Gdy miałem około 10 lat przynajmniej raz do roku odwiedzałem Warszawę. Zatrzymywałem się u stryja (brata mojego ojca). Pobyt trwał około tygodnia i w programie zawsze była wycieczka do ZOO. Odbywałem ją z którąś z córek stryja.
Nie lubiłem tych wycieczek. Za pierwszym razem oczywiście przeważyła ciekawość - lew, słoń, hipopotam. Rozczarowanie od pierwszego wejrzenia, to nie było to co pamiętałem z lektury W pustyni i puszczy. Zwierzęta za kratami, jakieś takie apatyczne, jak w więzieniu.
Istotniejszą atrakcja była dla mnie przejażdżka na ruchomych schodach.
Wspomnienie wróciło do mnie kilka dni temu, na filmie ZOO-keepers Wife, polski tytuł to Azyl. Film nakręcony przez nowozelandzką reżyserkę Niki Caro na podstawie książki pod tym samym tytułem napisanej przez amerykańską (USA) pisarkę Dianę Ackerman, która z kolei oparła się na pamiętnikach Antoniny Żabińskiej, żony przedwojennego dyrektora warszawskiego ZOO Jana Żabińskiego.
Zwiastun filmu tutaj - KLIK.
Film przedstawia losy warszawskiego ZOO podczas wojny. Najpierw zburzone podczas bombardowania, następnie zrabowane przez Niemców pod dyktando dr. Lutza Hecka - dyrektora berlińskiego ZOO, przyjaciela H. Goringa, członka SS. Stanowisko dyrektorskie zachował również po wojnie.
Dyrektor ZOO, dr Jan Żabiński, którego pamiętam z cotygodniowych pogadanek radiowych o zwierzętach, zaproponował żeby nie zamykać terenów ZOO lecz wykorzystać je na hodowlę świń. Pokarmem dla świń miały być odpady z warszawskiego getta.
Racjonalni Niemcy zgodzili się i dzięki temu dr Żabiński miał swobodny wstęp na tereny getta i pod odpadkami szmuglował ludzi, których następnie państwo Żabińscy przechowywali w kanałach dla zwierząt i piwnicy swojego domu do czasu wyrobienia fałszywych papierów i przekazania ich do polskich rodzin w Warszawie. W ten sposób przeszmuglowali 300 osób, Tylko dwie z nich zostały złapane przez Niemców i rozstrzelane.
Film koncentruje się na pani Antoninie Żabińskiej dzięki czemu uwypukla kontrast między okrutnym światem i wdziękiem zwierząt oraz spokojem i łagodnością żony dyrektora.
Oglądałem film z dużymi emocjami, wzruszeniem i niedowierzaniem - w filmie nie było żadnego Polaka antysemity a Niemcy byli nazywani Niemcami a nie Nazistami. To chyba pierwszy taki film traktujący o okupacji na terenie Polski.
Być może te wszystkie czynniki spowodowały, że jestem tym filmem zachwycony.
Co innego krytycy. Na portalu Rotten Tomatoes - KLIK - film zyskał przęciętną ocenę 61%. Przeczytałem kilka recenzji. Wszystkie zarzucają, że film spłycił i uprościł nadmiernie grozę sytuacji w okupowanej Polsce i nie pokazał w pełni roli dr Żabińskiego, który był przez cały czas wojny czynnym członkiem AK i uczestniczył w licznych akcjach dywersyjnych.
Boże drogi - spłycił grozę? Akcja filmu nie daje sekundy wytchnienia, dodanie nowych wątków pogmatwałoby i tak skomplikowaną relację.
Recenzentka, której tak brakowało grozy, wyjaśniła czytelnikom, że pp Żabińscy ukrywali ludzi do czasu wyrobienia fałszywych dokumentów, dzięki którym "mogli bezpiecznie wyjechać do Anglii, albo jeszcze dalej".
No jeśli tak, to miała rację - brakowało grozy.
Ja zauważyłem jedną niedokładność. W filmie pokazane są sceny z Powstania Warszawskiego. Dr Żabiński jest ranny i dostaje się do niemieckiej niewoli. Nie wspomniano o przymusowej ewakuacji Warszawy przez Niemców po Powstaniu. Warszawiacy uciekają z Warszawy obawiając się nadchodzących Rosjan.
