To wydarzyło się wczoraj, w sobotę.
Poszedłem do mojego kościoła parafialnego w celu wypełnienia mojego regularnego obowiązku, patrz TUTAJ.
W kościele odbywała się jakaś specjalna medytacja czy adoracja przeznaczona tylko dla kobiet więc przemykałem chyłkiem, ale jednak ktoś mnie zauważył -
- Czy możesz pomóc mi zapiąć pasek od zegarka? - poprosiła jakaś starsza, znaczy młodsza (ode mnie), pani.
Pomogłem.
- Ty jesteś księdzem w tym kościele - stwierdziła pani dość autorytatywnie. Pewnie zmyliły ją moje bardzo krótko ostrzyżone włosy i sandały na bosych stopach.
- Ależ skąd - zaprzeczyłem - ja jestem na przeciwnym biegunie kościelnej hierarchii.
- A ja na twój widok pomyślałam - o, święta osoba.
- W oczach dobrej osoby każdy wygląda jak święty - podsumowałem.
Podczas wykonywania moich obowiązków zastanowiłem się nad celnością swojej uwagi.
Chyba lepiej sobie radzę z manipulacją biblijnymi tekstami niż ze świeckim życiem. Dodatkowego materiału do refleksji dostarczył mi rysunek naszego wnuka.
Tak oto szczere i niewinne dziecko widzi nasze życie rodzinne...
Sunday, April 14, 2019
Sunday, April 7, 2019
Niedzielne czytanie - pisane na piasku.
Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?» Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć.
Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi.
Zawsze mnie intrygowała ta Ewangelia.
Jezus nigdy niczego nie napisał. Co też mógł pisać wtedy na piasku? Dlaczego na piasku?
Dzisiaj nasz nowy, pochodzący z Indonezji, ksiądz wreszcie to wyjaśnił -
To było tak: faryzeusze przyprowadzili pochwyconą na cudzołóstwie kobietę i cytują prawo mojżeszowe - nakazano takie kamienować, co Ty na to?
Jezus już miał im powiedzieć - "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" - gdy spojrzał na zebrany tłum i zauważył w nim swoją matkę, która wszak była bezgrzeszna. Czym prędzej schylił się i napisał na piasku: matko idź natychmiast do domu!
Dopiero gdy Maria odeszła powiedział swoje zalecenie.
Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi.
Ewangelia św Jana 8:1-9
Zawsze mnie intrygowała ta Ewangelia.
Jezus nigdy niczego nie napisał. Co też mógł pisać wtedy na piasku? Dlaczego na piasku?
Dzisiaj nasz nowy, pochodzący z Indonezji, ksiądz wreszcie to wyjaśnił -
To było tak: faryzeusze przyprowadzili pochwyconą na cudzołóstwie kobietę i cytują prawo mojżeszowe - nakazano takie kamienować, co Ty na to?
Jezus już miał im powiedzieć - "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem" - gdy spojrzał na zebrany tłum i zauważył w nim swoją matkę, która wszak była bezgrzeszna. Czym prędzej schylił się i napisał na piasku: matko idź natychmiast do domu!
Dopiero gdy Maria odeszła powiedział swoje zalecenie.
Tuesday, April 2, 2019
Rozdwojenie jaźni
Wielki dzień, uroczystość urodzin Klary Olsyfiewny, jedynej córki Państwowego Radcy Berendejewa, dzień uczczony znakomitym, wspaniałym bankietem - takiego bankietu dawno nie widziano w murach budynku przy moście Izmaiłowskim ani w jego okolicy, bankiet, który bardziej przypominał ucztę Baltazara niż bankiet, który miał w sobie jakiś babiloński smak jeśli chodzi o świetność, luksus i wystrój, z szampanem Clicquot, ostrygami, owocami ze sklepów Jelisejewa i Milutina, z różnymi mięsami ze specjalnie tuczonych cieląt, z wszystkimi stopniami Tabeli Rang (KLIK) - ten świąteczny dzień z tak uroczystym bankietem i zakończony olśniewającym balem, małym, intymnym, rodzinnym balem, ale jednak olśniewającym jeśli chodzi o smak, wykwintne maniery i wystrój. (....) Och, gdybym był poetą! Przynajmniej takim jak Homer czy Puszkin, ktoś z mniejszym talentem nie powinien wtykać w to swojego nosa (...) Odmalowałbym wam wtedy najpierw tych gości zagłębionych w pełnej szacunku ciszy i oczekiwaniu, ciszy bardziej przypominajcej Demostenesowskie krasomóstwo niż ciszę. Następnie przedstawiłbym...
