Sunday, December 1, 2019

Niedzielne marzenie

Moja czarnopiątkowa wizyta w dzielnicy handlowej nie miała jedynie na celu postrzyżyn. Głównym celem była wizyta w bibliotece.
Zajrzałem na półki w książkami moich ulubionych anglojęzycznych autorów: Ian McEwan, Julian Barnes, Peter Carey - jedyna nieznana mi pozycja to był Daydreamer pierwszego z wyżej wymienionych.

Dygresja: jestem przekonany, że kraje anglosaskie uważają, że jeśli ktoś chce wejść na rynek książek, to powinien pisać po angielsku. Nigdzie nie napotykam informacji o książkach pisanych w innych językach.
Zastanawiam się jak to obecnie wygląda w krajach europejskich.

Do odjazdu autobusu było 7 minut więc zacząłem czytać książkę.
Zasadniczo jest to książka dla dzieci, ale w moim wieku to żadna różnica.
Pierwsze opowiadanie to historia dojazdu do szkoły.
Bohater książki - marzyciel Peter - ma 10 lat i po raz pierwszy ma zaprowadzić swoją 6-letnią siostrę, Kate, do szkoły.
Rodzice powtórzyli mu już wiele razy instrukcję: dojść na przystanek autobusowy trzymając siostrę za rękę, wsiąść do autobusu, przejechać dwa przystanki, wysiąść i dojść do szkoły.
Proste.

Peter lubi swoją siostrę więc prowadzi ją z przyjemnością. W autobusie siadają i Peter puszcza rękę Kate. I w tej chwili czuje za plecami nie miękkie oparcie siedzenia, ale twardą, zimną skałę. A przed soba widzi stado wilków. Sprawdza czy siostra jest przy nim.
Oczywiście w kieszeni ma wszystkie niezbędne rzeczy: scyzoryk i pudełko zapałek.
Szybko zbiera trochę wyschniętych liści i drobnych gałązek. Ostrożnie zapala zapałkę, liście chwytają płomień, za chwilę zapalają się gałązki. Wilki cofają się a w tle Peter zauważa, że właśnie są na przystanku koło szkoły.
Wysiada, autobus rusza.

Dopiero teraz Peter stwierdza, że nie ma koło niego siostry.
Jak szalony rzuca się w pogoń. Prawie, że łapie autobus na następnym przystanku więc goni go dalej, ale słyszy za sobą wołanie.
Odwraca głowę - to Kate - rezolutnie wysiadła i obiecuje, że jeśli Peter da jej swoją tygodniówkę, to nie powie o niczym rodzicom.

Podnoszę głowę. Mój autobus właśnie nadjeżdża.
To jest właśnie mój problem - nigdy nie dam się ponieść marzeniom w jakieś ciekawe sytuacje.

Rozglądam się po autobusie.
Z jednej strony mężczyzna, dość niechlujnie ubrany. Głowa wystrzyżona w dziwne wzory. Na głowie tatuaże. Jeden z nich to napis : good cop is a...
Ciągu dalszego nie widać i nie chcę go widzieć.
Z drugiej strony młoda, bardzo umięśniona, Murzynka.
Opuszczam wzrok gdyż wydaje mi się, że przyglądanie się tym osobom może być niewłaściwie odczytane.

Przejechaliśmy kilka przystanków gdy słyszę bardzo głośne wołanie. Wszyscy pasażerowie podnoszą głowy. To woła ten mężczyzna z tatuażami na głowie, ale chyba nikt go nie rozumie.
Woła ponownie: czy pomóc ci wysiąść!?!?

Wołanie skierowane jest do starszej pani, która szykuje się do wysiadania a ma ze sobą spory wózek z zakupami.
- Co za uczynny człowiek - uśmiecham się, widzę że inni pasażerowie też.
- Nie, nie, dziękuję bardzo - odpowiada starsza pani. Autobus staje, pani dość sprawnie wysiada, wyciąga wózek.
Kierowca zamyka drzwi, autobus rusza.
- Stój, stój!! - tym razem woła siedząca niedaleko ode mnie Murzynka.
- Ona zostawiła torbę!
Rzeczywiście. Na półce, przy miejscu gdzie siedziała starsza pani, została spora, porządna, ręczna torba.
Autobus zatrzymuje się, Murzynka chwyta torbę i wybiega.
Widzę przez okno, że stoi zdezorientowana, najwidoczniej starsza pani gdzieś zniknęła.
- Nie odjeżdżaj, czekaj na nią - wołają pasażerowie do kierowcy.
Nagle z tyłu autobusu słyszę rozpaczliwe wołanie: to była MOJA torba!

Reszta jest marzeniem.

3 comments:

  1. Dobrze czasem pobujać w chmurach, choć i mnie kiepsko to wychodzi.

    ReplyDelete
  2. HaHa - ale oprocz dozy humoru w tym opisie wydarzenia z torba goruje uczynnosc i troska - same pozytywy.
    Chocc tak inny temat ale opisze bo smiszne, zwlaszcza ze wytwor meza-elektryka.
    Pozakladal swiatla na krzewach przy wejsciu do domu i po zmroku wyszlam zobaczyc czy ladnie wygladaja. Patrze i widze ze jeden z "glownycj" krzewow, tych po bokach wejscia, na ktorych jest narzucona siatka ze umocowanymi swiatelkami, jakas inna od drugiego, swiatelka przytlumione, niewyrazne, niektorych jakby brakowalo czy co. Wiec wyslalam meza do poprawki - i okazalo sie ze siatke nalozyl plecami do zewnatrz czyli nie tylko swiecily do wewnatrz krzewu ale schowaly sie w liscie tez. A on sam nie rozumial jak dlugoletni elektryk mogl tak zrobic.........

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mąż-elektryk jest w porządku.
      To liście zasłaniają światła, w takim razie to dziedzina ogrodnika.

      Delete