Showing posts with label książki. Show all posts
Showing posts with label książki. Show all posts

Friday, August 14, 2026

Oj, zna czy nie zna, czyli Manna z ekranu

 Jak się łatwo z tytułu domyślić obejrzałem właśnie film Ojczyzna - KLIK - powojenne odwiedziny Tomasza Manna w Niemczech.

Tomasz Mann...


Zajmuje trochę miejsca na mojej półce z książkami, wspominałem jego książki kilka razy na tym i innych blogach.

Nic dziwnego, że mimo niesprzyjającego rozkładu dnia - kilka męczących rozjazdów - pojechałem wieczorem do odległego kina.
Drugorzędnym argumentem była rocznica śmierci T Manna - 12/8/1955.

Film wyświetlono w Melbourne z okazji Festiwalu Filmów Międzynarodowych - MIFF.

Spore kino, wypełnione na 80%, sporo młodych ludzi.

Film - czarno-biały - samochód jedzie marną drogą, mija ubogie budynki, trochę ruin...
Rok 1949 - zgadza się, też pamiętam ten rok w taki sposób.

Tomasz Mann odwiedził Niemcy z okazji 200-lecia urodzin J.W. Goethego -
najpierw Frankfurt nad Menem - miejsce urodzin.
Uroczystości skromne, wykład T. Manna - dość mętny, co krok niemiłe konfrontacje z czasami faszyzmu.
Drugi etap - Weimar - Goethe spędził tu większość życia i tu umarł - KLIK.
Problem w tym, że Weimar znajdował się w Niemczech Wschodnich - NRD.
Wiele osób sprzeciwiało się tej wizycie, w USA (T. Mann miał wtedy obywatelstwo USA) grożono mu poważnymi konsekwencjami.
Jednak pojechał... według mnie ta część wizyty przebiegała lepiej niż poprzednia.
Po pierwsze nie było potrzeby wracać do niechlubnej przeszłości Niemiec bo okupacja radziecka wymazała ten temat.
Po drugie - T. Mann żywił sympatię do Rosjan - w książce Doktor Faustus zauważa - Rosjanie mają duszę, ale nie mają formy. Francuzi mają formę, ale nie mają duszy. My, Niemcy, mamy duszę i formę...
Wspomnę jeszcze, że T. Mann był oburzony książką J. Conrada - Tajny Agent - zarzucał autorowi chorobliwą nienawiść do Rosjan.
Rosjanie pokazali swoją duszę - T.Mannem opiekował się Sergiej Tulpanow - dyrektor wydziału propagandy w radzieckiej administracji NRD - KLIK - spora elokwencja i mocna głowa.
Radzieccy żołnierze śpiewali wesołe piosenki...

Podsumowując - sama wizyta była raczej bezbarwna, producenci filmu musieli pokręcić fakty aby dodać trochę emocji.
W rzeczywistości T. Mann odbył tę podróż w towarzystwie żony, Katii. W filmie odbywa ją w towarzystwie córki Eryki... i robi się gorąco.

Dwójka starszych dzieci T. Manna - Klaus i Eryka była mocno pomieszana seksualnie.
Na poniższym zdjęciu - T. Mann, jego żona Katia i... córka - Eryka...

W filmie, Eryka obawia się o stan psychiczny brata - słusznie - dwa dni później popełnił on samobójstwo.
Tomasz Mann przyjmuje informację o śmierci syna spokojnie - czasami odnoszę wrażenie, że rodzinne tragedie przyjmował jako ciekawe inspiracje dla swoich książek...
Siostra Tomasza - Karla - też popełniła samobójstwo, Tomasz wykorzystał to w książce Doktor Faustus.
Główny bohater tej książki Adrian Leverkuhn wykazuje też wiele podobieństwa do wspomnianego wcześniej Klausa Manna.
A Klaus Mann - zasłynął książką Mefisto - KLIK - jej główny bohater to słynny aktor, który zaprzedał duszę diabłu - niemieckim nazistom.
Pierwowzorem był ówczesny mąż Eryki Mann.
W filmie Eryka spotyka swojego byłego męża - to już fikcja.

Podsumowując... film uaktywnił w mojej głowinie mieszaninę informacji i emocji związanych z twórczością T. Manna i życiem jego rodziny, ale sam w sobie - jako film - nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.
Ocena - 2/5.

Źródła:
Tomasz Mann - KLIK.
Carla Mann - KLIK.
Eryka Mann - KLIK.
Klaus Mann - KLIK.
The House of Exile - KLIK.
Victor Mann - Było nas pięcioro.
Coml Toibin - The Magician - KLIK.

Saturday, August 8, 2026

Ody się poTroiły

Oj, nic się nie dzieje, nic nie przychodzi mi do głowy, o czym tu pisać?
Spróbuję o tym co zaczepia mnie z wielu stron---

ODYSEJA

Nie przypominam sobie żeby jakiemuś filmowi towarzyszyła tak masowa kampania informacyjna.
W państwowej telewizji ABC wyświetlono film dokumentalny - Oddysey - ekipa żegluje po wyspach Morza Egejskiego.
W radio ABC było już kilka dyskusji na ten temat.
Na fali zainteresowania historią starożytnej Grecji wypłynął film dokumentalny na temat Aleksandra Wielkiego.
Poskrobałem się po głowie...
Z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętam, że Iliada była interesująca - konsekwentna akcja, podstępy godne pana Zagłoby.
Natomiast Odyseja wydała mi się sztuczna - absurdalne sytuacje nie prowadzące do żadnego wniosku.
Spytałem wnuczęta, podzielają mój pogląd.

Na przeciwnym biegunie są rozważania takie jak to ==> KLIK.

Wracam do rzeczywistości...
W piątek spotkałem się ze znajomym narciarzem z Kanady, który przyjechał do Australii na maraton narciarski Kangaroo Hoppet - KLIK.
Opowiedział mi o swoich tegorocznych dokonaniach...
1 styczeń - maraton narciarski w Chinach.
Koniec stycznia przyjazd do Europy na 15 maratonów narciarskich - najbardziej pamiętny - nocny maraton w Szwecji - Vasaloppet -


Powrót do domu i po 3 tygodniach jeszcze jeden maraton - Islandia - koniec kwietnia.

Urlop od nart - wyjazd z żoną i wnuczkami na 3 tygodnie do Włoch.
Urlop od rodziny - wyjazd na Grenlandię i powrót przez Labrador do domu.
Lipiec... co tu robić?
Wycieczka do stanów - nie, nie Zjednoczonych - do Kazachstanu Uzbekistanu, Kurdystanu, Turkmenistanu.
Refleksja - poczucie bezpieczeństwa, nie ma żebraków --- oj,  jakieś komunistyczne pozostałości.
No i teraz Australia i Nowa Zelandia.
Odyseusz niech się schowa...
Zaciekawiło mnie, że znajomy przyleciał tu przez Hong Kong?
- Unikam USA bo tam musisz dać swój telefon do szczegółowej kontroli.

Mój powrót pociągiem do domu...


Zainteresował mnie ten brodaty pan w czerwonej kurtce...
Przecież 2 tygodnie temu publikowałem na blogu swoje zdjęcie w czerwonym stroju.
2 tygodnie i ja tak się postarzałem?
Wysiadam z pociągu i zauważam Penelopę...


Czeka w otoczeniu zalotników.
Nie na mnie - ufffff...

Końcowa refleksja...
Na półce znalazłem Odyseję - tłumaczenie Lucjan Siemieński - KLIK.
Druk - L. Anczyc - 1922 rok.
Chwileczkę - tak konkretnie, jaką książkę L. Siemieński przetłumaczył?
Sztuczna Inteligencja mocno miesza się w zeznaniach i muszę użyć własnej, ograniczonej, inteligencji żeby się dowiedzieć, że pierwsze drukowane wydanie dzieł Homera ukazało się we Florencji w 1488 roku za sprawą Demetriosa Chalkokondylesa - KLIK.

Saturday, July 11, 2026

Człowiek za górą

 To podtytuł książki o Kościuszce...


Prawie miesiąc temu pisałem o spotkaniu z autorem - KLIK - teraz przyszedł czas na relację o książce.
Po pierwsze - tytuł - the man behind the mountain - od razu widać, że autor żartuje bo na okładce człowiek jest przed górą.
Po drugie - w książce proporcje są bardziej wyważone zacznę więc od okładki.

Osoba Tadeusza Kościuszki zafascynowała A. Sharwooda na tyle mocno, że poświęcił wiele czasu i wysiłku aby poznać dokładnie jego życie i dotrzeć do wielu źródeł informacji.
Na dodatek odwiedził wszystkie miejsca, w których przebywał T. Kościuszko a również te, które zostały nazwane jego imieniem - n.p. 

