Tuesday, October 15, 2019
Muzyka dla zdrowia
Od pewnego czasu zauważam w programie mojej stacji radiowej ABC Classic FM wzmianki o korzystnym wpływie muzyki klasycznej na zdrowie.
Wyznam, że tego typu informacje mają fatalny wpływ na moje zdrowie.
Korzystne dla zdrowia, albo dla wyglądu, albo dla... no czegokolwiek, istotne, że korzystne dla najważniejszej osoby na świecie - CIEBIE!
Wystarczy tylko nacisnąć w radio lub telewizorze guzik inny niż nasze, państwowe ABC i za chwilę pojawia się taki anons.
Oczywiście i w dawnych czasach słyszałem dobre rady - rosół dobry na przeziębienie, jabłka na coś innego, ale to tylko mimochodem.
I już wtedy żartowano: słuchaj tych rad a umrzesz w doskonałym zdrowiu.
Słuchanie muzyki...
Nigdy nie zastanawiałem się dlaczego lubię jej słuchać. Nigdy nie przyszło mi do głowy zastanawiać się czy dobrze mi robi.
Dopiero teraz zastanowiłem się czy jest jakiś powód, że od kilku lat zdecydowanie preferuję koncerty mniej renomowanych zespołów i muzykę nie tak popularnych kompozytorów.
Może jest: nikt nie wpadł na pomysł żeby kojarzyć je z dobrym wpływem na zdrowie.
Dzisiaj, w godzinach rannych, ABC Classic FM nadało II część II koncertu fortepianowego Prokofiewa. Nikt nie wspomniał o zdrowiu słuchaczy - słuchajcie na własną odpowiedzialność - KLIK.
Sunday, October 13, 2019
Niedzielne czytanie - 10 trędowatych
Zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei . Gdy wchodzili do pewnej wsi , wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych . Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali : « Jezusie , Mistrzu , ulituj się nad nami !» Na ich widok rzekł do nich : « Idźcie , pokażcie się kapłanom !» A gdy szli , zostali oczyszczeni . Wtedy jeden z nich widząc , że jest uzdrowiony , wrócił chwaląc Boga donośnym głosem , upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu . A był to Samarytanin . Jezus zaś rzekł : « Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych ? Gdzie jest dziewięciu ? Żaden się nie znalazł , który by wrócił i oddał chwałę Bogu , tylko ten cudzoziemiec ». Do niego zaś rzekł : « Wstań , idź , twoja wiara cię uzdrowiła ».
Zbieg okoliczności, 2 tygodnie temu wpominałem o książce G. Greene'a - Trąd, dzisiaj ten temat porusza Ewangelia.
Czytałem ten fragment kilka dni temu i nieco mnie zdezorientował.
Jezus mówi do tego, który wrócił podziękować - twoja wiara cię uzdrowiła. To pozwala podejrzewać najgorsze - ci którzy nie wrócili zostali ukarani nawrotem tej strasznej choroby.
Z niecierpliwością czekałem co na ten temat powie ksiądz na dzisiejszym kazaniu.
Angielskie tłumaczenie Ewangelii uprościło mu zadanie.
Otóż nie ma tam zwrotu " twoja wiara cię uzdrowiła ". Zamiat niego jest: "go on your way, your faith saved you".
Czyli wiara go ocaliła, doprowadzi go do zbawienia. Niewdzięczna dziewiątka pozostanie zdrowa, ale ich los jest bardzo niepewny.
Od tego punktu ksiądz już miał z górki - w naszym życiu nie ma miejsca dla Boga, przypominamy sobie o nim w biedzie.Tymczasem warunkiem zbawienia jest nieustanna bliskość, kontakt, to prowadzi do wdzięczności i jej wiecznych skutków.
Ewangelia wg św Łukasza 17:11-19
Zbieg okoliczności, 2 tygodnie temu wpominałem o książce G. Greene'a - Trąd, dzisiaj ten temat porusza Ewangelia.
Czytałem ten fragment kilka dni temu i nieco mnie zdezorientował.
Jezus mówi do tego, który wrócił podziękować - twoja wiara cię uzdrowiła. To pozwala podejrzewać najgorsze - ci którzy nie wrócili zostali ukarani nawrotem tej strasznej choroby.
Z niecierpliwością czekałem co na ten temat powie ksiądz na dzisiejszym kazaniu.
Angielskie tłumaczenie Ewangelii uprościło mu zadanie.
