Wednesday, July 3, 2019

Cisza

W niedzielnym wpisie podsumowałem krótko (i nieco negatywnie) lekturę zbioru opowiadań J. Barnesa - Cytrynowy stolik.
Zakończę tem temat pozytywnym akcentem - opowiadanie pod tytułem Cisza.

"Kiedy muzyka staje się literaturą, jest to zła literatura. Muzyka zaczyna się tam, gdzie nikną słowa. Co powstaje, kiedy niknie muzyka? Cisza."

Powyższe słowa wygłasza we wpisie kompozytor Jean Sibelius.
Zatem jako akompaniament do lektury tego wpisu proponuję Valse Triste - KLIK.

Sibelius - mam trop potrzebny do wyjaśnienia tytułu zbioru - Cytrynowy stolik.
Według J. Barnesa taki stolik był w odwiedzanym przez kompozytora w hotelu Kämp w Helsinkach.

Wspominałem, że wszystkie opowiadania w zbiorze obracają się wokół starości. Dla mnie nie były to sympatyczne obroty.
Opowiadanie Cisza jest miłym wyjątkiem.
Sibelius nie zmienił się na starość. Nie czekał tak długo, aby ujawnić swoje prawdziwe oblicze.
Być może to wpływ sztuki a być może wolnego od trosk materialnych życia (gdy miał 33 lata rząd przyznał mu dożywotnią pensję).
Uprzywilejowana pozycja. Od początku mógł sobie pozwolić na szczerość.

Mnie zresztą nie interesowały informacje o ekstrawagancjach kompozytora natomiast z przyjemnością czytałem wypowiedzi na temat muzyki. Nie ważne czy to Sibelius je wygłosił czy wymyślił je J. Barnes. Uważam że muzyka jest tematem, o którym ten autor pisze najlepiej.

Osobiście bardzo lubię muzykę j. Sibeliusa. Nie wiem dlaczego. Zgadzam się z cytowaną wcześniej wypowiedzią: muzyka zaczyna się tam, gdzie nikną słowa.

Bo jeśli chodzi o słowa... zacytuję specjalistę:
"W muzyce współczesnej nie mamy - niestety! - czegoś takiego, co możnaby określić mianem "kół fachowych". Gdyby takie koła fachowe istniały i działały, wciąż jeszcze bezgranicznie przeceniana muzyka Sibeliusa nie tylko nie dostałaby się do owego pojemnika wartości duchowych, który pozostawia się dla przyszłości, ale wręcz zostałaby wyeliminowana z repertuaru współczesnego, właśnie ona pierwsza."
Bogusław Schaeffer - Kompozytorzy XX wieku.

:)))))))

Dziwnie się złożyło, że aż dwa z opowiadań w zbiorze Cytrynowy Stolik wiążą się z moim narciarskim pobytem w Europie 23 lata temu.

Ponad tydzień temu wspominałem swój sen z Biegu Wazów w Szwecji.
Wtedy, w 1996 roku, przed Szwecją była Finlandia - maraton Finlandia Hiihto rozgrywany wtedy jeszcze na długiej, 75-kilometrowej, trasie Hämeenlinna do Lahti.
Ten szczegół jest istotny gdyż właśnie w Hämeenlinna urodził się J. Sibelius.

Wieczorem w przeddzień biegu odbyło się przyjęcie dla zagranicznych narciarzy. Mistrz ceremonii przedstawił sześć wesołych dziewcząt - to są "hugging girls", one uścisną na mecie każdego narciarza. Ja uścisnę każdą narciarkę (było ich pewnie 10 razy mniej niż mężczyzn).

Początek był zgodny z oczekiwaniami. Bardzo obszerne pole startowe na jeziorze (dokładnie tak na tym zdjęciu zrobionym 12 lat wcześniej)


Po starcie nie było tłoku, lekki mróz, szybki śnieg. Napędzany przedbiegowym entuzjazmem połykałem kolejne kilometry. Otrzeźwienie przyszło po około 30 km.
- Ty już tutaj? - usłyszałem znajomy głos. Kolega z Australii, młodszy i dużo lepszy narciarz ode mnie. On miał rację, na tym etapie ja nie miałem prawa być przed nim.