Welcome sign located on Mississippi Highway 12
By Chillin662 - Own work, CC BY-SA 4.0, Link

Miejscowość Kosciusko w stanie Missisipi (USA), z której pochodzi o wiele słynniejsza osoba - Oprah Winfrey - KLIK.

Spora część książki poświęcona jest rozważaniom na temat - jak zachowałby się T. Kościuszko w obliczu aktualnych wydarzeń:

a) zbezczeszczenie pomnika T. Kościuszki w Waszyngtonie...


Przypomnę, że chodzi tu o rozruchy po zabiciu przez policję Georga Floyda - KLIK.
A. Sharwood uważa, że w znając poglądy i czyny T. Kościuszki można uznać, że nie potępiłby manifestantów.
Po zastanowieniu  - zgadzam się.

b) zmiany klimatu w Australijskich Alpach...
A. Sharwood jest zapalonym wędrownikiem i narciarzem, odwiedził wiele razy Australijskie Alpy, w książce zdaje relację jak delikatna jest tamtejsza roślinność i jak zgubne są dla niej zmiany klimatu, których obecnie doświadczamy.
Ale nie tylko zmiany klimatu, również kopyta końskie i bydlęce.
Szczególnie końskie - w Australii po polach i lasach hasa kilkadziesiąt tysięcy dzikich koni - brumbies - KLIK.
W tym miejscu zauważyłem pewną niekonsekwencję - podstawowo autor jest za ochroną środowiska czyli - eliminacja brumbies.
Więcej na temat ochrony środowiska w tych okolicach - TUTAJ - tytuł strony = Reclaim Kosci ... odzyskaj kości?
Z drugiej strony z dużym sentymentem wspomina poemat Banjo Patersona - The Man from Snowy River - i oparty na tym poemacie film - KLIK - w filmie wystąpił Kirk Douglas.
Do tego jeszcze zauważa fascynację Aborygenów końmi... ale to już osobny punkt.

c) Aborygeńska nazwa najwyższej góry Australii.
W 2019 roku dość silnie rozbrzmiały głosy aby "przywrócić" górze Kościuszki jej tradycyjną nazwę - KLIK.
Dlaczego użyłem cudzysłowu?
Bo prywatnie uważam, że Aborygeni nie nadali tej górze żadnej nazwy.
Zwolennicy aborygeńskiej nazwy wspominają, że te okolice na jesieni obfitują w tłuste ćmy - bogong - KLIK - i wiele plemion Aborygeńskich przybywało tutaj, często wędrując setki kilometrów, aby się najeść do syta i zgromadzić zapasy sproszkowanych ciem.
No i co z tego?
Sądzę, że Aborygeni nadali ogólną nazwę tym okolicom i dziwię się, że zwolennicy zmiany nazwy góry Mt Kosciuszko bez skrępowania twierdzą, że znajduje się ona w Snowy Mountains.
Natomiast najwyższy szczyt?
Na okładce książki na początku tego wpisu widać... no właśnie - nie bardzo widać która z tych gór jest najwyższa.
Odkrywca góry - P. Strzelecki - miał poważne wątpliwości, z dziennika wędrówki wynika, że wszystkie pomiary wykonał na szczycie sąsiedniej góry - Mt Townsend i dopiero wtedy zauważył że sąsiednia góra jest może trochę wyższa - Mt Kosciuszko = 2,228 m, Mt Townsend = 2,209 m.
Ale czy na tę sąsiednią górę wszedł?
Dziennik wędrówki o tym nie wspomina.

Powracając do aborygeńskiej nazwy...
Nazwa sugerowana przez miejscowe plemię Ngarigo to Kunama Namagdi co oznacza Góry i Śnieg... co potwierdza moje przypuszczenia - nazwa okolic, nie specyficznej góry.

Z drugiej strony - autor książki, A. Sharwood uważa, że Tadeusz Kościuszko poparłby Aborygenów.
Po zastanowieniu --- zgadzam się.

P.S.
1. Prowadzona w Australii polska strona medalu - KLIK.
2. Obecnie w Australii nie można zjeść ćmy Bogong...
   ??? tyle krzyku na temat zachowania Aborygeńskich tradycji, a kiedy przychodzi do podstawowego sprawdzianu to.... brak towaru.

Monday, June 15, 2026

Kozi, hułozi?

 Kozi, hułozi? - to fonetycznie.
Przepraszam za moją angielską wymowę - lepiej przeliteruję:
Kozzie, who was he?
Lepiej? wiemy o co/kogo chodzi?
Kozzie?

Dygresja na temat australijskiego slangu - Australijczycy bardzo lubią skracać słowa, popularna technika skracania to zmiana końcówki na ie - 
Australijczyk - Australian - Aussie,
Tasmańczyk - Tasmanian - Tassie,
postman - postie,
mosquito - mozzie,
St Vincent de Paul - Vinnie...

Znacznie więcej  - TUTAJ.

No to wiecie już kto to jest Kozzie?
Tadeusz Kościuszko - proste.

Ale dlaczego przeciętny Australijczyk miałby znać to nazwisko?
Bo taką nazwę nosi najwyższa góra naszego kontynentu - Mt Kosciuszko - KLIK.

Paweł Strzelecki - europejski odkrywca tej góry, w swoim pamiętniku pisze: The particular configuration of this eminence struck me so forcibly, by the similarity it bears to the tumulus elevated in Krakow over the tomb of the patriot Kosciusko, that, although in a foreign country , on foreign ground, but amongst a free people, who appreciate freedom and its votaries, I could not refrain from giving it the name of Mount Kosciusko.

Kosciusko? 
Dopiero w 1997 roku nazwę zmieniono na Kosciuszko.
Swoją drogą najczęstsza wymowa tego nazwiska to Koziasko... albo Kozzie.

Inspiracją do tego wpisu było spotkanie z Anthony Sharwoodem, autorem książki - 


Spotkanie zorganizował Australian Institute of Polish Affairs - AIPA - KLIK - instytucja bardzo zasłużona w prezentacji informacji ze świata kultury, nauki i polityki.

Anthony Sharwood - to właśnie jego gnębiło tytułowe pytanie - Kozzie, who was he?
Gnębiło na tyle, że zapoznał się z biografią naszego bohatera narodowego a następnie odwiedził wszystkie miejsca wymienione w biografii T. Kościuszki - w Polsce, w USA, Francji, Szwajcarii.
Książkę przeczytam dopiero za kilka dni to się dowiem czy odwiedził również Mereczowszczyznę na Białorusi - KLIK.

Książka A. Sharwooda uzyskała 3 nagrodę konkursie na najlepszą publikację obcojęzyczną z zakresu historii Polski - KLIK.


Zanim zakończę zawrócę do Kosciusko - zgubione Z.
Antoni Sharwood poinformował nas, że pierwsze zdanie jego książki to : Letter Z is worth 1 point in Polish Scrabble - litera Z jest warta jeden punkt w polskiej wersji literowej gry Scrabble - czyli występuje z języku polskim bardzo często.
Dla porównania - w angielskim scrabble litera Z jest warte 10 punktów - maksimum.
Zajrzałem do słownika angielsko-polskiego (nota bene słownik wydany przez The Kosciuszko Corporation, New York)  - 1730 stron, tylko 3 strony słów na literę Z, wszystkie słowa pochodzą z innych kultur/języków - ZOO, zebra, zodiak...
To w jakiś sposób tłumaczy ten przekręt.

Jak wspominałem, nazwę góry i parku narodowego poprawiono, ale wiele innych miejsc pozostało przy bezZETnej nazwie, również w USA - KLIK, KLIK, 

Na koniec -istotna sprawa ---
Jak miał na imię Tadeusz Kościuszko?
Na pierwsze - Andrzej, na trzecie - Bonawentura.
Bonawentura - jakie piękne imię - znaczy Piękna Przygoda - KLIK.
Zalecenie - pamiętajcie o tym jak w rodzinie ktoś się urodzi - to imię męskie, ale dziewczynom też pasuje.

P.S.
Na Górę Kościuszki wdrapaliśmy się już niecały rok po przyjeździe do Australii.
Drugi raz w 2013 roku - luty - pełnia lata, a pogoda była jak na Mt Everest...


Wednesday, March 4, 2026

Jesień

 Skoro Marzec, to w Australii mamy jesień.

Pogoda w ostatnich dniach to potwierdziła - wilgotno, czasem duszno czasem chłodno.
Mój rytm życia dostosował się - senność i zmęczenie.

Poniedziałek - rano wizyta u fryzjera...
Zastałem go przed zakładem fryjerskim, palił papierosa, miał bardzo smutną minę.
Wtedy przypomniało mi się, że on jest Irańczykiem.
Z jednej strony korciło mnie spytać go o opinię na temat tego co się obecnie na tym świecie wyrabia, z drugiej.... jednak fryzjer ma pod ręką zbyt wiele ostrych narzędzi. 
Wolałem milczeć.