Otóż nie ma tam zwrotu " twoja wiara cię uzdrowiła ". Zamiat niego jest: "go on your way, your faith saved you".
Czyli wiara go ocaliła, doprowadzi go do zbawienia. Niewdzięczna dziewiątka pozostanie zdrowa, ale ich los jest bardzo niepewny.
Od tego punktu ksiądz już miał z górki - w naszym życiu nie ma miejsca dla Boga, przypominamy sobie o nim w biedzie.Tymczasem warunkiem zbawienia jest nieustanna bliskość, kontakt, to prowadzi do wdzięczności i jej wiecznych skutków.
Wednesday, October 9, 2019
Pawłowa
Na początku tygodnia odwiedzili nas na 2 dni krewni-przyjaciele z Polski, którzy spędzili kilka lat w Australii, dorobili się tutaj obywatelstwa i wrócili na stałe do Polski.
Powodem krótkiej wizyty w Australii był udział w ceremonii przyznania obywatelstwa australijskiego.
Ugościliśmy ich oczywiście polskimi potrawami produkcji mojej żony, ale na deser postanowiliśmy poczęstować nowoupieczonych Australijczyków czymś tutejszym - tort pawłowa.
Żeby nie było wątpliwości bazę kupiliśmy w supermarkecie
Baza, czyli beza, po wyjęciu z pudełka wygląda tak:
Kilka historycznych refleksji.
Zwrot "tort Pawłowa" może komuś kojarzyć się z "odruchem Pawłowa" czyli sugerować, że rosyjski fizjolog, Iwan Pawłow - KLIK, ślinił się na widok ciastek kremowych.
Nic błędniejszego, tort nazwano tak na cześć rosyjskiej baleriny Anny Pawłowej - KLIK, która odwiedziła Australię w 1920 roku. Niewątpliwie biały kolor kremu i lekkość bezy kojarzyly się z charakterem tańca klasycznego.
Wikipedia potwierdza australijskie pochodzenie nazwy deseru - KLIK.
Osobiście, zawsze sądziłem, że receptura tortu jest tak oczywista, że niemożliwe żeby ktoś na to nie wpadł wcześniej.
Google zdaje się to potwierdzać - KLIK.
Nieważne, tort zniknął, krewni-przyjaciele wyjechali. Mam nadzieję, że niejasne pochodzenie tortu nie zakłóci im delektowania się australijskim obywatelstwem.
Powodem krótkiej wizyty w Australii był udział w ceremonii przyznania obywatelstwa australijskiego.
Ugościliśmy ich oczywiście polskimi potrawami produkcji mojej żony, ale na deser postanowiliśmy poczęstować nowoupieczonych Australijczyków czymś tutejszym - tort pawłowa.
Żeby nie było wątpliwości bazę kupiliśmy w supermarkecie
Baza, czyli beza, po wyjęciu z pudełka wygląda tak:
Teraz tylko ubić śmietanę, posmarować i udekorować owocami (owoce kiwi, truskawki) i zanim uruchomiłem aparat już ćwierć tortu zniknęło.
Kilka historycznych refleksji.
Zwrot "tort Pawłowa" może komuś kojarzyć się z "odruchem Pawłowa" czyli sugerować, że rosyjski fizjolog, Iwan Pawłow - KLIK, ślinił się na widok ciastek kremowych.
Nic błędniejszego, tort nazwano tak na cześć rosyjskiej baleriny Anny Pawłowej - KLIK, która odwiedziła Australię w 1920 roku. Niewątpliwie biały kolor kremu i lekkość bezy kojarzyly się z charakterem tańca klasycznego.
Wikipedia potwierdza australijskie pochodzenie nazwy deseru - KLIK.
Osobiście, zawsze sądziłem, że receptura tortu jest tak oczywista, że niemożliwe żeby ktoś na to nie wpadł wcześniej.
Google zdaje się to potwierdzać - KLIK.
Nieważne, tort zniknął, krewni-przyjaciele wyjechali. Mam nadzieję, że niejasne pochodzenie tortu nie zakłóci im delektowania się australijskim obywatelstwem.
Sunday, October 6, 2019
Niedzielna refleksja - samotny ojciec
Ostatnio najwięcej dzieje się na charytatywnym froncie - wizytacje osób proszących Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo o pomoc.
Przypadek z wtorku.
Ojciec wychowujący samotnie 2 córki, 7 i 6 lat.
Historia pomocy tej rodzinie jest długa.
