Thursday, February 15, 2024

Po-Popielcowa Rapsodia

 Uff, Środa Popielcowa i Walentynki za nami :)

Jednak głównym tematem ostatnich kilku dni była pogoda.
W sobotę uderzyły nas upały - 4 dni z temperaturami ponad 30C - na szczęście w nocy się mocno ochładzało.
We wtorek, późnym popołudniem, przyszło załamanie pogody, silny wiatr, który w nadmorskich dzielnicach połamał sporo drzew i zerwał kilka linii elektrycznych. W efekcie na niektórych sąsiednich ulicach nie funkcjonowały światła.
W tym miejscu pochwalę kierowców samochodów a był spory ruch, powroty z pracy.
Przekraczałem kilka sporych skrzyżowań i kierowcy jakoś intuicyjnie trzymali rytm przejazdów podobny do tego jaki narzucają światła.
Uwaga: jak zawsze, przypominam, że to lokalna pogoda na bardzo niewielkim skrawku Australii. W tym samym czasie na północy mamy ogromne powodzie a na zachodzie, w okolicach Perth, już ponad miesiąc upałów ponad 42C.

Skoro jeździłem samochodem to oczywiście muzyka - ABC/Classic.
Dopiero co wspomniałem o swoich rocznicach, okazało się, że nie jestem wyjątkiem - we wtorek była 100. rocznica premiery Błękitnej Rapsodii - G. Gershwina - KLIK.
To otwierające solo klarnetu - odnoszę wrażenie jakby klarnecista dławił się potężnym haustem mocnego wina :)
Trzy dni minęły a świętowanie muzyki Gershwina nadal trwa - sporo muzyki a do tego wyszukiwanie ciekawych faktów z biografii - na przykład - czy Gershwin spotkał Strawińskiego? - KLIK.

W takim klimacie posypanie głowy popiołem było miłym urozmaiceniem.
To znaczy, u nas nie posypują głowy popiołem tylko znaczą popiołem krzyż na czole. 
Spotkanie po mszy z masą ludzi z takim ciemnym znakiem na czole miało jakiś sympatyczny klimat.

Na froncie książek - w ostatnim wpisie w styczniu wspomniałem książkę Wifedom, o smutnym losie Eilin Blair, żony G. Orwella. 
To skłoniło mnie do lektury książki Orwella - The Road to Wigan Pier - KLIK.
Tak to bywa, jakby tego Orwella nie zohydzali, to bym nie sięgnął po tę książkę.
Sięgnąłem i...
- po pierwsze - potwierdziła się moja generalna opinia - G. Orwell nie jest dla mnie znaczącym pisarzem. Popularność zdobyły mu 2 książki - Animal Farm i 1984.
1984 - uwaga - okrągła rocznica!
To przypomniało mi, że podczas długiego pobytu w Anglii w 1974 roku zauważyłem w gazetach nagłówki- Za 10 lat nastąpi rok 1984 - czy wizja Orwella się sprawdzi?
Ze wstydem zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia o co chodzi, w takiej ciemnocie nas w tym PRL trzymali.
Po powrocie do Polski znalazłem znajomych, którzy mieli tę książkę.
Przeczytałem - pierwsza połowa - opis funkcjonowania totalitarnego państwa - zrobił na mnie duże wrażenie. Druga część - bohater poddał się reżymowi - tu już byłem mocno zawiedziony.
- po drugie - książka The Road to Wigan Pier - wydaje mi się dziwna. Kilka pierwszych rozdziałów to niezłe reportaże z życia przemysłowych miast na północy Anglii.
Kolejne rozdziały to jakieś pomieszanie ogólnych refleksji na temat różnic klasowych w społeczeństwie angielskim, Szczegółowe rozważania na temat różnic między niższą wyższo-średnią (lower upper-middle class) a średnio-wyższą klasą w różnych regionach Anglii. Kilkadziesiąt kilometrów na północ lub wschód może odgrywać wielką różnicę.
Porównywanie zapachów ludzi różnych klas, porównywanie różnic w sposobie odżywiania się.

