Z dawnych czasów pamiętam piosenkę - Niech żyje sport... - google mocno się spociło i nie znalazło - a więc przeczytać o tym można tylko u mnie.
Ten wpis to kontynuacja moich refleksji na temat rozegranego w Melbourne meczu futbolu amerykańskiego - NHL.
Tydzień temu przyszła pora na finałowy mecz futbolu australijskiego... Po pierwsze jest to w naszym stanie Wiktoria tak ważne wydarzenie, że piątek przed sobotnim meczem jest dniem wolnym od pracy. Co zrobić z takim wolnym dniem? Około 30,000 osób udało się do centrum miasta obejrzeć paradę finalistów. Ja pozostałem w swoim rejonie, jadąc samochodem odniosłem wrażenie że wzrosła frekwencja w kawiarniach na świeżym powietrzu. Pogoda zachęcała 27C.
Po drugie - obie finałowe drużyny były spoza stanu Wiktoria - taki przypadek zdarzył się po raz piąty od początku świata. Będę odrobinę dokładniejszy - liga futbolu australijskiego powstała w 1897 roku i przez 85 lat funkcjonowała tylko w stanie Wiktoria.
Tegoroczni finaliści to Brisbane Lions...
i Fremantle Dockers...
Powyższy fakt spowodował znaczne ożywienie ruchu lotniczego nad Australią Fremantle - ponad 2,700 km od Melbourne - troszkę dalej niż z Lizbony do Warszawy. Brisbane - 1,380 km, 200 km dalej niż z Warszawy do Moskwy. Bilety powrotne na dłuższej trasie pofrunęły na wysokość A$6,000 - KLIK.
Po trzecie - mecz... Na ten jeden, specjalny, dzień pogoda się popsuła, ale nie za bardzo - rano mgliście i mżawka, potem było już lepiej. Publiczność na stadionie - w porządku - 100,027 osób - to chyba o 5 więcej niż na meczu NFL. Przebieg meczu był podobno bardzo emocjonujący o czym świadczy wynik - Lwy z Brisbane wygrały 90:89 - ostatnie 2 minuty meczu TUTAJ.
Chwileczkę - czemu ja się tak rozpisuję o meczu, którego nawet nie oglądałem? Czy sport aż tak źle wpłynął na moje zdrowie?
Wracam na łono Rodziny...
W Duisburgu odbyły się Mistrzostwa Świata w canoe polo. Nasza wnuczka Matylda grała w australijskiej reprezentacji kobiet. Poszło im nie za dobrze, miejsce w drugiej dziesiątce (Polska zajęła 4 miejsce). Załączam dość chaotyczną relację z pierwszego dnia zawodów głównie po to by pokazać o co w tym sporcie chodzi - KLIK.
Po zakończeniu mistrzostw, Matylda z grupą kolegów/koleżanek polecieli do Monachium gdzie zamienili wiosła na kufle piwa.
Dziwnym zrządzeniem losu w Monachium akurat przebywał wnuk mojej kuzynki, który pojechał tam z grupą studentów architektury na Politechnice Warszawskiej. I się spotkali...
W tym samym czasie inna wnuczka wiosłowała w kajaku na porywistej rzece...
A gdy tylko wyszła z kajaka, pomaszerowała ze swoim tatą na 24-godzinny rogaining (rodzaj orienteeringu) i zajęli 3 miejsce w kategorii par mieszanych.
Na chwilę odwracam się od rodziny - czy ktoś wiedział, że 19 września w Warszawie odbyły się Mistrzostwa Europy w jeździe Tramwajem?!?!?!? Potwierdzam - odbyły się... i na dodatek do Europy włączono Melbourne - szczegóły TUTAJ.
Uwaga na marginesie - kilka konkurencji wydaje mi się być godnymi uwagi... - Ostrożna jazda aby nie wylała się woda z wypełnionej po brzegi miseczki - może to zapowiedź usług gastronomicznych w tramwaju? - kontrola prędkości przy wyłączonym szybkościomierzu - odpowiedź na zagrożenia SI? - umiejętność kierowcy wyciągnięcia pięści przez boczne okienko i znokautowania osób na peronie - bez komentarza.
Ufff, wyczerpujące te sporty, mam nadzieję, że nabrana kondycja starczy mi na długo.
W niedzielę był u nas Dzień Ojca. O ile mi wiadomo, w Polsce był już pod koniec czerwca.
Na mszy ojcowie dostali stosowne zakładki...
Psalm 127:3-5 - "Oto synowie są darem Pana, a owoc łona nagrodą. Jak strzały w ręku wojownika, tak synowie za młodu zrodzeni. Szczęśliwy mąż, który napełnił nimi swój kołczan, Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie." - Biblia Tysiąclecia.
