Sunday, September 4, 2022

Niedzielna odmiana

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On odwrócił się i rzekł do nich: «Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć”.

Albo jaki król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestu tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem».

Ewangelia św Łukasza 14: 25-33

Już od dość dawna, w moich niedzielnych wpisach, sygnalizuję sprzeczności jakie znajduję w kolejnych Ewangeliach.
Do tego doszły wydarzenia ostatniego tygodnia wspomiane w poprzednim wpisie.

Istotną pociechą jest fakt, że wszystkie te frustracje owocują przedłużonym snem.
Dzięki temu nie zdążyłem na mszę w moim kościele parafialnym i pojechałem do sąsiedniej parafii.

Parafia św Scholastyki - na pierwszy rzut oka prezentuje się bardzo dobrze.
W środku jest trochę gorzej, mam na myśli ilość wiernych.
Kościół jest całkiem przestrzenny, ławki ustawione raczej ciasno. W rezultacie większość ławek zajęta przez jedną osobę.

Wyjątkiem była ławka tuż za mną. Siedziała tam 7 osobowa rodzina, rodzice i 5 dzieci.
Najmłodsza dziewczynka od razu zgarnęła mój egzemplarz biuletynu parafialnego i zaczęła nim mocno hałasować w związku z czym nie dosłyszałem większości kazania.
Na szczęście, po mszy odzyskałem mocno pogięty biuletyn i w domowym zaciszu przeczytałem refleksje przepisane na dzisiejszy dzień.

Słuchając dzisiejszej Ewangelii nie widziałem w niej ładu ni składu - nienawiść do własnej rodziny a zaraz potem nakaz starannego planowania rodzinnego budżetu i na koniec - asekuracyjność w przypadku szykującego się konfliktu.

W ustach księdza, z pochodzenia Chińczyka, który odczytał tekst z biuletynu wszystko to nabrało sensu.
Po pierwsze - stosunek do rodziny i do Boga.
Według księdza użycie słowa nienawiść wynika z ubóstwa języka hebrajskiego, w którym brak jest stopniowania odcieni miłości. Co do tego to nie mam takiej pewności, ale generalnie chodzi o to, że podobnie jak w Dekalogu - Bóg ma być na pierwszej pozycji a rodzice pojawiaja się dopiero w 4 przykazaniu.
Na marginesie wspomnę, że w Dekalogu nie ma wzmianki o miłości, zamiast tego są nakazy uznania pierwszeństwa Boga i oddania szacunku rodzicom.

Po drugie - w kilku poprzednich wystąpieniach Jezus nakłaniał ludzi do oddania wszystkiego biednym. Tym razem nadaje temu właściwą perspektywę - tak jest, pomagajcie biednym, kochajcie ludzi jak siebie samego, ale przecież nie aż tak żeby zabrakło wam środków materialnych na tę miłość.
Tu Jezus używa bardzo przekonującego argumentu - przecież jak roztrwonicie wszystko i nie będzie was stać na porządną egzystencję to staniecie się pośmiewiskiem.

Po trzecie - wiszący nad głową konflikt, siłowa konfrontacja.
W tym momencie chińskie pochodzenie księdza nadały tej sprawie konkretny wymiar.
Przecież on pewnie ma rodzinę w Hong-Kongu.
Przecież chrześcijanie, i inne religie w Chinach, muszą cały czas pilnować żeby nie narazić się władzy.
Przecież w ostatnich miesiącach zaostrzyła się polityka Chin w stosunku do Taiwanu.

Wyznam, że podbudowany na duchu przekazałem swoim sąsiadom w kościele znak pokoju.

Friday, September 2, 2022

Cztery wesela i pogrzeb

 Tytuł wpisu...
Po pierwsze - autoreklama, to tytuł dość popularnego filmu. Wyznaję, że jedyna zbieżność tytułu z treścią wpisu to numery.
Po drugie, tylko jedno z wyliczonych wydarzeń dotyczyło wesela.
Po trzecie - link do zwiastuna tego popularnego filmu i do innych wspomnianych we wpisie wydarzeń, w Post Scriptum.

