Tuesday, February 9, 2021

3 dni przed Tłustym Czwartkiem

To wydarzało się regularnie w Rzymie, w poniedziałek przed Tłustym Czwartkiem, ale trochę pogubiłem się w tym tłusto-popielcowym tygodniu więc publikuję dzisiaj.
Uwaga: to jest REBLOG, oryginalnie publikowałem to rok temu na blogu https://ewamaria.blog/
------------------------------
  
W Rzymie odbywał się karnawał.
Jakie to, mówiąc nawiasem, smaczne święto! U nas w Homlu telegrafista Zacharow uczęstował mnie takimi blinami, żem o mało co nie uwierzył w to całe jego opium ze śmietaną. Ale jasne, że w każdym kraju ludzie świętują to na swój sposób. W Rzymie po prostu wariowali (...) a wszyscy skakali i wszyscy grali na trąbach, i wszyscy tańczyli tańce rzymskich mniejszości. O kobietach to nawet nie będę panu gadał (...)
Ja tylko panu powiem, że kobiety miały pełne witryny. Co za banany powystawiały one na zewnątrz! Postawmy tu tysiąc kropek...
Oni skakali, śpiewali, całowali się, ale największy szlagier miał dopiero nastąpić. Ja już panu powiedziałem, że w Rzymie mieszkali także Żydzi. To oczywiście bezczelność:  Żydzi ośmielają się mieszkać w tym samym mieście co papież. Cóż jednak począć (...)
Ponieważ papież lubił karnawał więc wymyślił nadzwyczajną sztuczkę: niech Żydzi dostarczą jednego wyścigowca, żeby się wszyscy uśmieli. Niech ten nieszczęsny wyścigowiec obiegnie w karnawale trzy razy dokoła miasta i niech sobie cwałuje na golasa, papież zaś wraz ze swoimi słoniami i damami będzie siedzieć na złotych stołkach i śmiać się na całe gardło.
Jak to się mówi: dla jednego zapusty, a dla drugiego galop na brzuch pusty. Zebrali się Żydzi na postną konferencję: kto będzie tym zamęczonym koniem?

Żydzi bywają rozmaici: jedni nawet na brzuchu mają karaty, a inni tylko bezpłatne łzy. Na przykład ja leżę już na jedenastych drzazgach, a jakiś tam Rotszyld wcina teraz pewnie kozę. W Rzymie również byli kupcy pierwszej gildii, i żebracy z cmentarza, co za kawałek chleba ronią wiadra łez nad każdym wyznaczonym grobem. Któż więc ma cwałować wokół miasta?
Ma się rozumieć, że nie rabin - to przecież mąż uczony i bez niego wszyscy zgłupieją; ma się rozumieć, że nie rzymski Rotszyld - któż, gdyby go zabrakło, będzie raz do roku karmił żebraków zlewkami z kuchni?
Każdy Żyd wysupływał złotą monetę, żeby tylko nie cwałować, dawali  i biedacy, bo przecież warto sprzedać szabasowe lichtarze czy surdut albo nawet poduszkę, żeby tylko nie umrzeć na golasa przed zwariowanymi słoniami. Ale się znalazł jeden nieszczęśliwy krawiec, który nie miał ani surduta, ani lichtarzy, ani puchowej poduszki, ani jedwabnego tałesu. On miał tylko żonę, sześcioro dzieci i odpowiednie zmartwienie, a tego nie da się wymienić na odpowiednia monetę. Nazywał się ten krawiec, mam wrażenie, Lejzor  (...)
Nadeszła chwila zapowiadanych wyścigów. Papież przeżegnał się, wychylił jeszcze jedną ćwiartke wina i wdrapał się na swój stołek, dokoła zas porozsiadali się różni kapłani oraz ślicznotki z witrynami i po prostu różne malowane łobuzy. Byli to ludzie nabożni, a z nimi sam papież - i dlatego oni wszędzie porozwieszali wizerunki waszego miłosiernego Boga. Wizerunki były zrobione ze złota, ze srebra, z brylantów za cały milion rubli, żeby wszyscy wiedzieli jacy oni hojni i jakiego mają luksusowego Boga. Siedzi sobie papież cały w aksamitach, a nad nim olbrzymi krzyż wprost od jubilera, na krzyżu Chrystus - nie żeby tam pozłacany czy dęty, nie - z masywnego złota całkiem nadzwyczajnej próby. Coś pięknego!

Gdzież jednak, mówiąc nawiasem, ten ludzki wyścigowiec?
Przyprowadzono więc Lejzora, a za nim przyszła żona i cała szóstka dzieci i wszyscy oni okropnie krzyczeli. Wszakże nawet małe dziecko rozumie, że nie można bez wytchnienia oblecieć trzy razy dokoła Rzymu, a niech się tylko przystanie, to natychmiast stajenni papieża zaczynają człowieka ćwiczyć batami. Czyli, że to jest tyle co iść na pewną śmierć. Lejzor zaczął  ściągać ze sto razy łatane spodnie. Papieża ze śmiechu aż rozbolał brzuch... Widowiski było dość wesołe, bowiem taki nieszczęśnik w spodniach to już niezły kawał, bez spodni zaś - prawdziwie do rozpuku (...)
Lejzor siadł na kamieniu. Objął swe gołe kolana i jeszcze raz westchnął, ale tak westchnął, że wicher wionął przez calutki Rzym: to on się tak żegnał z życiem. A potem to on naturalnie wstał i pobiegł truchtem jak stara szkapa (...)
Tak obleciał jeden raz dokoła Rzymu. Już z trudem unosił nogi i stajenni coraz częściej podcinali go biczami, tak że jego ciało spływało krwią. Ale wszak trzeba było obiec jeszcze dwa razy i Lejzor wiedział, że nie obiegnie (...)
Padł na ziemię i zaczął oczekiwać śmierci. Wtedy właśnie zdarzył mu się ten bezwzględny przesąd.