Wtorek. Po kilku zimowych dniach do Melbourne wróciła słoneczna jesień.
Przypomniało mi się - choć szron na głowie, choć nie to zdrowie, to w sercu ciągle maj - i postanowiłem poczuć kwiecień, wybrać się do miasta.
Tramwajem. Znalazłem zaciszne miejsce i zagłębiłem się w lekturze - patrz wstęp.
Trochę boję się Dostojewskiego, do tego jeszcze w tłumaczeniu na angielski. Dzisiejsza lektura jednak mnie zaskoczyła. Po pierwsze tłumaczenie wydało mi się bardzo naturalne. Po drugie, ten Dostojewski, niby Dostojewski a czyta się jak Gogol.
Być może tytuł to tłumaczy - Sobowtór - niby Gogol, a przecież Dostojewki. Po rosyjsku Dwojnik - tego nie da się lepiej wyrazić.
Mój cel Scots' Church - kościół Szkotów - powstał już 2 lata po tym jak pierwszy biały człowiek postawił stopę w miejscu gdzie obecnie znajduje się Melbourne - KLIK.
Najbardziej centralne miejsce w Melbourne a jednak na chwilę można zapomnieć o wieżowcach i ulicznym ruchu.
Cel wizyty - wczesno-popołudniowy koncert.
Młodzi wykonawcy, stara muzyka.
Na początek - J.S. Bach - Partita Nr 1 na skrzypce - KLIK.
Publiczność... przed rozpoczęciem zauważyłem znajomą twarz.
Skąd ja ją znam? Czy ja ją na pewno znam?
- Lech? Czy tak? Ja jestem Margaret.
A więc znam - koleżanka z pracy sprzed 25 lat. Non omnis moriar.
Po koncercie rozglądam się po okolicy. Na przeciwko konkurencja - kościół Św Michała - - KLIK- powstał 2 lata po Scots' Church. To Uniting Church, Wybudowali go nie Szkoci, Nie szkodzi.
A 10 kroków w prawo - nasze spokojne i bezpieczne miasto.
Powoli idę w kierunku przystanku tramwajowego. Mijam ogromny wykop, to prace nad nową linią metra.
Prace nad... - jak można mówić, że nad, skoro wyraźnie widać, że pod, pod anglikańską katedrą Św Pawła.
Na trawniku pora lunchu dla ludzi i gołębi.
W tramwaju moją uwagę zwraca pan siedzący naprzeciwko.
Jakoś nie wygląda mi tramwajowo - szron na głowie, ale strój jakiś taki estradowy - czarne spodnie i czarna koszula z krótkimi rękawami. Na palcach sporo pierścieni, prostych ,ale stylowych.
Uśmiecha się do mnie i, podobnie jak ja, pogrąża w lekturze.
Zerkam na grzbiet książki - chyba ta...
To się zgadza z tym dniem z jakiegoś innego bytu.
Docelowy przystanek, znajome sklepy, mój parafialny kościół. moja ulica, nasz dom.
Miałem w planie wybrać się wieczorem na spotkanie Towarzysta Egzystencjalistów. Zrezygnowałem - dwie egzystencje w jednym dniu wystarczą.
F. Dostojewski - Sobowtór - angielski tytuł Double, rosyjski Двойник.
Przypomniało mi się - choć szron na głowie, choć nie to zdrowie, to w sercu ciągle maj - i postanowiłem poczuć kwiecień, wybrać się do miasta.
Tramwajem. Znalazłem zaciszne miejsce i zagłębiłem się w lekturze - patrz wstęp.
Trochę boję się Dostojewskiego, do tego jeszcze w tłumaczeniu na angielski. Dzisiejsza lektura jednak mnie zaskoczyła. Po pierwsze tłumaczenie wydało mi się bardzo naturalne. Po drugie, ten Dostojewski, niby Dostojewski a czyta się jak Gogol.