Ostatnie 5 dni...
Niedziela - koncert Zespołu Pieśni i Tańca Polonez.
Obecnie występuje w nim trójka naszych wnucząt. Oczywiście na ostatnim koncercie najwięcej uwagi zwróciliśmy na najmłodszą - Gracie, prawie 9 lat.
Przypomniała nam taniec, który jej najstarszy brat wykonywał 11 lat temu - KLIK - Feliks to ten najmniejszy.
Po koncercie Gracie wyznała mi, że bardzo lubi tańczyć w zespole, ale... nie potrafi uśmiechać się podczas tańca.
To przyjdzie z wiekiem, wtedy też przestanie zwierzać się dziadkowi ze swoich problemów.

Poniedziałek - pogrzeb.
Szokujące wydarzenie.
Kilka dni wcześniej, w poczekalni dentysty, spotkałem zapłakaną znajomą.
- Co się stało?
- Mój wnuk popełnił samobójstwo.
Już o nic nie pytałem.
Na pogrzebie zobaczyłem jego zdjęcie, z 21. urodzin, które obchodził zaledwie 7 tygodni wcześniej.
Co za sympatyczna twarz, to musiał być bardzo dobry człowiek, kochany przez rodzinę, miał tak wielu znajomych.
I?
Spory kościół był wypełniony do ostatniego miejsca.
Większość to młodzi ludzie, zauważyłem kilka osób, które uczestniczyły w niedzielnym koncercie.

Środa - koncert szkoły, do której uczęszcza nasza środkowa wnuczka - Matylda, 16 lat.
Szkoła wystawiła musical - Mamma Mia, Matylda gra w szkolnej orkiestrze na altówce.
Właśnie na tym przedstawieniu padła wzmianka o filmie o weselach i pogrzebie.
Zresztą tematem filmu/musicalu jest wesele.
Przypomnę historię - panna młoda, wychowywana na greckiej wyspie przez samotną matkę, odnajduje sekretny pamiętnik matki, w którym ta wyjawia, że w krótkim okresie czasu miała przelotne romanse z trzema mężczyznami i w rezultacie urodziła córkę.
Córka, w tajemnicy przed matką, zaprasza na swoje wesele wszystkich trzech
Szkolne przedstawieni, szkoła żeńska, ale dziewczyny nie miały problemu w odegraniu męskich ról. Dziewczyny nie miały w ogóle żadnego problemu.
Obejrzałem krótkie video z wystawienia musicalu na Broadway'u i według mnie różnica jest dokładnie taka jak między centrum Nowego Jorku i grecką wyspą.

Czwartek - występy szkoły baletowej, do której uczęszcza nasz najstarszy wnuk, Feliks, 18 lat.
W programie, między innymi, pełnowymiarowy balet Strawińskiego - Petruszka.
Przypomnę treść.
Rosja, rok 1830, w centrum małego miasteczka odbywają się celebracje ostatnich dni karnawału.
Stragany, występy rozrywkowe. Szarlatan prezentuje pantomimę - ballerina, Maur i naiwna kukła - Petruszka.
Petruszka zakochuje się w balerinie, która jednak go nie zauważa i w wiąże się z Maurem.
Petruszka próbuje jakoś się w to wtrącić, ale szybko zdaje sobie sprawę, że nie ma szans. Maur i tak mu nie wybacza, zabija go z zimną krwią.
Szarlatan ciągnie po ziemi zwłoki kukły, w tym samym momencie na dachu pojawia się widmo Petruszki i przeraźliwie wyje.

W jakiś sposób to przedstawienie wydało mi się połączeniem poniedziałkowego pogrzebu ze środowym weselem.
Wrażenie pogłębiał fakt, że akcja baletu została przeniesiona z carskiej Rosji do współczesnego miasta jak Melbourne, do wesołego miasteczka. Wesołe miasteczko wypełnione jest młodzieżą, uczniowie i uczennice w mundurkach szkolnych.
Niestety, ale to nie miało zupełnie sensu.
Przede wszystkim cudowna muzyka Strawińskiego, w tym balecie w całości oparta na motywach ludowych, tu nie miała zupełnie sensu i nie robiła wrażenia.
Oczywiście Maur nie był żadnym Maurem tylko... właściwie nie wiem kim. 
W tym przedstawieniu Maur i balerina to uczniowie. Na dodatek szablę nosi dziewczyna. Jakby tego było mało, to Petruszka też wygląda na dziewczynę i trudno powiedzieć w kim z tej pary był zakochany.
Bez sensu - tak jak ta śmierć młodego człowieka.