Przestraszyło mnie to tłumaczenie - synowie to strzały potrzebne na czas pertraktacji z wrogami??? Niby bardzo aktualne, ale akurat jestem w nastroju do którego lepiej pasowała moja prywatna interpretacja angielskiej wersji - Children are a heritage from the Lord... Dzieci - nie synowie... - heritage - spadek, spuścizna - to też jest dar, ale jednak według mnie, specjalny, naznaczony ciągłością pokoleń. Blessed is the man whose quiver is full of them... - quiver - moje pierwsze skojarzenie to trząść się - zatrzęsiesz się a dzieciaki się sypią jak igły z choinki - pomyślałem. Głębsza analiza wykazała, że Biblia Tysiąclecia ma swoją rację - quiver znaczy również kołczan - kołczan pełen dzieci, magazynek karabinu maszynowego załadowany dzieciakami - okropne.
Na szczęście rzeczywistość potwierdziła moją interpretację - odwiedził nas nasz syn z rodziną - czwórka dzieci - on jest dwa razy lepszym ojcem ode mnie.
Po ich wizycie zauważyłem przed naszym domem nieznany mi samochód ze stosowną rejestracją...
Zadzwoniłem do syna - to dla mnie ten samochód? - Tak, ale dopiero na 90 urodziny.
Czyli póki co trzeba oddać nasz mocno wysłużony samochód do przeglądu.
Wczoraj miałem urodziny... u rodziny - znaczy w kawiarni blisko domu naszego syna. Ponieważ u nas zima to założyłem mój wysłużony narciarski strój. To znaczy - na miejsce dojechałem w szaroburym ubraniu a przeistoczyłem się dopiero w kawiarnianej toalecie, w której przeczytałem bardzo istotną wskazówkę...
Panowie - stańcie bliżej (pisuaru). To... może być krótsze niż myślicie.
Koniec celebracji, czas kontynuować życie.
W telewizji aż dwa razy zasugerowali mi film o dobrowolnej eutanazji - VAD (voluntary assisted dying) - nawet dobry skrót - nie WAD-zić nikomu.
W Australii temat jest oficjalnie uregulowany - KLIK - jeden z warunków - medyczna prognoza, że pacjent nie pożyje dłużej niż 6 miesięcy - czyli wiele krzyku o nic.
Poniedziałek - od rana wszelkie media przypominają że o 2 będzie test ogólnoaustralijskiego alarm - wszystkie telefony zabuczą 10 sekund - KLIK. Test podobno się udał. Zastanowiłem się jakie niebezpieczeństwa mi grożą...
Zagrożenie chińskie?
No cóż Chińczycy trzymają się mocno - Media właśnie podały informację, że w naszych supermarketach sprzedają przetwory z chińskich pomidorów a naklejka na opakowaniu podaje: AUS grown tomatoes (pomidory wyhodowane w Australii)...
Czyli - jak w tytule.
P.S. Jeszcze wspomnienie urodzinowe sprzed 13 lat...
Dość długo siedziałem cicho, ale w końcu jajo się stłukło... nie jedno...
Jedna z naszych wnuczek dostała zadanie zorganizowania obozu treningowego dla drużyny canoe-polo. Poszła na łatwiznę - zaprosiła 6-8 osób na nocleg w rodzinnym domu. Rezultat - wyeksmitowana część rodziny sprowadziła się do nas na dwie noce.
Znaczy dwa śniadania...
---
---
Pozostałe składniki, a było ich chyba tuzin, nie były tak fotogeniczne.
Jednak nie samym chlebem człowiek żyje. Po 7 tygodniach nieuchwytności zgłosiła się wreszcie firma, która wymieni nam zrujnowane w Wielki Piątek - KLIK - drzwi od garażu...
Firmę reprezentował jeden pan - pełne uznanie - bez żadnej pomocy zlikwidował prowizoryczne drzwi i zainstalował nowe co było całkiem skomplikowaną operacją. Do tego był bardzo rozmowny co stwarzało pewien kłopot - zostać z nim pamiętając, że - pańskie oko konia tuczy, czy cieszyć się towarzystwem wnucząt. Musiałem się nieco rozdwoić.
Przy okazji odświeżyłem swoją wiedzę na temat nowoczesnych technologii. Pan od drzwi wyliczył mi conajmniej 5 plusów dzięki którym nowe drzwi są lepsze od starych. Półgębkiem wspomniał istotny dla mnie detal - trzeba je regularnie czyścić i co trzy lata organizować konserwację. No tak, a te stare... przetrzymały 27 lat bez żadnych pielęgnacji.