Być może tytuł to tłumaczy - Sobowtór - niby Gogol, a przecież Dostojewki. Po rosyjsku Dwojnik - tego nie da się lepiej wyrazić.
Mój cel Scots' Church - kościół Szkotów - powstał już 2 lata po tym jak pierwszy biały człowiek postawił stopę w miejscu gdzie obecnie znajduje się Melbourne - KLIK.
Najbardziej centralne miejsce w Melbourne a jednak na chwilę można zapomnieć o wieżowcach i ulicznym ruchu.
Cel wizyty - wczesno-popołudniowy koncert.
Na początek - J.S. Bach - Partita Nr 1 na skrzypce - KLIK.
Publiczność... przed rozpoczęciem zauważyłem znajomą twarz.
Skąd ja ją znam? Czy ja ją na pewno znam?
- Lech? Czy tak? Ja jestem Margaret.
A więc znam - koleżanka z pracy sprzed 25 lat. Non omnis moriar.
Po koncercie rozglądam się po okolicy. Na przeciwko konkurencja - kościół Św Michała - - KLIK- powstał 2 lata po Scots' Church. To Uniting Church, Wybudowali go nie Szkoci, Nie szkodzi.
A 10 kroków w prawo - nasze spokojne i bezpieczne miasto.
Prace nad... - jak można mówić, że nad, skoro wyraźnie widać, że pod, pod anglikańską katedrą Św Pawła.
Na trawniku pora lunchu dla ludzi i gołębi.
W tramwaju moją uwagę zwraca pan siedzący naprzeciwko.
Jakoś nie wygląda mi tramwajowo - szron na głowie, ale strój jakiś taki estradowy - czarne spodnie i czarna koszula z krótkimi rękawami. Na palcach sporo pierścieni, prostych ,ale stylowych.
Uśmiecha się do mnie i, podobnie jak ja, pogrąża w lekturze.
Zerkam na grzbiet książki - chyba ta...
To się zgadza z tym dniem z jakiegoś innego bytu.
Docelowy przystanek, znajome sklepy, mój parafialny kościół. moja ulica, nasz dom.
Miałem w planie wybrać się wieczorem na spotkanie Towarzysta Egzystencjalistów. Zrezygnowałem - dwie egzystencje w jednym dniu wystarczą.
Sunday, March 31, 2019
Niedzielne czytanie - taka sobie dwójka
Dzisiaj wykręcę się sianem - blog Somos Dos (Nas dwoje).
Na dzisiaj wypadł wpis o filipińskim uzdrowicielu - KLIK.
Przypomniało mi to relację polskiego księdza. Przebywał w Manili i zauważył ulicznego uzdrowiciela. Miał wtedy jakieś kłopoty z dłonią, lekarze stwierdzili jakieś zniekształcenie wiązadła, nie było to aż tak dokuczliwe żeby decydwać się na zabieg chirurgiczny. Co innego uluczny uzdrowiciel.
Uzdrowiciel wziął jego dłoń, trochę powyginał, pomasował. W którymś momencie wykręcił się, tak że pacjent nie widział swojej dłoni. Poczuł falę gorąca i jakby z tej dłoni coś wyjmowano.
Dolegliwość zniknęła. Lekarze, już w Londynie, stwierdzili że wiązadło jest w porządku.
Moje wrażenie z pobytu na Filipinach TUTAJ.
Na dzisiaj wypadł wpis o filipińskim uzdrowicielu - KLIK.
Przypomniało mi to relację polskiego księdza. Przebywał w Manili i zauważył ulicznego uzdrowiciela. Miał wtedy jakieś kłopoty z dłonią, lekarze stwierdzili jakieś zniekształcenie wiązadła, nie było to aż tak dokuczliwe żeby decydwać się na zabieg chirurgiczny. Co innego uluczny uzdrowiciel.
Uzdrowiciel wziął jego dłoń, trochę powyginał, pomasował. W którymś momencie wykręcił się, tak że pacjent nie widział swojej dłoni. Poczuł falę gorąca i jakby z tej dłoni coś wyjmowano.
Dolegliwość zniknęła. Lekarze, już w Londynie, stwierdzili że wiązadło jest w porządku.
Moje wrażenie z pobytu na Filipinach TUTAJ.