Zwolniłem nieco, ale było już za późno. Na dodatek zaczął padać śnieg. Wyścig był stylem łyżwowym. Każdy krok to podniesienie przysypanej śniegiem narty.
Po 65 km trudno było już podnosić.


Tutaj nie było dziewczynki grającej na skrzypcach. Nie pamiętam też "hugging girls" na mecie choć na pewno były.
Jeszcze bardziej na pewno była cisza.

Sunday, June 30, 2019

Niedzielne czytanie - pożegnanie starego ojca

Pierwsze czytanie:
Pan rzekł do Eliasza: «Elizeusza, syna Szafata z Abel-Mechola, namaścisz na proroka po tobie».
Poszedł wkrótce stamtąd Eliasz i odnalazł Elizeusza, syna Szafata, orzącego wołami: dwanaście par wołów przed nim, a on przy dwunastej. Wtedy Eliasz, podszedłszy do niego, zarzucił na niego swój płaszcz. Wówczas Elizeusz zostawił woły i pobiegłszy za Eliaszem, powiedział: «Pozwól mi ucałować mego ojca i moją matkę, abym potem poszedł za tobą». On mu odpowiedział: «Idź i wracaj, bo po co to ci uczyniłem?»
Wtedy powrócił do niego i zaraz wziął parę wołów, złożył ją na ofiarę, a na jarzmie wołów ugotował ich mięso oraz dał ludziom, aby zjedli. Następnie wybrał się i poszedłszy za Eliaszem, stał się jego sługą.



Księga Królewska 1 - 19:19-21

Ewangelia:
... Do innego rzekł: «Pójdź za Mną». Ten zaś odpowiedział: «Panie, pozwól mi najpierw pójść pogrzebać mojego ojca». Odparł mu: «Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże».

Jeszcze inny rzekł: «Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu». Jezus mu odpowiedział: «Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego».


Ewangelia według św Łukasza 9: 60-62.

Już dwa moje wpisy były inspirowane opowiadaniami J. Barnesa z tomu Cytrynowy stolik.
Właśnie skończyłem czytać cały tom.

Nie podobały mi się te opowiadania (poza dwoma).
Tematyka - starzy ludzie.
Niesympatyczni starzy ludzie.
Zastanawiałem się - czy zawsze byli tacy, czy zrobili się tacy na starość?
Chyba zawsze byli, ale starość to ujawniła.

Komu ujawniła?
Starzy ludzie w tych opowiadaniach przebywają w towarzystwie swoich rówieśników. Z treści nie wygląda żeby ich towarzysze źle czuli się w ich towarzystwie.
A więc to J. Barnes podgląda ich z ukrycia i krzywi się - jacy oni paskudni.

W tym miejscu przypomniałem sobie cytowane wyżej słowa Jezusa: Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże.

Julian Barnes najwyraźniej nie posłuchał i oto tego smutne skutki.

Osobna sprawa -
Porównałem teksty ze Starego Testamentu i z Ewangelii.
W obu jest ten sam temat - rozdarcie między obowiązkami rodzinnymi i powołaniem apostolskim.
Eljasz - Stary Testament - mówi: idź, pożegnaj się i wracaj.
Jezus jest bardziej radykalny - kto się wstecz ogląda, nie nadaje się.

Wytłumaczenie chyba jest proste - Stary Testament to księga natchniona przez Boga, którego katolicy nazywają Ojcem. Nic dziwnego, że dał przykazanie - Czcij Ojca swego i Matkę swoją, i że pozwolił pożegnać się ze starym ojcem.
Jezus - według katolików Syn Boży, ma zdecydowanie synowskie poglądy.

Wydaje mi się, że młode pokolenie nie zna słów Jezusa, ale je stosuje - nie oglądają się wstecz. Królestwo Boże też ich nie interesuje, ale to już inna sprawa.