Odbieram to jako nauczkę dla Putina. Od kilku lat w dobrym tonie jest dociąć Rosjanom. W wielu miejscach spotkałem się z poglądem, że w 1945 roku Rosjanie posuwali się na zachód tylko po to żeby gwałcić niemieckie kobiety.
Porównanie wydarzeń przedstawionych w filmie do faktów tutaj - KLIK.
Thursday, June 15, 2017
Tuesday, June 13, 2017
Wietnamska kawa
Już prawie miesiąc minął od mojej wizyty w Wietnamie. Poza wspomnieniami zostało coś konkretnego...
Wietnamska kawa typu nesca.
Trafiłem na nią tuż po przyjeździe do Hanoi. Uczestnicy wycieczki czekali na spotkanie informacyjne, koło mnie usiadła pani z kubkiem kawy o mocnym aromacie.
- Gdzie kupiłaś tę kawę? - spytałem gdyż byłem tak zagubiony w kalejdoskopie kiosków, sklepików i straganów, że nie byłem w stanie zauważyć niczego istotnego.
- A tutaj, dwa sklepiki stąd - wskazała ręką - bardzo dobra, chcesz spróbować?
Wyciągnęła rękę z kubkiem w moją stronę. Poczułem się jak na polskiej wsi 60 lat temu. W higienicznej Australii ktoś pije z jednego kubka z zupełnie przypadkową osobą? Co to jednak znaczy osoba pochodząca z niewielkiego miasta.
Nieco nieśmiało wypiłem nieduży łyk. Kawa była może nieco za słodka, ale miała bardzo aromatyczny smak. Wypiłem większy łyk.
- Bardzo dobra - potwierdziłem.
- Możesz skończyć - stwierdziła dobrodusznie ofiarodawczyni - a jak nie, to oddaj, to ja skończę.
Niezbyt chętnie oddałem.
W następnych dniach często piłem kawę w wietnamskich restauracjach i kawiarniach, zawsze była bardzo smaczna. Przed wyjazdem kupiłem pudełko kawy - takie jak na zdjęciu.
Obrazek na pudełku pokazuje kawę z lodem, ale to nie dla mnie, dolałem wrzątku i za chwilę poczułem znany mi zapach - to było TO!
Obejrzałem uważnie opakowanie. Jedyne wymienione składniki to instant coffee i cukier.
A ten zapach? A ten smak?
Tak mi smakuje, że wolę tego nie zgłębiać.
Oczywiście jedna paczka kawy szybko się skończyła, ale nie ma obaw. W Australii jest wielu migrantów pochodzenia wietnamskiego. Tak wielu, że od kilku lat najczęściej wymienionym nazwiskiem w książce telefonicznej Melbourne jest Nguyen.
Mamy więc niewielką wietnamską dzielnicę handową i tam bez trudu znalazłem moją kawę. Nazwa sklepu łatwo wpada w ucho.
Wietnamska kawa typu nesca.
Trafiłem na nią tuż po przyjeździe do Hanoi. Uczestnicy wycieczki czekali na spotkanie informacyjne, koło mnie usiadła pani z kubkiem kawy o mocnym aromacie.
- Gdzie kupiłaś tę kawę? - spytałem gdyż byłem tak zagubiony w kalejdoskopie kiosków, sklepików i straganów, że nie byłem w stanie zauważyć niczego istotnego.
- A tutaj, dwa sklepiki stąd - wskazała ręką - bardzo dobra, chcesz spróbować?
Wyciągnęła rękę z kubkiem w moją stronę. Poczułem się jak na polskiej wsi 60 lat temu. W higienicznej Australii ktoś pije z jednego kubka z zupełnie przypadkową osobą? Co to jednak znaczy osoba pochodząca z niewielkiego miasta.
Nieco nieśmiało wypiłem nieduży łyk. Kawa była może nieco za słodka, ale miała bardzo aromatyczny smak. Wypiłem większy łyk.
- Bardzo dobra - potwierdziłem.
- Możesz skończyć - stwierdziła dobrodusznie ofiarodawczyni - a jak nie, to oddaj, to ja skończę.
Niezbyt chętnie oddałem.
W następnych dniach często piłem kawę w wietnamskich restauracjach i kawiarniach, zawsze była bardzo smaczna. Przed wyjazdem kupiłem pudełko kawy - takie jak na zdjęciu.
Obrazek na pudełku pokazuje kawę z lodem, ale to nie dla mnie, dolałem wrzątku i za chwilę poczułem znany mi zapach - to było TO!