Klub książki...
Po wielu miesiącach posuchy przeczytałem książkę, która mną wstrząsnęła.
Fredrik Backman - My Friends - KLIK.
Trudno to opisać, ale wiele razy wzruszyłem się do łez, śmiałem się do łez... w końcu rozłościłem się na autora gdyż wyraźnie widziałem, że manipuluje moimi emocjami.
Treść - grupa zaniedbanych 14-latków przeżywa chwile radości w swoim towarzystwie.
25 lat później "dołącza" do nich 18-letnia Louisa - dziewczyna spędziła całe życie w rodzinach zastępczych, bardzo zastępczych. Jej jedyną podporą była podobna do niej Fish, ale właśnie zmarła - przedawkowanie.
Drugą podporą była pocztówka - po jednej stronie zdjęcie słynnego obrazu - The One of the Sea - Ktoś z morza? - nie potrafię tego właściwie przetłumaczyć.
Po drugiej stronie pocztówki - Kocham Cię. Mama.
Pocztówka od matki?
Nie w tej książce - to napisała Louisa, matka porzuciła ją gdy miała 5 miesięcy.
I oto ten właśnie obraz zostaje wystawiony na licytację.
Przybywają tłumy bardzo bogatych znawców sztuki, przybywa i Louisa z plecakiem wypełnionym puszkami ze sprayem...

Na spotkaniu klubowym dwie osoby podzielały moją opinię o książce, spora pociecha.

Wtorek, znowu wizyta w Neighbourhood House (Dom Sąsiedzki), tym razem pierwsze spotkanie Okrągłego Stołu, nowopowstałej grupy dyskusyjnej.
Temat HMS Nemesis - angielski statek wykorzystany podczas I Wojny Opiumowej - KLIK.
Wojna Opiumowa - pamiętam, że wspomniano o niej 70 lat temu na lekcjach historii, ale kogo interesowała historia Chin XIX wieku?
Przypomnę - rok 1839 , cesarz chiński zakazał angielskim kupcom sprowadzania do Chin opium. Anglicy odpowiedzieli wojenną interwencją.
Zadzwoniły alarmowe dzwonki - dopiero co USA porwały prezydenta Wenezueli i też chodzi o narkotyki - toż to identyczna historia choć w innym kierunku.

Na spotkaniu jednak nie dyskutowaliśmy o polityce ale o walorach technicznych parowca Nemesis.
Temat relacjonował Chińczyk - urodzony w Australii,  w młodych latach odwiedził Chiny jako pianista w zespole jazzowym. Po kilku miesiącach występów śpiewaczka zespołu zaszła w ciążę z perkusistą,  zespół się rozpadł, ale pianista pozostał jeszcze pół roku grając co wieczór w hotelowej restauracji.
Wyznam, że to zainteresowało mnie bardziej niż angielski parowiec.
Oczekuję dalszych spotkań w tym towarzystwie.

Temat chiński - ciąg dalszy.
W zeszłym tygodniu, jak co tydzień, zagrałem w toto-lotka.
Grałem w kiosku prowadzonym przez Chińczyków.
- Możesz wygrać 40 milionów - zauważyła pani drukująca mi kupon.
- Co ja zrobię z 40 milionami? Dam ci połowę - zadeklarowałem lekkomyślnie.
Oferta została przyjęta z uśmiechem.

We wtorek wieczorem sprawdzałem wyniki - JEST - tylko jeden zwycięzca - 40 milionów.
Przeszedł mię dreszcz - dać 20 milionów tej Chince - żaden problem.... ale przecież oni pewnie w tym kiosku wszystko nagrywają ( i przesyłają do Chin). Z łatwością mnie zidentyfikują i za parę dni zjawi się ktoś i zażąda tych pozostałych 20 milionów... a może i więcej!!!
Sprawdziłem kupon - nic nie wygrałem. ulga ale tylko częściowa - czy ta Chinka mi uwierzy?
Na szczęście w środę (tydzień temu) sprawę wyjaśniono dogłębnie - wygrał Chińczyk z odległego miasta, wygraną podzieli się z rodziną.
Przy następnej okazji spytam tej pani czy to jej krewny, jeśli tak, to może i mnie się coś należy?

Z ostatniej chwili...
W samochodzie zapaliło się światełko - kończy się benzyna.
Podjechałem do "mojej" stacji benzynowej, która z niezrozumiałych przyczyn sprzedaje benzynę sporo taniej niż inne stacje...

Out of order - nie działa... na szczęście ja używam Premium a tam jeszcze nie ma wywieszki.
- Dostawy paliwa wstrzymane - warknął do mnie pracownik stacji.

Pojechałem do USA... znaczy do Shella - mieli, 30% drożej niż w mojej stacji w zeszłym miesiącu.
- To z powodu wojny w Iranie? - spytałem.
- Chyba nie, cenę podwyższyli już tydzień temu - odpowiedziała sprzedawczyni.
Znaczy wiedzieli już wtedy.

Thursday, January 22, 2026

Perski dywan - 2

 

Po trudach i tarapatach poprzedniego odcinka pozwolę sobie na chwilę żeglugi na czarodziejskim dywanie...
Film Rzymskie Wakacje - nadal mój ulubiony film - KLIK.
Początek filmu - Rzym odwiedza para królewska nieokreślonego kraju, ale sądząc po przepychu wizyty musiało to być potężne królestwo i niektórzy recenzenci wspominali Iran.
W tym kontekście główna bohaterka filmu - Audrey Hepburn...

AudreyKHepburn.jpg
By Bud Fraker (1916-2002)  Public Domain, Link

... kojarzyła się z Sorayą, cesarzową Iranu...

Court Portrait by SAKO of Queen Soraya 1953.jpg
By SAKO - Public Domain, Link

Moja sympatia była i jest po stronie aktorki, swoją drogą... czy na załączonym zdjęciu nie wygląda ona bardziej irańsko i cesarsko niż cesarzowa Iranu?

Przepraszam, że włączam taką błahostkę do tak poważnego tematu, rzecz w tym, że gdy dotykamy Iranu, to żadna sprawa nie pozostaje błahostką.

Rzymskie wakacje - autorem scenariusza był Dalton Trumbo, ale o tym nikt nie mógł się dowiedzieć bo D. Trumbo został wpisany na czarną listę przez Komisję do Spraw Działalności Antyamerykańskiej. Jego autorstwo scenariusza zostało oficjalnie ujawnione dopiero w 2003 roku.

Film powstał w roku 1953, ale scenariusz był napisany już 2 lata wcześniej... i dobrze bo w roku 1953 w Iranie był stan wyjątkowy - CIA zorganizowało akcję obalenia rządu premiera Mossadegha, który m.in. znacjonalizował irańskie złoża ropy naftowej - KLIK.
Przewrót trwał 2 tygodnie, Amerykanie załatwili cesarskiej parze na ten czas.... Rzymskie Wakacje...


Po powrocie do kraju, Szach wprowadził sporo reform unowocześniających kraj - Biała Rewolucja - KLIK. 
Zasadniczo była to kontynuacja reform zapoczątkowanych przez obalonego premiera Mossadegha z tym że prokomunistyczne sympatie zostały zastąpione proamerykanizmem.

R. Kapuściński...
"...Teraz, w połowie lat siedemdziesiątych Iran zdobywa wielką fortunę. I co roby Szach?
Część pieniędzy rozdziela między elitę, połowę majątku przeznacza na armię, a resztę - na rozwój..."
===
Elita - 
"...Samolot linii lotniczych Lufthansa na lotnisku Mehrabad w Teheranie. Wszystkie miejsca wyprzedane. Samolot ląduje w południe w Monachium. Zamówione limuzyny wiozą pasażerów do eleganckich restauracji na obiad. Po obiedzie wszyscy wracają do Teheranu gdzie, już we własnych domach, oczekuje ich kolacja. Nie jest to droga rozrywka - dwa tysiące dolarów od osoby".
===
Armia -
"...Szach najlepiej czuł się w mundurze i najwięcej czasu poświęcał swojej armii...
Ile czołgów ma Wielka Brytania? Półtora tysiąca. Dobrze - mówi Szach - zamawiam dwa tysiące. Ile dział ma Bundeswehra? Tysiąc. Dobrze, zamawiamy półtora tysiąca...
Kiedy jedzie się dziś z Shirazu do Isfahanu, w pewnym miejscu przy szosie, na pustyni stoją setki helikopterów. Bezczynne maszyny zasypuje piasek. Całe pola porzuconych armat stoją pod Qom, pola porzuconych czołgów można obejrzeć kolo Avhazu.."
.
===
Rozwój -
"...Szach dokonał na świecie miliardowych zakupów i z wszystkich kontynentów popłynęły w kierunku Iranu statki pełne towaru. Ale kiedy dotarły do Zatoki okazało się, że Iran nie ma portów (o czym Szach nie wiedział), które mogłyby te statki przyjąć. Kilkaset statków stało w morzu czekając swojej kolejki, stały często pół roku. Za te przestoje Iran płacił towarzystwom okrętowym miliard dolarów rocznie.
Stopniowo rozładowano statki, ale wtedy okazało się, że Irnaan nie ma magazynów (o czym Szach nie wiedział). Na otwartym powietrzu, na pustyni, w koszmarnym upale leżało milion ton wszelakich towarów, z których większość nadawała się już tylko do wyrzucenia...".
===
Rewolucja - 
R. Kapuściński -
"...Od czasu Safavidów (XVI wiek) w Iranie istniała swoista dwuwładza - monarchii i kościoła, stosunki między obu siłami są różne, nigdy nazbyt przyjazne. Jeśli jednak równowaga zostaje naruszona, jeśli szach stara się narzucić władzę totalną, wówczas lud gromadzi się w meczetach i rozpoczyna walkę...".