Odżywianie się...
Autor dziwi się, według mnie bardzo słusznie dlaczego ludzie o niższych dochodach kurczowo trzymają się diety opartej o biały chleb z margaryną, chipsy, posłodzona herbata a za żadne skarby nie wezmą do ust chleba razowego, surowej marchwi czy soku z pomarańczy.
Na marginesie wspomnę, że podobne refleksje nachodzą mnie po wizytacjach osób, które zgłaszają się po pomoc do Stowarzyszenia św Wincentego.

Inna sprawa, która mnie w tej książce zaskoczyła, to biadanie nad obniżeniem ogólnego standardu życia i stanu zdrowia społeczeństwa po I Wojnie Światowej.
Faktem jest, że Anglia straciła prawie milion żołnierzy, ale przecież uniknęła jakichkolwiek zniszczeń na swoim terenie.

Podsumowując - literacko jest to pozycja bardzo przeciętna, podejrzewam, że w brytyjskiej prasie pojawiało się w tamtym czasie wiele dobrych reportaży na ten temat.
Na dodatek tego typu reportaże wyjątkowo szybko się dezaktualizują, tak że nie była to pożyteczna lektura.

P.S. Tłusty post?
Nie chodzi mi o mój post blogowy, ale o Wielki Post, który zaczął się 14 lutego.
Najpierw zaskoczył mnie komentarz Bet - mojej bratniej duszy z PRL - która zakwestionowała to wydarzenie, ale wszystko wyjaśnia chyba taki nagłówek w na stronie internetowej Gazety Wyborczej...


Piątek, 16 lutego    Obchodzimy: Tłusty czwartek (!!!!)

Monday, February 12, 2024

Rocznicowy rok

 Gdy się osiągnie mój wiek to co roku wypada więcej rocznic niż się przeżyło lat :)

Aby przynajmniej na blogowej platformie mieć to z głowy, wysypię 4 z nich dzisiaj i postaram się już do tego w tym roku nie wracać.

Gdzie tu zacząć?
Najlepiej na śmietniku...
Dwa miesiące temu pokazywałem zdjęcie śmieci...


Na pierwszym planie narty, włoskie, firmy Morotto.
Właśnie na tych nartach, 30 lat temu, w styczniu 1994, rozpocząłem na serio moją przygodę z maratonami narciarskimi. Pierwszym maratonem była Marcialonga we Włoszech...

Nie minęło 5 lat, czyli 25 lat temu, w Walentynki, wyjątkowo pamiętny maraton - American Vasa.
Pamiętny dlatego, że wyścig został odwołany z powodu braku śniegu, ale nie ze mną takie numery - wytargowałem wyścig...


 i otrzymałem za to specjalny dyplom...


I jedyny w swoim rodzaju medal...



Wybito ich ponad 4.000,  reszta poszła na złom.

60-ta - rok 1964, pierwsza praca, ale dzisiaj nie o tym.
Podejmując pracę uprzedziłem pracodawcę, że właśnie ubiegam się o zagraniczną praktykę studencką i jeśli ją otrzymam to muszę dostać 2 miesiące bezpłatnego urlopu.