Na początku była to para, ona z traumatyczną przeszłością. Mieli 2 córki, ale nie mieli prawa opieki nad nimi.
Po kilku latach matka dziewczynek miała operację mózgu i wyprowadzila się od partnera.
Rok później sąd przyznał ojcu prawo opieki nad dziećmi.
Nie pracuje, jeszcze przed urodzeniem dzieci pobierał zasiłek dla niepełnosprawnych, uraz kręgosłupa w pracy. Obecnie pobiera zasiłek rodzicielski.
Nie nadużywa naszej pomocy, wzywa nas średnio co 4 miesiące i zadowala się kuponem do Woolwortha na $80. Z komentarzy wnioskujemy, że utrzymuje kontakt ze swoją rodziną więc dziewczynki nie są zdane wyłącznie na opiekę ojca.
Oczywiście podczas każdej wizyty zerkamy bacznie na dzieci. Prezentują się nadspodziewanie dobrze. Obie uczęszczają do naszej parafialnej szkoły, która zwolniła ojca z opłat i pomaga mu w zakupie podręczników i mundurków.
Ostatnia wizyta odbyła się w zrelaksowanej atmosferze. Dzieci mają ferie wiosenne, pogoda akurat dopisała. Ojciec rodziny miał chęć na zwierzenia.
- Wiecie, jak one się urodziły byłem mocno uzależniony od narkotyków, ich matka miała problemy psychiczne. Pomyślałem sobie - człowieku, jak z tym nie skończysz to stracisz na zawsze dzieci!
I skończyłem, zajęło mi to ponad rok, odzyskałem córki - Dimitriosowi załamał się głos i po policzku stoczyły się łzy. Nam zresztą też.
- A teraz dostałem możliwość powrotu do pracy. Muszę wrócić do pracy. Ile można na tych zasiłkach? Zresztą za parę lat córki będą miały większe potrzeby. Co ja im wtedy powiem?
- Co to za praca?
- Dobra, w fabryce drzwi i okien. Jeden problem - praca od 5 rano do 15. Koniec jest w porządku w szkole są zajęcia pozalekcyjne. Ale rano? Czy słyszeliście o jakiejś agencji, która mogłaby się zająć dziećmi rano i dowieźć ją do szkoły?
Obiecaliśmy dowiedzieć się. Rozpuściliśmy wici.
Jako notoryczny pesymista myślę o tym przypadku z obawą.
Po pierwsze, nie bardzo wyobrażam sobie tego rodzaju pomoc. Dzieczynki zostawałyby rano same w domu. Ktoś miałby przychodzić do nich rano, budzić, pilnować wstawania z łóżka, porannej toalety, śniadania. Wreszcie wyprawiać do szkoły.
A co gdy któraś, albo obie, będą się źle czuły?
Po drugie, Dimitrios był podczas naszej wizyty mocno podekscytowany. Roznosił go entuzjazm. Pytał o możliwości wolontariatu.
Wolontariat? Zostawić w domu dwie córki w wieku poniżej 8 lat i odwiedzać potrzebujących pomocy.
Obawiam się, że te jego plany i marzenia, to oznaka zmęczenia obecną sytuacją. On ma już dosyć spędzania całego czasu w domu.
Nie dziwię mu się, ale...
Przypadek z wtorku.
Ojciec wychowujący samotnie 2 córki, 7 i 6 lat.
Historia pomocy tej rodzinie jest długa.
Na początku była to para, ona z traumatyczną przeszłością. Mieli 2 córki, ale nie mieli prawa opieki nad nimi.
Po kilku latach matka dziewczynek miała operację mózgu i wyprowadzila się od partnera.
Rok później sąd przyznał ojcu prawo opieki nad dziećmi.
Nie pracuje, jeszcze przed urodzeniem dzieci pobierał zasiłek dla niepełnosprawnych, uraz kręgosłupa w pracy. Obecnie pobiera zasiłek rodzicielski.
Nie nadużywa naszej pomocy, wzywa nas średnio co 4 miesiące i zadowala się kuponem do Woolwortha na $80. Z komentarzy wnioskujemy, że utrzymuje kontakt ze swoją rodziną więc dziewczynki nie są zdane wyłącznie na opiekę ojca.
Oczywiście podczas każdej wizyty zerkamy bacznie na dzieci. Prezentują się nadspodziewanie dobrze. Obie uczęszczają do naszej parafialnej szkoły, która zwolniła ojca z opłat i pomaga mu w zakupie podręczników i mundurków.