On raptem widzi, że drogą cwałuje nagi Żyd i że to wcale nie on, Lejzor, tylko jakiś inny Żyd. Co znowu za kawały? Przecież wszyscy Żydzi wykupili się od wyścigu. Przygląda się więc Lejzor temu innemu Żydowi i dziwi się coraz mocniej: "Przecież on jest do mnie podobny, też skóra i kości i pot leje się gradem, i we krwi cały, i też bródka dygocze, że od razu widać: kaput. Ale oczy to ma chyba nie moje i nos innego kształtu. Czyli że to nie ja tylko inny Żyd. Więc ktoż by to mógł być?"...
To z pewnością inny Żyd. I Lejzor go zapytuje:
"Skąd się tu pan wziąłeś? Pan ma znajoma twarz, zdaje mi się, że już pana widziałem, ale ja przecież nie mogłem widzieć, bo ja nigdy nie wyjeżdżałem z Rzymu. A może ja już umarłem i mnie się to tylko śni? I dlaczego to pan cwałuje, kiedy powinienem biegać ja?"
Wtedy ten drugi Żyd mówi do Lejzora:
"Nazywam się Jehoszua i pan mnie nie może znać, ponieważ ja już dawno umarłem, a pan jeszcze żyjesz. Jednak się panu wydaje, że mnie pan zna, boś pan z pewnością widział moje wizerunki. Oni mnie nazywają najśmieszniejszymi słowami, ale ja zaraz panu powiem, kto ja jestem: jestem biednym Żydem. Pan wprawdzie jesteś krawcem, a ja byłem cieślą, ale my się zrozumiemy. Ja pragnąłem, aby na ziemi panowała całkowita prawda. Któryż biedak nie pragnie tego? Ja przecież wiedziałem, że rabin wypowiada mądre słowa i że Rotszyld zjada kaczkę, i że nie ma na ziemi ani sprawiedliwości, ani miłości, ani najzwyklejszego szczęścia (...)
Ja lubiłem, Lejzorze, gdy przygrzewało słońce i gdy śmiały się dzieci, i gdy wszystkim ludziom było dobrze, kiedy wszyscy pili wino, uśmiechali się do siebie, kiedy paliły się szabasowe świece, a na stole leżał rumiany bochen chleba. Ale któryż nędzarz tego nie lubi? Więc mnie wpierw, naturalnie, zabito, a teraz mi nie dają spokojnie leżeć w ziemi (...)
Ja sobie leżę w ziemi i nagle widzę tego rzymskiego papieża. On śmieje się wraz z poprzebieranymi łotrami i obmyśla pańską wesołą śmierć, i cóż - wisi nad nim mój złoty wizerunek, a ja to widzę poprzez cmentarną ziemię. Wtedy przybiegam tutaj i oto pan musisz umrzeć dlatego, że ja marzyłem o całkowitym szczęściu. Biada mi! Biada! Oni powiadają, że jestem wszechmocny. Czy widziałeś pan kiedy biednego Żyda, który by wszystko mógł? Toż gdybym mógł tylko połowę wszystkiego, toż czyżbym nie wykrzyknął: "Dość"! Czyż Rotszyld zjadałby wtedy wszystkie kaczki, czy papież siedziałby na złotym stołku, a pan biegałby dokoła Rzymu? Ja mogę tylko nie mieć chwili spokoju. Ja mogę tylko w dzień i w nocy biec krwawym cieniem, tak jak biegł dzisiaj pan".
Wówczas Lejzor uniósł się i uściskał tamtego Żyda: "Ja pana żałuję, cieślo Jehoszua, ja przecież już teraz wiem, co to znaczy biegać. Ale ja panu jedno powiem: dzisiaj może pan odpocząć, dzisiaj może pan spokojnie leżeć w swoim grobie. Po cóż mamy biegać we dwójkę? Dzisiaj biegam ja za pana i za siebie".
Ale martwy Żyd tak odpowiedział Lejzorowi:
"Nie, pan jeszcze może żyć, pan masz sześcioro dzieci, to nie żarty. Wydaje mi się, że nam uda się ich podejść. Nie będą się przygladali naszym nosom, a z daleka jesteśmy do siebie podobni. Więc niechże pan sobie leży w tej głębokiej rozpadlinie, a ja tymczasem obiegnę dwa razy dokoła Rzymu. Niech się pan ze mną nie kłóci: przecież ja i tak będę musiał zaraz gdzieś pędzić, jak nie tu, to w jakimś innym miescie, ponieważ oni z pewnością teraz znów kogoś zabijają i wymawiają przy tym moje imię, żebym ja tylko nie mógł spokojnie leżeć".
Rzekłszy to popędził wokół miasta i stajenni siekli go batami, i kpiły z niego wszystkie bezwstydne słonie.
...........
Paryż, kwiecień-październik 1927.
Ilja Erenburg - Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca.
Tłumaczenie: Maria Popowska. Czytelnik 1957.