Obejrzałem uważnie opakowanie. Jedyne wymienione składniki to instant coffee i cukier.
A ten zapach? A ten smak?
Tak mi smakuje, że wolę tego nie zgłębiać.
Oczywiście jedna paczka kawy szybko się skończyła, ale nie ma obaw. W Australii jest wielu migrantów pochodzenia wietnamskiego. Tak wielu, że od kilku lat najczęściej wymienionym nazwiskiem w książce telefonicznej Melbourne jest Nguyen.
Mamy więc niewielką wietnamską dzielnicę handową i tam bez trudu znalazłem moją kawę. Nazwa sklepu łatwo wpada w ucho.
Sunday, June 11, 2017
Niedzielne czytanie - drzewo figowe
Przepraszam, to nie jest dzisiejsza Ewangelia. Nie przypominam sobie żebym ten tekst słyszał kiedykolwiek w kościele.
Wracając rano do miasta (z Betanii), uczuł głód.
A widząc drzewo figowe przy drodze, podszedł ku niemu, lecz nic na nim nie znalazł oprócz liści. I rzekł do niego: «Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc!» I drzewo figowe natychmiast uschło.
A uczniowie, widząc to, pytali ze zdumieniem: «Jak mogło drzewo figowe tak od razu uschnąć?»
Jezus im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: "Podnieś się i rzuć się w morze!", stanie się.
I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie
Dla mnie to bardzo zagadkowa Ewangelia. To było krótko przed ukrzyżowaniem, a więc wczesna wiosna, drzewo figowe nie miało prawa mieć owoców.
Więc za co ta kara?
Żeby to drzewo wydało o tej porze owoce musiał wydarzyć się cud. Jezus nie uczynił tego cudu, więc o co ma pretensję? Czy jest to pretensja do samego siebie?
Równie dziwna wydaje mi się następna sprawa - jeśli będziecie mieli wiarę, to nie tylko z drzewem figowym tak uczynicie.
Co to ma znaczyć? Że jak wierzę, to mogę zniszczyć nie tylko niewinną roślinę?
Tego samego dotyczy następny przykład - góra rzuci się w morze. Czyli jakieś samobójstwo.
Czy tylko do tego przydatna jest wiara?
Dzisiejsza Ewangelia odpowiada na powyższe pytanie. Niestety dla mnie jest jeszcze trudniejsza do zaakceptowania niż ta powyżej. Jedyna pociecha, że autorem jest św Jan a on czasem trochę majaczył.
Wracając rano do miasta (z Betanii), uczuł głód.
A widząc drzewo figowe przy drodze, podszedł ku niemu, lecz nic na nim nie znalazł oprócz liści. I rzekł do niego: «Niechże już nigdy nie rodzi się z ciebie owoc!» I drzewo figowe natychmiast uschło.
A uczniowie, widząc to, pytali ze zdumieniem: «Jak mogło drzewo figowe tak od razu uschnąć?»
Jezus im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: "Podnieś się i rzuć się w morze!", stanie się.
I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie
Ewangelia św Mateusza 21:18-22
Więc za co ta kara?
Żeby to drzewo wydało o tej porze owoce musiał wydarzyć się cud. Jezus nie uczynił tego cudu, więc o co ma pretensję? Czy jest to pretensja do samego siebie?
Równie dziwna wydaje mi się następna sprawa - jeśli będziecie mieli wiarę, to nie tylko z drzewem figowym tak uczynicie.
Co to ma znaczyć? Że jak wierzę, to mogę zniszczyć nie tylko niewinną roślinę?
Tego samego dotyczy następny przykład - góra rzuci się w morze. Czyli jakieś samobójstwo.
Czy tylko do tego przydatna jest wiara?
Dzisiejsza Ewangelia odpowiada na powyższe pytanie. Niestety dla mnie jest jeszcze trudniejsza do zaakceptowania niż ta powyżej. Jedyna pociecha, że autorem jest św Jan a on czasem trochę majaczył.
Friday, June 9, 2017
MS - smutna strona
Wspomniany w ostatnim wpisie MS Walk jest dla mnie zawsze dość radosnym wydarzeniem. Czasami przypomina mi zasłyszaną kiedyś opinię, że głównym celem takich imprez jest poprawić samopoczucie uczestników.
