Friday, August 21, 2026

Wizyty w Niemczech

 Ostatni wpis był o wizycie T. Manna w Niemczech.
Pozazdrościłem i przypomniałem sobie, że też byłem w Niemczech
 - a co!

Rok 1969, luty, jechałem pociągiem do Londynu.
Stacja Berlin (Wschodni) - mój pociąg miał tu 2 godziny postoju.
Bardzo dobrze, można wtedy było nabyć za 300 zł kupon do wymiany na marki niemiecko-wschodnie więc może kupię jakiś prezent żonie, może coś zjem...

- Halt!
Do wagonu wchodzi umundurowany strażnik.
Tłumaczę mu moje zamiary a on tłumaczy swoje:
- Ja tu będę 2 godziny pilnował, żeby żaden z pasażerów nie wysiadł i nie kręcił się po stacji.
Zaglądam do innych przedziałów, większość pusta, ale jeden super pełny - jedna pasażerka ale wszystkie siedzenia i półki zawalone bagażami.
Okazuje się, że pasażerka emigruje do rodziny w Brazylii...
- Jadę pociągiem do Genui, to chyba Włochy a potem statkiem do Rio de Janeiro. Wiozę cały dorobek życia. Te największe paki to pierzyny.

Dwie godziny minęły, pociąg zajeżdża na peron, strażnik wychodzi, wchodzi konduktor.
Za chwilę słyszę płacz i krzyki z sąsiedniego przedziału...
Konduktor krzyczy i ściąga bagaże z półek.
- Co się dzieje?
- Ta kobieta jedzie niewłaściwym pociągiem! Ona ma wizę do Francji na przejście graniczne w Metzu a ten pociąg przekracza granicę w Strassburgu. Jej pociąg przyjedzie tu za 7 godzin, ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam czekać!
- A nie może wysiąść i poczekać tutaj? Ja mogę jej dać kupon na wymianę marek, to sobie kupi coś do jedzenia.
- Nein! Nein! My już mamy dosyć tego polnische Wirtschaft!

Pociąg rusza, kobieta płacze, oboje wyciągamy jej bagaże i ustawiamy blisko drzwi wagonu.
Granica między Berlinem Wschodnim z Zachodnim - wartownicy w kombinezonach pełzają pod wagonami sprawdzając czy ktoś nie jedzie na gapę.
Pociąg rusza - z kilka minut zatrzymuje się - Berlin Zachodni.
Razem z kobietą wyciągamy jej bagaże na peron, pada deszcz..
- Schneller, schneller! - pogania nas konduktor.
Podjeżdża do nas wózek bagażowy...
- Czy możesz nam pomóc? Ta pani musi poczekać kilka godzin na pociąg...
- Tak, wiem, wiem. My tu mamy codziennie takich pasażerów z Polski. Tu mamy dyżury Armii Zbawienia, oni dadzą jej ciepły posiłek i dopilnują żeby wsiadła do właściwego pociągu.
- Danke schoen - odpowiadam - polnische Wirtschaft - myślę po cichu.

Pociąg rusza - granica między Zachodnim Berlinem a NRD - wartownicy w kombinezonach..
- Oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością - słyszę komentarz po angielsku. To jakiś Amerykanin.
Przypominają mi się słowa z Doktora Faustusa - my Niemcy potrafimy połączyć rosyjską duszę i francuską formę...
Potem była jeszcze granica między NRD a NRF, wreszcie Frankfurt nad Menem.
Z Warszawy do Londynu przez Frankfurt nad Menem?
Ano tak wyszło - sporo lat wcześniej nawiązałem kontakt listowy z Niemką w NRF - Inge.
Lata mijały, Inge wyszła za mąż, ja się ożeniłem a korespondencja trwała. 
Przy okazji podróży do Anglii postanowiłem zrobić skok w bok.
Inge i Norbert czekali na mnie na peronie. W ich domu zastałem ich kilkumiesięczną córkę i matkę Inge, która patrzyła na mnie bardzo podejrzliwie.