Fakty.
W czasach chrześcijańskich pogańskie saturnalia zostały zastąpione karnawałem - carni vale - czyli pożegnanie z mięsem.
W Rzymie, w X wieku centrum zabawy było Testaccio - miejsce gdzie w dawnych czasach znajdowały się bazary.
Ładowano wozy pełne świń; (niektóre źródła podają: dzików), które byki wciągały na szczyt Monte Testaccio. Po czym zrzucano wozy z góry, a biedne prosiaczki spadały w przepaść, roztrzaskując się żywcem. Oszalały lud rzucał się na resztki zwierząt, rozszarpując mięso na kawałki nawet z na wpół żywej zwierzyny i w podskokach wędrował na Piazza Navona, gdzie upijał się do nieprzytomności.

W 1464 roku na Stolicy Apostolskiej zasiada Pawel II Barbo, wenecjanin, papież słynący z zamiłowania do luksusu i zbytku. To on postanawia przywrócić ludowi rzymskiemu igrzyska. Przenosi karnawał z Testaccio do centrum, aby wypromować nowo wybudowany Pałac Wenecki. Z jego balkonu ogląda wyścigi ludzi i zwierząt (stąd nazwa dzisiejszej Via del Corso).
Karnawał rzymski trwał zwykle 8 dni, aż do Tłustego Wtorku (Martedì Grasso).
Wyścigi miały ustalony harmonogram. I tak:
 W pierwszy poniedziałek biegli Żydzi, których celowo zmuszano do jedzenia tuż przed biegiem, aby uczynić go trudniejszym.
W pierwszy wtorek biegły dzieci chrześcijańskie.
W środę odbywał się bieg młodzieży chrześcijańskiej.
Tłusty Czwartek biegli starcy po 60-tce.
Drugi poniedziałek biegły osły.
Na zakończenie karnawału odbywał się wyścig byków.

Zawodnicy musieli pokonać dystans 1.5 km od Porta Flaminia przy Piazza del Popolo do Pałacu Weneckiego, przy obecności dzikiej publiczności rzymskiej, obrzucającej biegaczy, zwłaszcza Żydów, błotem i kopniakami.
Źródło - KLIK.

Jewish Encyklopedia - KLIK - uzupełnia:
Żydzi po raz pierwszy wzięli udział w wyścigach w 1466 roku. Prawo nakazywało Żydom zapłacić daninę 1,100 florenów jako subwencję wyścigów.
W pierwszych latach Żydzi lubili tę imprezę. Z czasem jednak zostawali poddawani przez publiczność różnym okrucieństwom. Kulminacja nastąpiła w 1547 roku gdy żydowski biegacz umarł podczas wyścigu.

W roku 1668 papież Klemens IX zlikwidował bieg Żydów - KLIK.

Dlaczego zlikwidował?
Na wstępie zastrzeżenie - nie mogę znaleźć artykułu, w którym wyczytałem, że szwedzka królowa - Krystyna miała wpływ na decyzję papieża - może ktoś znajdzie, jednak okoliczności przemawiają na moją korzyść.
Oto one:
Krystyna Vasa, córka króla Szwecji Gustawa Adolfa, urodzona 18 grudnia 1626 roku.
Położne najpierw powiadomiły rodziców, że urodził im się syn. Dopiero dokładniejsze oględziny wyjaśniły sprawę.
Ojciec przyjął niespodziankę z humorem:
- będzie bystra, oszukała nas wszystkich.
Reakcja matki była odmienna:
- zamiast syna dostałam córkę, ciemną i brzydką, z wielkim nosem. Zabierzcie ją, nie chcę tego brzydactwa.
Źródło TUTAJ.
Krystyna od najmłodszych lat interesowała się nauką i wiedzą. Jej norma to 10 godzin nauki dziennie. Znała 7 języków obcych, w tym arabski i hebrajski.
Po uzyskaniu pełnoletności zaczęła sprowadzać na dwór licznych uczonych i artystów. Jednocześnie gromadziła wiele dzieł sztuki i książek. Zapraszała na występy francuskie teatry i włoskie zespoły operowe.
W roku 1646 rozpoczęła regularną korespondencję z Kartezjuszem. Zaprosiła go do Szwecji aby zorganizował tu akademię nauk. Uczony przybył do Sztokholmu w grudniu 1649 roku.
Krystyna, której wystarczało 4-5 godzin snu wyznaczyła czas lekcji na 5 rano, ale wkrótce okazało się, że oboje nie żywią do siebie sympatii. Nie dziwię się, o tej porze!
Kartezjusz wspomina, że spotkał się z Krystyną nie więcej niż 5 razy.
Zima w Sztokholmie. Kartezjusz był bliski sformułowania nowej reguły: myślę więc na luty kupuję dobre buty, ale przedwcześnie zmarł na zapalenie płuc (11 luty 1650).