Wikipedia -
"Protesty przeciwko szachowi objęły już ponad 10% ludności kraju; rzadko zdarza się, aby w rewolucje zaangażowało się nawet 1% ludności kraju.[102] Frustracja związana z szachem była tak wielka, że ​​poparły ją nawet grupy świeckie i lewicowe...." - KLIK - wersja angielska.

W ten sposób powstała Islamska Republika Iranu i trwa już 48 lat.
Co dalej?
W Iranie nie istnieje silna, zorganizowana opozycja więc logika wskazuje, że rozwiązanie przyjdzie z zewnątrz.
USA? Rosja? Chiny?
Z tej trójki najbardziej prawdopodobne są USA.

Tu zakończę polityczne dywagacje, przejdę do wspomnień.
Poprzedni wpis zacząłem utworem Na perskim rynku - proponuję posłuchać jeszcze raz - KLIK.
A więc - sporo lat temu, w Melbourne, trafiłem na perski jarmark i kupiłem.... no, wiadomo co - książkę...


Rubaiyaty Omara Khayyama - KLIK .

W praktyce wygląda to tak...


U góry wersja arabska, u dołu perska - a może odwrotnie?
Na sąsiedniej stronie tłumaczenia na angielski, niemiecki i francuski...


Już na pierwszy rzut oka widać, że angielskie tłumaczenie jest inne od dwóch pozostałych. To zasługa tłumacza - E. Fitzgerarda, którego ten typ poezji tak zafascynował, że nie wiedział kiedy tłumaczy a kiedy tworzy od nowa.
A po polsku...
A jeśli wino, które pijesz, wargi, które przyciskasz
KOŃCZĄ SIĘ , w Nicości, wszystkie rzeczy kończą się na Tak,
to wyobraź sobie, póki jesteś, jesteś tylko tym czym będziesz - Niczym -
Więc gdy cię nie będzie - nie będzie cię mniej.

Pocieszające.
Omar Chajjam - KLIK - pisał swoje wiersze w XI wieku. W większości wierszy pojawia się smak wina.
Zastanowiłem się - jak to jest z tym winem w Iranie?
Po irańsku... od początku istnienia w Persji produkowano i konsumowano wino. W VIII wieku nadszedł Islam, który zabrania pić wino, ale w tłumaczeniu na perski jakoś to się pomieszało. Dopiero rewolucja islamska 1979 roku kategorycznie rozwiązała problem - zaprzestano produkcji wina.

Kończę więc moją wizytę w Iranie, duchem jestem w winnicach Sziraz, ciałem w Australii, a na stole...



Nazwa wina - Wiara.

Thursday, July 31, 2025

Miłość, która zabiła

Umińska. Miłość, która zabiłaUmińska. Miłość, która zabiła by Marta Sztokfisz
My rating: 3 of 5 stars

Opowieść o tragedii i jej bohaterce.
W lipcu 1924 r, Stanisława Umińska, młoda aktorka zdobywająca ogromną popularność na warszawskich scenach teatralnych, zabija swojego ukochanego, który doświadczał ogromnych męczarni w paryskim szpitalu.
Proces odbył się w lutym 1925 roku, wyrok - niewinna.
Przez następne 52 lata Stanisława Umińska będzie się zmagać ze wspomnieniami i z poczuciem winy.
Większość tego czasu spędzi na opiece nad osobami na społecznym marginesie - prostytutki, osoby chore, niedorozwinięte dzieci.
Czy to pokuta, czy sposób na zapomnienie winy?
Nie wiem co skłoniło autorkę do podjęcia tego tematu.
Była to ryzykowna decyzja - z jednej strony - temat poważny i aktualny - wszak wciąż żywe są dyskusje na temat eutanazji. Z drugiej strony - ryzyko zachłyśnięcia się sensacyjną stroną wydarzenie, skandalem.
Według mnie autorka dobrze dała sobie radę - książka skłoniła mnie do prywatnych rozważań.
Bo też moja relacja z bohaterką książki ma również prywatny wymiar...


Stanisława Umińska - siostra mojej matki - dla mnie to była zawsze Ciocia Stasia.
Odwiedzała nas wielokrotnie a ja cztery razy spędziłem wakacje w prowadzonych przez Nią ośrodkach.
Niestety, czytając książkę z tej pozycji, jestem bardziej czuły na błędy, które często są po prostu niechlujstwem.
Mam przede wszystkim na myśli wielokrotne błędy w imionach i nazwiskach krewnych bohaterki - Maciej zmienia się w Michała, Władek w Włodzimierza, Kazimierz w Mieczysława.  Uzdrowiciel Clive Harris zmienił nazwisko na Charris. Ktoś działa w tajemniczej organizacji Charitas.
Brakowało mi również indeksu osób wspomnianych w książce - autorów cytowanych recenzji.

Jednak główny wymiar to opowieść o życiu Cioci Stasi i książka pomogła wrócić mi do wielu wspomnień - szczególnie tego ostatniego - pogrzebu.
Po mszy żałobnej dołączyłem do grona zakonnic, które wynosiły trumnę z kościoła.
Od razu poczułem się bardzo niewyraźnie, byłem wyższy od zakonnic i musiałem mocno się schylić, nie byłem pewien czy wytrzymam wystarczająco długo w tej pozycji.
Niepotrzebne obawy - niech pan da sobie spokój - powiedziała któraś z zakonnic - dla nas to chleb powszedni. Splotły razem ramiona i płynnie przeniosły trumnę na furmankę.
Zdałem sobie sprawę, że to one stanowiły Jej rodzinę przez większość Jej życia.

View all my reviews

Monday, July 14, 2025

Klub książki

 Zima w mojej okolicy...
Znaczy, w nocy temperatura spada do 7C na zewnątrz, 15C w domu.
Rodzina w ruchu - w ostatni weekend nasza córka była z mężem na nartach terenowych, ich córka wędrowała z koleżanką po skalistej pustyni w centrum Australii, nasz najstarszy wnuk był w Polsce z harcerzami spod Krzyża Południa (Australia i Argentyna), średnia wnuczka spotkała się z jeleniem na tatrzańskim szlaku, a my...?

Przypomniały mi się słowa Wieszcza:
"O czym tu dumać na paryskim bruku... "

Paryski bruk - za daleko, poprosiłem ChatGPT o coś bliższego...

„O czym tu dumać wśród eukaliptusów?” (stylizowany na A. Mickiewicza).

O czym tu dumać w spiekocie południa,
Gdzie wiatr gorący w pustynię się wdziera,
Gdzie niebo pali, a ziemia bez studni,
I ani brzozy, ni cienia z modrzewia? 

Ojczyzno moja! – rzekłbym z tęsknotą,
Lecz głos zamiera pod słońca naporem.
Tu inny pacierz, tu inne pieśni,
Tu święta w grudniu z palmowym kolorem.

.....

Do Świąt jeszcze daleko, najbliżej było na comiesięczne zebranie klubu książki.
Kluby książki są obecnie bardzo popularne - organizują je biblioteki, organizują ludzie w swoich domach, ja od pewnego czasu chodzę zebrania klubu książki w pobliskim Neighbourhood House (Dom Sąsiedzki).
Na zebrania przychodzi maksimum 9 osób, ja jestem jedynym mężczyzną w tym towarzystwie - normalne. Dzisiaj dyskutowaliśmy książkę Anny Funder - Wifedom.
Wifedom?
To chyba oznacza los żony.
Smutny los.