Dostałem, w Norwegii - fabryka papieru w Moss, 60 km na południe od Oslo.
To była praktyka robotnicza, zresztą kilka podobnych odbyłem w Polsce, pierwszy raz - w Nowej Hucie. 
Ta w Norwegii była właściwie nieporozumieniem. 
Po 5 latach studiów już wiedziałem, że nie podejmę żadnej techniczno-inżynierskiej pracy, ale z drugiej strony, aby otrzymać praktykę w zachodnim kraju, trzeba było wykazać się stażem pracy społecznej i młodsi studenci nie mieli szans.
Moimi kolegami na praktyce w Norwegii byli studenci po pierwszym roku studiów, czułem się nieco zażenowany w ich towarzystwie.
Marginesowa migawka...
W fabryce pracowało kilku Polaków, którzy zostali w Norwegii po zakończeniu wojny, oczywiście byli dla mnie bardzo gościnni, co weekend piłem u nich bimber.
Starali się również zorganizować mi jakieś krótkie wycieczki.
Każdego poniedziałku rano miałem spotkanie z szefem działu kadr - pytał mnie o wrażenia z praktyki, porównania z Polską, jak spędziłem weekend. Gdy opowiadałem o wycieczkach z Polakami to robił krótkie notatki.
Moi polscy znajomi nie mieli wątpliwości - on melduje to wszystko na policję.
- Co melduje, po co melduje? - dziwiłem się.
- Norwegia jest członkiem NATO, w wielu miejscach są bazy wojskowe, ty jesteś mocno podejrzaną osobą.
Jakieś potwierdzenie miałem ostatniego dnia praktyki.
Pożegnalna rozmowa z kadrowcem, świadectwo odbycia praktyki.
- O której godzinie masz pociąg? Ja odwiozę cię na stację - zadeklarował.
- Dziękuję bardzo, ale ja teraz wybieram się na kilkudniową wycieczkę autostopem, wyjeżdżam dopiero za 6 dni.
- To niemożliwe! Ty musisz wyjechać natychmiast po zakończeniu praktyki!
- Chyba nie. Ja mam wizę do 31 sierpnia a praktyka trwała 8 tygodni, dzisiaj jest 25 sierpnia.
Pokazałem mu paszport - był mocno zdenerwowany.
- Przepraszam cię, ale my musimy pojechać na policję żeby to wyjaśnić.
Pojechaliśmy. Policjanci też mieli mocno zaambarasowane miny, ale pieczątka jest pieczątką.
- On może zostać do 31-go - potwierdzili.
- A dokąd ty chcesz pojechać? - pytał kadrowiec.
- Jadę autostopem, nie wiem jak daleko dojadę bo po 2 dniach muszę zacząć wracać. Spróbuję na zachód, w stronę Bergen.
- Wróćmy do fabryki - zaproponował kadrowiec - może jakiś nasz samochód jedzie w tamtym kierunku to będziesz miał dobry start.
Rzeczywiście jechał, a potem były 3 dni przygody zakończone dniem pobytu w Oslo.
Tu migawka z Frogner Park, rzeźby Wiegelanda, dzieci ujeżdżają matkę...



50 lat temu - 1974 - trochę podobna historia.
British Council przyznał mi stypendium na 3-miesięczne szkolenie komputerowe w Anglii.
Tu niby wszystko w porządku, ale praktycznie mnie wystarczyłoby tygodniowe szkolenie na określony, specjalistyczny temat, innych potrzebnych mi umiejętności nauczyłem się wcześniej sam.

Jednak w tamtych czasach wyjazdy na Zachód były taką atrakcją, że nie liczyły się żadne skrupuły.

Friday, February 9, 2024

Prawo do niepracy

W Australii politycy pilnie pracują nad prawnym usankcjonowaniem prawa do wyłączenia się z obowiązków służbowych (Right to disconnect) - KLIK.

Jak sama nazwa wskazuje chodzi o prawo pracownika do nieodbierania poleceń służbowych wysłanych po ustalonymi godzinami pracy.

To do tego trzeba aż prawa?

A na gruncie prywatnym - zastanawiam się czy w kontrakcie ślubnym wprowadzi się obowiązek odbierania telefonów od współmałżonka?

Oczywiście, wielu szefów wysyła po godzinach polecenia do pracowników, ale czy z tego wynika że pracownik musi je zacząć wykonywać natychmiast?
Zdaję sobie również sprawę, że w wielu przypadkach na pracownika wywierany jest wielki nacisk żeby te polecenia wykonywał.
I jeszcze inne spojrzenie - a co jeśli szef przekaże mi polecenie tuż przed końcem godzin pracy i ja nie potrafię się wyłączyć i rozmyślam nad tym po godzinach.

Rozejrzałem się jak sprawa wygląda w innych krajach:
Liderem okazuje się być Francja, ale ja zrozumiałem, że istotą prawa jest zakaz karania pracowników za to że nie odebrali, nie wykonali, poleceń wydanych po godzinach pracy.
Tutaj pełna zgoda, ale czy do tego trzeba prawa?
Może i trzeba - pracownik ukarany za tego typu "zaniedbanie" może się odwoływać, zgłaszać sprawę do przeróżnych instancji, ale po pierwsze to kosztuje sporo czasu i zabiegów a przy okazji bardzo psuje atmosferę wokół pracownika. Jasne przepisy w tej dziedzinie mogą ułatwić ten proces.
On/ona może wygrać konkretny przypadek, ale jest duże ryzyko, że na zawsze popsuje sobie opinię w firmie.