Było już dość późno, Inge i Norbert byli po obiedzie, ale dla mnie przygotowali coś co powinno mnie zadowolić - bardzo gęsta kartoflanka i jakieś mięso z marchewką i masą ziemniaków.

Moja wiza tranzytowa nie pozwalała mi zostać w NRF dłużej niż 24 godziny - noc, spacer w centrum Frankfurtu,  rozmowy i jazda na dworzec - pociąg do Hoek van Holland.
W przedziale trafiam na grupę przyjaznych Hiszpanów, jadą do Holandii, do pracy.
Przekraczamy granicę belgijską i nagle trzask - pociąg gwałtownie hamuje, bagaże spadają z półek.
Przez korytarz biegną konduktorzy, zaglądają do przedziałów - ktoś pociągnął za hamulec awaryjny.
Wiem, wiem, przecież słyszałem ten krzyk - Małgosiu! Mój Boże, co ja zrobiłam?
Hiszpanie patrzą na mnie pytająco - po jakiemu ona krzyczała?.
- Nie wiem... może po rosyjsku?
Niestety moje kłamstwo ma krótkie nogi, za chwilę do przedziału wchodzi straż graniczna - pan chyba ma polski paszport, czy może pan nam pomóc bo w innym przedziale pana rodaczka jest w kłopocie.
Hiszpanie patrzą na mnie ze złością - oszust.

Pomagam - matka i córka, obie zapłakane - ja chciałam tylko wyłączyć światło - tłumaczy matka.
- Problem w tym - wtrąca się strażnik - że ta pani jedzie w złym kierunku, ona ma bilet do Włoch.
- Pani jedzie do Włoch? - pytam.
- Nie, ja jadę do Brazylii, do rodziny... jedziemy z córką już trzy dni - zaczyna płakać - w Berlinie musiałyśmy czekać kilka godzin bo jechałyśmy złym pociągiem. We Frankfurcie miałyśmy chyba 8 godzin postoju, no a teraz...
- Proszę jej powiedzieć, że musi wysiąść na następnej stacji, za 4 godziny będzie pociąg powrotny do Frankfurtu, no a tam... musi wsiąść do właściwego pociągu.

Powiedziałem.

A teraz sobie myślę - że też nikt nie zrobił filmu o polskich emigrantach do Brazylii błąkających się po niemieckich dworcach.

52 comments:

  1. Pierzyny do Brazylii? masakra!
    Faktycznie filmu nie znam, ale Konopnicka napisała "Pan Balcer w Brazylii".

    ReplyDelete
    Replies
    1. Też tak pomyślałam... 🤪 a przypomniało mi się, wiele lat temu, lato, upal, bo Włochy, Liguria, urlop, hotelik, wchodzę do pokoju z moim bodajże 10- letnim synem, a ten patrzy, myśli, i jak nie wypali: co to za hotel, nawet kołder nie mają.

      Delete
    2. Tak, my tez szukaliśmy kołdry w hotelu na Krecie :-)

      Delete
    3. Jezu, kto przykrywa się kołdrą w lecie?! 😱

      Delete
    4. Wygląda na to, że ktoś musi pojechać do Brazylii i sprawdzić czym się tam nakrywać w nocy.

      Delete
    5. No ale żeby kołdry do Brazylii ciągnąć jako dorobek życia....matko, co tamte czasy z ludzi robiły. Może ludzie z sojuzu w walonkach do Brazylii podróżowali?

      Delete
    6. Ta pani wiozła cały dorobek życia, skoro były w nim pierzyny to trzeba było wieźć.

      Delete
  2. Ojej, ale historie z tymi emigrantami w pociągach!
    Kołdry też szukałam w Turcji i Egipcie. Nie potrafię spać bez kołdry:))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Turecka kołdra - a pod nią sny z tysiąca i jednaj nocy.

      Delete
  3. Niesamowite historie. Dramatyczne i pełne zwrotów akcji. gdyby je spisać, powstałaby odyseja Polaków do Brazylii. Dlaczego do Brazylii? Przecież tam po latach rozwoju polskich kolonii w II poł. XIX w. i na początku wieku XX właściwie środowisko polonijne zaczęło się kurczyć.