Eileen O’Shaughnessy - żona pisarza - pochodziła ze średnio zamożnej rodziny, studiowała, planowała karierę naukową.
Przypadkiem spotkała Orwella (prawdziwe nazwisko Eric Blair), zakochała się i...
Wzięli ślub i Eileen całkowicie podporządkowała się stylowi życia męża.
Oznaczało to zaprzestanie studiów, przeprowadzkę do chatki w małym miasteczku i pracę od świtu do nocy - ogródek, sklepik warzywny, gotowanie i sprzątanie, edytowanie i maszynopisanie artykułów i książek męża. 
Na dodatek mąż miał nieprzeciętny erotyczny apetyt i nie próbował nawet ukrywać przez żoną swoich romansów.
Mało tego, podczas kilkutygodniowej kuracji w Casablance, Eric poprosił żonę o pozwolenie na odwiedzenie burdelu i spróbowanie jak "smakują" Marokanki.
Pozwoliła.

Książka Wifedom to rozważania autorki nad smutnym losem Eileen i próba uogólnienia tego losu na los wszystkich mężatek.
Osobna sprawa to długa lista zarzutów skierowana do biografistów Orwella - całkowicie ignorują istnienie i rolę Eileen w życiu pisarza.

Moja ocena - książka dobrze napisana, ale czasem gubi się w nadmiarze detali. Do tego raczej siłowe argumenty na temat żałosnej roli kobiety w małżeństwie.

Wydaje mi się, że moja obecność na zebraniu była trującym grzybem w barszczu.
Po pierwsze zauważyłem, że Eileen wyszła za mąż z własnej woli i że w każdej chwili mogła się rozwieść. W jej czasach i środowisku nie byłby to żaden skandal.
Po drugie... nadmieniłem, że niedawno obchodziłem wraz z żoną 60 rocznicę ślubu i żona uważa, że były to dobre lata.

P.S.
George Orwell - Wikipedia.
Eileen O’Shaughnessy - Wikipedia - polskiej wersji brak.

Wednesday, March 5, 2025

Wyścig

W Tłusty Czwartek wspominałem historię karnawału, w tym wyścigi ulicami Rzymu - przypomnę - w poniedziałek przed Tłustym Czwartkiem biegli Żydzi.
Dzisiaj - Środa Popielcowa - naszło mnie wspomnienie książki czytanej wiele lat temu...


Wydawnictwo Czytelnik - 1957.

Ponieważ papież lubił karnawał więc wymyślił nadzwyczajną sztuczkę: niech Żydzi dostarczą jednego wyścigowca, żeby się wszyscy uśmieli.
Niech ten nieszczęsny wyścigowiec obiegnie w karnawale trzy razy dokoła miasta i niech sobie cwałuje na golasa, papież zaś wraz ze swoimi słoniami i damami będzie siedzieć na złotych stołkach i śmiać się na całe gardło.
Jak to się mówi: dla jednego zapusty, a dla drugiego galop na brzuch pusty. 

Zebrali się Żydzi na postną konferencję: kto będzie tym zamęczonym koniem?
Żydzi bywają rozmaici: jedni nawet na brzuchu mają karaty, a inni tylko bezpłatne łzy.
Na przykład ja leżę już na jedenastych drzazgach, a jakiś tam Rotszyld wcina teraz pewnie kozę.
W Rzymie również byli kupcy pierwszej gildii, i żebracy z cmentarza, co za kawałek chleba ronią wiadra łez nad każdym wyznaczonym grobem. 
Któż więc ma cwałować wokół miasta?
Ma się rozumieć, że nie rabin – to przecież mąż uczony i bez niego wszyscy zgłupieją; ma się rozumieć, że nie rzymski Rotszyld – któż, gdyby go zabrakło, będzie raz do roku karmił żebraków zlewkami z kuchni?
Każdy Żyd wysupływał złotą monetę, żeby tylko nie cwałować, dawali i biedacy, bo przecież warto sprzedać szabasowe lichtarze czy surdut albo nawet poduszkę, żeby tylko nie umrzeć na golasa przed zwariowanymi słoniami.
Ale się znalazł jeden nieszczęśliwy krawiec, który nie miał ani surduta, ani lichtarzy, ani puchowej poduszki, ani jedwabnego tałesu. On miał tylko żonę, sześcioro dzieci i odpowiednie zmartwienie, a tego nie da się wymienić na odpowiednia monetę.
Nazywał się ten krawiec, mam wrażenie, Lejzor (…)
Nadeszła chwila zapowiadanych wyścigów.
Papież przeżegnał się, wychylił jeszcze jedną ćwiartkę wina i wdrapał się na swój stołek, dokoła zaś porozsiadali się różni kapłani oraz ślicznotki z witrynami i po prostu różne malowane łobuzy.
Byli to ludzie nabożni, a z nimi sam papież – i dlatego oni wszędzie porozwieszali wizerunki waszego miłosiernego Boga. Wizerunki były zrobione ze złota, ze srebra, z brylantów za cały milion rubli, żeby wszyscy wiedzieli jacy oni hojni i jakiego mają luksusowego Boga.
Siedzi sobie papież cały w aksamitach, a nad nim olbrzymi krzyż wprost od jubilera, na krzyżu Chrystus – nie żeby tam pozłacany czy dęty, nie – z masywnego złota całkiem nadzwyczajnej próby. Coś pięknego!
Gdzież jednak, mówiąc nawiasem, ten ludzki wyścigowiec?
Przyprowadzono więc Lejzora, a za nim przyszła żona i cała szóstka dzieci i wszyscy oni okropnie krzyczeli.
Wszakże nawet małe dziecko rozumie, że nie można bez wytchnienia oblecieć trzy razy dokoła Rzymu, a niech się tylko przystanie, to natychmiast stajenni papieża zaczynają człowieka ćwiczyć batami. Czyli, że to jest tyle, co iść na pewną śmierć.
Lejzor zaczął ściągać ze sto razy łatane spodnie.
Papieża ze śmiechu aż rozbolał brzuch…
Widowisko było dość wesołe, bowiem taki nieszczęśnik w spodniach to już niezły kawał, bez spodni zaś – prawdziwie do rozpuku (…)
Lejzor siadł na kamieniu. Objął swe gołe kolana i jeszcze raz westchnął, ale tak westchnął, że wicher wionął przez calutki Rzym: to on się tak żegnał z życiem.
A potem to on naturalnie wstał i pobiegł truchtem jak stara szkapa (…)
Tak obleciał jeden raz dokoła Rzymu. Już z trudem unosił nogi i stajenni coraz częściej podcinali go biczami, tak że jego ciało spływało krwią. Ale wszak trzeba było obiec jeszcze dwa razy i Lejzor wiedział, że nie obiegnie (…)
Padł na ziemię i zaczął oczekiwać śmierci.
Wtedy właśnie zdarzył mu się ten bezwzględny przesąd.
 On raptem widzi, że drogą cwałuje nagi Żyd i że to wcale nie on, Lejzor, tylko jakiś inny Żyd.
Co znowu za kawały?
Przecież wszyscy Żydzi wykupili się od wyścigu.
Przygląda się więc Lejzor temu innemu Żydowi i dziwi się coraz mocniej: “Przecież on jest do mnie podobny, też skóra i kości i pot leje się gradem, i we krwi cały, i też bródka dygocze, że od razu widać: kaput.
Ale oczy to ma chyba nie moje i nos innego kształtu. Czyli że to nie ja tylko inny Żyd.
Więc ktoż by to mógł być?”…
I Lejzor go zapytuje: “Skąd się tu pan wziąłeś? Pan ma znajomą twarz, zdaje mi się, że już pana widziałem, ale ja przecież nie mogłem widzieć, bo ja nigdy nie wyjeżdżałem z Rzymu.
A może ja już umarłem i mnie się to tylko śni?
I dlaczego to pan cwałuje, kiedy powinienem biegać ja?"
Wtedy ten drugi Żyd mówi do Lejzora: “Nazywam się Jehoszua i pan mnie nie może znać, ponieważ ja już dawno umarłem, a pan jeszcze żyjesz.
Jednak się panu wydaje, że mnie pan zna, boś pan z pewnością widział moje wizerunki.
Oni mnie nazywają najśmieszniejszymi słowami, ale ja zaraz panu powiem, kto ja jestem: jestem biednym Żydem. Pan wprawdzie jesteś krawcem, a ja byłem cieślą, ale my się zrozumiemy.
Ja pragnąłem, aby na ziemi panowała całkowita prawda.
Któryż biedak nie pragnie tego?
Ja przecież wiedziałem, że rabin wypowiada mądre słowa i że Rotszyld zjada kaczkę, i że nie ma na ziemi ani sprawiedliwości, ani miłości, ani najzwyklejszego szczęścia (…)
Ja lubiłem, Lejzorze, gdy przygrzewało słońce i gdy śmiały się dzieci, i gdy wszystkim ludziom było dobrze, kiedy wszyscy pili wino, uśmiechali się do siebie, kiedy paliły się szabasowe świece, a na stole leżał rumiany bochen chleba.
Ale któryż nędzarz tego nie lubi?
Więc mnie wpierw, naturalnie, zabito, a teraz mi nie dają spokojnie leżeć w ziemi (…)
Ja sobie leżę w ziemi i nagle widzę tego rzymskiego papieża.
On śmieje się wraz z poprzebieranymi łotrami i obmyśla pańską wesołą śmierć, i cóż – wisi nad nim mój złoty wizerunek, a ja to widzę poprzez cmentarną ziemię.
Wtedy przybiegam tutaj i oto pan musisz umrzeć, bo ja marzyłem o całkowitym szczęściu.
Biada mi! Biada!
Oni powiadają, że jestem wszechmocny. Czy widziałeś pan kiedy biednego Żyda, który by wszystko mógł?
Toż gdybym mógł tylko połowę wszystkiego, toż czyżbym nie wykrzyknął: “Dość”!
Czyż Rotszyld zjadałby wtedy wszystkie kaczki, czy papież siedziałby na złotym stołku, a pan biegałby dokoła Rzymu?
Ja mogę tylko nie mieć chwili spokoju. Ja mogę tylko w dzień i w nocy biec krwawym cieniem, tak jak biegł dzisiaj pan”.
Wówczas Lejzor uniósł się i uściskał tamtego Żyda: “Ja pana żałuję, cieślo Jehoszua, ja przecież już teraz wiem, co to znaczy biegać.
Ale ja panu jedno powiem: dzisiaj może pan odpocząć, dzisiaj może pan spokojnie leżeć w swoim grobie. Po cóż mamy biegać we dwójkę?
Dzisiaj biegam ja za pana i za siebie."
Ale martwy Żyd tak odpowiedział Lejzorowi: “Nie, pan jeszcze może żyć, pan masz sześcioro dzieci, to nie żarty. Wydaje mi się, że nam uda się ich podejść. Nie będą się przyglądali naszym nosom, a z daleka jesteśmy do siebie podobni.
Więc niechże pan sobie leży w tej głębokiej rozpadlinie, a ja tymczasem obiegnę dwa razy dokoła Rzymu. Niech się pan ze mną nie kłóci: przecież ja i tak będę musiał zaraz gdzieś pędzić, jak nie tu, to w jakimś innym mieście, ponieważ oni z pewnością teraz znów kogoś zabijają i wymawiają przy tym moje imię, żebym ja tylko nie mógł spokojnie leżeć".
 Rzekłszy to popędził wokół miasta i stajenni siekli go batami, i kpiły z niego wszystkie bezwstydne słonie...