Friday, June 28, 2019

Bez sensu

Koło płotu zakwitł nam bez ładnie,
nie w pod sznurek, lecz całkiem bezładnie.
Potem zaś, przez miesiąc cały,
nad tym bzem pszczoły bzemyczały.
Przyszło lato i całkiem bezwiedne,
powiedziałem: nasz bez więdnie.
Bo rzeczywiście, gdy czas leciał wprzód,
nasz bez coraz bardziej wiódł i wiódł.
Więc w kawiarni zamówiłem dwie bezy
by zapomnieć, że więdną te bezy.
Lecz kasjerka odmówiła mi,
rzekła: nie mówi się bezy lecz bzy.
I nie pisze się bez wiódł, lecz bez wiądł.
Zawiedziony wyszedłem stamtąd.
A gdy już całkiem mnie zwiódł zwiądł bez owy,
to przybrał kolor beżowy.

Tuesday, June 25, 2019

Polska msza J.S. Bacha

Jan Sebastian Bach - Msza b-moll.

W programie czytam: "27 lipca 1733 roku Bach złożył partyturę Mszy na dworze elektora saksońskiego w Dreźnie. Dołączył do niej podanie o przyznanie mu stanowiska nadwornego kompozytora Elektora... Dwór saski przeszedł na katolicyzm w 1697 roku więc...".

No cóż, wszystko prawda. Stosując terminologię księdza Tischnera - tyż prawda.
Natomiast święta prawda jest taka:
W 1697 roku polski sejm elekcyjny wybrał Augusta, elektora saskiego, na króla Polski. Warunkiem objęcia stanowiska było przyjęcie wiary katolickiej. Elektor nie miał problemu z tą sprawą.

Jan Sebastian Bach, luteranin, pełnił szereg muzycznych funkcji w Lipsku i miał częste problemy z radą miejską. Uznał, że pozycja w Dreźnie doda mu autorytetu i argumentów w pertraktacjach.
W lutym 1733 roku August II Sas zmarł. Nastąpiła 5 miesięczna żałoba. Wszelkie znaki wskazywały, że następcą Augusta II będzie jego syn. Bach zabrał się do pracy.

Msza katolicka - po pierwsze - po łacinie - zaprzeczenie luterańskiej idei liturgii w językach narodowych. Po drugie - msza katolicka zawiera części (Kyrie, Gloria), które nie występują w mszy luterańskiej.

J.S. Bach nie miał chyba zbyt wysokiego mniemania o kwalifikacjach muzycznych polsko-drezdeńskiego dworu gdyż dostarczył niekompletną partyturę a niektóre części utworu były tylko naszkicowane.
Osobna sprawa, to fakt, że wybór Augusta III na króla polski wzbudził wielkie kontrowersje i stał się faktem dopiero w styczniu 1734 roku.
W rezultacie August III i jego dwór chyba nigdy nie wysłuchali tego utworu, ale jednak w 1736 roku przyznali Janowi Sebastianowi tytuł kompozytora dworskiego.

Msza, a raczej niektóre z istniejących części, zostały wykonane w lipcu 1733 roku w kościele św Zofii w Dreźnie, ale było to bardzo lokalne wydarzenie.

Jednak co mistrz, to mistrz.
J.S. Bach spędził wiele czasu na komponowanie brakujących części utworu i szlifowanie tych już napisanych. Robił to wiedząc, że utwór nie ma szansy być kiedykolwiek wykonany w całości.
W rezultacie powstał utwór, który krytycy muzyczni zaliczają do najbardziej istotnych dzieł kompozytora. Zatracił on charakter autentycznej mszy gdyż trwa prawie 2 godziny.
Pierwsze wykonanie kompletnego utworu nastąpiło w Lipsku, w 1859 roku, ponad 100 lat po śmierci kompozytora.

Ale zgrabny wpis mi wyszedł :)
Chyba czytelnicy nie oczekują, że napiszę coś o muzyce.

Napiszę tylko tyle, że o muzyce nie da się pisać a więc...
Miałem okazję wysłuchać Mszy b-moll w ostatni piątek, w świetnej akustycznie sali Melbourne Recital Centre.
21 czerwca - prawie najkrótszy dzień roku. Zimno, szaro. Nawet nie było tłoku na drodze.

Utwór w tonacji b-moll.
Nie da się pisać o muzyce - przerzucę więc to na innych - "B-moll to według mnie najciemniejsza z muzycznych tonacji, matowo czarna, ilustrująca kogoś uwięzionego w podziemu, bez wyjścia".
Na przykład wieczór dnia poprzedzającego najdłuższą noc.