    ReplyDelete
    Replies
    1. O Polonii w Brazylii nie wiemy nic, ale to jednak jest kilka tysięcy osób, niektórzy mają pewnie kontakt z rodzinami w Polsce.

      Delete
  4. Bezduszny forma-lizm z jakim niemiecki konduktor potraktował zrozpaczoną emigrantkę przeczy słowom z "Doktora Faustusa"... Jak bardzo nieuprawnione jest ''podczepianie się'' Tomasza Manna pod rosyjską duszę dobitnie pokazuje pewne opowiadanie z szerokich torów... o rosyjskim konduktorze, który "po-czełowieczeski" nie wyrzucił pasażera na gapę z pociągu, a jedynie co tysiąc kilometrów bił go po twarzy za brak biletu. Kiedy coraz bardziej zaniepokojeni (tak po ludzku) współpasażerowie zapytali gapowicza: " A daleko jedziesz?" Nuu - odpowiedział solidnie już obity, ale nie tracący nadziei mużyk - jak morda wytrzyma... to do samego Władywostoku... Rosjanie zawsze mieli złą prasę, ale dobrą literaturę! Tego im odmówić żadną miarą nie można.
    Jędruś Gaśnica-Synuś

    ReplyDelete
  5. To ja trochę z innej strony skomentuję. Zawsze byłam pełna podziwu dla ludzi którzy emigrowali... zabierali ze sobą wszystko to co mieli...nawet jak ta kobieta- pierzyny... Musiałabym być bardzo udręczona przez system w swoim kraju żeby decydować się na taki krok.
    No tak ale jak się jedzie do rodziny i nikogo bliskiego w swoim kraju nie zostawia ... to zupełnie inna sytuacja...
    A Niemców znam z kontaktów służbowych... nigdy ich nie lubiłam i nadal nie lubię

    ReplyDelete
    Replies
    1. Powody emigracji - przeróżne - trudno mieć generalną opinię na ten temat.

      Delete
  6. Emigranci to jedno, a jak wyglądały nasze turystyczne wyjazdy w latach 70 tych ? Ruszyliśmy wtedy małymi fiatami na podbój Włoch czy Jugosławii. Pamiętam jak na kemping Rjjece zajechał mały fiat z którego wysiadły 4 osoby. Sprzęt turystyczny z namiotem i worek ziemniaków aby jeść w czasie pobytu. Cóż można było kupić za tę możliwość wymiany złotówek na 100 dolarów po państwowym kursie. Oczywiście jeżeli nasze podanie rozpatrzono pozytywnie. Pomimo tego nie daliśmy się złamać i wkrótce cała Europa wiedziała już jak to jest gościć polskich turystów

    ReplyDelete
    Replies
    1. Na drugi koniec Europy małym Fiatem - do odważnych świat należy.

      Delete
  7. Ale przygody! Ciekawe co myślała sobie natka Inge 🤔 Może to że chcesz rozbić małżeństwo jej córki?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Inge wyszła za mąż a ja się ożeniłem gdy już mieliśmy za sobą kilka lat wymiany listów tak że trwałość małżeństwa nie była zagrożona. Wydaje mi się, że matka była zła, że narobiłem tą wizytą trochę zamieszania w ich spokojnym życiu.

      Delete
    2. Możliwe. Ale znam historie gdy nawet tak jak piszesz dochodziło do rozłamu.

      Delete
  8. Enerdowcy w tamtych latach byli bardzo specyficzni, a granicą święta. Ostatnio zwiedzałam muzeum graniczne między Turyngią a Górną Frankonią, niesamowite byly te pomysły i metody.
    Sama przeżyłam kolejowe przejście graniczne niemiecko- niemieckie, pierwszy raz w 1980, drugi w 1987 roku, z demontażem tapicerek, odśrubowaniem podsufitek, i oczywiście te sławetne psy między wagonami, pod pociągami, to były importowane z Jugoslawii "szarpanińce", ich rasa była programem, proszę poguglowac, kto ciekawy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie pamiętam czy kontrolerzy mojego pociągu mieli psy, dziękuję za informację o sarplaninacach.