Nasz wnuk grał rolę Szarlatana - w obecnym świecie to może być bezpieczna pozycja.

P.S. Jeśli ktoś zauważył zmianę tła blogu to wyjaśniam, że nie ma to związku z treścią tego wpisu lecz ma na celu oszczędzenie wzroku czytelników. Dziękuję Serpentynie za inspirację.
Linki
- Zwiastun filmu Cztery wesela i pogrzeb - KLIK.
- Mamma Mia na Broadway'u - KLIK.
- Balet Petruszka, wykonanie Australian Ballet, dramatyczne zakończenie - KLIK.

Sunday, August 28, 2022

Niedzielna pokora

 Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. Potem opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich:

«Jeśli cię ktoś zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by przypadkiem ktoś znamienitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: „Ustąp temu miejsca”, a wtedy musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce.

Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. A gdy przyjdzie ten, który cię zaprosił, powie ci: „Przyjacielu, przesiądź się wyżej”. I spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony».

Do tego zaś, który Go zaprosił, mówił także: «Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych».

Ewangelia św. Łukasza 14: 1, 7-14

Nie chcę się chwalić, ale wydaje mi się, że w dużym stopniu stosuję się do ewangelicznych zaleceń.
W ostatni czwartek zaprosiliśmy naszego proboszcza na obiad, nie jest on wprawdzie ułomny, ale zdecydowanie nie oczekujemy, że się nam odwdzięczył.

W życiu zawodowym również nigdy nie zabiegałem o żadne kierownicze stanowisko.
Wyznam skromnie, że kilkakrotnie zostałem na takie stanowisko awansowany, ale za każdym razem starałem się pozostać w zespole roboczym i robić to co moi "podwładni".
Chyba tylko dwa razy byłem kierownikiem, którego głównym zadaniem było - kierować i bardzo szybko przekonałem się, że nie była to dla mnie właściwa rola.
- Lech, widziałeś jakie fajne krzesła mają ci w dziale X? - spytał mój podwładny.
Oczywiście nie widziałem, poszedłem sprawdzić.
Rzeczywiście mieli nowe fotele z możliwością regulowania wysokości i odchylenia.
- Widziałem - potwierdziłem po tej inspekcji - ale nie uważam, żeby to cokolwiek pomagało w pracy.
- Lech, przepraszam, ale ty jesteś d... nie kierownik. W ogóle nie dbasz o zespół.
Po zastanowieniu, w cichości,  przyznałem swojemu rozmówcy rację i przy pierwszej okazji zmieniłem pracę.

Dzisiaj ostatnia niedziela tegorocznej zimy.
W tym roku zima była raczej chłodna, w górach bardzo śnieżna.
Oczywiście przypomniał mi się australijski maraton narciarski - Kangaroo Hoppet - który odbył się wczoraj.
O świcie trasa biegu wyglądała tak....


Przez kilkanaście lat maratony narciarskie były moją pasją.
Znajomi czasem pytali czy wygrałem w życiu jakiś wyścig narciarski.
Nie wygrałem i nie żałuję swoich wysiłków.

Oczywiście, już z definicji, byłem na straconej pozycji.
To były amatorskie, masowe, wyścigi narciarskie, w których startować mógł każdy. 
Startowali również zawodnicy najwyższej klasy światowej... jaką ja miałem szansę?

Czasami szansa pojawiała się nieoczekiwanie.
Rok 1996, maraton Transjurasienne we Francji, na liście startowej dwaj mistrzowie olimpijscy - Norweg Bjorn Daehlie i Niemiec - Johann Muelleg.

Dwa dni po wyścigu spojrzałem na oficjalne wyniki.
Okazało się, że gdy popsuła się pogoda, obaj mistrzowie, po przebiegnięciu 60 km, dyskretnie zeszli z trasy.
Rozumiem ich, za kilka dni mieli rozkładzie wysokopłatny wyścig Pucharu Świata, po co tracić siły?
Czyli jednak wygrałem.