EU rozważa wprowadzenie francuskiego rozwiązania (jeśli to można nazwać rozwiązaniem).

Niemcy podeszli do sprawy bardziej rzeczowo - Volkswagen już w 2011 ustawił swoje serwery tak żeby nie wysyłały emaili i sms-ów do pracowników między 6 wieczorem a 7 rano.
Chwileczkę - a co z pracownikami, którzy pracują na 2. zmianę?
A co jeśli znajdzie się taki perfidny szef, który wyśle sms ze swojego prywatnego telefonu?
Tu przypomina mi się opinia Lenina na temat szans przeprowadzenia rewolucji w Niemczech: jeśli Niemcom wydasz polecenie, żeby opanowali stację kolejową, to oni najpierw staną w kolejce do kasy żeby kupić bilety peronowe.

Przegląd globalnej sytuacji w tym temacie TUTAJ.

Moja opinia - bardzo niejasna sprawa.
Jak wspomniałem wcześniej, skorzystanie z takich praw może bardzo utrudnić pracownikowi dalszą pracę i karierę.
Z drugiej strony - na pewno istnieje wielu bardzo bezwzględnych pracodawców, którzy użyją każdego sposobu żeby wycisnąć z pracownika jak najwięcej za jak najmniejsze pieniądze.
Z trzeciej strony, chociaż to dotyczy raczej pracowników biurowych i "koncepcyjnych" wiele prac ma charakter trudny do zmierzenia i skwantyfikowania i podejrzewam, że w większości takich sytuacji, pracownicy spędzają sporo płatnego czasu na zajęcia nie mające nic wspólnego z obowiązkami służbowymi.
Co śmieszne, to właśnie tej kategorii pracowników będzie najłatwiej skorzystać z prawa do wyłączenia się.

Jakie to szczęście, że moi pracodawcy nie mieli nigdy szansy porozumieć się ze mną poza godzinami pracy.

Monday, February 5, 2024

Życie zaczyna się od bólu

W zeszłym tygodniu wybrałem się z wnuczętami do NGV - National Gallery of Victoria.

Pamiętacie? To tam gdzie spotkałem panią Agnieszkę Piłat i jej roboty - KLIK .

Podobnie jak podczas poprzedniej wizyty zaczęliśmy od pomnika proletariuszki...


Następnie przeszliśmy do sali robotów, gdzie zaskoczyliśmy jednego podczas nieco prywatnej czynności...


Co ono robi?
Do głowy przyszły nam dwie możliwości, wybraliśmy tę bardziej apetyczną.

"Rzeźba" w następnej sali w jakiś sposób potwierdzała tę opcję...

Wnuczęta buszowały po licznych salach wystawowych a ja zadumałem się nad strawą robotów.
Po pierwszej wizycie w Galerii zajrzałem do książki Toby Walsh'a - Machines behaving badly - the Morality of AI, a tam istotna obserwacja:
- Czy maszyna może odczuwać ból?
- Nie może - ból to domena biologii i chemii, podczas gdy maszyny to fizyka.

To samo dotyczy wszystkiego co ludzkie – głód, pragnienie, nasycenie, smutek, obrzydzenie, zachwyt, radość, nienawiść, miłość, potrzeba śpiewu czy malowania.

Sztuczna Inteligencja może dostarczyć maszynie informacji statystycznych lub demograficznych na każdy z tych tematów, ale czy może z tego coś sensownego wyniknąć?

Ból.
Gdzie pierwszy raz w świętych księgach wspomniano BÓL?

Księga Rodzaju
3:16 "Do niewiasty powiedział: «Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci...".

To nastąpiło w wyniku kuszenia Szatana i zjedzenia owocu zakazanego.
Mój wniosek: istniejący obecnie na naszej planecie gatunek ludzki to rezultat diabelskiego podstępu, Bóg - istota niematerialna - miał zupełnie inny zamiar.
Jaki konkretnie - nie wiemy - być może Sztuczna Inteligencja naprowadzi gatunek ludzki na właściwą drogę chociaż jak dotąd, zarządzający SI - Amazon, Facebook, Microsoft, Google - kojarzą się raczej z gatunkiem diabelskim.