      Delete
  9. Ja byłam w Niemczech w 1987. Czyli w czasach słusznie minionych na wymianie studenckiej. Cóż to była za niezwykła wówczas dla mnie wycieczka. Drezno, Berlin Lipsk... Całe trzy tygodnie zwiedzania... W Lipsku w Thomas Kirche zakochałam się w muzyce Bacha
    Pozdrawiam dojrzałym latem

    ReplyDelete
    Replies
    1. Wymiana studencka - nie mam takich doświadczeń, ale z relacji znajomych wynika , że były fantastyczne.
      A Saksonia - bajka.
      Pozdrawiam.

      Delete
  10. Co za seria pomylek w dodatku w tak duzej i dlugiej podrozy.
    Bywalam w Niemczech, przewaznie w Berlinie no ale co to za podroz, taka na druga strone plotu.
    Gdy sobie pomysle o moich podrozach to doprawdy szczescie ze nigdy sie nie pogubilam a przeciez zupelnie latwo sie zagubic zwlaszcza na lotniskach. Ze znanych mi lotnisk najbardziej lubilam to w moim dawnym miescie bo bylo male i proste ale z duzych , miedzynarodowych lubilam to w Atlancie i Cincinnati. Najmniej lubilam bostonskie i Houston - skie.
    Nigdy tutaj nie jechalam pociagiem wiec nie mam opinii.
    Koldra - tak sie zlozylo ze zawsze tu w USA mieszkam w poltropikach wiec moja koldra jest taka cienka, letnia ze nawet nie zasluguje na to imie. Natomiast maz , a mielismy osobne sypialnie, lubil cieplo wiec sypial pod dosc grubasna. Nie lubie rowniez grubych , puszystych poduszek, moja osobista to bardzo plaski nalesnik. I puchatych recznikow, wszedzie gdzie jade woze swoje, cieniutkie a poza tym nie wytarlabym sie hotelowym uzywanym przez dziesiatki ludzi.
    Na szczescie istnieje szeroki wybor we wszystkim wiec kazdy moze sobie dogodzic.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pomyłki - wydaje mi się, że w obu przypadkach pasażerki nie dostały odpowiedniej informacji gdy kupowały bilety... albo nie zrozumiały. Odniosłem wrażenie, że takie przypadki były częste.

      Delete
  11. Za to jest kilka filmów o emigrant(k)ach do Argentyny...
    nawet jeden(?)przedwojenny., polski. Były to wyjazdy super zorganizowane, pełna profeska, był opiekun i tłumacz zapewne... I zajęcie na miejscu zapewnione, wikt i opierunek. Czy były potrzebne pierzyny i kołdry? Nie wiem, ale praca była wielozmianowa, to pewne.
    Odmieniony

    ReplyDelete
    Replies
    1. Emigracja do Argentyny..
      Znam tylko jednego takiego emigranta - W. Gombrowicz.
      Inna rzecz, że przed II wojną Argentyna to był bardzo cywilizowany kraj --- przynajmniej Buenos Aires.

      Delete
  12. Polskie gospodarstwo czy też polskie gospodarzenie....usłyszałam od teściowej kiedy się raz zgadałyśmy o JPII, bo się ponoć spóżniał, czyli gospodarzył po polsku )

    ReplyDelete
    Replies
    1. Polnische Wirtschaft - ja to słyszałem kilka razy - od Niemców i Austriaków.