Ostatnia wizyta odbyła się w zrelaksowanej atmosferze. Dzieci mają ferie wiosenne, pogoda akurat dopisała. Ojciec rodziny miał chęć na zwierzenia.
- Wiecie, jak one się urodziły byłem mocno uzależniony od narkotyków, ich matka miała problemy psychiczne. Pomyślałem sobie - człowieku, jak z tym nie skończysz to stracisz na zawsze dzieci!
I skończyłem, zajęło mi to ponad rok, odzyskałem córki - Dimitriosowi załamał się głos i po policzku stoczyły się łzy. Nam zresztą też.
- A teraz dostałem możliwość powrotu do pracy. Muszę wrócić do pracy. Ile można na tych zasiłkach? Zresztą za parę lat córki będą miały większe potrzeby. Co ja im wtedy powiem?
- Co to za praca?
- Dobra, w fabryce drzwi i okien. Jeden problem - praca od 5 rano do 15. Koniec jest w porządku w szkole są zajęcia pozalekcyjne. Ale rano? Czy słyszeliście o jakiejś agencji, która mogłaby się zająć dziećmi rano i dowieźć ją do szkoły?
Obiecaliśmy dowiedzieć się. Rozpuściliśmy wici.
Jako notoryczny pesymista myślę o tym przypadku z obawą.
Po pierwsze, nie bardzo wyobrażam sobie tego rodzaju pomoc. Dzieczynki zostawałyby rano same w domu. Ktoś miałby przychodzić do nich rano, budzić, pilnować wstawania z łóżka, porannej toalety, śniadania. Wreszcie wyprawiać do szkoły.
A co gdy któraś, albo obie, będą się źle czuły?
Po drugie, Dimitrios był podczas naszej wizyty mocno podekscytowany. Roznosił go entuzjazm. Pytał o możliwości wolontariatu.
Wolontariat? Zostawić w domu dwie córki w wieku poniżej 8 lat i odwiedzać potrzebujących pomocy.
Obawiam się, że te jego plany i marzenia, to oznaka zmęczenia obecną sytuacją. On ma już dosyć spędzania całego czasu w domu.
Nie dziwię mu się, ale...
Monday, September 30, 2019
Niedzielne czytanie - Trąd
Proszę się nie obawiać, to tylko tytuł książki Grahama Greena.
Angielski tytuł książki: A Burnt-Out Case - KLIK.
Książka opublikowana w 1960 roku, wydanie polskie (PAX) listopad 1962.
Czytałem ją już w Polsce, pewnie w 1963 roku.
Nie pamiętam swojej oceny książki 56 lat temu. Zapewne atrakcyjne były sarkastyczne komentarze na temat religii katolickiej.
Podczas obecnej lektury uderzyło mnie jak bardzo ta książka się zestarzała.
Bohaterem książki jest słynny architekt specjalizujący się w architekturze sakralnej.
Z dość niejasnych powodów "wypalił się", chciałby przestać istnieć. Wydaje mu się, że dobrym miejscem będzie szpital dla trędowatych nad rzeką Kongo.
Przypomnę, że do połowy roku 1960 było to jeszcze Kongo Belgijskie, to samo, które opisywał J. Conrad w Jądrze Ciemności.
W latach 1950-tych trąd był już uleczalny, ale na świecie żyło ponad 6 milionów osób dotkniętych tą chorobą. Uprzedzenie osób zdrowych w stosunku do trędowatych jest nadal dość powszechne.
Burnt-out case (wypalony przypadek) to termin używany w stosunku do osób, które cierpiały na trąd w stanie zaawansowanym lecz zostały wyleczone. Jednak utraciły już niektóre części ciała, najczęściej palce u dłoni i stóp.
Bohater książki - Querry - ma nadzieję, że jest takim wypalonym przypadkiem. Wszelkie więzi ze światem, które dolegały mu jak ciężka choroba, zostały amputowane.
Tu mój pierwszy zarzut do autora - nie wyjaśnia co tak bardzo dolegało Querry'emu, trapi mnie podejrzenie, że po prostu nadmiernie roztkliwiał się nad sobą.
Druga sprawa, to religia.
Właściwie z religią katolicką nie jest w książce tak źle.
Tragiczne są przypadki osób o psychice zdeformowanej przez religię a właściwie przez pobyt w seminarium duchownym.
Tego właśnie dotyczy moja uwaga o "zestarzeniu" się książki.