Friday, March 29, 2019
Czy lubisz Ben Okri?
Sępy pokazały się na niebie. Krążyły nad szkołą kilka dni, wreszcie usadowiły się na szopie, w której odprawiano wigilijne nabożeństwa.
Wieczorami obserwowaliśmy jak jacyś maniacy religijni błąkali się po terenie szkoły głosząc koniec świata, a potem, jak dzika grupa ludzi z miasta szukała osób pochodzących ze zbuntowanego plemienia. Wyważali drzwi, grabili kaplicę, zabrali wielkie, barwne malowidło męki Chrystusa. Rano zobaczyliśmy irlandzkiego księdza wściekle pedałującego na swoim rowerze. Gdy zniknął, duchy przelatywały przez kaplicę i grzechotały na dachu. Jednej nocy zawalił się ołtarz. Następnego dnia zobaczyliśmy jaszczurki kiwające głowami na ścianach kaplicy.
W poniedziałek byłem na regularnym badaniu krwi. Biorę leki na rozrzedzenie krwi i muszę regularnie sprawdzać czy gęstość jest w normie. Trwa to już wiele lat i ustabilizowało się na tyle, że badanie odbywa się średnio raz na 6 tygodni.
Tym razem jednak badanie zaczęło się od tytułowego pytania.
Zerknąlem na trzymaną w ręku książkę - Incidents at the Shrine.
Czy lubię? Próbuję. Realizm magiczny kojarzy mi się z G. G. Marquezem. Ben Okri jednak sięga bliżej jądra ciemności.
- Czytałaś coś Ben Okri? - spytałem.
- Tylko Famished Road - odpowiedziała pielęgniarka schylona nad pudełkiem z ampułkami.
- Rzadko mam okazję rozmawiać tu z kimś o książkach - powiedziałem odwróciwszy twarz do ściany (nie lubię widoku krwi).
- Bardzo lubię Dostojewskiego - powiedziała pielęgniarka przyklejając mi watę na ręku.
- I niektórych pisarzy z Południowej Afryki - dodała
Wreszcie mogłem na nią spojrzeć. Młoda kobieta z głową szczelnie owiniętą chustą.
- Cootzee? - spytałem.
- Też, ale mieszkałam 6 lat w Południowej Afryce, tam jest wielu świetnych pisarzy nieznanych w innych krajach.
- Mieszkałam też 6 lat w Arabii Saudyjskiej - dodała domyślając się pewnie mojego zainteresowania jej nakryciem głowy. - Ludzie tutaj mają bardzo fałszywe pojęcie o Islamie - dodała.
Kilka godzin później otrzymałem sms z wynikiem badania.
Alarm! Krew wyjątkowo rzadka, zmniejszyć dawkę, ponowne badanie już za tydzień.
P.S. Famished Road... najsłynniejsza książka Ben Okri. Słyszałem o niej, ale nie czytałem, nie ma jej w mojej bibliotece.
Po powrocie do domu zagooglałem na polskie strony.
Droga bez dna - "Tak naprawdę to ja wcale nie lubię realizmu magicznego, ale tę książkę nic to nie obchodziło. Karmiła mnie tym, czy tego chciałam czy nie. I w końcu mnie poniosła ze sobą..." - KLIK.
Zgadza się to jest Ben Okri, mam na myśli powyższą refleksję, tę pielęgniarkę, i ten wynik badania.
Wieczorami obserwowaliśmy jak jacyś maniacy religijni błąkali się po terenie szkoły głosząc koniec świata, a potem, jak dzika grupa ludzi z miasta szukała osób pochodzących ze zbuntowanego plemienia. Wyważali drzwi, grabili kaplicę, zabrali wielkie, barwne malowidło męki Chrystusa. Rano zobaczyliśmy irlandzkiego księdza wściekle pedałującego na swoim rowerze. Gdy zniknął, duchy przelatywały przez kaplicę i grzechotały na dachu. Jednej nocy zawalił się ołtarz. Następnego dnia zobaczyliśmy jaszczurki kiwające głowami na ścianach kaplicy.
Ben Okri - Laughter beneath the bridge - z tomu Incidents at the Shrine.
Tym razem jednak badanie zaczęło się od tytułowego pytania.
