałam tę apaszkę.
W więzieniu do ubikacji były wypuszczane całe cele na raz, tak w kobiecym jak i w męskim. Wszyscy na 2 piętrze męskiego Pawiaka, wiedzieli, że Ojciec ma w żeńskim więzieniu żonę i nieletnią córkę. Ktokolwiek z więźniów był akurat w ubikacji, kiedy spacerowała nasza cela, mówił korytarzowemu (korytarzowymi byli Polacy) „Powiedz w celi 207, że panienka z białą chusteczką była na spacerze”. W ten sposób Ojciec wiedział, że ja żyję i jestem zdrowa, a to było dla Niego bardzo ważne. O tym, że biała apaszka była dla Ojca sygnałem dowiedziałam się dopiero po wojnie, kiedy Ojciec szczęśliwie wrócił z obozu.