Podsumowując, sięgając po książkę, wiedziałem co mnie w niej rozczaruje. Wiedziałem również, że nadal znajdę w niej tak dużą dawkę Grahama Greena, że będzie to satysfacjonująca lektura.
Angielski tytuł książki: A Burnt-Out Case - KLIK.
Książka opublikowana w 1960 roku, wydanie polskie (PAX) listopad 1962.
Czytałem ją już w Polsce, pewnie w 1963 roku.
Nie pamiętam swojej oceny książki 56 lat temu. Zapewne atrakcyjne były sarkastyczne komentarze na temat religii katolickiej.
Podczas obecnej lektury uderzyło mnie jak bardzo ta książka się zestarzała.
Bohaterem książki jest słynny architekt specjalizujący się w architekturze sakralnej.
Z dość niejasnych powodów "wypalił się", chciałby przestać istnieć. Wydaje mu się, że dobrym miejscem będzie szpital dla trędowatych nad rzeką Kongo.
Przypomnę, że do połowy roku 1960 było to jeszcze Kongo Belgijskie, to samo, które opisywał J. Conrad w Jądrze Ciemności.
W latach 1950-tych trąd był już uleczalny, ale na świecie żyło ponad 6 milionów osób dotkniętych tą chorobą. Uprzedzenie osób zdrowych w stosunku do trędowatych jest nadal dość powszechne.
Burnt-out case (wypalony przypadek) to termin używany w stosunku do osób, które cierpiały na trąd w stanie zaawansowanym lecz zostały wyleczone. Jednak utraciły już niektóre części ciała, najczęściej palce u dłoni i stóp.
Bohater książki - Querry - ma nadzieję, że jest takim wypalonym przypadkiem. Wszelkie więzi ze światem, które dolegały mu jak ciężka choroba, zostały amputowane.
Tu mój pierwszy zarzut do autora - nie wyjaśnia co tak bardzo dolegało Querry'emu, trapi mnie podejrzenie, że po prostu nadmiernie roztkliwiał się nad sobą.
Druga sprawa, to religia.
Właściwie z religią katolicką nie jest w książce tak źle.
Tragiczne są przypadki osób o psychice zdeformowanej przez religię a właściwie przez pobyt w seminarium duchownym.
Tego właśnie dotyczy moja uwaga o "zestarzeniu" się książki.
Podsumowując, sięgając po książkę, wiedziałem co mnie w niej rozczaruje. Wiedziałem również, że nadal znajdę w niej tak dużą dawkę Grahama Greena, że będzie to satysfacjonująca lektura.
Friday, September 27, 2019
Czterolatki w domu starców
Nasza telewizja państwowa, ABC, wyświetliła program Old People's Home for Four Years Old - KLIK.
Miejsce akcji to dom dla starców w chyba najlepszej lokalizacji w Australii, nad zatoką w zachodniej części Sydney.
Dom o bardzo wysokim standardzie, kilkadziesiąt, a może i ponad sto, domków i mieszkań.
Pensjonariusze nie są w stanie mieszkać samodzielnie, ale są w stanie poruszać się i zadbać o swoje podstawowe potrzeby.
Do projektu przystąpiło 11 osób.
Podczas wstępnej rozmowy kilka osób (mężczyźni) stwierdza: my jesteśmy tutaj tylko po to żeby umrzeć, im szybciej tym lepiej.
Na początku organizatorzy przeprowadzają testy: poziom depresji (wszyscy są w stanie depresji, od lekkiej to bardzo ciężkiej), zdolność poruszania się (poza może pięcioma przypadkami mocno ograniczona), tryb życia (większość spędza minimum 20 godzin dziennie samotnie w swoim pokoju).
W to miejsce pewnego dnia przyjeżdża autobus z tuzinem kipiących energią czterolatków.
- Hej, patrzcie! Starzy ludzie! - ogłasza swoje odkrycie jeden z gości .
Po kilku minutach niepewności każde dziecko znajduje sobie wygodne miejsce i znośnego partnera. Silny zespół specjalistów organizuje odpowiednie zajęcia.
Hej, łza się w oku kręci.
W ostatnich latach przerobiłem takie ćwiczenie 5 razy.
Zgadzam się, 3-4 lata to najlepszy wiek. Dziecko jest już samodzielnie i otwarte na każdą akcję.
5-latki i starsze, z jednej strony mają już swoje gusta, z drugiej - wymagają bardziej zaawansowanych intelektualnie i fizycznie zajęć.
