Monday, February 9, 2026

Cortina

 Zaczęła się Olimpiada Zimowa...

Od dzieciństwa lubiłem sporty zimowe.
To znaczy, nie tyle sporty ile zajęcia na śniegu - jazda na sankach, lepienie bałwana, rzucanie się pigułami, jazda na łyżwach, narciarstwo.
W tamtych czasach klimat temu sprzyjał - w latach szkolnych zawsze była śnieżna zima od połowy grudnia do końca lutego.

Około roku 1955 zainteresowałem się sportem i wkrótce doczekałem się zimowej olimpiady - 1956 - Cortina d'Ampezzo - KLIK.
Doczekałem się... nie było telewizji, słuchałem wiadomości sportowych w radio, czytałem w Przeglądzie Sportowym. W pełni mnie to zadowalało.

Strona praktyczna - w tym okresie byłem zafascynowany narciarstwem zjazdowym. Mieszkając w Kielcach miałem bardzo blisko na Psie Górki...


No nie - za moich czasów były wyższe!!!
Ważne, że praktycznie codziennie jeździłem na nartach.

50 lat minęło - w międzyczasie zmieniły mi się gusta - fascynacja narciarstwem pozostała, ale teraz było to narciarstwo biegowe.
Na marginesie wspomnę, że narciarstwo biegowe podobało mi się już w latach szkolnych, ale zniechęcała mnie do niego powszechna opinia, że to... takie ruskie narciarstwo.
Rzeczywiście zawodniczki ZSRR zdobywały większość medali (wśród mężczyzn Skandynawowie nie dawali sobie w kaszę dmuchać).

Los uśmiechnął się do mnie w praktyczny sposób - uczestniczyłem w maratonie narciarskim na olimpijskiej trasie w Sapporo - poniżej start - ja w czerwonych spodniach...



... w maratonie w Norwegii, który kończył się na olimpijskim stadionie w Lillehammer... do mety jeszcze daleko...


A Cortina?
W roku 2001 uczestniczyłem w maratonach narciarskich w Czechach, Austrii, Włoszech i Niemczech.
Jadąc z Włoch do Niemiec zatrzymałem się ze znajomymi w miejscowości Dobiacco...

Któregoś dnia pojechaliśmy autobusem na obrzeża Cortina d'Ampezzo i wracaliśmy 30 km na nartach jadąc trasą na nieużywanej linii kolejowej. Dodatkową atrakcją była jazda przez tunele.

Zaczęło robić się ciemno więc łatwo zauważyłem światełka nieopodal trasy i jakąś osobę, która je zapalała. Podjechałem.
Okazało się, że to cmentarz żołnierzy armii austriackiej, którzy polegli w tych okolicach podczas I Wojny Światowej.
Spojrzałem na tabliczki, jakieś dziwne nazwiska a imiona słowiańskie - Iwan, Bojan, Stanko. Domyśliłem się, że to Słoweńcy. Świeczki zapalała jakaś starsza pani, zbliżyłem się do niej.
- To groby pani znajomych? rodziny?
- Nie, to tacy zapomniani chłopcy... A widziałeś groby naszych chłopców w mieście?
-  Nie.
- To zajrzyj na cmentarz, tuż przy kościele. A ci tutaj tacy zapomniani - smutne. Przychodzę tu codziennie i zapalam im kilka świeczek.

Po powrocie do domu wstąpiłem na miejscowy cmentarz. To był dzień powszedni a jednak ta pani miała rację - nieprzeliczone ilości świateł.

Nie na darmo te okolice nazywają się Val di Fiemme - Dolina Płomieni.
Za życia i po śmierci.

1 comment:

  1. Pamięć ...
    Coś/jakieś wydarzenie zostawia ślad na długo, a coś innego- wcale.
    Co do niektórych okresów w moim życiu, mam takie wrażenie, że fotografie wypełniają lukę po momentach, które nie zostały ,,zatrzymane,, na dłużej z jakiś powodów lub wręcz świadomie wyparte.

    ReplyDelete