Ale również: "Kojący, czekoladowy dźwięk - muzyka po wyśmienitym obiedzie, gdy jesteś zaspokojony i nie masz ochoty/potrzeby niczego udowadniać".

Źródło cytatów TUTAJ.

Muzyka po wyśmienitym obiedzie.
Co prawda, to prawda - tylko takie obiady są w naszym domu, ale spoglądam nieco dalej - nie masz potrzeby udowadniać - życie, które trwa, ale praktycznie już się skończyło.

Wykonawcy - VOCES8 - angielski zespół śpiewaków. Nazwa wskazuje, że oktet, ale tym razem wzmocniony przez dodatkowy głos - kontratenor. Do tego orkiestra ANAM - Australian National Academy of Music).
Bardzo kameralne wykonanie. Wszystkie nagrania, jakie znalazłem na youtube wykonują kilkudziesięcioosobowe chóry i orkiestry.
To robi wrażenie, ale J.S. Bach nie tak wyobrażał sobie swoją muzykę. (pisałem o tym w zlinkowanym powyżej wpisie).

Dyrygent dał znak, pierwszy dźwięk i... czekolada i tlen - nie trzeba już niczego udowadniać.

Wikipedia o Mszy b-moll - KLIK.
Wykonanie Mszy na British Prom - KLIK.

P.S. Na wszelki wypadek wysłuchałem w domu Wielkiej Mszy c-moll W.A. Mozarta - katolika.
Nie miałem watpliwości - to jest autentyczna katolicka msza czego nie mogę powiedzieć o Mszy b-moll J.S. Bacha.

Jednak na ten ponury długi wieczór najwłaściwszy był J.S. Bach.

Sunday, June 23, 2019

Niedzielne rozmyślanie - tajemnica spowiedzi

Jakie jest właściwie pochodzenie tego słowa? Co tak naprawdę znaczy?
sPOWIEDZ, s-POWIADAJ (się). A więc - powiedz, powiadaj. To S pewnie oznacza, że powiesz w sekrecie, ale może tu chodzi o spo, spoko.
Jednocześnie jest jednak sPOWIEDŹ - czyli poprowadź... i wszystko się powiedzie.

Podoba mi się to: powiedz mi (w sekrecie) o swoich błędach a ja cię poprowadzę.

W nowoczesnym katechiźmie wiary katolickiej jakoś to zamącili.
To w ogóle nie jest spowiedź tylko Sakrament pokuty i pojednania.

Rozbite na punkty, chyba trzeci z nich to wyznanie grzechów.
Może to i słuszne, nie wiem, nie chodzę do spowiedzi.
Z bardzo przewrotnej przyczyny nie chodzę - obawiam się, że moje wątpliwości na temat wiary są tak silne, że mógłbym zarazić nimi spowiednika.

Spowiednik?
Bardzo skomplikowana postać.

spoWIEDNIK - czyli wiedzący?
sPOWIEdnik - oczywiście, on mi coś powie. Tylko mnie.

Ale spowiedNIK - NIK - Najwyższa Izba Kontroli?
Chyba raczej Niebiańska Izba Kontroli, ale też trochę to zniechęcające.

Dlaczego osoby wykonującej tę funkcję nie nazwano spoWIEDŹMIN?
Proszę zauważyć, że ta nazwa zostawia otwarte wrota dla kapłaństwa kobiet -spoWIEDŹMA

P.S. Znalazłem w blogosferze osobę, która poświęca tematowi spowiedzi sporo miejsca - KLIK.

Saturday, June 22, 2019

Czujność

To tytuł kolejnego opowiadania Juliana Barnesa ze zbioru The Lemon Table - Cytrynowy stolik.
Wydaje mi się, że nicią łączącą wszystkie opowiadania są obserwacje ludzi starych i starzejących się. Zdecydowanie tematyka dla mnie, ale wątpię czy się czegoś praktycznego nauczę.

Czujność - wrażliwość bywalca sal koncertowych na zachowanie sąsiadów w najbliższym otoczeniu.
Julian Barnes zna się na muzyce i znany jest jako pedant więc na pewno wie o czym pisze.