W niedzielę mieliśmy upalny dzień, dobiło do 39C.
Rano wybrałem się na krótki spacer - krople słońca padały równomiernie na trawę i na beton..


Efekt... boski czy diabelski?

Thursday, February 1, 2024

OoooopsaHeimer

 Pierwszy dzień lutego, właśnie rozpoczął się rok szkolny co gwarantuje słoneczną pogodę i upały.

Najstarszy wnuk szkoły już ukończył, w poniedziałek zaczyna swoje zajęcia artystyczne a więc ostatnia szansa żeby wybrać się z nim do kina na film Oppenheimer.

Przed kupnem biletów sprawdziłem sytuację finansową producentów - Oppenheimer zarobił prawie miliard dolarów dużo mniej niż Barbie - 1.4 mld.

Bilety kupowałem przez internet - zaskoczyły mnie rozmiary sali kinowej - 3 rzędy, 15 foteli. W tym momencie jeszcze wszystkie były wolne.
Ileż się trzeba starać żeby przy takiej widowni zarobić miliard?

Seans zaczynał się w południe, sala trochę się wypełniła, prócz nas były jeszcze 4 osoby, wszystkie w mojej kategorii wiekowej.

Na początek prawie 20 minut reklam - domy opieki dla starszych osób, zajęcia rehabilitacyjne dla tychże osób, sklepy ze sprzętem ułatwiającym poruszanie się, słyszenie i inne funkcje życiowe.
Cóż za świetne rozeznanie rynku.

Wreszcie film...
Na początek jakieś archiwalne zdjęcia - epoka filmu niemego, film czarno-biały za chwilę scena gdy tytułowy bohater budzi się zlany potem, przed oczami migają mu jakieś apokaliptyczne obrazy.
Ufffff..
Następnie sceny z ośrodków badawczych, jakieś komisje, jakieś sceny z kobietami - co kilka chwil cały ekran staje się czerwony.
Wow - wczuwamy się z emocje Oppenheimera i czujemy na własnej skórze jak to ciężko.

Oooops - projekcja zatrzymuje się, z tyłu ktoś informuje nas, że będzie krótka przerwa gdyż jest jakaś usterka techniczna w wyniku której ekran zalewa się czerwienią.

Wymieniam z moimi rówieśnikami nieco zażenowane spojrzenia - a my myśleliśmy że to był starannie zaplanowany efekt.

Po jakichś 15 minutach przeprosiny i zwrot pieniędzy za bilety.

Pytam wnuka o wrażenia - on też sądził, że te czerwone błyski wliczone były w cenę biletów.
Co do filmu to jest powściągliwy w ocenach, jedna rzecz jest jednak pewna - osoba nie mająca dobrego rozeznania w przebiegu projektu Manhattan i niezłego zrozumienia fizyki jądrowej i kwantowej, a do tego jeszcze klimatu politycznego w USA, niewiele z tego filmu zrozumie - może tylko te senne mary.
Film musiało obejrzeć kilkadziesiąt milionów widzów - nie sądziłem, że ludzkość jest na tak wysokim poziomie intelektualnym.

Jutro Matki Boskiej Gromnicznej - przypomina mi się powiedzenie - Gdy w Gromniczną z dachu ciecze...

A jak to się ma do lata na południowej półkuli:
Gdy w Gromniczną słońce świeci, reszta lata szybko zleci.
Gdy w Gromniczną w nieba ciecze lato jeszcze się przewlecze.

P.S. Meteorolodzy powiadomili, że miniony styczeń pobił rekordy opadów.

Zielono mi...


Tuesday, January 30, 2024

Kobiety piszą

 Spojrzałem na listę moich ostatnich lektur - 4 książki, wszystkie napisane przez kobiety, mało tego - przez Australijki.

Chyba żadna z tych książek nie została przetłumaczona na polski ani nie doczekała się polskiej recenzji, za to oryginalne, angielskie, wersje tych książek są mocno promowane na polskich portalach książkowych.

