Sunday, February 22, 2026

Postny kalejdoskop

 Wielki Post trwa, w kalendarzu liturgicznym, życie toczy się... kolorowo.

Sobota - dostałem powiadomienie z biblioteki, że mają dla mnie zamówioną wcześniej książkę, pojechałem odebrać i trafiłem prosto pod kopyta Ognistego Konia.
Biblioteka znajduje się w centrum mojej dzielnicy zamieszkałym głównie przez osoby pochodzenia chińskiego. Dostałem powiadomienie, że główne ceremonie będą w sobotę więc oczekiwałem Bóg wie czego i zawiodłem się...

Ceremonie zostały wtłoczone w boczną, wąską, uliczkę co miało oczywiście ekonomiczny sens - wszystkie byznesy mogły działać bez zakłóceń, ale stare przysłowie mówi - Koń albo Mamona - Koń przegrał...

Wejściową bramę przekraczałem na nieco chwiejnych nogach, przepraszam również za kiepską jakość zdjęć, ale większość robiłem pod słońce więc nie wiedziałem co czynię...


Uliczka wyznaczona na ceremonie była zastawiona namiotami, w których sprzedawano głównie jedzenie...

W tle dominuje spory blok mieszkaniowy, jeden z tuzina, wewnątrz wszystkie informacje po chińsku.

Widok w drugą stronę...

Na przyległych placach zainstalowano karuzele, zjeżdżalnie, pociąg dla dzieci...

Stoiska banków i agentów nieruchomości, miłym zaskoczeniem było silne stoisko Armii Zbawienia.

Wreszcie słyszę walenie bębnów - rusza Noworoczna Procesja - niestety niewiele z tego widzę...


Na końcu ulicy, nie wiem z jakiej okazji, mała zagroda dla zwierząt gospodarczych... konia wśród ich nie ma, poleciał świętować...

I to by było na tyle na ten temat.

W drodze do domu wstępuję do supermarketu a tam przypomnienie, że nadchodzi kolejna okazja do świętowania...

Chwila ciszy i skupienia - zaglądam do Facebooka a tam informacje o Biegu Piastów...

W tym roku kilku moich znajomych z Australii i Kanady wybrało się do Chin i Europy na cykl maratonów narciarskich - Chiny, Austria, Włochy, Czechy, Finlandia, Estonia, Polska.
Wszędzie mieli śnieg jak na zdjęciu albo i gorzej... znaczy zamieć śnieżna podczas biegu.

Późny wieczór - właśnie kończy się olimpijski wyścig na 50 km mężczyzn - włączam tv - trasa wykręca niezwykła esy-floresy, na czele dwóch norweskich biegaczy, wygrywa Johannes Klaebo. To już szósty jego złoty medal w tych igrzyskach.
Jak to w końcu jest?
Jesteśmy na etapie takiej specjalizacji a tu ten sam zawodnik wygrywa 1,500m, 50 km i wszystko pośrodku, do tego różnymi stylami???

Niedziela - jak zwykle poranna msza.
Jak zwykle - sporo osób zdąża w stronę kościoła. Korek samochodów na ulicy.
Idę powolutku, wyprzedza mnie kilka osób, wszystkie pochodzenia chińskiego, wszystkie mnie pozdrawiają - o ileż to lepsze niż te "końskie" ceremonie w sobotę.

37 comments:

  1. Wizyta w bibliotece a po drodze chiński smok - ciekawe zestawienie wrażeń. Piszesz, że większość stoisk z jedzeniem... - zauważam, że i na tradycyjnych jarmarkach i kiermaszach króluje jedzenie. Dziwne, jakby się ludzie najeść nie mogli. Na jarmarkach świątecznych coraz więcej stoisk z jedzeniem, na kiermaszach z nazwą "rękodzieło" też czasami tego rękodzieła mniej niż niegdyś, a żarcie się rozpycha. Wybieram się niedługo na jarmark Kaziukowy - zobaczę, jakie będą proporcje.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jedzenie sprzedaje się najlepiej, to logiczne, kto potrzebuje jakieś ozdóbki do domu czy tanią biżuterię, bo tylko to można zaoferować na namiotowym bazarze?