Ilya Ehrenburg -  Paryż, kwiecień-październik 1927.

Powrót do faktów - jak wspomniałem w Czwartkowym wpisie, w wyścigu ulicami Rzymu (dystans poniżej 2 km) brały udział różne grupy ludzi tak że nie była to specyficznie antysemicka impreza, dopiero zachowanie publiczności zaostrzyło atmosferę. W 1547 roku żydowski biegacz zmarł podczas biegu i Żydzi przestali brać w nim udział, ale nadal musieli brać udział w karnawałowych imprezach co dawało okazję do antysemickich wybryków. Od 1668 roku Żydzi nie musieli brać udziału w karnawałowych imprezach, zamiast tego płacili dodatkowy podatek.

Ilia Ehrenburg - bardzo kontrowersyjna postać, książka - Przygody Lejzorka Rojtszwańca - jest prawie nieznana na świecie, ale mnie się bardzo podobała.

P.S1. Fakty na temat biegu Żydów w Rzymie - KLIK.
P.S2. Ilja Ehrenburg - KLIK.

Wednesday, February 5, 2025

Luty - pogoda i okolice

 Luty przyniósł nam upał.
Normalne.

Oczywiście w Australii pogoda to zawsze sprawa względna - na północnym wschodzie mamy powódź - KLIK a w naszym (południowym) stanie pożary - KLIK.

Melbourne jest dość bezpieczne, pozostał nam więc UPAŁ.

Doskonałą ilustracją był wybór muzyki przez stację radiową - ABC/Classic - Camille Saint-Saens - Karnawał Zwierząt - ŻÓŁW - KLIK.

A przecież w oryginale było  TAK.

Upał znacznie ograniczył moją ruchliwość, więcej czasu na czytanie...


Przepiszemy ci kota (na receptę).
Całkiem ciekawa lektura.

Również nieco więcej czasu przed telewizorem, jedna z pierwszych rzeczy, którą zauważam to, że pewien temat ogromnie się skurczył - wojna na Ukrainie - kilka tygodni temu relacjonowano ją codziennie, była to kwestia bytu/niebytu Polski i części Europy, teraz temat zniknął okazuje się, że może jest to kwestia dogadania się w temacie dostawy rzadkich minerałów do USA.... acha i przy okazji, niektórzy kwestionują prezydenturę W. Żełeńskiego gdyż kadencja zakończyła się ponad rok temu.

W głowie się kręci, to może lepiej wyjść na słońce.
Zmierzyłem się z upałem w poniedziałek. Słysząc prognozy pogody zaproponowałem, że odbiorę naszą najmłodszą wnuczkę ze szkoły.

Jazda klimatyzowanym samochodem nie była problemem, wydało mi się że samochody na ulicy jechały ostrożniej, być może był to wynik dość częstych przejazdów karetek pogotowia.

Wreszcie szkoła - wysiadam z samochodu i czuję jakby ktoś założył mi jakąś kłódkę na mózg.
Byle szybciej do wnętrza budynku, podobnie zachowują się inni rodzice, pewnym urozmaiceniem są dość liczne matki ubrane w bardzo obfite, ciemne stroje - one idą spokojnie i z wdziękiem.

Dowożę wnuczkę do domu i wypakowuję smakołyki jakie przygotowała wnuczętom Babcia.

Szykuję się do odwrotu, nawet kot nie ma siły mnie pożegnać...

Wednesday, November 27, 2024

Uff jak gorąco

 Jak dotąd wiosnę mieliśmy raczej umiarkowaną, przez większość dni musieliśmy rano włączać ogrzewanie na kilka godzin, ale w ostatnim tygodniu aura chyba zorientowała się, że do oficjalnego lata został już tylko tydzień i... najlepszą ilustracją jest statystyka zużycia prądu...

Nasze życie domowe jak na dłoni - w środę rano jeszcze trochę trzeba było się podgrzać, w piątek od wczesnego rana do domu wlewał się upał a klimatyzacja starała się go wypchnąć.

Kilka lat temu wymieniliśmy wszystkie słoneczne okna na takie z podwójnymi szybami, to zrobiło poważną różnicę, nie wiem co to by było gdybyśmy tego nie zrobili.
Ktoś może powiedzieć, że to odczuwalne efekty zmiany klimatu, rozsądek mówi - starzeję się... i to okropnie.

W piątek wykres jeszcze nie osiągnął szczytu, ale to nie była kwestia pogody tylko wyjścia na kilka godzin na rodzinny lunch.
W samochodzie mamy klimatyzację, ale gdy trzeba było przejść kilkadziesiąt kroków czułem się marnie. Oficjalnie temperatura osiągnęła 38C, była też spora wilgotność powietrza.
W domu udaje nam się obniżyć temperaturę do 21C, ale jednak nie lubię tego rodzaju chłodu więc trudno było siedzieć tyle godzin bezczynnie.
Pomocną dłoń wyciągnęła nieformalna polonijna grupa, która zorganizowała pokaz filmu - Ja. Kopernik.
Nie dość, że obejrzałem bardzo sympatyczny film, to po projekcji był quiz z wiadomości o życiu astronoma, a jak quiz to nagrody - bogaty wybór pierników, pierniczków.
Radosne jest życie staruszka/piernika.

W nocy temperatura nieco spadła, ale w sobotę rano mocno przygrzało. 
Na szczęście moja lokalna biblioteka wyciągnęła pomocną dłoń - przysłali mi informację, że mają dla mnie książkę, po którą ustawiłem się w kolejce kilka dni temu - a więc jazda do biblioteki, jakiś sposób spędzenia czasu.
Książka - Orbital angielskiej autorki Samantha Harvey - zdobyła tegoroczną Booker Prize - nagroda za najlepszą książkę napisaną w języku angielskim.
Miałem dużo szczęścia bo zalogowałem się na stronę biblioteki parę minut po tym jak w telewizji zaanonsowali wyniki konkursu. Biblioteka miała jeden egzemplarz książki, był wypożyczony, zwrot oczekiwany za kilka dni - zarezerwowałem. 2 dni później kolejka wzrosła do kilkunastu osób, ale ja byłem na pierwszym miejscu.

Przeczytałem 20 stron książki - sympatyczne wrażenie - oddalenie od Ziemi pozwala astronautom odkryć gęstą sieć nici, które łączą nas z naszą planetą.
Jestem tradycyjnym czytelnikiem tradycyjnej literatury więc sympatyczne wrażenie może łatwo przekształcić się w zniecierpliwienie, że nie ma w tym żadnej akcji.
Na szczęście książka ma tylko 130 stron więc może czar nie pryśnie.