W przypadku MS Walk jest konkretny pozytywny efekt - w Melbourne zebrano ponad pół miliona dolarów. Mam nadzieję, że zostaną dobrze zagospodarowane.
Wczoraj (czwartek) jak zwykle wizytowałem osoby zwracające się do Stowarzyszenia Św Wincentego a Paulo o pomoc.
Mój partner, Mark, przywitał mnie smutną informacją - jego matka zmarła poprzedniego dnia.
Spytalem o szczegóły - od ponad 30 lak cierpiała na stwardnienie rozsiane, przez ostatnie 15 lat przebywała w domu opieki gdyż jej stan fizyczny wymagał asysty przy podstawowych funkcjach życiowych.
- Śmierć była dla niej dużą ulgą - stwierdził Mark - w ostatnich latach praktycznie nie była w stanie wykonywać samodzielnie żadnych ruchów i cierpiała nieustanny ból.
Zastanawiałem się, czy fakt bycia głęboko wierzącymi katolikami był dla mojego kolegi i jego matki duchową pomocą, czy może przeszkodą?
W przypadku MS Walk jest konkretny pozytywny efekt - w Melbourne zebrano ponad pół miliona dolarów. Mam nadzieję, że zostaną dobrze zagospodarowane.
Wczoraj (czwartek) jak zwykle wizytowałem osoby zwracające się do Stowarzyszenia Św Wincentego a Paulo o pomoc.
Mój partner, Mark, przywitał mnie smutną informacją - jego matka zmarła poprzedniego dnia.
Spytalem o szczegóły - od ponad 30 lak cierpiała na stwardnienie rozsiane, przez ostatnie 15 lat przebywała w domu opieki gdyż jej stan fizyczny wymagał asysty przy podstawowych funkcjach życiowych.
- Śmierć była dla niej dużą ulgą - stwierdził Mark - w ostatnich latach praktycznie nie była w stanie wykonywać samodzielnie żadnych ruchów i cierpiała nieustanny ból.
Zastanawiałem się, czy fakt bycia głęboko wierzącymi katolikami był dla mojego kolegi i jego matki duchową pomocą, czy może przeszkodą?
Tuesday, June 6, 2017
MS Walk
Czyli marsz na rzecz osób chorych na stwardnienie rozsiane - Multiple Sclerosis.
Powyższe zdjęcie pochodzi z roku 2011. Czyli w ostatnią niedzielę szedłem po raz siódmy.
Mój kontakt z tą imprezą był ciekawy.
Sądząc po nazwie - sclerosis - myślałem, że to odmiana sklerozy, jakaś starcza dolegliwość.
Prawdy dowiedziałem się na blogu. Zauważyłem świeżo opublikowany wpis o ciekawym tytule, kliknąłem - blogowała młoda dziewczyna i opisywala swoją walkę z chorobą.
Byłem wstrząśnięty.
Proszę sobie wyobrazić, że kilka dni później, w lokalnej bibliotece, na tablicy z ulotkami, zauważyłem powiadomienie o MS Walk. To był właśnie rok 2011.
Multiple Sclerosis Day jest 31 maja. MS Walk odbywa się zatem w pierwszą niedzielę czerwca.
Obowiązującym kolorem jest czerwony. Świetnie się składa, bo właśnie w tym kolorze jest mój emerytowany narciarski strój.
W Melbourne odbywa się w przepięknym Albert Park. Może komuś ta nazwa kojarzy się z wyścigiem Formula 1. Tak, to tutaj. Dla mnie jest to barbarzyństwo - wpuszczać hałaśliwe i smrodliwe pojazdy do pięknego parku.
Co innego MS Walk. Bardzo się cieszyłem, że mogę zrobic coś pozytywnego. MS Walk połączony jest z akcją charytatywną i przez te lata udało mi się coś tam uzbierać dla MS Society.
W tym roku pogoda dopisała jak nigdy.
Szkoda, że znowu trzeba będzie czekać cały rok.
P.S.
1. Blog, od którego rozpoczęła się moja znajomość ze stwardnieniem rozsianym istnieje nadal - KLIK. Niestety poprawy zdrowia nie ma.
2. Autorka blogu Anna Bartuszek, napisała książkę o początkach swojej choroby - Bestia ujarzmiona - KLIK - przejmująca opowieść o odkryciu choroby i zawziętej walce z nią.