Przypominają mi się koncerty symfoniczne w Polsce. Byłem młody, ale już wtedy czujny na zachowanie sąsiadów.
Wydaje mi się, że odczuwałem wtedy potrzebę należenia do "elity".
Czasy komunizmu - elita - bezpartyjny, ale dobry fachowiec, dobre maniery, zainteresowanie kulturą.
Podejrzewam, że pod tę etykietę lubili podszywać się również ludzie, których maniery i kultura niebyt interesowały.

Być może czujność w teatrze czy sali koncertowej to była jakaś potrzeba potwierdzenia swojej tożsamości.

Zdziwiło mnie nieco, że Julian Barnes, bardzo kulturalny Anglik, zwraca tyle uwagi na ten problem. Zrzucam to na karb wielowiekowej tradycji mocno podzielonego na klasy społeczeństwa.

Australia.
Tutaj nie zauważyłem tego problemu.
Elity - na pewno istnieją zamknięte środowiska mające bardzo wysokie mniemanie o sobie. Na szczęście są tak zamknięte, że nikt o ich istnieniu nie wie.
Z drugiej strony - relaks psychiczny. Brak potrzeby potwierdzania swojego statusu.
A już specjalnie w dziedzinie kultury.
W rezultacie do sali koncertowej przychodzą ludzie, którzy nie chcą niczego udowodnić, chcą tylko posłuchać tego co lubią.

Druga obserwacja - im mniej renomowane miejsce tym bardziej autentyczna publiczność.

Na przykład - Australian National Academy of Music (ANAM). Odwiedzam często ich salę koncertową i kiedyś przydarzyło mi się coś takiego....
Koncert muzyki dość nowoczesnej, słucham uważnie i nagle.... nie, nie do wiary, ktoś za mną chrapie!
Toż to dopiero wczesne popołudnie. No tak, pewnie staruszek opuścił popołudniową drzemkę.
Przybieram stosowną minę, powoli odwracam głowę i napotykam przepraszający wzrok i zażenowany uśmiech staruszego pana. Opuszczam nieco wzrok i zauważam, że dołączony jest do butli z tlenem.
Czuję jak robi mi się bardzo ciepło, sroga mina na twarzy roztapia się jak wosk.
Zwracam ponownie twarz w kierunku sceny i zauważam, że miarowe bulgotanie z tyłu wkomponowuje się w wykonywany utwór. Że za każdym razem czuję dopływ dobrej energii do serca.
Chciałem zwrócić uwagę sąsiadów - tlen, tlen, podłączcie się! Dobre maniery m nie pozwaliły.

Wczoraj byłem na koncercie w bardzo dobrej sali. Publiczność jednak bardzo bezceremonialna. Przyszli bo chcieli posłuchać. I słuchali, świetnie słuchali.

Może uda mi się coś o tym napisać?

P.S. Wydaje mi się, że przypadek z tlenem opowiadałem już w jakimś swoim blogowym wcieleniu. Przepraszam czytelników, dla których to powtórka, no cóż staruszkowie chrapią na różne sposoby.

Wednesday, June 19, 2019

Rewizyta w Hökberg

Dziwną drogą, poprzez trasę spacerową wokół Albert Lake w Melbourne, dotarło do mnie opowiadanie Juliana Barnesa - Historia Matsa Izraelsona, ze zbioru The Lemon Table - Cytrynowy Stolik.

Bohater opowiadania to Anders Bodén - kierownik tartaku nad jeziorem Siljan w Mora (Szwecja, prowincja Dalarna) - KLIK.
Czas akcji - rok 1898.
Jego dodatkowm zajęciem jest oprowadzanie turystów, którym opowiada między innymi: "...o  pomniku upamiętniającym miejsce, gdzie w tysiąc pięćset dwudziestym roku Gustaw Waza wygłaszał mowę do Dalarneńczyków. Potężnie zbudowany, brodaty mężczyzna z zapałem namawiał gości na wyprawę do Hökberg, żeby obejrzeć niedawno położony kamień ku pamięci prawnika Johannesa Stiernbocka".