W niedzielę, jeszcze przed świtem, obudził mnie silny szum deszczu.
Zajrzałem na plac budowy za płotem...


Na płocie siedział ślimak, w trawie przebiegła jaszczurka. na chodniku pojawił się medal za ochronę przyrody.

Opisane w książce rozważania astronautów nabrały kolorów.

P.S1. Link do rozmowy z twórcami filmu Ja, Kopernik - KLIK.
P.S2. Recenzja książki Orbital - KLIK.

Wednesday, October 9, 2024

Wolność od - do

 Zacznę od wspomnienia piosenki - KLIK.

Szeroka strana maja radnaja
mnogo w niej...
Ja drugoj takoj strany nie znaju
gdie tak WOLNO dyszit czełowiek...

Patrząc na powyższe video jestem przekonany, że uczestnicy parady dyszeli i to bardzo szybko.

Google podsunęło mi uzupełnienie - KLIK.
Tu szeroka strana jest jeszcze szersza a ludzie dyszą... ledwo, ledwo.

Właśnie wpadła mi w ręce książka Margaret Atwood - Freedom (Wolność) - KLIK.
Google podsunęło tuziny komentarzy na temat tej książki, wszystkie powtarzają poniższe słowa:
"Czy możemy kiedykolwiek być całkowicie wolni? W tej książce zapierających dech w piersiach wyimaginowanych skoków, które przywołują dystopie i magiczne wyspy, Margaret Atwood trzyma lustro przed naszym własnym światem. Odbicie, z którym się mierzymy, mężczyzn i kobiet w więzieniach, dosłowne i metaforyczne, jest przerażające, ale jest to również wezwanie do broni, aby mówić i działać, aby zachować naszą wolność, póki jeszcze możemy. I w tym jest nadzieja."

Kobiety i mężczyźni w więzieniach...
Odetchnąłem z pewną ulgą, że nie tylko kobiety, ale i mężczyźni. A więc jest jakaś równość.

Zacznijmy jednak od początku -
Wolność do - do robienia tego co nam się podoba.
Według mnie kończy się w momencie gdy człowiek jest relacji z drugą osobą - od tej chwili musimy mieć na uwadze jak ta druga osoba zareaguje na naszą akcję.
Im większy krąg ludzi tym większa zależność i ograniczenia.

Wolność od - niebezpieczeństw...
Każda społeczność tworzy jakieś mechanizmy obronne przed grożącymi jej niebezpieczeństwami.
Obecnie szczytową formą takiej społeczność jest państwo, które stara się zapewnić nam bezpieczeństwo na poziomie międzynarodowym - armia, układy obronne z innymi państwami.
Organizuje ekonomię, która pozwoli nam egzystować na akceptowalnym poziomie.
Edukację, opiekę zdrowotną... lista jest długa.
Oczywiście każda z tych wolności kosztuje nas podporządkowanie się licznym przepisom.

W tym momencie zakończę te rozważania gdyż wydają mi się tak oczywiste, że szkoda mi słów, tym bardziej, że trawa już się podgrzała po mroźnym poranku.

Co w trawie piszczy...
Zasadniczo bez zmian, w ciągu ostatnich 10 dni opuściłem tylko jeden spacer.
Tu sportowa strona trawników - golf...


Krykiet...

Dodatkowym uzupełnieniem spacerów stały się jaskółki.
Już trzy razy przywitały mnie nurkowym lotem na poziomie moich stóp.
Zastanawiam się nad ich motywacją.
Z jednej strony stara tradycja mówi, że jaskółki nisko nad ziemią zapowiadają deszcz. Z tym bywa u nas różnie, zastanawiam się zatem czy nie ma tu wpływu zapach moich stóp - najprostsza interpretacja  - wkrótce wyciągnę nogi.

Tuesday, September 17, 2024

Gdy Bóg patrzył w inną stronę

 17 września - 85 rocznica napaści Związku Radzieckiego na Polskę...

Kilka dni temu szperałem po półkach z książkami i w oczy rzuciła mi się książka - When God Looked the Other Way -

 Więcej tutaj - KLIK.

Autor Wesley Adamczyk, po naszemu Wiesław.
Autora poznałem dzięki kontaktom z Dziennikiem Związkowym w Chicago - KLIK. Przez pewien czas współpracowałem z nim zbierając wspomnienia osób, które przeżyły zsyłkę na Syberię i do Kazachstanu.

W 2008 roku miałem przyjemność spotkać go osobiście w Warszawie...


Przepraszam za przypadkowy strój ale byłem w Warszawie przelotem podróżując z Biegu Świętojańskiego w okolicach Skoczowa do Juraty na zjazd blogerów Bloxa.

Słowo o książce...
Wiesław Adamczyk miał 7 lat gdy wraz z matką i dwójką rodzeństwa został deportowany do Kazachstanu, ojciec w tym czasie walczył w Polskiej Armii (został zamordowany w Katyniu).
"Dostawcy" wprowadzili ich do jakiejś budki na środku stepu, w środku, na gołej podłodze siedziały 4 miejscowe osoby, dołączyli do nich.
Autor napisał książkę z pozycji dziecka, nie sili się na wyjaśnianie czegokolwiek, opisuje swoje, bardzo ograniczone obserwacje - jedzenie, zawszenie, zachowanie otoczenia.
Niewątpliwie jest to wada książki, szczególnie w sytuacji gdy brak jest obszerniejszych relacji na ten temat. Dla mnie osobiście jest to wzruszające - bardzo autentyczna relacja 8-letniego chłopca.
Po niecałych 2 latach, w ramach repatriacji Armii Andersa, zostali wypuszczeni z Kazachstanu i wędrowali do Krasnowodska (obecnie Türkmenbaşy w Turkmenistanie) - portu nad Morzem Kaspijskim. Tam wsiedli na niesamowicie przeładowany (4,500 osób) statek  - Kaganowicz - nazwany tak na cześć Leona Kaganowicza, którzy zasłużył się ojczyźnie wdrożeniem w życie stalinowskiego planu zagłodzenia Ukrainy, i w ciągu 2 dni dopłynęli do irańskiego portu Pahlavi (obecnie Bandar-e Anzali).
Podczas tej podróży, na skutek wyczerpania, zmarło 650 osób.
Matka Wiesia, natychmiast po wylądowaniu trafiła do szpitala i po kilku dniach zmarła.
Nastąpiło wiele lat pobytu w obozach i sierocińcach, ostatecznie w 1949 roku Wiesio dotarł do USA.

Moje rodzinne wspomnienia...
Ciocia Krysia...


Pierwsza z lewej w górnym rzędzie.

Miała 22 lata gdy wybuchła wojna.
Jej ukochany żydowskiego pochodzenia uciekł na wschód.
Po kapitulacji Polski ciocia postanowiła do niego dołączyć - przedostała się przez "zieloną granicę" do Lwowa, spotkała ukochanego, który już chyba nie miał złudzeń co do tego w jakim systemie się znajdują.
Po kilku dniach NKWD aresztowało ciocię pod zarzutem, że jest niemieckim szpiegiem.
Zarzuty szybko się rozwiały, a ciocia została przeniesiona do więzienia w Moskwie. Po ponad roku, więzienie zostało zbombardowane przez Niemców i cioci udało się uciec.
Zgłosiła się do władz jako pielęgniarka i została wysłana do pracy w obozie w okolicach Irkucka.
Tam dowiedziała się o porozumieniu Stalina z gen. Andersem i otrzymała oficjalny list zezwalający jej na podróż do Krasnowodska. List zapewniał bezpłatny przejazd.
Według cioci wiadomość o porozumieniu była trzymana w tajemnicy i większość zesłańców się o nim nie dowiedziała.
Podróż do Krasnowodska - 5,400 km.
Ciocia opowiadała, że czasami kilka dni przesiadywała na dworcu kolejowym czekając na pociąg we właściwym kierunku, żaden rozkład jazdy nie istniał. 
Wyżywienie - raz na dzień na dworcu otwierali na kilka godzin kuchnię - chleb i wodnista zupa.
Czasami nie jadła przez kilka dni, żebrała.
Wreszcie dotarła do portu, potem Iran - tu ciocia poznała Johna, amerykańskiego żołnierza pochodzącego z terenów obecnej Białorusi.

Pobrali się i po zakończeniu wojny pojechali do USA.

Tuesday, August 6, 2024

Werfel

 Poprzedni wpis był o wycieczce do Stanowej Biblioteki w Melbourne.
Dzisiaj będzie o tym po co tam pojechałem.

Wpis jest w kategorii Historia, to ostrzeżenie - będzie dużo o tym co mi się zdawało a czego teraz już i tak nie ma.