Pozwolę sobie wspomnieć jeden opisany w książce fakt. Anna pracowała gdzieś na obrzeżach Warszawy i miała w drodze do pracy kilka przesiadek. Swoją chorobę ukrywała. W pracy było to łatwe. Najgorsze było przejście przez jezdnię do tramwaju. Żeby zamaskować swoje problemy z chodzeniem trzymała przy uchu telefon komórkowy. Przechodnie i kierowcy wyzywali ją od idiotek. Wolała to niż przyznac się do choroby.
3. Fotorelacje z moich marszów tutaj - KLIK.
Sunday, June 4, 2017
Niedzielne czytanie - Zielone Świątki
Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.
Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. "Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?" - mówili pełni zdumienia i podziwu. "Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? - Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże". Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć: "Co ma znaczyć?" - mówili jeden do drugiego. "Upili się młodym winem" - drwili inni.
Wiele lat temu mieliśmy w parafii nieco intelektualizującego księdza. Z okazji dnia Zesłania Ducha Świętego postanowił zademonstrować opisane powyżej zdarzenie. Poprosił mnie żebym przeczytał tekst Ewangelii po polsku, pani pochodząca z Irlandii czytała w języku gaelickim, a ksiądz po francusku.
To jest bardzo krótka Ewangelia, spróbowałem w domu - proste. Zasadniczo nie mam problemów z występami publicznymi, nawet je lubię. W wyznaczonym czasie wszedłem więc na ambonę, odczekałem chwilę, żeby wierni poczuli powagę sytuacji i zacząłem czytać.
Zerknąłem na wiernych i straciłem pewność siebie.
Po mszy przeanalizowałem sytuację.
"... i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić."
Zgadza się - zacząłem mówić w obcym języku, najwyraźniej Duch pozwala mi mówić po polsku.
Zatem problem leży po drugiej stronie - patrz pogrubiony tekst - wierni nie słyszeli jak przemawiałem w ich języku.
Pisząć ten wpis zwróciłem uwagę na ostatnie zdanie czytania z Dziejów Apostolskich - może po prostu brakowało młodego wina?
P.S. Tutaj demonstracja języka gaelickiego -modlitwa Ojcze Nasz - KLIK.
Przebywali wtedy w Jerozolimie pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku. "Czyż ci wszyscy, którzy przemawiają, nie są Galilejczykami?" - mówili pełni zdumienia i podziwu. "Jakżeż więc każdy z nas słyszy swój własny język ojczysty? - Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii, Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny, i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich głoszących w naszych językach wielkie dzieła Boże". Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć: "Co ma znaczyć?" - mówili jeden do drugiego. "Upili się młodym winem" - drwili inni.
Dzieje Apostolskie 2:1-11
Wiele lat temu mieliśmy w parafii nieco intelektualizującego księdza. Z okazji dnia Zesłania Ducha Świętego postanowił zademonstrować opisane powyżej zdarzenie. Poprosił mnie żebym przeczytał tekst Ewangelii po polsku, pani pochodząca z Irlandii czytała w języku gaelickim, a ksiądz po francusku.
To jest bardzo krótka Ewangelia, spróbowałem w domu - proste. Zasadniczo nie mam problemów z występami publicznymi, nawet je lubię. W wyznaczonym czasie wszedłem więc na ambonę, odczekałem chwilę, żeby wierni poczuli powagę sytuacji i zacząłem czytać.
Zerknąłem na wiernych i straciłem pewność siebie.
Oni mnie zupełnie nie rozumieli.
To było oczywiste, ale wrażenie było jednak zaskakujące. Przyznam, że w tym momencie ogarnęło mnie całkowite zniechęcenie. Te kilkanaście sekund czytania, które jeszcze pozostało wydały mi się zadaniem ponad siły. Oczywiście wszystko odczytałem, ale miałem poczucie porażki.
Po mszy przeanalizowałem sytuację.
"... i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić."
Zgadza się - zacząłem mówić w obcym języku, najwyraźniej Duch pozwala mi mówić po polsku.
Zatem problem leży po drugiej stronie - patrz pogrubiony tekst - wierni nie słyszeli jak przemawiałem w ich języku.
Pisząć ten wpis zwróciłem uwagę na ostatnie zdanie czytania z Dziejów Apostolskich - może po prostu brakowało młodego wina?
P.S. Tutaj demonstracja języka gaelickiego -modlitwa Ojcze Nasz - KLIK.