      Delete
    2. Mnie się marzy taki tradycyjny jarmark z unikatowym rękodziełem, ludową rzeźbą, malarstwem, kamionkowymi naczyniami... wiadomo, że bez liku tego trzymać nie ma gdzie, ale czasami się przydaje zamiast tanich talerzy Arcoroc; kiedyś spotkałam lokalnego lutnika, który wyrabia i sprzedaje instrumenty ludowe, tylko że ja nie umiem grać, bo bym nawet kupiła

      Delete
    3. Notario, mam podobne marzenia ;-)
      Gdy mieszkałem w Szwarcwaldzie, zachodziłem często do rzeźbiarza, który strugał z drewna prawdziwe cuda. Przed jego domem była ogromna ekspozycja. Mieszkał głęboko w lesie i strugał przede wszystkim dla samego siebie. Latem jego rzeźby pachniały żywicą.
      Ale zapach jedzenia, zwłaszcza egzotycznego, jest chyba dzisiaj bardziej przyciągający;-)

      Delete
    4. Sztuka ludowa... niestety, nie w Australii. To znaczy mamy obecnie dużą promocję sztuki Aborygeńskiej, ale to jest pod kontrolą profesjonalnych agentów.

      Delete
    5. @ceramik, czasem uda mi się być na jarmarku ze stoiskami ciekawszymi niż jedzenie, ale to zależy od renomy wydarzenia

      Delete
    6. @Lech, rozumiem, społeczeństwo w Australii to przybysze z różnych stron świata, trudno odnaleźć coś takiego jak w Polsce, gdzie poszczególne regiony mają swoje ludowe korzenie: pieśni, hafty, ceramikę, stroje, obrzędy, specyficzne regionalne rzemiosło, jak tkactwo Czarnych Górali z Beskidu czy wikliniarstwo z Rudnika

      Delete
    7. Dokładnie...
      Przybysze do Australii osiadali gdzie były znośne warunki (albo złoto) i nie przywiązywali się zbyt mocno do miejsca osiedlenia. Trafiałem na cmentarze które były jedyną pozostałością po miejscowości, która kiedyś liczyła kilkuset mieszkańców.

      Delete
    8. Podobnie w Kanadzie, często cmentarze są jedynym śladem osad--jak również stosy kamieni w środku gęstego lasu, z trudem zbierane przez pionierów z karczowanych lasów, które starali się zamienić na żyzne pola.

      Delete
  2. Podobnie u nas, wszelkie festyny, to głównie stragany z jedzeniem i pamiątkami, czasami występy, w myśl hasła - chleba i igrzysk.
    Kalejdoskop niezwykle kolorowy, z przewagą czerwieni!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jak napisałem wyżej - jedzenie to najbardziej oczywisty towar.
      Czerwono - oczywiście - w Chinach ten kolor kojarzy się z radością i sukcesem.

      Delete
  3. Tak mi się wydaje, że na wszelkich jarmarkach właśnie jedzonko najbardziej przyciąga ... Ludzie chcą spróbować coś innego i smakowitego... A potem jak spróbują to i kupią więcej. No i zadowoleni zobaczą że obok są jakieś ciekawe pamiątki czy ozdoby.... No i wysupłają drobniaki albo i większe sumy...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jedzenie... po dziurki w nosie i jeszcze więcej. Na "mojej" imprezie nie było żadnych pamiątek ani ozdób, może trochę prostych zabawek dla dzieci.

      Delete
  4. Podejrzewam, że biegacze w Szwajcarii nie znaleźliby śniegu. Albo musieliby pojechać w wysokie góry. Jest zielono i właśnie zakwitły krokusy. One też mogą kojarzyć się z jedzeniem, przecież to z nich produkuje się drogocenną przyprawę szafran;-) Drogocenną, bo do jednego kilograma przyprawy potrzeba …kilkaset tysięcy krokusów;-) Ale opłaca się… Podobno szafran ma lekkie działanie antydepresyjne;-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Szwajcaria bez śniegu :(((
      Engandin maraton za tydzień, może jeszcze spadnie bo moi znajomi pewnie tam dojadą.

      Delete
  5. Też byłam na ochodach Roku Konia. Raczej były dosyć skromne. Też brama jak tutaj na zdjęciu, do tego kilka straganów zjedzeniem (może z 10 maksymalnie), konkurs kostiumów cosplay, zaprezentowały się trzy grupki z lokalnej szkoły tańca nowoczesnego, a potem taniec lwa który trochę mnie rozczarował, bo myślałam, że będzie więcej osób i więcej skakania, a to było tylko dwóch facetów jako smok skaczących kilka razy.
    Rok ognistego koniai to idealnie znak zodiaku obojga moich rodziców (żadna kombinacja zwierzaka i żywiołu zdarza się raz na 60 lat. Moi rodzice kończą właśnei tyle w tym roku).

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czyli mamy zgodny pogląd na tegoroczne obchody w Australii.
      Twoi Rodzice - kategoria wiekowa naszych dzieci :)
      Życzę im wesołych urodzin.

      Delete
  6. This comment has been removed by the author.

