Uff, Środa Popielcowa i Walentynki za nami :)
Jednak głównym tematem ostatnich kilku dni była pogoda.
W sobotę uderzyły nas upały - 4 dni z temperaturami ponad 30C - na szczęście w nocy się mocno ochładzało.
We wtorek, późnym popołudniem, przyszło załamanie pogody, silny wiatr, który w nadmorskich dzielnicach połamał sporo drzew i zerwał kilka linii elektrycznych. W efekcie na niektórych sąsiednich ulicach nie funkcjonowały światła.
W tym miejscu pochwalę kierowców samochodów a był spory ruch, powroty z pracy.
Przekraczałem kilka sporych skrzyżowań i kierowcy jakoś intuicyjnie trzymali rytm przejazdów podobny do tego jaki narzucają światła.
Uwaga: jak zawsze, przypominam, że to lokalna pogoda na bardzo niewielkim skrawku Australii. W tym samym czasie na północy mamy ogromne powodzie a na zachodzie, w okolicach Perth, już ponad miesiąc upałów ponad 42C.
Skoro jeździłem samochodem to oczywiście muzyka - ABC/Classic.
Dopiero co wspomniałem o swoich rocznicach, okazało się, że nie jestem wyjątkiem - we wtorek była 100. rocznica premiery Błękitnej Rapsodii - G. Gershwina - KLIK.
To otwierające solo klarnetu - odnoszę wrażenie jakby klarnecista dławił się potężnym haustem mocnego wina :)
Trzy dni minęły a świętowanie muzyki Gershwina nadal trwa - sporo muzyki a do tego wyszukiwanie ciekawych faktów z biografii - na przykład - czy Gershwin spotkał Strawińskiego? - KLIK.
W takim klimacie posypanie głowy popiołem było miłym urozmaiceniem.
To znaczy, u nas nie posypują głowy popiołem tylko znaczą popiołem krzyż na czole.
Spotkanie po mszy z masą ludzi z takim ciemnym znakiem na czole miało jakiś sympatyczny klimat.
Na froncie książek - w ostatnim wpisie w styczniu wspomniałem książkę Wifedom, o smutnym losie Eilin Blair, żony G. Orwella.
To skłoniło mnie do lektury książki Orwella - The Road to Wigan Pier - KLIK.
Tak to bywa, jakby tego Orwella nie zohydzali, to bym nie sięgnął po tę książkę.
Sięgnąłem i...
- po pierwsze - potwierdziła się moja generalna opinia - G. Orwell nie jest dla mnie znaczącym pisarzem. Popularność zdobyły mu 2 książki - Animal Farm i 1984.
1984 - uwaga - okrągła rocznica!
To przypomniało mi, że podczas długiego pobytu w Anglii w 1974 roku zauważyłem w gazetach nagłówki- Za 10 lat nastąpi rok 1984 - czy wizja Orwella się sprawdzi?
Ze wstydem zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia o co chodzi, w takiej ciemnocie nas w tym PRL trzymali.
Po powrocie do Polski znalazłem znajomych, którzy mieli tę książkę.
Przeczytałem - pierwsza połowa - opis funkcjonowania totalitarnego państwa - zrobił na mnie duże wrażenie. Druga część - bohater poddał się reżymowi - tu już byłem mocno zawiedziony.
- po drugie - książka The Road to Wigan Pier - wydaje mi się dziwna. Kilka pierwszych rozdziałów to niezłe reportaże z życia przemysłowych miast na północy Anglii.
Kolejne rozdziały to jakieś pomieszanie ogólnych refleksji na temat różnic klasowych w społeczeństwie angielskim, Szczegółowe rozważania na temat różnic między niższą wyższo-średnią (lower upper-middle class) a średnio-wyższą klasą w różnych regionach Anglii. Kilkadziesiąt kilometrów na północ lub wschód może odgrywać wielką różnicę.
Porównywanie zapachów ludzi różnych klas, porównywanie różnic w sposobie odżywiania się.
Odżywianie się...
Autor dziwi się, według mnie bardzo słusznie dlaczego ludzie o niższych dochodach kurczowo trzymają się diety opartej o biały chleb z margaryną, chipsy, posłodzona herbata a za żadne skarby nie wezmą do ust chleba razowego, surowej marchwi czy soku z pomarańczy.
Na marginesie wspomnę, że podobne refleksje nachodzą mnie po wizytacjach osób, które zgłaszają się po pomoc do Stowarzyszenia św Wincentego.
Inna sprawa, która mnie w tej książce zaskoczyła, to biadanie nad obniżeniem ogólnego standardu życia i stanu zdrowia społeczeństwa po I Wojnie Światowej.
Faktem jest, że Anglia straciła prawie milion żołnierzy, ale przecież uniknęła jakichkolwiek zniszczeń na swoim terenie.
Podsumowując - literacko jest to pozycja bardzo przeciętna, podejrzewam, że w brytyjskiej prasie pojawiało się w tamtym czasie wiele dobrych reportaży na ten temat.
Na dodatek tego typu reportaże wyjątkowo szybko się dezaktualizują, tak że nie była to pożyteczna lektura.
P.S. Tłusty post?
Nie chodzi mi o mój post blogowy, ale o Wielki Post, który zaczął się 14 lutego.
Najpierw zaskoczył mnie komentarz Bet - mojej bratniej duszy z PRL - która zakwestionowała to wydarzenie, ale wszystko wyjaśnia chyba taki nagłówek w na stronie internetowej Gazety Wyborczej...
Piątek, 16 lutego Obchodzimy: Tłusty czwartek (!!!!)