20 października 1650 roku Krystyna została koronowana na króla Szwecji.
Już rok wcześniej zadeklarowała, że nie zamierza wyjść za mąż. W swoim pamiętniku napisała, że czuje wrodzony wstręt do małżeństwa. Od dzieciństwa podobała jej się religia katolicka i polecany przez nią celibat. Z drugiej strony nie ukrywała swoich uczuć do panny dworu Ebby Sparre.
W ciągu trzech lat Krystyna straciła całą popularność. Istotnym powodem była rozrzutność. Na dodatek planowała przejść na katolicyzm.
Była na tyle przewidująca, że sama zgłosiła chęć abdykacji, która nastąpiła 6 czerwca 1654 roku. Królem Szwecji został jej kuzyn, znany nam dobrze Karol Gustaw Waza.

W listopadzie 1655 roku Krystyna przeszła oficjanie na katolicyzm i przeniosła się do Rzymu gdzie została entuzjastycznie przyjęta przez papieża Aleksandra VII, który podczas bierzmowania nadal jej swoje imię - Aleksandra.
Dał jej również do dyspozycji apartamenty w Watykanie udekorowane na tę okazję przez Berniniego. Po kilku miesiącach Krystyna przeniosła się do Palazzo Farnese gdzie zorganizowała cośrodowe spotkania artystyczno-kulturalne i założyła Akademię Arkadia.
Oczywiście te inicjatywy wymagały pieniędzy a z tym było krucho. Parlament szwedzki odmówił wypłacania jej królewskiej renty, liczne lenna poza Szwecją, między innym na Pomorzu, przeszły w obce ręce. Trzeba było rozejrzeć się za płatną posadą.
W tym celu wyjechała do Francji z zamiarem uzyskania tytułu księżnej Neapolu. Ludwik XIV popierał jej starania, ale głośny skandal i niechęć matki króla, Anny Austriaczki, zmusiły ją do opuszczenia Francji.
Następnym celem była Anglia, ale tam właśnie działał Cromwell, który nie potrzebował petentki katoliczki.
Wróciła do Rzymu gdzie tym razem została przyjęta bardzo niechętnie.
W roku 1660 zmarł król Karol Gustaw więc Krystyna wróciła do Szwecji przypomnieć, że abdykowała na rzecz zmarłego a więc, po jego śmierci, należy jej przywrócić tytuł królewski. Parlament odrzucił jej starania ze względów religijnych.
W roku 1668 abdykował król polski Jan Kazimierz więc Krystyna zgłosiła kandydaturę na wolną elekcję. Mimo poparcia nowego papieża, Klemensa IX, nie wygrała.
Wróciła do Rzymu gdzie cieszyła się wielką sympatią papieża.
Zmarła 19 kwietnia 1689 roku i została pochowana w Grocie Watykańskiej w bazylice św Piotra. Tylko dwie inne kobiety (Matylda z Canossy i Maria Klementyna Sobieska) dostąpiły takiego wyróżnienia.

Przyjaźń Krystyny z papieżem Klemensem IX skłania mnie do tezy, że miała ona istotny wpływ na jego decyzję o likwidacji biegu  Żydów. Dodatkowym argumentem może być fakt, że nadano jej przydomek Protektorki Rzymskich Żydów - KLIK.

Wpis wikipedii TUTAJ.

Monday, February 8, 2021

Wieloryby nad światem

 Tydzień temu wyjaśniałem co jest podstawą świata.

W tę niedzielę zastanowiłem się czym wypełniony jest kosmos - spojrzałem w niebo a tam...

Wieloryby do końca wszechświata...

To lekki przekręt, taki widok mieli wczoraj mieszkańcy Canberry, a ja, oglądając to w telewizji, miałem jeszcze lepszy bo scena była filmowana z helikoptera i wieloryby pięknie harmonizowały z chmurami, mgłą i promieniami porannego słońca.

Ta relacja przypomniała mi przeokrutną książkę Szczepana Twardocha - Król.

Tam, nad szarpaną przez gangsterów, narodowców i innych Warszawą, pojawiał się kaszalot Litani, który miał przypominać Jonasza i zatracenie Niniwy.

Wieloryb nad Australią nie budzi takich skojarzeń. Taki mamy tu klimat.

Sunday, January 31, 2021

Niedzielne czytanie - świat na żółwiu stoi.

Dzisiaj kazanie wygłosił nowy ksiądz.

Zaczął od sprawy podstawowej ...
Słynny angielski fizyk, Stephan Hawking, wspominał jak kiedyś, po spotkaniu z publicznością, podeszła do niego starsza pani, pogratulowała wiedzy, ale jednak stwierdziła, że jest to niepotrzebna komplikacja prostego zjawiska.
- A jakie jest to proste wyjaśnienie?
- Proste, świat to ogromny dysk wsparty ma grzbiecie ogromnego żółwia.
- Świetnie, a na czym wsparty jest ten żółw?
- Na żółwiu, tam już są żółwie do samego dołu.

Tutaj link do źródłowych informacji na ten temat - KLIK .
Czytając te informacje nie mogłem powstrzymać uśmiechu - jednak starsza pani potrafiła wyjaśnić równie dobrze, a do tego krócej.