Zerknąlem na trzymaną w ręku książkę - Incidents at the Shrine.
Czy lubię? Próbuję. Realizm magiczny kojarzy mi się z G. G. Marquezem. Ben Okri jednak sięga bliżej jądra ciemności.
- Czytałaś coś Ben Okri? - spytałem.
- Tylko Famished Road - odpowiedziała pielęgniarka schylona nad pudełkiem z ampułkami.
- Rzadko mam okazję rozmawiać tu z kimś o książkach - powiedziałem odwróciwszy twarz do ściany (nie lubię widoku krwi).
- Bardzo lubię Dostojewskiego - powiedziała pielęgniarka przyklejając mi watę na ręku.
- I niektórych pisarzy z Południowej Afryki - dodała
Wreszcie mogłem na nią spojrzeć. Młoda kobieta z głową szczelnie owiniętą chustą.
- Cootzee? - spytałem.
- Też, ale mieszkałam 6 lat w Południowej Afryce, tam jest wielu świetnych pisarzy nieznanych w innych krajach.
- Mieszkałam też 6 lat w Arabii Saudyjskiej - dodała domyślając się pewnie mojego zainteresowania jej nakryciem głowy. - Ludzie tutaj mają bardzo fałszywe pojęcie o Islamie - dodała.
Kilka godzin później otrzymałem sms z wynikiem badania.
Alarm! Krew wyjątkowo rzadka, zmniejszyć dawkę, ponowne badanie już za tydzień.
P.S. Famished Road... najsłynniejsza książka Ben Okri. Słyszałem o niej, ale nie czytałem, nie ma jej w mojej bibliotece.
Po powrocie do domu zagooglałem na polskie strony.
Droga bez dna - "Tak naprawdę to ja wcale nie lubię realizmu magicznego, ale tę książkę nic to nie obchodziło. Karmiła mnie tym, czy tego chciałam czy nie. I w końcu mnie poniosła ze sobą..." - KLIK.
Zgadza się to jest Ben Okri, mam na myśli powyższą refleksję, tę pielęgniarkę, i ten wynik badania.
Tuesday, March 26, 2019
Wolny rynek
Od dłuższego czasu mamy w Australii wielki krzyk wokół cen energii, szczegónie elektryczności. Sprawa jest dość złożona gdyż nakłada się na to temat ochrony środowiska, eliminacji węgla. Niestety kolejne rządy nie potrafiły przedłożyć żadnego długofalowego planu więc problem obija sie jak pijany od płotu do płotu a przemysł wstrzymuje się z długofalowymi inwestycjami.
Ja jednak o czymś innym.
Nasz rząd stanowy rozpowszechnia poniższe ulotki...
Jeśli myślisz, że płacisz za dużo za elektryczność, to masz 90% szansę, że właśnie tak jest.
Do roku 1994 takiej szansy nie było. Cała gospodarka elektrycznością w naszym stanie była w rękach State Electricity Commission.
W którymś momencie budżet stanowy uginał sie pod ciężarem długów więc firmę rozparcelowano i rozprzedano.
Pamiętam ile wtedy było zachwytów - konkurencja, obniżka cen, wolny wybór konsumenta.
25 lat później nie bardzo wiadomo kto kontroluje energię w naszym stanie. Wtajemniczeni mówią, że główny wyłącznik znajduje się w Singapurze a ceny - jak widać na obrazku - 90% użytkowników przepłaca.
Oczywiście nie wiadomo ile elektryczność kosztowałaby gdyby pozostawała nadal w rękach stanowego rządu, ja jednak myślę sobie tak: jeśli kosztowałaby więcej, to przecież te pieniądze i tak trafiłyby do rządowej kasy, która finansuje edukację, służbę zdrowia, transport itd, itd.
Ktoś powie - tak, ale ile by tam było marnotrawstwa, biurokracji.
Zgoda, byłoby, ale ta wyższa efektywność prywatnych operatorów oznacza masę pieniędzy płynących za granicę, często minimalnie opodatkowanych oraz utratę pracy przez Australijczyków.
Może byli niezbyt wydajni, ale mogę zapewnić, że jako bezrobotni są dużo bardziej nieefektywni.
Ja jednak o czymś innym.