Zacznę od ostatniej lektury gdyż ta książka koncentruje się na inności kobiet - Anna Funder - Wifedom - KLIK.
Po pierwsze - jak przetłumaczyć ten tytuł? Wifedom - bycie żoną?
Po drugie - bycie żoną...
Autorka wiele uwagi poświęca materii życia utkanej przez kobiety.
Przyznaję jej rację, nawet rozszerzam - do tego nie trzeba być żoną, kobiety poświęcają większość swojego życia na tkanie materii, która wyścieła, zmiękcza, upiększa nasze życie - domowe, rodzinne, czasem również zawodowe.
Po trzecie - głównym tematem książki jest relacja z życia małżeńskiego George Orwella, autora słynnych powieści - Animal Farm (Folwark zwierzęcy) i 1984.
To akurat uważam za słabość książki - według mnie Orwell nie był takim nadzwyczajnym pisarzem, na dodatek swoje dwie najważniejsze książki napisał już po śmierci żony.

Osobna sprawa to że taką książkę mogła napisać tylko kobieta - mam tu na myśli ogromny, niewidoczny, wysiłek włożony w zebranie bardzo wielu faktów. Wysiłek, którego według mnie autorka mogła sobie oszczędzić, ale właśnie kobiecość jej nie pozwoliła.

Uwaga podstawowa - Anna Funder nie jest pokorną pracusią - cała książka to jedno wielkie oskarżenie stosunków społecznych, politycznych, kulturowych, które uczyniły żonę Orwella osobą niewidoczną. Autorka całą winą za to, że kobiety są jakie są, obarcza system patriarchalny.
Ja uważam jednak, że biologia ma tu też bardzo dużo do powiedzenia.

Kolejna książka - Pip Williams - Bookbinder of Jericho (Introligator(ka) z Jerycho - KLIK.
Bardzo dobrze wspominam inną książkę tej autorki - Dictionary of lost words (Słownik zgubionych słów) - historia młodej dziewczyny zatrudnionej w pomocniczej roli przy redakcji Oxford Dictionary.
Co ujęło mnie w obu tych książkach to z jednej strony pogodna delikatność bohaterki powieści, z drugiej - pogodna delikatność autorki.
W Introligatorze autorka zachowuje swój styl, tematem książki jest praca w drukarni Oxford Press. Tłem jest sytuacja w Anglii w okresie I Wojny Światowej - niespodziewane zapotrzebowanie na pracę kobiet w dotychczas męskich zawodach i co za tym idzie otwarcie drzwi do edukacji i kariery. Żeby nie było zbyt łatwo bohaterka powieści ma siostrę bliźniaczkę cierpiącą na ADHD czy coś podobnego i to rzutuje na każdą jej decyzję.

Następna - Ed LeBrock - Sound Bites - KLIK.
STOP! Jaka następnA? - Ed LeBrocq to mężczyzna!
Niestety moja perfidia wyszła na światło dzienne.
Przed laty oczarowała mnie swoim głosem radiowa prezenterka muzyki klasycznej - Emma Ayres.
Po kilku latach ślepego oczarowania rozpoznałem ją na sali koncertowej i zrobiło mi się smutno.
Ona była pełna gniewu.
Kilka lat później przeczytałem jej książkę - Cadence m przypadku - relacja z samotnej rowerowej podróży z Anglii do Hong Kongu. 
W tej książce zauważyłem jej fascynację światem mężczyzn, do tego w Iranie.
Kolejna książka - Danger Music - relacja z pracy jako nauczycielka muzyki w Kabulu. 
To był rodzaj kuracji - powodem gniewu Emmy był fakt bycia kobietą, miała nadzieję że życie w Afganistanie gdzie każdy dzień niósł ryzyko katastrofy, rozładuje tę wewnętrzną walkę płci.
Rozładował - podjęła decyzję radykalnej zmiany płci a także zmianę imienia na Ed.
Kilka miesięcy temu relacjonowałem tutaj książkę Ed'a Ayres - Whole Notes.
Teraz, otoczony książkami kobiet, ośmielę się wyznać, że Whole Notes robiły na mnie wrażenie książki napisanej przez kobietę.
A teraz - Sound Bites - niestety - tytuł został potraktowany zbyt dosłownie - bites znaczy ukąszenia.
Książka to zbiór 40 muzycznych... ukąszeń a  autor jawi się jako natrętny komar, a może komarnica?