Saturday, June 3, 2017
Powiew rzeczywistości
W nocy ze środy na czwartek pasażerowie startującego z Melbourne samolotu Malaysian Airlines przeżyli godziny grozy.
Kilkanaście minut po starcie jakiś pasażer wstał i próbował dostać się do kabiny pilotów. Wołał, że w plecaku ma bombę.
Dzielni pasażerowie szybko obezwładnili delikwenta, pilot zawrócił samolot na lotnisko w Melbourne. Samolot wylądował. Oczekiwały go już jednostki sił specjalnych i...
I przez półtorej godziny nic się nie działo. Pasażerowie i załoga przeżywali całą wieczność grozy. Wreszcie po 90 minutach siły specjalne wkroczyły do samolotu. Okazało się, że w plecaku nie było bomby tylko głośnik.
Siły specjalne, policja i politycy gratulują sobie nawzajem sprawnie przeprowadzonej akcji. Pasażerowie mają nieco inne zdanie. Relacja tutaj - KLIK.
Na mnie też spadły jakieś okruchy z tego tortu.
W czwartek, czyli kilkanaście godzin po opisanym wypadku, odprowadzałem syna z większą częścią jego rodziny na lotnisko. Widać było większą niż normalnie obecność policji.
Pożegnaliśmy się i wsiadłem do ich samochodu. Zastartowałem i stwierdziłem, że dźwignia do zmiany biegów jest zablokowana. To oczywiście jest jakaś firmowa blokada, ale nie miałem przedtem szansy zapoznac się z tym samochodem.
Dzwonię do syna. Zbliża się do mnie dwóch policjantów - tu nie miejsce na rozmowy, proszę natychmiast odjechać.
- Ale ja nie mogę uruchomić samochodu, dzwonię do właściciela po instrukcję.
Policjantów przybywa - włącz światła hazardowe, nie oddalaj się od samochodu.
Syn odbiera - tatusiu wsiądź do samochodu, powiem ci co robić.
Wsiadam.
- Natychmiast wyłącz ten telefon! - policjant brzmi bardzo groźnie.
Na szczęście pojawia się syn i za chwile odjeżdżam.
P.S. Okazało się, że sprawca wydarzenia był osobą chorą psychicznie. Mam na myśli wydarzenie w samolocie, nie w samochodzie.
Kilkanaście minut po starcie jakiś pasażer wstał i próbował dostać się do kabiny pilotów. Wołał, że w plecaku ma bombę.
Dzielni pasażerowie szybko obezwładnili delikwenta, pilot zawrócił samolot na lotnisko w Melbourne. Samolot wylądował. Oczekiwały go już jednostki sił specjalnych i...
I przez półtorej godziny nic się nie działo. Pasażerowie i załoga przeżywali całą wieczność grozy. Wreszcie po 90 minutach siły specjalne wkroczyły do samolotu. Okazało się, że w plecaku nie było bomby tylko głośnik.
Siły specjalne, policja i politycy gratulują sobie nawzajem sprawnie przeprowadzonej akcji. Pasażerowie mają nieco inne zdanie. Relacja tutaj - KLIK.
Na mnie też spadły jakieś okruchy z tego tortu.
W czwartek, czyli kilkanaście godzin po opisanym wypadku, odprowadzałem syna z większą częścią jego rodziny na lotnisko. Widać było większą niż normalnie obecność policji.
Pożegnaliśmy się i wsiadłem do ich samochodu. Zastartowałem i stwierdziłem, że dźwignia do zmiany biegów jest zablokowana. To oczywiście jest jakaś firmowa blokada, ale nie miałem przedtem szansy zapoznac się z tym samochodem.
Dzwonię do syna. Zbliża się do mnie dwóch policjantów - tu nie miejsce na rozmowy, proszę natychmiast odjechać.
- Ale ja nie mogę uruchomić samochodu, dzwonię do właściciela po instrukcję.
Policjantów przybywa - włącz światła hazardowe, nie oddalaj się od samochodu.
Syn odbiera - tatusiu wsiądź do samochodu, powiem ci co robić.
Wsiadam.
- Natychmiast wyłącz ten telefon! - policjant brzmi bardzo groźnie.
Na szczęście pojawia się syn i za chwile odjeżdżam.
P.S. Okazało się, że sprawca wydarzenia był osobą chorą psychicznie. Mam na myśli wydarzenie w samolocie, nie w samochodzie.
Subscribe to:
Posts (Atom)