Orienteering, po polsku - Bieg na Orientację - KLIK (polska wersja strony jest bardzo uboga). Zainteresowałem się tym sportem 35 lat temu, ogarnęła mnie wtedy pasja biegania maratonów narciarskich i potrzebowałem jakiegoś równoważnika na okres letni. Bieganie wokół boisk czy na wyznaczonych ścieżkach wydawało mi się zbyt jednostajne, co innego szukanie punktów kontrolnych w nieznanym terenie.
W skrócie wygląda to tak... Uczestnik otrzymuje mapę, na której zaznaczone są punkty, do których musi dotrzeć...
Punkt kontrolny...
Wygrywa ten, kto zrobi to w najkrótszym czasie.
Istnieje wiele odmian tego sportu - narciarska, rowerowa, kajakowa, nawet podwodna. Próbowałem pierwszych trzech.
Jednak najbardziej podoba mi się Rogaine - odmiana wymyślona w roku 1976 przez trójkę Australijczyków - Rod Philips, Gail Davis, Neil Philips. Jak na Australię przystało Rogaining to Orienteering do góry nogami -
- nie musisz dotrzeć do wszystkich punktów, ale tylko do tych, które sobie wybierzesz,
- żeby wygrać nie musisz pokonać trasy najszybciej - wszyscy mają ten sam limit czasu.
Wygrywa ten zespół, który w przepisanym czasie zbierze najwięcej punktów - punkty kontrolne mają różną wartość zależnie od stopnia trudności dotarcia.
Rogaining to sport zespołowy, logiczne - ponieważ istnieje zupełna swoboda wyboru trasy, to jest spora szansa zabłądzenia, lepiej mieć kogoś do towarzystwa.
Poniżej - ja w akcji...
Na początku moimi partnerami były dzieci.
Wraz z córką zajęliśmy 2 miejsce w rogainingu na nartach.
Wraz z synem spróbowałem 24-godzinnych zawodów. Oczywiście nie dałbym rady maszerować całą dobę, mieliśmy około 5 godzin snu w namiocie.
Udało mi się zachęcić do rogainingu kolegów z pracy - zdobyliśmy nawet mistrzostwo naszego stanu w kategorii weteranów (ponad 40 lat ).
Bardzo często korzystałem również z usługi - Find a partner - należało podać jaki wynik zamierza się osiągnąć i w większości przypadków maszerowaliśmy zgodnie.
Istotna sprawa - organizatorzy zapewniają gorący, syty posiłek.
Pewnego razu moją partnerką była dziewczyna z Korei.
Zakończyliśmy wędrówkę, pora na posiłek, moja partnerka zapomniała przynieść sztućce.
Mówię, że poprosimy w kuchni, ale ona podnosi z ziemi odpowiednie patyki, łamie na właściwy wymiar - I will use chopsticks.
Gorzej było gdy partnerem był Polak - oczywiście trafiliśmy na wysypisko rydzów. Kolega zbiera je gorączkowo, ja go poganiam bo czas ucieka.
- Boże, dziękuję Ci za te dary, wybacz proszę, że nie skorzystamy w pełni z Twojej łaski bo ten idiota (wskazuje na mnie) zmusza mnie do szukania tekturowych pudełek.
Oczywiście spóźniliśmy się na metę - punkty karne.
Street Orienteering.
Orienteering i Rogaining wymagają wielu godzin przygotowań trasy a udział w zawodach to wyjazd na jeden lub dwa dni.
Na szczęście bardzo ciekawą imprezę można zorganizować również w mieście.
Mapa wygląda tak...
Te czarne linie to ulice - nazwy nie podane.
W Melbourne zawody w Street Orienteeringu odbywają się przynajmniej raz w tygodniu, w dni robocze, o 6 wieczorem, czas trwania - 1 godzina - doskonałe uzupełnienie dnia pracy.
Rogaining - skutki uboczne.
W roku 1997 uczestniczyłem w 24-godzinnym rogainingu z naszym synem - Michałem. Poszło nam całkiem dobrze.
Następnego dnia, na uniwersytecie, do Michała zgłosił się przedstawiciel studenckiego Bushwalking Club - Michael, ty z Twoim partnerem wypadliście lepiej niż wszystkie zespoły studenckie. Proponujemy ci wyjazd na mistrzostwa Australii w Brisbane, pokrywamy wszystkie koszty, postaramy się znaleźć ci dobrego partnera.
Propozycja przyjęta.
Na te same zawody pojechała zupełnie przypadkowo Sarah, studentka tego samego uniwersytetu.
Znaleźli się!!!
Ślub odbył się dwa i pół roku później.
Tydzień przed ślubem...
Do Melbourne przyjechała siostra mojej żony - Roma.