Werfel - czy komukolwiek to słowo się z czymkolwiek kojarzy?

W pierwszych latach PRL to było dość znane nazwisko - Roman Werfel - KLIK - niby nie zajmował żadnego znaczącego stanowiska, ale był wpływową osobą w prasie i publicystyce.
Dlatego szokiem dla mnie było gdy pod koniec szkoły podstawowej wpadła mi w ręce książka - Pieśń Bernadetty - KLIK - opowieść o życiu Bernadetty, dziewczynki, której w grocie w Lourdes objawiła się Matka Boska. Autor - Franz Werfel.

Wprawdzie imię inne, ale w tamtych czasach nie zwracano zbytniej uwagi na takie szczegóły.
Jak to możliwe - myślałem - że czołowy propagandzista komunistyczny jest wyraźnie skoligacony z propagandzistą katolickim?

Minęło 60 lat i nazwisko Werfel zakołatało do mojej świadomości.
Mocno zafascynowała mnie Alma Mahler - jak nazwisko wskazuje żona słynnego kompozytora Gustawa Mahlera, która zdążyła również poślubić słynnego architekta Waltera Gropiusa i wspomnianego wcześniej Franza Werfla.
Z tym ostatnim przeżyli niezwykłą przygodę.
Przed włączeniem Austrii do Rzeszy w 1938 roku, Franz Werfel, który był Żydem uznał, że trzeba emigrować. Przenieśli się do Francji i zaskoczyła ich tam okupacja niemiecka.
Jedyną drogą ucieczki była emigracja do USA - statek z Lizbony do Nowego Jorku.
Trzeba było nielegalnie dostać się do Hiszpanii a dalej już droga była względnie prosta.
Zamieszkali więc w Lourdes, kilkanaście kilometrów od granicy z Hiszpanią, i tam czekali na okazję.
Sprawa się komplikowała i zdesperowany Franz złożył uroczyste ślubowanie, że jeśli się wydostaną z Francji to napisze bestseller na temat objawienia Bernadetty.
Nie minęło wiele czasu i trafiła się okazja - amerykański dyplomata - Varian Fry - organizował regularny transfer żydowskich uciekinierów przez granicę francusko-hiszpańską.
Franz i Alma trafili na świetne towarzystwo - razem z nimi uciekali Henryk Mann, brat Tomasza Manna i syn Tomasza Manna - Golo.
Pewnym kłopotem był bagaż Almy - 18 walizek - Varian Fry przewiózł je legalnie przez granicę pociągiem do Madrytu jako swój osobisty bagaż.
Po osiedleniu się w USA Franz zabrał się ostro do roboty, książkę Pieśń Bernadetty wydano w 1941 r,  po angielsku w 1942 r, i zyskała ogromną popularność - Werflowie stali się bardzo zamożnymi ludźmi.

Wracam do rzeczywistość (względnej).
Do biblioteki pojechałem czytać książkę F. Werfla, ale nie Pieśń Bernadetty lecz inną jego sławną(?) książkę - 40 dni Musa Dag.
Sławna książka - wspomniana wyżej książka to zbeletryzowana relacja o tureckiej rzezi Ormian podczas I Wojny Światowej. Wydana w 1933 roku książka przyniosła F. Werflowi wielką popularność, był kandydatem do Nagrody Nobla, oraz ogromne uznanie społeczność Armeńskiej.
Publikacja książki zbiegła się z przejęciem przez Nazistów władzy w Niemczech. Książki F. Werfla - Żyda - spłonęły na stosie, ale 40 dni Musa Dag można nadal było dostać w niemieckich księgarniach. Książka stała się bardzo popularna wśród Niemców pochodzenia żydowskiego, którzy widzieli w niej zapowiedź Holocaustu.
Bardzo zaskoczyła mnie informacja, że książkę przetłumaczono ponownie na angielski w 2012 roku i właśnie to wydanie przejrzałem w ostatnią sobotę.
Przejrzałem - niestety już po kilku stronach zdałem sobie sprawę, że nie dam rady tej książki przeczytać. Nie myślę to nawet o starannym przeczytaniu 881 stron, ale choćby poczuć klimat książki, poczuć jakieś zainteresowanie.
NIC :(
Fakt wydania książki obecnie w Anglii bardzo mnie zastanowił - czyli wydawca liczy na licznych czytelników, dlaczego ja nie załapałem się do tej grupy?
Czy ja jestem taki młody duchem czy to objaw postępującej demencji?

Z biblioteki wychodziłem smutny, moją uwagę przyciągnęła książka na półce z nowościami...


Kalifornijskie życie Czesława Miłosza?!?
Okazuje się, że książkę wydano już w Polsce - KLIK.
Cz. Miłosz jest o pokolenie młodszy od F. Werfla
Czy książka zyska zainteresowanie?

Przypisy:
1. Teresa Torańska w książce ONI poświęca Romanowi Werflowi obszerny rozdział - polecam - KLIK.
2. Franz Werfel - KLIK.
3. Varian Fry - KLIK.
4. The Forty Days of Musa Dagh - KLIK.

Friday, August 2, 2024

W bibliotece

Dzisiaj odwiedziłem centrum Melbourne, nie byłem tu pół roku i wyznam, że sam pobyt w gęsto zaludnionym miejscu był sporą atrakcją. 

Do miasta dojechałem tramwajem, tu przesiadłem się z kolejny tramwaj i zaskoczenie...


Tramwaj podjechał a oczekujący pasażerowie zawołali: gdzie tu są drzwi ?!
Rzeczywiście, drzwi nie były takie oczywiste, szczególnie gdy tramwaj był w ruchu.
W środku lekko-średni tłok, większość młodzi ludzie, z przyjemnością stwierdziłem że wielu oferowało mi swoje miejsce.
3 przystanki i byłem pod biblioteką.
Pogoda słoneczna, na trawniku po drugiej stronie schodów sporo osób siedziało na trawie.


W środku makieta biblioteki , warto się przyjrzeć żeby nie przegapić atrakcyjnych miejsc...


Zauważyłem czytelnię dla dzieci, zajrzałem do środka, na półkach książki w różnych językach, z przyjemnością zauważyłem, że ilość lektur w języku polskim nie ustępuje perskiemu czy portugalskiemu i przewyższa szwedzki. Czy ktoś to czyta to już inna sprawa.


Wreszcie główna aula - świątynia czytania...


Na krużgankach na wyższych piętrach wystawa historii książki. Przepisywane ręcznie książki z XIII wieku, pierwsze książki drukowane. 
Ciekawostka - żydowska Tora, wydanie kieszonkowe...


Wysokość "strony" około 10 cm, ależ ci ludzie musieli mieć wzrok żeby odczytać tak małe litery.

A co ja tam czytałem?
Książki, które miałem zamiar przeczytać trzeba było zamówić i będę miał do nich dostęp za kilka dni, dzisiaj w oko wpadła mi książka o prowokacyjnym tytule "Against Empathy" - Przeciw empatii - KLIK.
Autor uważa, że empatia oparta jest na z gruntu błędnym mniemaniu, że jesteśmy w skórze osoby, której przytrafiło się nieszczęście i w rezultacie tracimy zdolność obiektywnej oceny sytuacji. Zamiast tego proponuje racjonalne współczucie - "rational compassion".

Po 3 godzinach wyszedłem na ulicę, ależ tu wszystko urosło!


Znowu jazda przez centrum Melbourne, moją uwagę zwraca wiele miejsc gdzie można wypożyczyć elektryczny rower lub hulajnogę. Oczywiście samoobsługa. W śródmieściu ruch samochodowy jest mocno ograniczony i hulajnogi są całkiem popularne.

Śródmieście Melbourne to niezbyt wielki teren, mój tramwaj jedzie teraz przez rozległe przedmieścia a ja porządkuję wrażenia z tej wizyty. 
Przede wszystkim ludzie - stwierdzam, że chyba 80% spotkanych osób to byli Azjaci i że prezentowali się lepiej niż osoby o korzeniach europejskich.
Mam na myśli ogólny wygląd - estetyczne ubranie, fryzura, sympatyczny wyraz twarzy.  Jeśli chodzi o "białych" to miałem poczucie jakiegoś braku równowagi - wiele osób bardzo otyłych, twarze przeładowane kosmetykami, kolczyki i tatuaże w zaskakujących miejscach.

Wizerunek zdecydowanie poprawił się gdy przejeżdżałem w okolicy eksluzywnych prywatnych szkół. Tu też było wielu uczniów i uczennic pochodzenia chińskiego i hinduskiego, ale "biali" byli równie liczni a co ważniejsze byli "normalni" w moim, pozbawionym empatii, mniemaniu.

Wreszcie końcowy przystanek, wraz ze mną wysiada uczennica z "dobrej szkoły".
Na oko 40 kg bagażu.


To i o dobrą figurę łatwo :)