Nie żartuję z naukowców i wysiłku wkładanego przez nich w badanie kolejnych żółwi. 
Nie zbliżają ich one do wyjaśnienia, ale po drodze odkrywają sporo zjawisk, które można potem efektywnie wykorzystać w produkcji towarów i usług lub w celach zbrojeniowych.

Osobiście nie próbuję wyglądać poza moje bardzo wąskie horyzonty.
Świat stworzyła jakaś nieznana nam siła, można nazwać ją Bogiem i wtedy otrzyma się piękny tytuł agnostyka.

A na czym skończył nowy ksiądz?

Jezus.
Spotkałem w swoim życiu Jezusa i to wyjaśniło mi wszystko.

Muszę stwierdzić, że to wyjaśnienie również mnie usafysfakcjonowało.

Thursday, January 28, 2021

Liturgiczna gimnastyka

 Kilka dni temu byliśmy na nabożeństwie  w Uniting Church.

Uniting Church to australijski pomysł. Powstał z połączenia trzech kościołów - Metodyści, Prebiterianie, Kongregacjoniści (???).
Motywacja była prosta - ilość wiernych malała a budynki kościelne kosztowały. Po połączeniu można było sprzedać ponad połowę budynków i Uniting Church trzyma się dobrze.

Nabożeństwo rozpoczęło się od powitania wiernych i wzmianki, że istotą wiary chrześcijańskiej są Ojciec, Syn i Duch Święty.
Jako jedyni w kościele wykonaliśmy z żoną znak krzyża. Powtórzyliśmy to na zakończenie nabożeństwa.

Po zakończeniu podszedłem do celebranta i spytałem czy znana jest mu ta katolicka, ale również chyba anglikańska, a na pewno prawosławna, tradycja.
Znana, znana, ale temat niezbyt go interesował.

Przypomniało mi się wydarzenie tej samej kategorii. Sporo lat temu byłem na mszy w kościele anglikańskim i tam, po wejściu do kościoła przykląkłem, powtórzyłem to podczas ofiarowania chleba i wina, oraz jeszcze raz, przed wyjściem.
W kościelnym hallu czekało już na mnie kilka życzliwych pań:
- Jak się cieszymy, że katolik nas odwiedził!
- Prosimy, prosimy, tu jest herbata a tu kanapki, a może coś słodkiego.

- Bardzo mi miło, skąd panie wiedziały?
- You genuflected!

A cóż za pokraczne słowo?

Oznacza przyklęknięcie na jedno kolano, uklęknięcie na dwa kolana to już swojskie kneeling.

Oba te wydarzenia były inspiracją tego wpisu.

Po pierwsze - wykonanie znaku krzyża to również demonstracja. 
Przypomniała mi się wizyta w Moskwie w 1980 roku. 
Mieszkałem w hotelu Kosmos. Z jednej strony był pomnik zdobywców kosmosu, z drugiej - malutka, przygarbiona cerkiew.
Z cerkwi wyszło właśnie młode małżeństwo z córką.
Przez odejściem, zwrócili się w stronę cerkwi i zamaszyście, tak prawosławnie, przeżegnali. Córka zrobiła jakiś drobny znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali, aby zrobiła to tradycyjnie, z rozmachem.
Wyznam, że ta scena, w tej scenerii, zrobiła na mnie mocne wrażenie.
Przypomnała mi dzieciństwo kiedy matka pilnowała żebym się wyraźnie przeżegnał ilekroć przechodziliśmy koło kościoła. To była publiczna demonstracja naszej przynależności.

Po drugie - tytułowa gimnastyka.
Zastanowiłem się nad fizyczny aspektem liturgii.
Podczas katolickiej mszy wierni 5 razy wstają (i siadają) oraz 2 razy klękają (niektórzy przyklękają), plus przyklęknięcie przy wejściu i wyjściu z kościoła, 2 razy wykonują znak krzyża.
Osobiście wyznam, że to klęknięcie jest miłą ulgą dla mojego kręgosłupa. 
To wszystko w ciągu niecałej godziny.

Przypominają mi się nieśmiałe próby wprowadzenia ćwiczeń fizycznych podczas pracy biurowej. Radzono nam porozciągać zesztywniałe mięśnie co godzinę, przez 5 minut.

A katolicy robią to już kilkanaście wieków.

Pomyslałem oczywiście również o muzułmanach, którzy wykonują nieco bardziej skomplikowane ćwiczenia.

Nie wiem jaka jest pozycja ćwiczeń fizycznych w buddyźmie, ale chyba istotna.

Widzę w tym mądrość - uznanie fizycznej, cielesnej strony ludzkiej egzystencji.

P.S. Sprawdzając w Wikipedii temat przyklękania znalazłem bardzo mi miłe skojarzenie ze wspomnianym w poprzednim wpisie podpaleniem świątyni Artemizy w Efezie.
???
Otóż zwyczaj przyklękania wprowadził oficjalnie Aleksander Macedoński.
Podpatrzył go u Persów. To dowód jego mądrości - ucz się od swoich wrogów.
Przyklękanie zastąpiło praktykowany poprzednio sposób oddawania czci przez padanie na twarz.
Jaki tu związek z podpaleniem świątyni???
Poród Aleksadra zbiegł się z podpaleniem, wtajemniczeni twierdzili, że Artemiza była tak zaaferowana tym porodem, że nie zatroszczyła się o swoją świątynię.
Aleksander honorowo zaoferował odbudowanie świątyni lecz Efezjanie, równie honorowo, nie przyjęli tej oferty mówiąc, że nie przystoi, żeby bóg budował świątynię Bogini. Odbudowali ją z własnych funduszy po śmierci Aleksandra.
Łza się w oku kręci na wspomnienie tych boskich obyczajów.