Niedziela, piękna pogoda, Roma jest pełna energii.... wspominam, że za dwie godziny odbędą się zawody w Street Orienteering.
- Idealne! Właśnie czegoś takiego mi potrzeba. Trochę się poruszam po tylu godzinach siedzenia w samolocie i pójdę wcześniej spać.
Jedziemy na miejsce zawodów - wyjaśniam zasady gry, przypominam kilka razy, że słońce jest u nas po złej stronie - w południe będzie na pólnocy.
Mija godzina, zawody zakończone, wszyscy zawodnicy na mecie... oprócz Romy.
Gdzie jej szukać?
Labirynt ulic... wędrujemy 20 minut i dajemy za wygraną, kierujemy się na posterunek policji.
W tym momencie Michał zauważa ciocię Romę, macha do niej, ale ja go powstrzymuję - zaczekaj, podejdźmy cicho i zobaczmy co się stanie.
Roma wchodzi do pobliskiego sklepu, jest mocno zdenerwowana, podchodzi do ekspedientki...
- Przepraszam, popatrz na tę mapę. Ja muszę dotrzeć do tego punktu - pokazuje - ale nie wiem, w którym miejscu teraz jestem. Czy możesz pokazać mi na tej mapie, w którym miejscu jest twój sklep?
- A cóż to za głupia mapa? Tu nie ma nazw ulic. Dlaczego ty nie korzystasz z planu miasta, który można kupić w każdym kiosku? Skąd ty w ogóle masz taką mapę?
- Od rodziny, ja tu przyjechałam dzisiaj rano z Polski...
- Ty tu przyjechałaś do rodziny z Polski a oni dali ci taką mapę i wysłali samą na ulicę?
Idź na posterunek policji - tu, naprzeciwko - jak im powiesz nazwisko tej rodziny, to oni ich znajdą.
Chyłkiem wyprowadziliśmy Romę za sklepu.
Wesele było bardzo udane, nikt się nie zgubił.
Kontynuacja - cała piątka naszych wnucząt okazjonalnie startuje w zawodach rogainingu. Kilka tygodni temu, środkowa para, wygrała zawody w kategorii juniorów.
P.S.
Google, zapytane o Rogaine najprawdopodobniej odpowie tak:
Kilka dni temu nasz syn i synowa obchodzili 26. rocznicę ślubu - BACH! Niedziela - rocznicę celebrowaliśmy w przytulnej kawiarni - Four Beans Cafe.
Four Beans - Cztery ziarna - zgadza się - właśnie tyle dzieci im się urodziło. Dwoje z nich zagrało nam tęczową piosenkę - KLIK.
Powrót do domu i energiczny początek tygodnia... Najpierw coś dla zdrowia - zawiozłem żonę do szpitala na medyczną procedurę. Prosto za szpitala na... koncert muzyki symfonicznej, to już trzeci koncert w ciągu ostatnich 15 dni, przypominają mi się czasy studiów.
Muzyka W.A.Mozarta przeplatana z muzyką synów J.S. Bacha - Jana Christiana i Carla Philippa Emanuela (CPE) - czyli jak w tytule.
Na początek I symfonia W.A.Mozarta, napisał ją w wieku 8 lat. W tym czasie (1764-65) odbył on z ojcem długą podróż muzyczną po Europie, na trasie był Londyn gdzie Wolfgang miał okazję zapoznać się z muzyką J.C. Bacha i to wyraźnie wpłynęło na kompozycję I symfonii (w P.S. są linki do wszystkich utworów wykonanych na koncercie).
Johann Christian Bach - 1735-1782...
Najmłodszy syn Jana Sebastiana (1685-1750)...
Spore podobieństwo, ale duża różnica muzycznego stylu. Nic dziwnego J.C. urodził się gdy jego ojciec miał 50 lat, był dwudziestym (ostatnim) dzieckiem.
Koncert bardzo dobrze wykonany i dobrze zsynchronizowany. Ledwie zdążyłem wyjść z sali i włączyć telefon a tu już dzwoni lekarz ze szpitala - dobra wiadomość - zabieg udał się bardzo dobrze, żona wyjdzie ze szpitala jutro(wtorek) około południa.
Świetnie - co tu zrobić z kilkunastu godzinami "wolności"?
Bach - telefon z warsztatu naprawczego - twój samochód będzie gotowy za dwie godziny, oddaj wynajęty samochód i zadzwoń do nas to wyślemy po ciebie taksówkę.
I jak marionetka - odwożę, oddaję, słucham jak dzwonią, wsiadam gdy po mnie podjeżdżają, wysiadam, odbieram, wsiadam - moja świadomość zostaje uderzona CEPEM - uważaj, tu wszystko działa inaczej!