      Delete
  13. Niesamowita opowieść! I te pierzyny ciągnięte do Brazylii. No cóż, kiedyś to było faktycznie bogactwo - na wsi, w białej izbie ułożone stosy poduch etc.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Polska wieś, pierzyny - tak to kiedyś było :)

      Delete
  14. Czy te pociągi były aż tak źle oznakowane, że tak wiele ludzi nie ogarnęło i pojechało nie tym pociągiem, co trzeba?
    Jak najbardziej rozumiem panią od pierzyn. Ja też jak ostatnia wariatka taszczyłabym wszystko na drugą stronę planety.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pomyłki z pociągami...
      Te panie musiały się przesiadać kilka razy. W tamtych czasach bilety na koleje za granicami Polski kupowało się w Orbisie i tam powinna być szczegółowa informacja którym pociągiem jechać, gdzie się przesiadać. Ja miałem dobre doświadczenie, ale różnie bywało, niektórzy ludzie nie mieli cierpliwości słuchać, niektórzy nie mogli zapamiętać.

      Delete
  15. Ta opowieść ma wszystko, czego potrzebuje dobry film drogi: żelazną kurtynę, pierzyny jadące do Brazylii i bohaterkę, którą europejska kolej z godną podziwu konsekwencją wysyła wszędzie, tylko nie tam, dokąd zmierza.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Cieszę się, że i Tobie ta historia się podoba -- takie to były czasy... zapomniane.

      Delete
  16. Historię czytałem z ogromnym zainteresowaniem!

    Gdy odprowadzałem raz moją mamę na samolot na lotnisko Okęcie w Warszawie, wśród odlatujących była starsza kobiecina, w chuście i stroju ‘góralsko-krakowskim,’ trzymająca… kobiałkę! Była sama i wyglądała na strasznie wystraszoną. Wreszcie ktoś się jej spytał, dokąd się udaje.
    — Do Nju Jorka — odpowiedziała.
    Mam nadzieję, że udało się jej szczęśliwie dolecieć do właściwego miasta...

    Kilkanaście lat temu japońska artystka wybrała się na wystawę (na której prezentowane były jej dzieła sztuki) do miasta Albany, w stanie Nowy Jork (nota bene, stolica tego stanu, o czym mało kto wie). Po wielu przesiadkach samolotowych—a przy każdej zmniejszał się samolot—wreszcie dotarła do destynacji. Nie wiem, jak sobie wyobrażała Albany, ale była zaskoczona, iż jest tak malutkie i że znajduje się dosłownie na zadupiu. Okazało się, że wylądowała w indiańskim rezerwacie Fort Albany w Ontario, znajdującego się nad zatoką James Bay (odnoga ogromnej zatoki Hudson Bay), mającego około tysiąc mieszkańców. Na szczęście rezydenci ją ugościli, pokazali całe miasto (co pewnie nie zajęło dużo czasu 😁) i odesłali następnym samolotem (musiała dokonać przynajmniej 3 przesiadek, aby dotrzeć do właściwego celu podróży). Przy okazji napisano, że podobne pomyłki się od czasu do czasu zdarzają—szczególnie pomiędzy Sydney w Australii i Sydney w Nowej Szkocji w Kanadzie.

    Pamiętam niezapomnianą scenę w „Misiu” Barei, gdy Ryszard O. kupował bilet do Londynu: „nie ma takiego miasta Londyn, jest Lądek, Lądek Zdrój…" Może ta kobieta jadąca do Brazylii też kupowała bilet u tej samej urzędniczki—lub jej poprzedniczki?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Lot do Nju Jorka - na lotniskach kontrola jest dość ostra, ale też pewnie zdarzają się pomyłki.
      Bilet do Lądynu... aż się prosi o łagodne lądowanie.

      Delete
  17. tak czy siak, w pociągu zawsze miałem pociąg do Warsu...i
    zawsze mnie witał, ugościł...
    i konduktor był wyrozumiały, kiedy mu mówiłem, że bilet zostawiłem w przedziale, ale pyfko mogę mu postawić...
    jedyny problem to, żeby nie wsiąść do pociągu byle jakiego i nie z kamieniem w ręku tylko z kasą w pugilaresie...
    Odmieniony

    ReplyDelete
    Replies
    1. Pociąg do Warsu, mnie jednak odstraszały ceny.