Ostatnia pozycja to relacjonowana tu nie tak dawno książka Robyn Davidson - Unfinished Woman.
Tytuł mówi wszystko - Niedokończona Kobieta - Robyn swoim przebojowym stylem życia przewyższyła większość mężczyzn - to za mało żeby porównywać się z kobietami.

Zamiast podsumowania...
Spojrzałem wstecz na moją dawną polską lekturę autorstwa kobiet:
 - Zofia Kossak-Szczucka - przede wszystkim książki o wyprawach krzyżowych a szczególnie - Bez oręża.
Uważam, że pod wielu względami przewyższała Sienkiewicza.
- Maria Rodziewiczówna - całkiem męskie książki.
- Eliza Orzeszkowa - właściwie pamiętam jedną - Meir Ezofowicz - dobre uzupełnienie Ksiąg Jakubowych.

Żadna z tych książek nie ma w sobie niczego kobiecego.
Czy to źle? Czy za to też należy winić patriarchat?

Friday, January 26, 2024

To nie sztuka przewrócić Cooka

 Znowu mamy Australia Day, święto Australii, którego niektórzy się wstydzą, inni nienawidzą, na szczęście większość korzysta z dnia wolnego od pracy bez żadnych refleksji.

Jako emeryt mam dni wolne bez żadnych okazji więc, jak przez ostatnich kilka lat - pomarudzę na tym blogu.

Po pierwsze - przyczyna całego zamieszania - 26 stycznia 1788 roku, kapitan Filip doprowadził do brzegów Australii I Flotę - 11 statków, na których przypłynęło w okolice dzisiejszego Sydney:
- 14 oficjeli i pasażerów,
- 306 członków załogi,
- 245 osób uzbrojonego personelu,
- 45 żon powyższego personelu + 9 dzieci urodzonych podczas 8-miesięcznej podróży,
- 543 więźniów (męczyzn),
- 189 więźniarek,
- 22 dzieci powyższych osób, w tym 11 urodzonych podczas podróży.
Szczegóły TUTAJ.

Nie zamierzam dzisiaj drążyć tego tematu - trzy poprzednie marudzenia na ten temat  TUTAJ.

Spojrzałem na czołówki wiadomości i za okno.

Czołówka 1 - zdewastowano pomnik kapitana Cooka w Melbourne - KLIK.
Dygresja - Filip zawinił Cooka przewrócili.
Taka wiadomość to dla mnie nie nowina, to wydarzyło się już kilka razy w różnych miastach Australii.
Dla porządku wspomnę, że kapitan Cook był doskonałym żeglarzem i potrafił doprowadzić statki pomyślnie do celu.
Celem jego wyprawy była obserwacja tranzytu planety Wenus, zjawisko to trafia się 4 razy w ciągu 243-letniego cyklu - KLIK - i miało duże znaczenie dla lepszego zrozumienia funkcjonowania układu słonecznego.
Skoro wspomniałem układ słoneczny to...
  ..taka myśl mnie dzisiaj przenika?
 - czy ktoś przewróci pomnik Kopernika???

Czołówka 2 - Australijczycy Roku 2023.
Tytuł w podstawowej kategorii zdobyła para naukowców (prof. Georgina Long i prof. Richard Scolyear) za badania nad rakiem skóry (melanoma).
Nieco szokująca była dla mnie informacja, że prof. Richard Scolyer jest ofiarą nieuleczalnego raka mózgu i że zaoferował aby na jego ciele prowadzono badania ewentualnych leków.
Pełna relacja TUTAJ.

Za oknem... niby średnio-słonecznie, ale temperatura odczuwalna przeze mnie nie zachęca do wychodzenia z domu.
Przypominam - ŚRODEK LATA w kraju położonym geograficznie gdzieś pomiędzy Tunezją a Sycylią, tyle że na odwrotnej półkuli.

Moje 40-letnie doświadczenie w tym kraju mówi, że to nie jest normalne.

W tym kontekście nie zaskoczyła mnie informacja, że cyklon aktualnie wiejący na północnym wschodzie Australii ma imię Kirilly - KLIK .
Znaczy się Kiryłło, a może Cyryl - brzmi jakoś swojsko.
No cóż, kilka dni temu ogłoszono, że włamania do jednej z największych baz danych personalnych w Australii dokonał rosyjski hacker - KLIK.

Pozostaje mi tylko zapytać:  что делать?