Szczęśliwie dojeżdżam do domu... Akcja - za 2 godziny przychodzi córka na obiad - większość potraw gotowa, pozostało ugotowanie i starcie buraczków - czerwono mi czerwono...
Wieczór upływa nam w miłej atmosferze. Noc równie dobrze - śpię jak zabity.... ale jednak żywy bo wstaję o właściwej porze i odbieram żonę ze szpitala.
3.14 - zdarza się tylko raz - w roku - 14 Marca... KLIK.
W latach szkolnych bardzo fascynowały mnie osiągnięcia greckiej nauki, filozofii, literatury więc miło było wrócić na chwilę do tamtej epoki.
Obecna epoka dostarczyła nam ostatnio kolejną porcję rozrywek... Piątek - musical Maria Magdalena wystawiony przez amatorską grupę COG (Call of Guadeloupe) - KLIK. Kibicujemy tej grupie już ponad 20 lat. Średnio co 2-3 lata wystawiają musical oparty na tematyce biblijnej, ciekawym wyjątkiem był musical John Paul II. Inspiratorami grupy były osoby chińskiego i indonezyjskiego pochodzenia. Do udziału zapraszają każdego, również osoby niepełnosprawne i zaskakiwało mnie jak działalność w grupie teatralnej poprawiała stan mentalny i fizyczny takich osób. Piątkowy musical bardzo zgrabnie włączył Marię Magdalenę do wielu ewangelicznych opowieści. Na scenie działo się wiele, bardzo dobra odtwórczyni roli głównej. Jedyne czego nam trochę brakowało, to jakiś przebój - melodia, piosenka, która utkwiłaby w pamięci na dłużej.
Druga strona medalu - w Melbourne właśnie występuje chińska grupa baletowa z Nowego Yorku - Shen Yun - KLIK. Kupiliśmy naszemu baletowemu wnukowi bilety. Wrażenia miał mieszane - z jednej strony niesamowite baletowe mistrzostwo, z drugiej - brak opowieści. To było kilkanaście oderwanych scen - wjazd Stwórcy, rozproszenie mgły, parada pawi, taniec mongolski... Osobna sprawa to polityczny podtekst - zespół utożsamia się z ruchem społeczno-religijno-politycznym Falun Gong - KLIK. Ruch zdecydowanie antykomunistyczny, dlatego Shen Yun ma centralę w Nowym Yorku. Więcej na ten temat - TUTAJ. Rezultat - wnuk bardziej docenia europejską tradycję baletową.
π - day - to również urodziny naszego młodszego wnuka i imieniny Matyldy, naszej średniej wnuczki. Pojechaliśmy z kwiatami i prezentami. Na miejscu drobna niespodzianka - rodzina powiększyła się o rówieśnika solenizanta - chłopiec z Japonii przyjechał na 2 tygodnie do Melbourne na wymianę studentów. Będzie mieszkał razem z rodziną naszego syna. 6 osób w 2 sypialniach i małej budce w ogrodzie. No to teraz będzie siedem. Mówi się, że od przybytku głowa nie boli, ale myślę, że jak gość wyjedzie, to poczują ogrom przestrzeni dookoła.
Wczoraj obejrzeliśmy wraz z żoną Jezioro Łabędzie.
Który to już raz? W ostatnich 3 latach obejrzeliśmy przynajmniej 3 razy - magnesem był oczywiście udział naszego wnuka Feliksa. A przedtem - też pewnie trzy razy.
Mimo to, a może właśnie dlatego, od początku poczułem, że właśnie w takim otoczeniu chciałem być. Publiczność - zaskoczenie - na występy baletowe przychodzi wielu rodziców ze swoimi pociechami, które właśnie uczą się tańca w jakiejś szkole baletowej. Tym razem to nie wchodziło w rachubę, występ dla tego towarzystwa odbył się o 2. a nasze przedstawienie było o 7:30. Spodziewałem się więc przewagi osób w mojej kategorii wiekowej a tymczasem przeważyła młodzież - szczupła, zgrabna, wesoła. Przeważyła to może niewłaściwe słowo bo osoby starsze, choć w mniejszości, ważyły chyba więcej.
Kurtyna w górę... na scenie sala balowa, zrobiło mi się ciepło na sercu, poczułem się jeszcze lepiej. Książe Zygryd bawi się doskonale do czasu gdy pojawia się Zły Duch (nasz wnuk, ładnego gagatka się dochowaliśmy). Książe wybiera się na polowanie nad jeziorem, w ręku trzyma... no właśnie, co on trzymał? Według scenariusza trzymał kuszę, ale ja widziałem drona.