Czytam w łóżku, po lunchu, jakoś po sobotnich wysiłkach poczułem chęć położyć się.

Pomnik Gustawa Wazy w Mora?
Byłem widziałem, mam go na zdjęciu....


Kiedyż to było?
Rok 1996 - dwadzieścia trzy lata temu.
Pamiętam równie dokładnie jak Anders Bodén pamiętał 23 lata wcześniejszą scenę gdy pani Barbro Lindval oświadczyła: Chciałabym pojechać do Falun, a on przegapił moment, w którym celna odpowiedź mogła zmienić życie ich obojga.

Hökberg - google maps skierowało mnie gdzieś nad Bałtyk. Co za bzdura, przecież dokładnie pamiętam.
Na szczęście szwedzka wikipedia jest po mojej stronie - KLIK.
"Hökberg är en fäbod i Mora socken, Mora kommun i Dalarna. I fäboden korsas två vandringsleder, Siljansleden och Vasaloppsleden. Hökberg är också den näst sista Vasaloppskontrollen efter 71 kilometers färd från Sälen....".
Hökberg to letnie pastwisko w parafii Mora w gminie Mora w Dalarnie. Dwa szlaki turystyczne, Siljansleden i Vasaloppsleden, przecinają przejście. Hökberg jest także drugim punktem kontrolym w biegu Vasaloppet, po 71 kilometrach podróży z Sälen....

71 km w nogach - pamiętam - to było tak...
Nocleg w Mora można było załatwić tylko przez centralne biuro, Napisałem do nich dużo wcześniej, wpomniałem, że przyjadę pociągiem. Nic dziwnego, że zaskoczyło mnie i bardzo zdenerowało gdy dowiedziałem się, że przydzielili mi kwaterę 5 km od centrum Mora.
5 km to oczywiście drobiazg dla narciarskiego maratończyka, ale jednak po powrocie z treningu i lunchu w centrum miasta, nie miałem już ochoty wychodzić z domu.
- Przejechałeś już w tym sezonie 900 km na nartach? - pytali mieszkający w tym samym domu Szwedzi.
- 900 km to ja nie przejechałem w żadnym sezonie w życiu - odpowiadałem zgodnie z prawdą. A w tym sezonie nie przejechałem nawet 90 km, pojutrze bedzie pierwsze.
- Bo wszędzie piszą, że przed Biegiem Wazów należy przebiec jego 10-krotną długość.
Wzruszałem ramionami, ale jednak na starcie i na trasie byłem nieco zdenerwowany - żeby tylko przeżyć.

W dniu wyścigu mój gospodarz zbudził mnie już o 3:30 rano, przygotował mi bardzo treściwe śniadanie i wreszcie zawiózł do centrum miasta skąd autobusy wiozły zawodników do odległego o 90 km Sälen.
Start - ogromny tłum zawodników (15,000), huk armaty, gigantyczny nadmuchiwany czerwony koń, symbol prowicji Dalarna, unosił się chwiejnie za naszymi plecami.


Let's the sun shine! - huczały głośniki.
Rzeczywiście słońce zaświeciło, brzozy wzdłuż trasy nabierały różowego koloru.

Pierwsza godzina to była walka o przetrwanie w stłoczonej masie narciarzy. Po godzinie stawka rozciągnęła się w sześciu rzędach na wiele kilometrów. Gdy spoglądałem na lekkie wzgórza przed sobą wydawało mi się, że to wije się Chiński Mur.

Co kilkanaście kilometrów punkty odżywcze. Szwedzka specjalność to Blåbärssoppa - zupa, a właściwie kisiel jagodowy - KLIK. Bardzo pożywny. Przez wiele setek metrów za punktem odżywczym śnieg miał nadal fioletowy kolor.

Słońce wysoko na niebie, brzozy odbijają jego blask. Połowa trasy, pozostało jeszcze trochę ponad 40 km, taki dystans pokonałem wiele razy w Australii. Dam radę.
Na zdjęciu nie mam jednak zbyt pewnej miny.

Osoba za mną ma numer o prawie 3,000 wyższy. A zatem wystartowała z dużo gorszej pozycji. I chyba nie prezentuje się tak dobrze jak ja ;) Co to jednak znaczy zrobić 900 km przed biegiem.