Miałem również całkiem odwrotne doświadczenie.
Rok 1995 - maraton American Birkebeiner w stanie Wisconsin, USA.
Ukończyłem w dobrej formie i w przyzwoitym czasie, co oznaczało miejsce w drugim tysiącu  uczestników.
Okazało się, że w miasteczku Hayward, gdzie była meta wyścigu, mieszkał jakiś Australijczyk, który zaprosił do siebie wszystkich rodaków, którzy ukończyli wyścig.
Spędziłem ponad 2 godziny w ciepłym domu, miłym towarzystwie i na dobrym jedzeniu. Zaczęło robić się ciemno, zaczął padać śnieg. Wsiedliśmy do samochodu żeby wrócić do naszej kwatery.
Po kilku kilometrach jazdy zobaczylismy jakieś światła, znaki ostrzegawcze, podszedł do nas policjant.
- Przepraszamy, ale mamy tu wyścig narciarski, trasa wyścigu przebiega przez szosę, musicie poczekać kilka minut.
Popatrzeliśmy na siebie zdezorientowni...
- Wyścig narciarski?
Dopiero po chwili dotarła do nas świadomość, że to przecież NASZ WYŚCIG... tyle że w tym momencie on nie jest już nasz.
Wyznam, że poczułem smutną zazdrość, poczułem, że straciłem jakieś doświadczenie.

Pozostały wspomnienia...

Friday, August 26, 2022

Żeby Odra była znów m-Odra

Inspiracja...


Źródło - KLIK.

Odra-dzam.
Wolałbym żeby premier nie był tak szcz-Odry,
i odczepił się na chwilę od Odry.
P-Odra-pał się za uchem, zastanowił Odro-binę,
w jaki sposób Odrę Odra-tować
(Od(t)ru-ć a nie Odru-tować).

P.S.
Jedzenie ostatnio p-Odro-żało,
mimo to przytyłem chyba w bi-Odrach,
może dlatego, że jadłem p-Odro-by.
Chyba muszę wejść p-Odra-binie.
żeby schudnąć chociaż Odro-binę.

Wednesday, August 24, 2022

Szkoła dam i polityka

 W ostatni poniedziałek oglądaliśmy galowy koncert szkoły, w której uczy się nasza wnuczka.

PLC - Presbyterian Ladies College - KLIK. Internetowa strona szkoły - KLIK.

Jest to jedna z najlepszych szkół w Melbourne.
Klasyfikacja odbywa się na podstawie wyników egzaminów maturalnych, dla PLC wynik środkowy (median) to 95.95%.
Oczywiście nic nie ma za darmo.
Roczna opłata to około A$35,000. Do tego dochodzi wiele opłat dodatkowych, ale to już zmartwienie rodziców.
Szkoła oferuje wyjątkowo bogaty program zajęć dodatkowych - sporty, zajęcia artystyczne.
Odbywają się na doskonale wyposażonych boiskach, halach sportowych, pływalni, salach koncertowych i teatralnych.

Owoce tego ostatniego mogliśmy oglądać na poniedziałkowym koncercie.
Jak przystało na rangę szkoły, koncert odbył się w Hamer Hall, największej sali koncertowej Melbourne.


Wystąpiły dwa chóry i 3 orkiestry. Nasza wnuczka gra na trąbce w orkiestrze instrumentów dętych.

Nie to jest jednak głównym tematem tego wpisu.

Po pierwsze - tytułowe Damy - Ladies.
To już najwyraźniej zmurszała tradycja. We wszystkich przemówieniach były tylko dziewczyny - girls, girls, girls.

Po drugie - Presbyterian.
Chyba wiele uczennic, a na pewno większość rodziców, nie wie co tak dokładnie to słowo znaczy.
Ja zresztą też, ale wiem przynajmniej, że jest to nazwa protestanckiego kościoła, który kilkanaście lat temu stwierdził, że ze względów finansowych lepiej zapomnieć o różnicach doktrynalnych i połączył się z kościołem metodystów w jeden kościół - Uniting Church.
W tym miejscu wspomnę, że zaskoczyło mnie jak wiele razy oficjalni mówcy wspomnieli o chrześcijańskim charakterze szkoły.
Wydaje mi się, że jest to delikatna sugestia, że szkoła jest Żeńska, znaczy dla dziewcząt - kropka.
Myślę że zadowala to oczekiwania rodziców, którzy posyłają do tej szkoły swoje córki.