W dawnych czasach, czyli od zarania dziejów do jakichś 70 lat temu, sprawę rozwiązywała wielopokoleniowa rodzina mieszkająca w jednym domu czy mieszkaniu.
Instytucjonalizacja spraw najprostszych - to jest hasło obecnych czasów.
Oczywiście rodzina wielopokoleniowa to jest... życie nie eksperyment przeprowadzany w laboratoryjnych warunkach..
Osoba starsza nie ma wydzielonych godzin i miejsca na kontakt z dzieckiem. Nie ma wszechobecnego mediatora. W rodzinie bywają problemy, niezgody, kłótnie.
W opisywanej akcji dzieci były otoczone specjalną opieką. Spotkania nie były zbyt długie. Opiekunowie przed zajęciami motywowali dzieci a po zajęciach chwalili je za fantastyczne zachowanie.
Pod informacją na facebooku opublikowano tysiące komentarzy typu: wspaniałe, popłakałam się, wszystkie starsze osoby powinny mieć zorganizowane takie zajęcia.
Organizatorzy, po pierwsze na zakończenie eksperymentu powtórzyli testy przeprowadzone na początku. Większość uczestników pozbyła się depresji lub zdecydownie obnizyła jej poziom. Zarejestrowano również istotną porawę sprawności
Po drugie, wyniki eksperymentu posłużą do sformułowania programu długofalowej akcji i wystąpienia do rządu o finansowanie.
No tak, ja też nie miałbym nic przeciwko temu żeby kilka razy na tydzień odwiedziło mnie na kilka godzin 4-letnie dziecko, mogłoby być nawet dwa. Z opiekunką.
Ale na ogólnokrajową skalę?
Właśnie kończy swoje obrady Królewska Komisja do spraw opieki nad osobami starszymi - KLIK.
Do Komsji dotarło tysiące makabrycznych raportów.
Podopieczni są regularnie faszerowani środkami uspokajającymi, w rezultacie większość czasu spędzają w stanie letargu i nie sprawiają personelowi kłopotu.
Na nocnej zmianie często jedna salowa ma pod opieką kilkadziesiąt osób.
Zdarzają się przypadki wygłodzenia gdyż podopieczni zapomnieli zjeść posiłek a nikt tego nie zauważył.
Zdarza się wyzywanie, popychanie, nawet bicie.
40% osób nie jest przez nikogo odwiedzana, a więc nikt z zewnątrz nie może zauważyć ich stanu i nie mają szansy się poskarżyć.
Trochę detali TUTAJ.
A tu nowa inicjatywa.
Może moje wnuki doczekają jej realizacji.
Zwiastun programu TUTAJ.
Link do wyemitowanych odcinków TUTAJ.
Miejsce akcji to dom dla starców w chyba najlepszej lokalizacji w Australii, nad zatoką w zachodniej części Sydney.
Dom o bardzo wysokim standardzie, kilkadziesiąt, a może i ponad sto, domków i mieszkań.
Pensjonariusze nie są w stanie mieszkać samodzielnie, ale są w stanie poruszać się i zadbać o swoje podstawowe potrzeby.
Do projektu przystąpiło 11 osób.
Podczas wstępnej rozmowy kilka osób (mężczyźni) stwierdza: my jesteśmy tutaj tylko po to żeby umrzeć, im szybciej tym lepiej.
Na początku organizatorzy przeprowadzają testy: poziom depresji (wszyscy są w stanie depresji, od lekkiej to bardzo ciężkiej), zdolność poruszania się (poza może pięcioma przypadkami mocno ograniczona), tryb życia (większość spędza minimum 20 godzin dziennie samotnie w swoim pokoju).
W to miejsce pewnego dnia przyjeżdża autobus z tuzinem kipiących energią czterolatków.
- Hej, patrzcie! Starzy ludzie! - ogłasza swoje odkrycie jeden z gości .
Po kilku minutach niepewności każde dziecko znajduje sobie wygodne miejsce i znośnego partnera. Silny zespół specjalistów organizuje odpowiednie zajęcia.
Hej, łza się w oku kręci.
W ostatnich latach przerobiłem takie ćwiczenie 5 razy.
Zgadzam się, 3-4 lata to najlepszy wiek. Dziecko jest już samodzielnie i otwarte na każdą akcję.
5-latki i starsze, z jednej strony mają już swoje gusta, z drugiej - wymagają bardziej zaawansowanych intelektualnie i fizycznie zajęć.