    ReplyDelete
  7. Na obchody Nowego Roku Chińskiego z radością bym poszla. Ale jak od kilku lat trochę o nim piszę, to spodziewałabym się czegoś więcej. Może rzeczywistość sobie, a to co w Internecie, książkach sobie. A może po prostu straciło na swoim znaczeniu dla tych, co wchłonęli kulturę Zachodu?
    U nas na szczęście przedwiośnie...
    Pozdrawiam coraz dłuźszym dniem

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nieco wyżej skomentowała blogerka z Australii - wrażenia podobne do moich.
      A jak to wygląda w Chinach trudno sprawdzić.
      Dziękuję za pozdrowienia i wzajemnie - życzęcoraz bardziej słonecznych dni.

      Delete
    2. Tak dzisiaj duuuużo słońca:)))

      Delete
  8. Oj.przepraszam , w razie czego, ale rozbawił mnie Twój wpis. A zdjęcia -super. Skoro jest Smok, to pewnie Koń musiał się skryć. A gdzie podział się Tygrys?
    Nawiązanie do naszego wielkanocnego Zajączka- ha,ha- cały oddział....a skok w zimowy krajobraz- i nawiązanie do Norwega multispecjalisty.....świetnie zakończył przegląd . Postny nie był- wypasiony jak w sam raz- jak ta gąska na zdjęciu.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rozbawił Cię ten wpis - bardzo dziękuję, tak właśnie chciałem.

      Delete
  9. "Koń by się uśmiał" jak sądzę bo uroczystości nie zachwyciły.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Skoro rok pod znakiem konia to niech koń się śmieje.

      Delete
  10. Jak to jest z J. Klaebo?
    Dostał sportowe stypendium od rządu i ma trenować! Tymczasem, nasz mistrz(bezapelacyjny talent)ma już zapewnioną emeryturę..., a na inne nagrody i przywileje przyjdzie jeszcze pora(politycy coś upieką dla siebie). No i on już nic nie musi..., bo jest ustawiony na całe życie. Mam tylko nadzieję, że nadal będzie ministrantem, bo wiara czyni cuda. Że on się w ogóle załapał na olimpiadę...
    G.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Spytałem google: narciarz ministrant - dostałem trzy odpowiedzi.
      A co mają zrobić dziewczyny?

      Delete
    2. Dziewczyny ministrantów, narciarzy, czy narciarzy ministrantów?
      One im kibicują i modlą się o cud. Duża konkurencja. Jest taka fotka, na której dekorują skoczków, a obok stoją dziewczyny z dziećmi na rękach. Czy była tam dziewczyna ministranta nie wiem, ale ci narciarze wyglądali na szczęśliwych i spełnionych. Skoki na boki nie wchodzą w rachubę, chyba?
      G.

      Delete
    3. Chodzi mi o dziewczyny, po prostu dziewczyny, które mogą zostać ministrami ale ministrant(k)ami już nie.

      Delete
    4. Okazuje się, że mogą. Od 30 lat Kościół dopuszcza dziewczęta , są to bielanki...,
      chyba dziewice? Czyli wyjątkowe...pod każdym względem. Moralnym.
      Ministry raczej nie grzeszą czystością, a i kadzą wdzięczniej od ministrów..., takie raczej wybiel(r)ane wolnomyślicielki- te które znam, na ogół...w dodatku kłamią!
      G.

      Delete
    5. Ministrantki...
      Dziewice - oj wkraczamy na bardzo śliski dla kościoła grunt.
      Lepiej niech już pozostaną w ławkach.

      Delete
  11. w Londynie też nie wiedziałam żadnego konia w Chinatown, ale czerwień wyglądała ogniście. I wydawało się, że stolicy UK było więcej Azjatów, niż bialych.
    Ten Norweg rzeczywiście genialny, jak kiedyś to dziewczyna, z którą konkurowała nasza Justyna.
    tzw."chińczyk" jak u nas mówią na restauracje z chińskim jedzeniem coraz bardziej popularny w Polsce.
    A dzisiaj kolejna rocznica rozpoczęcia wojny w Ukrainie.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Z moich pobytów w Anglii jakoś nie pamiętam Chińczyków, co innego Hindusi - to zrozumiałe, Indie należały do Imperium Brytyjskiego i Hindusi przez wiele lat nie potrzebowali wiz wjazdowych.

      Delete
  12. Ależ to przecież ładne jest! Ten smok, te namioto-stragany, prawie jarmark bożonarodzeniowy 😅. Tak, podobno zaczął się rok Konia 🐎, ale ja jestem Małpa 🐒 (nomen omen) i na koniach się nie znam.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ładne - tak ładne i przyjemne, ale ja jednak oczekiwałem czegoś potężnego, na miarę tego wieżowca w tle.

      Delete
  13. Czyli niedziela lepsza niż sobota?

    ReplyDelete