Nasz rząd stanowy rozpowszechnia poniższe ulotki...
Jeśli myślisz, że płacisz za dużo za elektryczność, to masz 90% szansę, że właśnie tak jest.
Do roku 1994 takiej szansy nie było. Cała gospodarka elektrycznością w naszym stanie była w rękach State Electricity Commission.
W którymś momencie budżet stanowy uginał sie pod ciężarem długów więc firmę rozparcelowano i rozprzedano.
Pamiętam ile wtedy było zachwytów - konkurencja, obniżka cen, wolny wybór konsumenta.
25 lat później nie bardzo wiadomo kto kontroluje energię w naszym stanie. Wtajemniczeni mówią, że główny wyłącznik znajduje się w Singapurze a ceny - jak widać na obrazku - 90% użytkowników przepłaca.
Oczywiście nie wiadomo ile elektryczność kosztowałaby gdyby pozostawała nadal w rękach stanowego rządu, ja jednak myślę sobie tak: jeśli kosztowałaby więcej, to przecież te pieniądze i tak trafiłyby do rządowej kasy, która finansuje edukację, służbę zdrowia, transport itd, itd.
Ktoś powie - tak, ale ile by tam było marnotrawstwa, biurokracji.
Zgoda, byłoby, ale ta wyższa efektywność prywatnych operatorów oznacza masę pieniędzy płynących za granicę, często minimalnie opodatkowanych oraz utratę pracy przez Australijczyków.
Może byli niezbyt wydajni, ale mogę zapewnić, że jako bezrobotni są dużo bardziej nieefektywni.
Sunday, March 24, 2019
Niedzielne czytanie - wojna w ZOO
Na pewno wspominałem na tym, a może na innym blogu, film Zookeeper's Wife i książkę na podstawie której film powstał.
Ten film przysporzył mi wiele satysfakcji - chyba pierwszy film opracowany od początku do końca przez zachodnich producentów prezentujący wyjątkowo pozytywny obraz Polaków podczas II Wojny Światowej.
Książka już nie jest taka dobra, wielu czytelników skarży się, że się pogubili. To wynik dobrych intencji autorki - Diane Ackermann - która spędziła prawie rok w Polsce badając wiele wątków zagłady Żydów w Polsce.
Nic dziwnego, że aż podskoczyłem gdy na półce w bibliotece zauważyłem książkę po tytułem Zookeeper's War. Z okładki dowiedziałem się, że książka opowiada o losach berlińskiego zoo w ostatnich dwóch latach wojny.
Pożyczyłem, przeczytałem...
Po pierwsze zaskoczyło mnie, że autorem jest Australijczyk.
Wydało mi się to wyjatkowo egzotyczną kombinacją. Nie odkryłem powodów, dla których autor, Steve Conte, wybrał dla swojej jedynej książki właśnie taki temat.
Po drugie - z pierwszych stron książki dowiedziałem się, że głównym bohaterem książki jest "dyrektor-spadkobierca" berlińskiego zoo - Alex Frey.
Dyrektor-spadkobierca. W książce Alex Frey zerka na wiszący w gabinecie portret jego ojca - dyrektora berlińskiego zoo.
To się zgadza, rzeczywiście dyrektor berlińskiego zoo w latach wojny odziedziczył stanowisko po swoim ojcu tyle , że...
W tym momencie podskoczyłem jeszcze wyżej.
Dyrektor berlińskiego zoo - toż to postać historyczna, bardzo sławna - Lutz Heck - fanatyczny nazista, osobisty przyjaciel Goeringa, człowiek, który już w 1938 r zabronił Żydom wstępu do podległego mu zoo. Osobna karta jego działania to grabież warszawskiego zoo. Detale tutaj - KLIK.
Na marginesie dodam, że w filmie Zookeeper's Wife został on przedstawiony jako diaboliczny charakter.
Prawdę mówiąc, to w tym momencie straciłem chęć czytania tej książki, Przecież będę odbierał to jak jakąś chorą fantazję.
Jednak przemogłem się.
A więc - po trzecie - książka. To jest nawet dość dobry opis życia w Berlinie podczas dywanowych alianckich nalotów. Niestety poza nużącymi opisami rozmiaru zniszczeń nie mogłem doszukać się w książce wiele treści.