Przerwa a potem kontynuacja - sala balowa - taniec hiszpański - KLIK. Taniec się skończył a moje myśli pozostały w Hiszpanii... Oczywiście mam na myśli mój poprzedni wpis - inwazja Maurów na Hiszpanię, ale do głowy przyszła mi inna inwazja - KLIK.. "A czyjeż to imię rozlega się sławą? Kto walczy za Francję z Hiszpanami krwawo? To konnica polska, sławne szwoleżery Zdobywają cudem wąwóz Somosierry..." Autorka - Maria Konopnicka.
Oj-oj-oj.... zrobiło mi się jakoś niemiło.
Wspomnienie... Wiele, wiele lat temu, gdy nasz syn miał 3 lata, w polskiej telewizji wyświetlili film na temat Samosierry ilustrowany powyższą piosenką. Postanowiliśmy to odtworzyć - siedziałem na podłodze, śpiewałem razem z córką, syn na moich kolanach, podrzucałem go do góry w rytm piosenki a przy słowach ... ale już nie wrócił - przewracałem go na podłogę. I zaczynaliśmy od nowa.
Od razu przypomniał mi się inny przykład rosyjsko-hiszpańskich sympatii - Rymski-Korsakow - Kaprys Hiszpański - tutaj umieszczony w wąwozie bardziej wąwozistym niż Samosierra - KLIK. Rosja - Hiszpania = Napoleon, wspólny wróg. Zastanowiłem się - czy Polska miała kiedyś wspólnego z kimś wroga?
Książe i łabędzie zmierzają tanecznym krokiem do nieuchronnej zagłady. Nasz Wnuk w demonicznym kostiumie triumfuje.
Wychodzę na zewnątrz - duszna noc, podchodzę do samochodu i odnoszę wrażenie, że.... ktoś podrzucił nam świnię...
Wigilia - czuwanie, tydzień temu czuwaliśmy żeby nie przegapić Świąt, dzisiaj czuwamy żeby nie przegapić Nowego Roku... a za parę dni będziemy czuwać żeby nie przegapić... jeszcze nie wiem czego.
Ostatni tydzień zrewanżował nam się pięknie za poprzednie czuwanie... Wigilijny wieczór z większą połową rodziny, wnuczki akompaniowały nam przy śpiewaniu kolęd...
Pierwszy dzień Świąt z mniejszą połową rodziny, miejsce dla niespodziewanego gościa zajął dron...
Oczy jak u żaby, nie zauważyłem żeby coś jadł, za to pokazał nam sporo...
Wschodzące słońce --
Mgły nad farmą..
Konie na wybiegu...
Dom na farmie...
Młodsze pokolenie aktywnie spędza ostatnie dni roku - występy na polonijnym festiwalu PolArt, przygotowania do wędrówki górskiej w Nowej Zelandii. Nas też coś poderwało do akcji. Co? Upał. Na poniedziałek synoptycy zapowiedzieli słoneczny dzień 36C. Słońce i niebo spełniły zapowiedzi - postanowiliśmy wybrać się na plażę - 25 km od domu.
Wybraliśmy plażę z łatwym i krótkim dostępem do parkingu, ale i to było za dużo jak na naszą kondycję. Żona miała duże kłopoty w poruszaniu się po nierównym i niezbyt stabilnym podłożu, mnie było za gorąco. Piasek parzył w stopy, nawet sandały nie były wystarczającą osłoną.
Słońce paliło bezlitośnie. Podreptałem trochę w płytkiej wodzie...
I wkrótce miałem dosyć.
Do domu wróciliśmy wcześniej niż to było zamierzone.
We wtorek rano było jeszcze całkiem ciepło, koło południa trzeba było włączyć w domu klimatyzację. Dzisiaj - środa - zimno 17C - przyjemnie będzie iść wcześnie spać.
Wszystkim osobom odwiedzającym ten blog życzę przyjemnej Nocy Sylwestrowej i wiele pomyślności w Nowym Roku.
No cóż, z tego składa się moje życie, tu kilka przykładów...
Wordle - zaraziłem się prawie 3 lata temu, podczas pobytu w szpitalu (jakże stosowne miejsce), kilka dni temu licznik wybił 1001!
97% wygranych wynika z przegrania 32 gier, żeby podnieść poprzeczkę na 98% musiałbym wygrać kolejnych 185 gier, to może się wydarzyć gdyż udało mi się już wygrać 287 gier pod rząd.
Sprawa jest dla mnie na tyle poważna że codziennie rejestruję wyniki...
Po lewej - Wordle - kolejne zgadnięte słowa - pola zaznaczone na zielono to litery znajdujące się w pierwszym testowym słowie - jest nim zawsze PRICE.