Wreszcie zapowiadany na początku wpisu Hökberg.
Ostatni punkt odżywczy, niespełna 20 km do mety. Ostatnia porcja zupy jagodowej na dzisiaj, kawa i ruszam. Wokół mnie pusto, brzozy rzucają bardzo długie cienie.

I nagle słyszę muzykę. Zwalniam żeby zmniejszyć chrzęst śniegu. Zdecydowanie muzyka, skrzypce.

Halucynacje!
Ogarnia mnie lekka panika. Wolno posuwam się do przodu, zakręt i oto tuż przede mną mała, może 10-letnia dziewczynka gra szwedzką polkę na skrzypcach a jej, o parę lat młodszy, braciszek trzyma w dłoniach tacę z jakimiś cukierkami.
Rozglądam się, pustka dookoła.
- Dzieci, skąd wy jesteście? Czy rodzice wiedzą?
- Z Hökberg - odpowiada dziewczynka zniżając skrzypce. Jej brat podsuwa bliżej tacę z cukierkami.
Zatrzymuję się, ale w tym samym momencie dziewczynka podnosi skrzypce na ramię. Spogląda na mnie zdecydowanym i jakby gniewnym wzrokiem i, nie jestem pewien czy mówi, ale wyraźnie słyszę jej słowa:
- Narciarzu z dalekiego kraju, przybyłeś z daleka na ten królewski bieg, więc biegnij, to jest twoja prawda. Jedź!
Odbijam się więc z całej siły kijkami i, już w biegu, wołam: a jaka jest twoja prawda dziewczynko?
- Tobie grać... tobie grać - odpowiada echo.

Dookoła robi się ciemno. Na szczęście Mora już blisko. Organizatorzy umieścili w śniegu pochodnie, które dodają trasie tajemniczego uroku
Mimo późnej pory wzdłuż trasy miejscowi kibice. Jeden z nich biegnie przez kilkanaście metrów tuż za mną klepiąc mnie w plecy i wołając: Australia, cieszę się, że do nas przyjechałeś.
Ostatnia prosta na głównej ulicy Mora, meta. Zwlaniam, zatrzymuję się. Podbiegają do mnie trzy roześmiane dziewczyny, jedna bierze mnie w objęcia.
- Are you hugging girls? - pytam.
Hugging girls - obłapiaczki, obejmowaczki - termin ten poznałem dwa tygodnie wcześniej, w Finlandii, podczas maratonu Finlanda Hiihto w Lahti.
- Hugging girls? - dziewczyna wzrusza ramionami - musimy uważać na biegaczy, którzy przyjeżdżają tak późno jak ty. Niektórzy są tak zdezorientowani, że mogliby nie zatrzymać się na mecie tylko jechać dalej. Pokazuje ręką na ciemną ścianę lasu.
Czuję jak jej towarzyszki zdjemują mi kijki z dłoni, odpinają narty. Wreszcie wtykają w dłoń numerek i popychają w stronę szatni.

Zjadam talerz, albo dwa, gestej zupy jarzynowej z boczkiem. Czuję jak wracają mi siły.
- Gdzie można zadzwonić po taksówkę? - pytam.
- Taksówkę? Dzisiaj? Jeśli nie zamówiłeś wcześniej, to teraz już nikt po ciebie nie przyjedzie.

Biorę więc masaż, zjadam jakiś deser, zarzucam narty na plecy i ruszam w drogę.
Noc w pełni. Ciemno, zimno, do domu daleko. Idę spokojnym krokiem... i nagle słyszę dzwonki.

Znowu halucynacja?
Nie, to tylko sanie Królowej Śniegu. Zatrzymują się przy mnie, Królowa zgarnia swoją suknię
- Wsiadaj - rozkazuje.
Wsiadam.
- Dokad mnie wieziesz? - pytam.
- A dokąd chcesz jechać?
- Do Hökberg, chciałbym się upewnić, że ta dziewczynka i jej brat wrócili cali do domu.
Królowa nic nie odpowiada, ale czuję że sanie lekko skręcają. Za chwilę jakieś zabudowania i słyszę dźwięk skrzypiec.
To tu.
Podchodzę bliżej. Teraz słyszę wyraźnie, Menuet J.S. Bacha - KLIK.
Znam, znam, trzydzieści kika lat temu grałem to na pianinie. Przykucam, ogarnia mnie senność.
Nie wiem ile czasu upłynęło. Skrzypce już umilkły.