To znaczy, jest tam dość istotny wątek - żona fikcyjnego dyrektora, Australijka, czuje ogromne znużenie nieracjonalnie poprawną postawą swego męża i zdradza go z zatrudnionym w zoo czeskim więźniem wojennym.
Może to powinno mnie ucieszyć - po pierwsze kobieta egzekwuje swoje prawa, po drugie Słowianin skorzystał, ale jakoś pozostałem negatywnie obojętny.
Na koniec jeszcze jedno zaskoczenie - książka zdobyła w 2008 roku nagrodę premiera Australii.
Boże drogi - nie wymagam od głów państw aby czytali i oceniali jakiekolwiek książki, ale jeśli już organizuje się taką nadgrodę, to chyba powinno się zatrudnić kogoś, kto potrafi przeczytać tekst ze zrozumieniem.
Ten film przysporzył mi wiele satysfakcji - chyba pierwszy film opracowany od początku do końca przez zachodnich producentów prezentujący wyjątkowo pozytywny obraz Polaków podczas II Wojny Światowej.
Książka już nie jest taka dobra, wielu czytelników skarży się, że się pogubili. To wynik dobrych intencji autorki - Diane Ackermann - która spędziła prawie rok w Polsce badając wiele wątków zagłady Żydów w Polsce.
Nic dziwnego, że aż podskoczyłem gdy na półce w bibliotece zauważyłem książkę po tytułem Zookeeper's War. Z okładki dowiedziałem się, że książka opowiada o losach berlińskiego zoo w ostatnich dwóch latach wojny.
Pożyczyłem, przeczytałem...
Po pierwsze zaskoczyło mnie, że autorem jest Australijczyk.
Wydało mi się to wyjatkowo egzotyczną kombinacją. Nie odkryłem powodów, dla których autor, Steve Conte, wybrał dla swojej jedynej książki właśnie taki temat.
Po drugie - z pierwszych stron książki dowiedziałem się, że głównym bohaterem książki jest "dyrektor-spadkobierca" berlińskiego zoo - Alex Frey.
Dyrektor-spadkobierca. W książce Alex Frey zerka na wiszący w gabinecie portret jego ojca - dyrektora berlińskiego zoo.
To się zgadza, rzeczywiście dyrektor berlińskiego zoo w latach wojny odziedziczył stanowisko po swoim ojcu tyle , że...
W tym momencie podskoczyłem jeszcze wyżej.
Dyrektor berlińskiego zoo - toż to postać historyczna, bardzo sławna - Lutz Heck - fanatyczny nazista, osobisty przyjaciel Goeringa, człowiek, który już w 1938 r zabronił Żydom wstępu do podległego mu zoo. Osobna karta jego działania to grabież warszawskiego zoo. Detale tutaj - KLIK.
Na marginesie dodam, że w filmie Zookeeper's Wife został on przedstawiony jako diaboliczny charakter.
Prawdę mówiąc, to w tym momencie straciłem chęć czytania tej książki, Przecież będę odbierał to jak jakąś chorą fantazję.
Jednak przemogłem się.
A więc - po trzecie - książka. To jest nawet dość dobry opis życia w Berlinie podczas dywanowych alianckich nalotów. Niestety poza nużącymi opisami rozmiaru zniszczeń nie mogłem doszukać się w książce wiele treści.
To znaczy, jest tam dość istotny wątek - żona fikcyjnego dyrektora, Australijka, czuje ogromne znużenie nieracjonalnie poprawną postawą swego męża i zdradza go z zatrudnionym w zoo czeskim więźniem wojennym.
Może to powinno mnie ucieszyć - po pierwsze kobieta egzekwuje swoje prawa, po drugie Słowianin skorzystał, ale jakoś pozostałem negatywnie obojętny.
Na koniec jeszcze jedno zaskoczenie - książka zdobyła w 2008 roku nagrodę premiera Australii.
Boże drogi - nie wymagam od głów państw aby czytali i oceniali jakiekolwiek książki, ale jeśli już organizuje się taką nadgrodę, to chyba powinno się zatrudnić kogoś, kto potrafi przeczytać tekst ze zrozumieniem.
Subscribe to:
Posts (Atom)