Po prawej - Słowoku - polska wersja gry, zacząłem grać dopiero 192 dni temu, wtedy byłem na pozycji 31,830, teraz pozycja 5,333. Zaciemnione pola to przegrane gry.
Tyle rozważań a to przecież tylko 15 minut dziennie - pozostało tyle czasu...
Wrócę do ostatniej środy - opisałem już wrażenia z mozartowskiego koncertu a po koncercie przechodziłem obok Australijskiego Centrum Sztuki Współczesnej. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale żadna z licznych wizyt w tym miejscu nie trwała dłużej niż 10 minut.
Tym razem prezentowano dzieła amerykańskiej artystki - Samej Czalabala! Może przetłumaczyłem zbyt pedantycznie na polski - oryginalnie jest Tschabalala Self - KLIK. Tu kilka migawek z wystawy...
===
==
Tytuł wystawy - Skin Thight - Przylegający ściśle do skóry.
Po wyjściu z wystawy otrzepałem się starannie żeby nic do mnie nie przyległo.
Niedziela - całkowita zmiana nastroju - Polski Dzień na Federation Square - najbardziej popularnym placu w Melbourne.
Pogoda bardzo kapryśna...
Na scenie polscy harcerze, wśród nich nasz syn i trójka wnucząt.
Następnie polonijna orkiestra, która artystycznie wspina się powyżej dachu...
Nie samą sztuką człowiek żyje...
A jak się coś przekąsi to i pogoda się poprawi...
Pora na odwrócenie ról - teraz publiczność uczy się polskich tańców ludowych...
... i to nie byle jakim - Queen Victoria Market - powierzchnia 7 ha, centrum Melbourne, powstał w 1872 r - szczegóły TUTAJ.
Przez wiele lat pracowałem w centrum miasta i wtedy regularnie odwiedzałem to miejsce, ale od wielu lat już tu nie byłem.
Jednak dzisiaj (sobota 20 września) dominującym "towarem" była muzyka...
Busk, busking tłumaczy się na - występ uliczny.
Tym razem ulicznicami będzie Melbourne Youth Junior Strings, a w ich gronie, nasza najmłodsza wnuczka - Gracie.
8 rano w centrum miasta... czego nie robi się dla wnuczki. Budzik o 6:30 - zimno, czasem pokropi, czasem zaświeci słońce. Zjadam porządne śniadanie i w drogę. Decyduję się na jazdę samochodem i słusznie, ruch na ulicach niewielki, nie mam problemu z parkingiem i to za darmo.
W pierwszej chwili przytłacza mnie nieco rozmiar obiektu. Zauważam w kilku miejscach grupki muzyków przygotowujące się do występu, orkiestra naszej wnuczki zajmuje sporo przestrzeni...
Zespół wsparcia rodzinnego jest jeszcze większy...
Występ się kończy - pora na zakupy. Przechodzę wzdłuż rzędów stoisk.
Moją uwagę zwraca to stoisko...
Ten facet ma jaja!
Muszę przyznać, że wybór i jakość są dobre a ceny niższe niż na bazarze dzielnicowym, z którego regularnie korzystam. Klientów średnio-sporo.
Na obrzeżu targowiska zauważam grajkę uliczną we właściwym tego słowa znaczeniu...
Po drodze do domu zaglądam jednak na nasz dzielnicowy bazar - zauważam zmianę.
Poniżej dwa zdjęcia tych samych drzew - różnica czasu - 13 dni...
Znaczy wiosna już przyszła.
Wirtualna wizyta na Queen Victoria Market tutaj...
W ostatnią niedzielę (14/9) mieliśmy przyjemność celebrować Dzień Ojca po polskiej mszy w kościele Jezuitów blisko centrum Melbourne.
Dzień Ojca? Oficjalnie w Australii obchodzony jest w pierwszą niedzielę września, ale w tym roku w polskiej parafii trochę nas przesunęli. Inna sprawa, że ile krajów tyle dat obchodzenia tego święta - KLIK. No cóż, słowo - obchodzić - jest nieco dwuznaczne = celebrować, interesować, ale również - unikać, obchodzić z daleka.
Ojciec... Swojego Ojca właściwie nie pamiętam, umarł gdy miałem 2.5 roku. Naturalne było, że moja Matka przywoływała jego postać w sytuacjach kryzysowych, a tych było wiele... Marna sytuacja materialna, coś się zepsuło, ja zachowałem się niewłaściwie - och, gdyby twój Ojciec tu był... Naturalne więc było, że gdy zacząłem chodzić do szkoły, z ciekawością patrzyłem na ojców swoich kolegów - jak to jest mieć ojca?