Sunday, January 24, 2021

Niedzielne czytanie - szewc z Efezu.

Jeśli to było czytanie liturgiczne, to miało miejsce 3 tygodnie temu.

Drugie czytanie - Św Paweł - List do Efezjan.
Od czasu lektury książki Damascus i świadomości perypetii, jakie przeżył w Efezie św Paweł, jestem nieco wrażliwy na to miejsce.
Słuchałem więc uważnie, gdy nagle mój mózg przeszyła błyskawica:

Kto podpalił świątynię w Efezie!!!

Podpalił ją miejscowy szewc tylko po to, aby zdobyć sławę.
Sąd, gdy poznał motywy zbrodni, wydał rozkaz, aby przestępcę zabić kijami a jego imię wymazać z pamięci.

Poznałem tę historię, jak wszystkie istotne historie, w latach szkoły podstawowej - książka K. Bunscha - Olimpias.
K. Bunsch nie uszanował wyroku, ujawnił nazwisko przestępcy, podobnie jak tysiące ludzi przed nim.

A teraz - 2,376 lat po wydarzeniu, mój skołatany mózg poddał się wyrokowi.

To było surowe prawo, ale jednak PRAWO - im więcej lat mija, tym silniej działa.

Sunday, January 17, 2021

W pajęczej sieci

Kalifornia, St Petersburg, Warszawa, Drezno, Monachium...

Gdzie tu zacząć?
Najlepiej w bliskim sąsiedztwie - złotodajne pola Ballarat -120 km od Melbourne.
Wspominałem na tym blogu o moich muzycznych doświadczeniach z tego miejsca - Źródła 7 - już wtedy nie uszedł mojej uwadze istotny fakt - w lutym 1858 roku odwiedziła Ballarat znana skandalistka Lola Montez i zaprezentowała tu swój słynny Taniec Pająka - Spider Dance.

Podczas tego tańca powiewała swoją suknią odkrywając coraz wyżej swoje nogi aż... tu zdania są podzielone - niektóry widzowie widzieli jej majtki, inni widzieli, że nie widzieli majtek.
Znalazł się jednak odważny dziennikarz, Henry Seekamp, który w swoim piśmie donosił, że majtki to sprawa drugorzędna, pierwszorzędny jest fakt, że pani Montez nie prezentuje żadnego tańca.
Ta zniewaga krwi wymaga. Następnego dnia pani Montez odszukała dziennikarza w miejscowym barze i zaatakowała go szpicrutą...


Szczegóły TUTAJ.

W obu zlinkowanych reportażach zauważyłem zaskakującą informację: "After fleeing from the coup in Bavaria, Montez..."
Zamach stanu w Bawarii?

Chwileczkę, zacznijmy od początku.
Kto się kryje za tym hiszpańskim nazwiskiem?
Niektóre źródła podają, że hiszpańska księżniczka, ja jednak pamiętam kto emigrował masowo do Australii w połowie XIX wieku - Irlandczycy!
Zgadza się - Lola Montez urodziła się w miejscowości Limerick jako Maria Dolores Elisa Rosanna Gilbert, córka Edwarda Gilbert, niskiego rangą oficera marynarki brytyjskiej i senority Oliverres de Montalva.
Gdy miała 3 lata jej ojciec został wysłany służbowo do Indii gdzie po kilku latach zmarł na cholerę. Senorita Oliverres wkrótce znalazła męża a nieco później znalazła męża dla córki - 80-letniego sędziego. 
Maria Dolores uciekła z domu i wzięła ślub ze znacznie mlodszym oficerem. Po kilku miesiącach małżeństwa mąż uciekł od Marii Dolores a ona uznała chyba, że małżeństwo to bardzo śliska ścieżka, zmieniła nazwisko na Lola Montez i ruszyła na podbój świata.

Paryż - tu oczarowała obu Aleksandrów Dumasów - ojca jak i syna.

Drezno - Franciszek Liszt.

Warszawa - tu zatrzymam się dłużej...
Encyklopedia Teatru Polskiego (Źródła 1) donosi:

"...Przyjechała w tym czasie do Warszawy Lola Montez, córka byłego jenerała hiszpańskiego. Jako tancerka zrobiła z dyrekcyą umowę na pięć przedstawień, po 3000 zł. każde. Będąc piękną znalazła protekcyę w ks. Radziwille, w hr. Zamoyskim, Turkulle, ministrze, Franciszku Potockim etc. etc.

Przy pierwszem wystąpieniu krzyki, oklaski protektorów i młodzieży krzesłowej zastąpiły niedostatek talentu, bo, prawdę powiedziawszy, było to z ujmą dla p. Turczynowiczowej i panny Wendt, pierwszych solistek baletu warszawskiego; oneby tę cachuchę kunsztowniej odtańcowały.
(...)
Nazajutrz posłała dyrekcya z uwiadomieniem, że od dalszych występów jest wolna. Ale tu protektorowie najechali Abramowicza z tem, żeby umowę wypełnić; że, wróciwszy do kraju, źle o Polakach mówić będzie; i wiele jeszcze innych uwag robili i póty od niego nie wyjechali, póki im nie przyrzekł, że za trzy dni znowu wystąpi.