W dawnych czasach, czyli od zarania dziejów do jakichś 70 lat temu, sprawę rozwiązywała wielopokoleniowa rodzina mieszkająca w jednym domu czy mieszkaniu.
Instytucjonalizacja spraw najprostszych - to jest hasło obecnych czasów.
Oczywiście rodzina wielopokoleniowa to jest... życie nie eksperyment przeprowadzany w laboratoryjnych warunkach..
Osoba starsza nie ma wydzielonych godzin i miejsca na kontakt z dzieckiem. Nie ma wszechobecnego mediatora. W rodzinie bywają problemy, niezgody, kłótnie.
W opisywanej akcji dzieci były otoczone specjalną opieką. Spotkania nie były zbyt długie. Opiekunowie przed zajęciami motywowali dzieci a po zajęciach chwalili je za fantastyczne zachowanie.
Pod informacją na facebooku opublikowano tysiące komentarzy typu: wspaniałe, popłakałam się, wszystkie starsze osoby powinny mieć zorganizowane takie zajęcia.
Organizatorzy, po pierwsze na zakończenie eksperymentu powtórzyli testy przeprowadzone na początku. Większość uczestników pozbyła się depresji lub zdecydownie obnizyła jej poziom. Zarejestrowano również istotną porawę sprawności
Po drugie, wyniki eksperymentu posłużą do sformułowania programu długofalowej akcji i wystąpienia do rządu o finansowanie.
No tak, ja też nie miałbym nic przeciwko temu żeby kilka razy na tydzień odwiedziło mnie na kilka godzin 4-letnie dziecko, mogłoby być nawet dwa. Z opiekunką.
Ale na ogólnokrajową skalę?
Właśnie kończy swoje obrady Królewska Komisja do spraw opieki nad osobami starszymi - KLIK.
Do Komsji dotarło tysiące makabrycznych raportów.
Podopieczni są regularnie faszerowani środkami uspokajającymi, w rezultacie większość czasu spędzają w stanie letargu i nie sprawiają personelowi kłopotu.
Na nocnej zmianie często jedna salowa ma pod opieką kilkadziesiąt osób.
Zdarzają się przypadki wygłodzenia gdyż podopieczni zapomnieli zjeść posiłek a nikt tego nie zauważył.
Zdarza się wyzywanie, popychanie, nawet bicie.
40% osób nie jest przez nikogo odwiedzana, a więc nikt z zewnątrz nie może zauważyć ich stanu i nie mają szansy się poskarżyć.
Trochę detali TUTAJ.
A tu nowa inicjatywa.
Może moje wnuki doczekają jej realizacji.
Zwiastun programu TUTAJ.
Link do wyemitowanych odcinków TUTAJ.
Tuesday, September 24, 2019
A kuku, i po Cooku - wspomnienie
Wiadomość o bankructwie firmy Thomas Cook jest tak powszechnie znana, że ograniczę się tylko do wspomnienia sprzed 55 lat.
Koniec czerwca 1964 roku.
Ostatni rok studiów. Po długich staraniach przyznano mi wakacyjną praktykę zagraniczną w Norwegii.
To był absolutny rarytas. Na całą Politechnikę Warszawską, wtedy trochę ponad 10,000 studentów, było takich praktyk (w kraju zachodnioeuropejskim) chyba 15.
Nerwowe oczekiwanie na paszport.
Przyznali! 29 czerwca.
Prosto z Pałacu Mostowskich popędziłem do Orbisu na ul. Brackiej.
Do kasy sprzedającej bilety zagraniczne długa kolejka.
Już w kolejce dowiedziałem się, że - po pierwsze przede mną minimum 4 godziny czekania czyli duża szansa, że nie dojdę do okienka przed końcem dnia pracy. Po drugie, przy kasie sporządzimy zamówienie na bilet. Na wykonanie zamówienia trzeba czekać minimum 24 godziny.
Po raz pierwszy w życiu poczułem, że na moich barkach spoczywa honor Narodu Polskiego.
Praktyka rozpoczyna się 1 lipca i ja - Polak - spóźnię się.
Co cała Norwegia pomyśli o mojej ojczyźnie?
Nie czekałem dłużej w kolejce tylko pospieszyłem do zarządu Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP), który mieścił się na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.
Oni organizowali tę praktykę, niech przyspieszą kupno biletu lub powiadomią pracodawcę o moim spóźnieniu.
Spiesząc Nowym Światem, przechodziłem przed frontem biura firmy Thomas Cook.