- Wstawaj, jedziemy - głos Królowej Śniegu jest rozkazujący.
Posłusznie wsiadam do sań.
- Więc to jeszcze nie dzisiaj? - pytam.
- Nie, jeszcze tu wrócisz - odpowiada sucho Królowa.
- Na królewski bieg?
- Na królewski bieg - potwierdza.
- I będzie zupa jagodowa, pochodnie w śniegu, i na mecie zatrzymają mnie wesołe dziewczyny?
- Będzie zupa jagodowa i pochodnie, a na mecie nikt cię nie zatrzyma.
- Bieg będzie trwał?
- Królowa nie odpowiada tylko kiwa głową z uśmiechem.

Otrząsam się.
Oooops, chyba przysnąłem z książką.
Zamykam jeszcze na chwilę oczy i wyraźnie słyszę melodię sprzed 23 lat - Menuet J.S. Bacha. Tym razem na fortepianie.
Ach tak, to córka sasiadów na rogu naszej ulicy.
Przeciągam się i zauważam obraz wiszący na ścianie nad moim łóżkiem.




Dzielny król Gustaw Waza. To nie obraz tylko dyplom jaki otrzymałem 23 lata temu.

Otrząsam się, wstaję, za oknem jeszcze słońce.
Słoneczny, zimowy dzień, jak wtedy. Tylko śniegu brak.
Biorę kijki spacerowe (nordic walking)  i ruszam.

Robię zakręt przy domu, w którym dziewczynka gra na pianinie. Teraz ulica wspina się pod górę. Idę uważnie bo na tym odcinku zazwyczaj łapie mnie ból w mostku.
Nie wpadam w panikę, znam to dobrze, wiem że przejdzie, trzeba tylko zwolnić, przystanąć na chwilę za najbliższym skrzyżowaniem.

Gdy dochodzę do skrzyżowania...



 widzę po drugiej stronie młodą, dość zgrabną dziewczynę.
(Zdjęcie z google street view, dziewczyny wtedy nie było).
Hugging girl - przelatuje mi przez głowę.

Rozśmiesza mnie ta myśl, znam tę dziewczynę, spotykam ją prawie podczas każdego spaceru. Zawsze coś robi w ogrodzie. Nieco powolna umysłowo.

Poznaje mnie z daleka, kiwa dłonią - podejdź bliżej.
Podchodzę.
- Jadłeś czosnek?
- Jadłem - odstępuję krok do tyłu.
Patrzy na mnie podejrzliwie, krzywi się, ale nie wytrzymuje. - Podejdź bliżej, muszę coś ci powiedzieć.
Podchodzę, niezbyt blisko.
Dziewczyna zwija dłonie w trąbkę i szepce w stronę mojego ucha - zauważyłeś, że na naszej ulicy dzieje się coś dziwnego?
- Zauważyłem - odpowiadam dość głośnym szeptem. Opowiadała mi już podczas poprzedniego spotkania.
- Nikomu o tym jeszcze nie mówiłam, ale popatrz na te samochody...
Patrzymy chwilę w milczeniu.
- Te same samochody jeżdżą w kółko przez cały dzień. To dziwne?
- Bardzo dziwne - potwierdzam.
Rozmowa w tym stylu trwa jeszcze kilka minut, wreszcie przepraszam dziewczynę i idę dalej. Docieram do Wattle Park  - ciemna ściana lasu, ale co to za las :(

Odwracam się na pięcie i ruszam w drogę powrotną. Dziewczyny już nie ma na ulicy.

Co też ta Królowa Śniegu opowiadała?
Gdzie ten ostatni bieg narciarski bez końca
Czy zapomniała, czy mnie się coś pokręciło?
A może to czosnek wszystkiemu winien?

Śmieszne to, ogromnie śmieszne.
Żart, zupełnie nie królewski żart.