Dowiedziałem się niewiele... Po pierwsze kilku moich najbliższych kolegów, podobnie jak ja, nie miało ojców. A ci, którzy mieli - ojcowie byli bardzo mało widoczni. W dwóch przypadkach sprawa była prosta - ojcowie lekarze, to odbijało się na standardzie życia - ci koledzy wyjeżdżali na narty do Zakopanego, urządzali bardzo wystawne urodziny. To było logiczne i naturalne, ale czy ojciec był potrzebny do czegoś więcej?
Dopiero jak miałem 11 lat spotkałem ojca mojego kolegi, którego mu pozazdrościłem. To były wakacje letnie w osadzie niedaleko Kielc. Kilka pań wybrało się tam na wakacje ze swoimi dziećmi a przy okazji wzięły dzieci swoich znajomych - na przykład mnie. Co niedzielę przyjeżdżali ojcowie - dowozili produkty żywnościowe i spędzali mile czas - grali w siatkówkę, w brydża, organizowali ognisko. Ale jeden był również doskonałym kolegą... swojego syna a przy okazji kilku z nas. Zorganizował nam haczyki i żyłkę i pomógł zrobić wędki. Zrewidował konstrukcję naszych łuków i zasugerował poprawki. Znalazł nowe trasy wycieczkowe. Nie minęło wiele czasu a nasza grupka przypadkowych zbierańców zmieniła się w dzielną drużynę..
Tak, taki ojciec by mi się przydał.
Obecnie, podczas wypraw po zakupy, coraz częściej zauważam dzieci w towarzystwie ojców. Odnoszę wrażenie, że mają bardziej zabawowe podejście do dzieci niż matki, ale może ich lista zakupów nie jest tak krytyczna.
W ostatnią niedzielę, obiad był bardzo smaczny, było nas około 60 osób, w tym chyba 8 ojców.
Tydzień temu spróbowałem kupić bilety na koncert Melbourne Youth Orchestra, w której gra nasza najmłodsza wnuczka, dostałem takie powiadomienie...
Zadziwiło mnie tempo obsługi klientów - 27 minut to znaczy.... 200 klientów na minutę - przestraszyłem się, że przy takim tempie dostanę zadyszki. Spróbowałem za kilka godzin i dostałem bilety bez czekania.
Koncert odbył się w sobotę, bardzo sympatyczny - w Post Scriptum linki do ciekawszych punktów programu. Prowadzący koncert wspomniał istotne elementy działania orkiestry - synchronizacja, synchronizacja, synchronizacja - pauzy, chwile ciszy - równie istotne jak gra.
Poniżej zdjęcie z występu 3 miesiące temu, tym razem więcej uwagi zwróciłem na telefony komórkowe w rękach kilku osób...
Na sobotnim koncercie przybrało to katastrofalne rozmiary, moja żona poprosiła personel o interwencję, ale byli zbyt delikatni.
Sobota wieczór, w wiadomościach podali informację, że nasz maraton narciarski - Kangaroo Hoppet - odbył się w doskonałych warunkach...
Niedziela - po mszy przeniosłem się do bajki z tysiąca i jednej nocy - balet Aladyn - występował nasz wnuk Feliks.
Byliśmy na popołudniowym przedstawieniu czyli dominowały mamy z córeczkami, które zapewne uczęszczają na kursy baletowe. Córeczki były urocze, ale obserwując tempo w jakim zajadały popcorn nie wróżę im tanecznej kariery, raczej upodobnią się gabarytowo do swoich mam. Balet - wydaje mi się być muzealną dziedziną sztuki. Zajrzałem do listy wszystkich baletów opisanych w Wikipedii - KLIK - bardzo długa lista, zaskoczyło mnie, że znajduje się na niej sporo baletów stworzonych po II Wojnie światowej. Jednak zdecydowana większość są to jednorazowe produkcje - lokalna inicjatywa, której nikt nie podchwycił. Aladyna na tej liście nie ma :(
Dzisiejsze przedstawienie... Piękna sceneria i urocze sceny w sułtańskim pałacu... wyznam, że wydało mi się to właściwym klimatem dla emeryta. Muzyka - trochę za bardzo natarczywa i jednostajna. Taniec - brak efektownych solówek i duetów, ale całość miła dla oka. Nasz wnuk - nie miał wielkiego pola do popisu, ale i tak zdobył ogromne brawa jako animator czarodziejskiego dywanu.
P.S. Ilustracja muzyczna - video znalezione na internecie. Barry Balmages - Where the river flows - KLIK. Chris Thomas - A little Mischief Music - KLIK. Eine kleine Bachmusic - KLIK.- to video wygląda jakby je zrobili niesforni widzowie na naszym koncercie.