Przebiegła Hiszpanka zrozumiała, że są nieukontentowania publiczności i zapewniła się, że ją protektorowie podtrzymają. Nadto, bywając na obiadach u bankiera Piotra Steinkellera, prosiła go o protekcyę.
Skutkiem tego Steinkeller rozdał sto biletów kowalom (których do 200 w jego fabryce na Solcu pracowało), z instrukcyą, żeby na niego uważali: jak tylko on klaskać zacznie, żeby i oni wszyscy walili w dłonie co sił mają.
Rozpoczęła Lola taniec. Zaczęto sykać. Lecz kowale Steinkellera, gdyby grom, zagłuszyli sykaczów, którzy, wyszedłszy z cierpliwości, gwiżdżąc przeraźliwie z pomocą świstawek, pole otrzymali.
Lola przestała tańczyć, orkiestra umilkła, a ona, wyszedłszy na przód sceny, powiedziała po francusku, że to gwizdanie jest dziełem, pochodzącem z tej loży – i wskazała na lożę Abramowicza.
Spuszczono kurtynę, wszyscy się rozeszli. 

Nazajutrz rano wyszedł rozkaz ks. Namiestnika, żeby w przeciągu 12 godzin Lola Montez opuściła Warszawę.
Posłał po nią wojenny gubernator, lecz do niego pójść nie chciała, tylko do księcia. Stojący za drzwiami policyant nie puścił jej, za co uderzyła go sztyletem, który ześlizgnął się po lakierowanym bandolierze. Policyanta zaraz zastąpiło dwóch żandarmów..."

Kolejny etap St Petersburg.
Lola została przyjęta przez cara Mikołaja I na prywatnej audiencji.
Biografia Loli (źródła 4) podaje dość niezwykłą relację z tej audiencji...
Przerwało ją niespodziewane przybycie dowódcy frontu na Kaukazie.
Car schował Lolę do szafy aby móc się w pełni skoncentrować na sytuacji na froncie. Sprawa była poważna, car i dowódca musieli spotkać się z dowódcami armii, wyszli z pokoju, car zatrzasnął drzwi.
Dopiero po kilku godzinach przypomniał sobie o Loli, wysłał adiutanta aby ją uwolnił i przeprosił. Następnie przeprosił osobiście i dał jej 1,000 rubli rekompensaty.

Pora na podbój Bawarii...
Rok 1846 - królem Bawarii był wtedy Ludwig I (dziadek Ludwiga II, który wymyślił zamek dla Disneylandu).
Źródła (2) donoszą, że Ludwig I również był dziwakiem - nie używał karety, chodził piechotą po ulicach, pisał wiersze, zbudował świątynię Walhalla (źródła 3) ku czci wybitnych postaci "szeroko rozumianej kultury niemieckiej" - na tyle szeroko, że zmieścił się w niej M. Kopernik.
Nic dziwnego, że gdy zobaczył Lolę Montez na scenie w Monachium, oczarowała go.
Za 5 dni zaprosił ją jako oficjalnego gościa na dwór królewski.
Po miesiącu nadał jej tytuł księżniczki Landsdorf, wybudował dla niej dom i wyznaczył pensję 20,000 florenów.
To już był rok 1847 - Europa dojrzewała do Wiosny Ludów - Lola Montez panoszyła sie w Monachium jak na swoim podwórku, była arogancka wobec królowej. Miarka przebrała się gdy Lola zaczęła ingerować w skład rady uniwersytetu. Studenci zorganizowali masowe protesty, król wydał dekret zamykający uniwersytet na rok, protesty rozszerzyły się na całe miasto - rada lordów wydała dekret o wydaleniu Loli z Bawarii, tłum spalił jej dom. Ludwig I został zmuszony do abdykacji.

Lola przeniosła się do Szwajcarii, liczyła, że Ludwig I do niej dołączy, gdy to nie nastąpiło pojechała do Anglii gdzie wyszła drugi raz za mąż. Niestety okazało się, że jej rozstanie z pierwszym mężem nie było do końca formalne, oskarżono ją o bigamię więc uciekła do USA.
W Kalifornii trwała właśnie gorączka złota i występy Loli cieszyły się wielką popularnością. Chyba znowu zaszkodziła jej zbytnia fascynacja mężczyzn jej osobą - kolejny ślub, niejasności formalne - lepiej było przenieść się za ocean.

W Australii Lola cieszyła się wielką popularnością wśród górników w kopalniach złota, media były raczej krytyczne.
Wpis zacząłem od relacji takiego właśnie, krytycznego odbioru, w wyniku którego doszło do pojedynku na szpicruty. To wydarzenie uwiecznił australijski kompozytor - Albert Denning - w utworze Lola Montez Polka szpicruty strzelają gęsto - KLIK.

W maju 1856 roku Lola wyruszyła w podróż powrotną do Kalifornii.
Próby powrotu na deski sceniczne nie były udane - Lola spędziła ostatnie lata życia wygłaszając umoralniające pogadanki.
Zmarła 17 stycznia 1861 roku w wieku 40 lat.