Po trzecie - rodzice.
Według mnie 75% to osoby pochodzenia chińskiego, 15% - hinduskiego.
Jeśli chodzi o tę pierwszą grupę, to widzę dodatkową motywację - w języku chińskim literę L wymawia się jako R. Czyli jeśli takiego rodzica spyta jego rodak - do jakiej szkoły chodzi twoja córka?
Ten z patriotyczną dumą odpowie - P-R-C - który to skrót oznacza - People's Republic of China (Chińska Republika Ludowa).

Po czwarte - polityka.
Jednym z trzech mówców na koncercie była School Captain - Kapitan Szkoły.
Spojrzałem na nazwisko i...
Przecież to jest córka byłego ministra oświaty, który trzy lata temu rozszedł się z żoną z powodu romansowej afery w pracy. 
Afera nabrała rozgłosu na początku tego roku gdy jego partnerka i podwładna wykonywała służbowy telefon o 5 rano, w łóżku.
Minister tak się zdenerował, że kopnął ją - tak mocno, że wypadła na podłogę.
Córka ministra prezentowała się bardzo dobrze.
Ona nikomu nie pozwoli się wykopać!

Po piąte - Finlandia.
Co ma Finlandia do wiatraka?
To piękny utwór Sibeliusa, który wykonała szkolna orkiestra symfoniczna.
To jest naprawdę wymagający utwór i jestem pod wrażeniem jak dobrze został zagrany.
Tu wykonanie w ramach Promenade Concerts -


Mnie w sposób oczywisty skojarzyło się z głośną sprawą pani Sanny Marin - premiery Finlandii, którą sfilmowano jak uczestniczyła w wykonaniu innego utworu muzycznego.

Kiedyś mówiło się kobieta wino i śpiew, teraz polityka zastąpiła wino.

P.S. Podkreśliłem fakt jednolitej orientacji seksualnej szkoły, ale...
Kilka lat temu absolwentka tej szkoły a wnuczka naszej dobrej znajomej, stwierdziła, że jest mężczyzną.
Na szczęście ukończyła już szkołę co zapewne oszczędziło jej sporo rozterek.
Z drugiej strony zastanawiam się, czy atmosfera szkoły miała jakiś wpływ na jej (dez)orientację.
Odpowiedzi na to pytanie raczej nie poznam.

Sunday, August 21, 2022

Niedzielne karcenie

 Drugie czytanie liturgiczne

Bracia:

Zapomnieliście o napomnieniu, z jakim Bóg się zwraca do was jako do synów:

«Synu mój, nie lekceważ karcenia Pana, nie upadaj na duchu, gdy On cię doświadcza. Bo kogo miłuje Pan, tego karci, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje».

Trwajcie w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił?

Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości. Dlatego wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana! Proste ślady czyńcie nogami, aby kto chromy, nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony.

List św Pawła do Hebrajczyków Hbr 12: 5-7, 11-13

Ewangelia.

Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy.

Raz ktoś Go zapytał: «Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?»

On rzekł do nich: «Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas, stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: „Panie, otwórz nam!”, lecz On wam odpowie: „Nie wiem, skąd jesteście”. Wtedy zaczniecie mówić: „Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś”.

Lecz On rzecze: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!” Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym.

Ewangelia św. Łukasza 13: 20-33

Tak pięknie, słonecznie, dzień dzisiejszy się zapowiadał, a tu, w kościele, takie czytania - wieczny pożytek z bycia karanym przez rodziców i zapowiedź zbawienia tylko dla nielicznych.

Zgadza się, nie byłem w dzieciństwie karany.
Niby mam wytłumaczenie, ojciec umarł gdy miałem ledwie 2 lata, a matka... jak to matka, do tego jeszcze matka jedynaka.
Nie wiem czy to wytłumaczenie pomoże mi w życiu wiecznym.

My też raczej nie karaliśmy naszych dzieci.

Raczej?
Przypominam sobie tylko oczywiste dla mnie przypadki - trzymanie się blisko rodziców podczas przechodzenia przez ulicę albo w dużym tłoku.
Oczywiste, gdyż uważam, że szybki klaps lepiej przemawia do świadomości dziecka niż tłumaczenie.

W tym miejscu wyjdę już z kościoła na zimowe słońce.
Ostatnie dni sierpnia - przez wiele lat oznaczało to dla mnie maratony narciarskie.

W Australii, było ich kilkanaście, poniżej rok 1998, z niekaranymi przez rodziców dziećmi i przyszłą synową..