      Delete
  18. Jaka ciekawa dyskusja się rozwinęła na temat Niemiec. Jednakże nie lubią ich w świecie. Ja nie mam złych doświadczeń, co często podkreślam. Wymiany studenckie były wspaniałe. Co się tam wtedy działo!! Gdy Niemcy tym, którzy nie znali niemieckiego kazali mówić po rosyjsku, my przeciwnie, głośno mówiliśmy po angielsku lub francusku i śmieliśmy się do rozpuku. Szczególnie ze studentami z Ghany, którzy przecież nie znali rosyjskiego. W NRD było bardzo dużo studentów z Afryki i Kuby. Tak pamiętam. Mój pierwszy mąż germanista bardzo lubił swoje wyjazdy do NRD. Ja na tej wymianie przebywałam tylko tydzień, to była bardziej wycieczka, ale mieliśmy jakieś niby zajęcia, ale też bardzo fajnie wspominam. Szczególnie dyskoteki i noclegi na statku w Rostocku.
    Ja też przez lata korespondowałam z dwoma Niemcami, wysyłali mi paczki. Szukałam ich w necie, ale mają typowe nazwiska, to mi się wiele osób pokazuje.
    Brazylia była bardzo popularnym miejscem emigracji dla polskich chłopów. Ktoś chyba o tym wspomniał już.
    Z mojego miasta kiedyś oprowadzałam potomka rodziny żydowskiej, którzy wyjechali jeszcze przed wojną. Iwaszkiewicz też pisał piękne opowiadania o Brazylii , bo pojechal tam przy okazji wizyty w Argentynie na jakimś literackim kongresie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ardiola: Spędziłem parę dni w Berlinie w NRD w 1973 lub 1975 roku. Pamiętam, że nadal było dużo powojennych gruzów, czego w Warszawie się nie widziało. Zaimponowało mi metro, widziałem po raz pierwszy w życiu. I oczywiście byliśmy na obiedzie na wieży telewizyjnej. Mam zamiar o tym napisać post w blogu, już go mam w zarysie.

      Delete
    2. Korespondencja z Niemcami... wysyłali paczki -
      o, to, to.
      "Moja" Niemka wyznała mi po latach, że korespondencję ze mną zaczęła za namową lokalnego pastora ewangelickiego, który zalecał żeby w ramach pojednania nawiązać kontakt z Polakami i pokazać im swoje dobre serce.
      Ona korespondowała jeszcze z dwoma Polakami i wysyłała im paczki na święta.
      A mnie nie wysłała bo... ja od początku narzuciłem taki artystyczny klimat korespondencji, że jakoś nie wypadało.

      Delete
  19. Nie doświadczyłem,
    czy lepiej jest spać z Polką pod niemiecką pierzyną, czy z Niemką pod polską?
    kobieta puch marny, ale pierzyna puchowa to już jest pewien standard i to nie byle jaki... .
    Odmieniony

    ReplyDelete
  20. Otóż to!
    Polska pierzynka daje poczucie stałego bezpieczeństwa ..., na obczyźnie, stąd ten pociąg...
    a to co pod pierzynką? Prywatna sprawa..., i zmienny rozkład jazdy..., nieraz niezrozumiany...
    miałem też taką pierzynkę, a o reszcie cicho - sza! zapominam...
    Odmieniony


    ReplyDelete
  21. Cóż za pasjonująca historia, sama się zestresowałam w czasie lektury, a co dopiero mówić o tej biednej emigrantce taszczącej cały swój dobytek!
    Oj tak, kiedyś puchowa pierzyna to był prawdziwy skarb na wsi. Zimy były srogie, więc to był obiekt pożądania gospodyń domowych. Pamiętam, jak okoliczne kobiety gromadziły się u nas w domu na "darcie pierza". Sama też brałam w nim udział, bo przecież każda para rąk była na wagę złota. Dziś wspominam to z sentymentem, ale wtedy nie bardzo było mi do śmiechu – czułam się jak Kopciuszek oddzielający mak od piasku. Czas przy stole zawalonym pierzem niesamowicie mi się dłużył...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Darcie pierza -- dobrze, że teraz to już tylko wspomnienie.

      Delete