Była to dla mnie tajemnicza instytucja. Nigdy nie widziałem tam żadnych klientów. Domyślałem się że obsługuje tylko gości z zagranicy i personel placówek dyplomatycznych.
Raz kozie śmierć. Wszedłem.
W środku wydało mi się, że jestem w Londynie w towarzystwie pana Fileasa Fogga (W 80 dni dookoła świata).
Wyjaśniłem swoją sytuację.
- Domyśla się pan pewnie, że my sprzedajemy bilety obywatelom polskim tylko za specjalnym pozwoleniem, ale... kto organizuje pana wyjazd?
- Rada Naczelna ZSP.
- Ma pan ich telefon? Musimy się dowiedzieć czy mają debit dewizowy (albo coś takiego).
Nie miałem.
Znaleźli, zadzwonili, porozmawiali chwilę niezrozumiałym dla mnie żargonem.
- Mają, proszę bardzo do kasy. Dokąd potrzebuje pan bilet?
1 lipca o 10 rano stawiłem się w biurze fabryki papieru Peterson & Søn w miasteczku Moss - KLIK.
Następnego dnia rozpocząłem pracę (ten stojący po prawej).
A teraz, Thomas Cook Travel tonie.
Jest takie powiedzenie: po nas potop.
Ja wiem, że mnie już niewiele zostało, ale na Boga, ja naprawdę nie potrzebuję aż tyle zniszczenia dookoła.
Koniec czerwca 1964 roku.
Ostatni rok studiów. Po długich staraniach przyznano mi wakacyjną praktykę zagraniczną w Norwegii.
To był absolutny rarytas. Na całą Politechnikę Warszawską, wtedy trochę ponad 10,000 studentów, było takich praktyk (w kraju zachodnioeuropejskim) chyba 15.
Nerwowe oczekiwanie na paszport.
Przyznali! 29 czerwca.
Prosto z Pałacu Mostowskich popędziłem do Orbisu na ul. Brackiej.
Do kasy sprzedającej bilety zagraniczne długa kolejka.
Już w kolejce dowiedziałem się, że - po pierwsze przede mną minimum 4 godziny czekania czyli duża szansa, że nie dojdę do okienka przed końcem dnia pracy. Po drugie, przy kasie sporządzimy zamówienie na bilet. Na wykonanie zamówienia trzeba czekać minimum 24 godziny.
Po raz pierwszy w życiu poczułem, że na moich barkach spoczywa honor Narodu Polskiego.
Praktyka rozpoczyna się 1 lipca i ja - Polak - spóźnię się.
Co cała Norwegia pomyśli o mojej ojczyźnie?
Nie czekałem dłużej w kolejce tylko pospieszyłem do zarządu Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP), który mieścił się na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.
Oni organizowali tę praktykę, niech przyspieszą kupno biletu lub powiadomią pracodawcę o moim spóźnieniu.
Spiesząc Nowym Światem, przechodziłem przed frontem biura firmy Thomas Cook.
Była to dla mnie tajemnicza instytucja. Nigdy nie widziałem tam żadnych klientów. Domyślałem się że obsługuje tylko gości z zagranicy i personel placówek dyplomatycznych.
Raz kozie śmierć. Wszedłem.
W środku wydało mi się, że jestem w Londynie w towarzystwie pana Fileasa Fogga (W 80 dni dookoła świata).
Wyjaśniłem swoją sytuację.
- Domyśla się pan pewnie, że my sprzedajemy bilety obywatelom polskim tylko za specjalnym pozwoleniem, ale... kto organizuje pana wyjazd?
- Rada Naczelna ZSP.
- Ma pan ich telefon? Musimy się dowiedzieć czy mają debit dewizowy (albo coś takiego).
Nie miałem.
Znaleźli, zadzwonili, porozmawiali chwilę niezrozumiałym dla mnie żargonem.
- Mają, proszę bardzo do kasy. Dokąd potrzebuje pan bilet?
1 lipca o 10 rano stawiłem się w biurze fabryki papieru Peterson & Søn w miasteczku Moss - KLIK.
Następnego dnia rozpocząłem pracę (ten stojący po prawej).
A teraz, Thomas Cook Travel tonie.
Jest takie powiedzenie: po nas potop.
Ja wiem, że mnie już niewiele zostało, ale na Boga, ja naprawdę nie potrzebuję aż tyle zniszczenia dookoła.
Subscribe to:
Posts (Atom)