Źródła:
1. Encyklopedia Teatru Polskiego - KLIK.
2. Lola Montez i król Bawarii - KLIK.
3. Walhalla - KLIK.
4 - Skandaliczne życie Loli Montez - KLIK.
5. Wydana w 1909 r biografia, autor Edward B. d'Auvergne - KLIK.
6. Wikipedia - KLIK - link do wersji angielskiej gdyż w polskiej nie wspomniano nawet o występie Loli w Warszawie.
7.  Muzyka na złotodajnych polach Ballarat - KLIK.

Saturday, January 16, 2021

Malcolm

 Kilka dni temu, podczas regularnego marszu z kijkami, minąłem starszego pana, który zdmuchiwał liście z podjazdu do garażu.

- Czy zauważyłeś, że nie ma śniegu? - zapytał życzliwie.
- Zauważyłem, właśnie dlatego tak chodzę, to przywołuje śnieg.
Przystanąłem aby nabrać tchu, obaj spojrzeliśmy na siebie taksując swoją sprawność fizyczną.
- Ile masz lat?
Zaskoczyło mnie to trochę. Nawet podczas starań o pracę nikt nie ośmielił się zadać mi takiego pytania. Jednak przekroczyłem już barierę wstydliwości więc odpowiedziałem szczerze.
Mój rozmówca kiwnął głową z aprobatą.
- Ja mam 88 - wyznał (chyba z dumą).
Pospieszyłem z gratulacjami a to sprowokowało kolejne pytanie:
- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- O, z Polski, a wiesz, że ja byłem w Polsce w 1955 roku?
- Oo, byłeś na Międzynarodowym Festiwalu Młodzieży? -- KLIK.
To skojarzenie najwyraźniej zaskoczyło mojego rozmówcę.
- Jak masz na imię?
- Lek.
- Malcolm. Tak, pojechalem z delegacją związku młodych australijskich komunistów.
- Byłeś komunistą?
- Mój ojciec był to i ja byłem, ale szybko zorientowałem się, że to głupota. Mieszkasz w okolicy?
- Oczywiście, przecież doszedłem tu na piechotę.
- Podaj mi może swój adres, to kiedyś wpadnę pogadać.

To bardzo mnie zaskoczyło, jedyne wytłumaczenie, to komunistyczna tradycja w tej rodzinie.
Szybko otaksowałem spojrzeniem mojego rozmówcę i jego posiadłość i uznawszy, że on ma więcej do stracenia, podałem.
- Podaj mi numer komórki - dodałem - to ja podam ci swój, to zadzwonisz przed przyjściem, będziemy mogli przekąsiś coś stosownego.
- Nie, nie będę nic jadł - zażegnał się Malcolm, ale podał numer telefonu a ja do niego zadzwoniłem żeby miał link.

- Pamiętam, w Polsce jedliśmy takie pyszne kiełbaski, prosto z ogniska - rozmarzył się.

Zakończyłem rozmowę bo słońce paliło i zaczęło mnie boleć w krzyżu. 
W domu ostrzegłem żonę, że pewnie jutro bedziemy mieli niespodziewanego gościa, a tu polskie delikatesy mają przerwę świąteczną.
Jednak minęły dwa dni i cisza.

P.S1. Zaskoczenie bezpośrednioscią Malcolma.
Mocno odczuwam w Australii angielską dewizę - my home is my castle. Można z kimś wypić sporo piwa a nie mieć szansy odwiedzić go w domu.
Dobrym przykładem jest moja grupka działaczy charytatywnych pod znakiem Św Wincentego.
Co miesiąc mamy spotkania. Przez długi czas odbywały się w mieszkaniu rodowitej Australijki, ale myślę, że powodem był fakt, że ona ma trudności z poruszaniem się i te spotkania to jej jedyny kontakt z grupą.
Gdy kiedyś musiała odwołać spotkanie w swoim domu, nie miałem wątpliwości, że odbędzie się u nas.
Na marginesie wspomnę, że takie spotkanie nie wymaga żadnych wysiłków. Tylko dzbanek z wodą i szklanki.
Kiedyś jednak, gdy spotkanie miało się odbyć u nas, niespodziewanie wyskoczyła nam opieka nad wnuczką w jej domu. Powiadomiłem więc grupkę, że nie będę mógł uczestniczyć w spotkaniu, ale zostawię klucz pod słomianką i mogą skorzystać z naszego domu, rozkład znają.
Do spotkania było jeszcze dwa dni, ale nikomu nie przyszło do głowy żeby zaproponować swoje mieszkanie.
Od tego czasu minęło kilka lat. Przez ten czas przybyła jedna osoba chętna do udostępniania mieszkania - Hindus.
Malcolm wyznał, że jego żona pochodzi z Grecji, to może coś tłumaczy.
P.S2. Festiwal Młodzieży i Studentów 1955 - 65 lat minęło, obalono komunizm, zapanowała wolność. Na zlinkowanej kronice tańczą Syryjczycy, Sudańczycy. Teraz też możemy ich zobaczyć - w obozach dla uchodźców i nikt ich nie zaprosi do swojego kraju z własnej woli.