Wielki Post trwa, w kalendarzu liturgicznym, życie toczy się... kolorowo.
Sobota - dostałem powiadomienie z biblioteki, że mają dla mnie zamówioną wcześniej książkę, pojechałem odebrać i trafiłem prosto pod kopyta Ognistego Konia.
Biblioteka znajduje się w centrum mojej dzielnicy zamieszkałym głównie przez osoby pochodzenia chińskiego. Dostałem powiadomienie, że główne ceremonie będą w sobotę więc oczekiwałem Bóg wie czego i zawiodłem się...
Ceremonie zostały wtłoczone w boczną, wąską, uliczkę co miało oczywiście ekonomiczny sens - wszystkie byznesy mogły działać bez zakłóceń, ale stare przysłowie mówi - Koń albo Mamona - Koń przegrał...
Wejściową bramę przekraczałem na nieco chwiejnych nogach, przepraszam również za kiepską jakość zdjęć, ale większość robiłem pod słońce więc nie wiedziałem co czynię...
W tle dominuje spory blok mieszkaniowy, jeden z tuzina, wewnątrz wszystkie informacje po chińsku.
Widok w drugą stronę...
Na przyległych placach zainstalowano karuzele, zjeżdżalnie, pociąg dla dzieci...
Stoiska banków i agentów nieruchomości, miły zaskoczeniem było silne stoisko Armii Zbawienia.
Wreszcie słyszę walenie bębnów - rusza Noworoczna Procesja - niestety niewiele z tego widzę...
Na końcu ulicy, nie wiem z jakiej okazji, mała zagroda dla zwierząt gospodarczych... konia wśród ich nie ma, poleciał świętować...
I to by było na tyle na ten temat.
W drodze do domu wstępuję do supermarketu a tam przypomnienie, że nadchodzi kolejna okazja do świętowania...
Chwila ciszy i skupienia - zaglądam do Facebooka a tam informacje o Biegu Piastów...
W tym roku kilku moich znajomych z Australii i Kanady wybrało się do Chin i Europy na cykl maratonów narciarskich - Chiny, Austria, Włochy, Czechy, Estonia, Polska.
Wszędzie mieli śnieg jak na zdjęciu albo i gorzej... znaczy zamieć śnieżna podczas biegu.
Późny wieczór - właśnie kończy się olimpijski wyścig na 50 km mężczyzn - włączam tv - trasa wykręca niezwykła esy-floresy, na czele dwóch norweskich biegaczy, wygrywa Johannes Klaebo. To już szósty jego złoty medal w tych igrzyskach.
Jak to w końcu jest - jesteśmy na etapie takiej specjalizacji a tu ten sam zawodnik wygrywa 1,500m, 50 km i wszystko pośrodku, do tego różnymi stylami???
Niedziela - jak zwykle poranna msza.
Jak zwykle - sporo osób zdąża w stronę kościoła. Korek samochodów na ulicy.
Idę powolutku, wyprzedza mnie kilka osób, wszystkie pochodzenia chińskiego, wszystkie mnie pozdrawiają - o ileż to lepsze niż te "końskie" ceremonie w sobotę.









No comments:
Post a Comment