Rok 2000...
Kosmopolityczna mieszanka - Australia, rosyjska wódka, fińska czapka, polski znaczek.

Nowa Zelandia, z córką...


Na Facebooku przypominają mi, że właśnie odbył się maraton narciarski w Ushuaia w Argentynie...


Brazylijczyk na nartach biegowych w argentyńskim lesie.
No cóż, lokalizacja na południowej półkuli zobowiązuje i zmusza do poświęceń.
A może to kara?

Friday, August 19, 2022

Brak czułego narratora

 Właśnie skończyłem lekturę książki Olgi Tokarczuk - Empuzjon.

W ostatnich miesiącach media poświęciły sporo uwagi Oldze Tokarczuk więc i ja wtrącę swoje trzy grosze.

Dla kogo ta książka?
Autorka zastrzega się, że nie chce żeby jej księgi trafiły pod strzechy, że to nie jest literatura dla idiotów, że..., że...

Wyznam, że przecierałem oczy ze zdumienia - dla kogo te wyjaśnienia?
Wiele lat temu czytałem zbiór esejów Umberto Eco - Trzecie zapiski na pudełku zapałek - a tam uwagę na temat encyklopedii wspólnej wiedzy.
Co to za encyklopedia?
Gdy dwie osoby prowadzą ze sobą rozmowę to cały czas posługują się właśnie taką, wirtualną, encyklopedią. 
W momencie gdy jeden z rozmówców wykracza poza nią, rozmowa traci sens.
Dopiero w Australii zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie 98% mieszkańców naszej planety nie zna żadnego faktu z historii Polski.
I nie są to żadni idioci, po prostu, nie znają i nie przeszkadza im to w pełnowartościowej egzystencji.

Czasami zresztą prowadzi to do zastanawiających niespodzianek.
Podczas jednej z wycieczek do odległych zakątków Australii, w kościele-katakumbie - KLIK - w stolicy opali - Coober Pedy - znalazłem wspomnienie z prób ewangelizacji Aborygenów.
Gdy anglikański misjonarz opowiedział im scenę kuszenia Adama i Ewy przez węża, Aborygeni kręcili z niedowierzaniem głowami:
- Co za głupia historia. Przecież każdy rozsądny człowiek wyrzuciłby jabłko i zjadłby węża.

Pomyśleć, że gdyby Bóg miał lepszy kontakt z australijskimi Aborygenami, to...

Ufff, jak widać z powyższego, nie bardzo się palę do rozważań na temat Empuzjonu.
Wcale się nie palę.
Wyznam, że książka zupełnie mnie nie zainteresowała.
Dla mnie była to nieciekawa historia z bardzo zaskakującym zakończeniem.
Pomyślałem sobie, że autorka, wiedząc przecież co się święci, mogła utkać swoją opowieść całkiem inaczej.
Ale mogłem o tym pomyśleć dopiero 4 strony przed końcem książki.

Pomyślałem to co w tytule.
Olga Tokarczuk opublikowała zbiór esejów pod tytułem Czuły narrator, właśnie tego w Empuzjonie mi zabrakło.
Kto jest narratorem w tej książce?
Sprawdzam pierwsze zdania:
... ujrzymy płyty peronu, kwadraty poprzerastane źdźbłami wątłych roślinek – przestrzeń, która za wszelką cenę chce utrzymać porządek i   symetrię.
Za chwilę pojawia się na nich lewy but, brązowy, skórzany, nie pierwszej nowości, i   zaraz dołącza do niego drugi, prawy; ten wydaje się jeszcze bardziej sfatygowany – czubek ma nieco starty, lico w   kilku małych miejscach odkrywa jaśniejsze plamki. Buty stoją przez moment niezdecydowane...

A więc widok z powierzchni ziemi
W książce wspomniane są kilkukrotnie niewidoczne istoty obserwujące zachowania głównego bohatera przez szpary w podłodze.

Zapewne narratorem są więc Empuzy - KLIK.
To sugeruje tytuł i kilka wzmianek w książce.
No cóż, to zdecydowanie nie są czułe narratorki.

Wyznam, że znalazłem w książce kilka ciekawych spostrzeżeń i sympatycznych opisów, ale niezbyt pasowały one do całości.
Zdecydowanie za mało żeby książka pozostała w mojej pamięci.

Bardzo naukowa recenzja TUTAJ.