Friday, September 11, 2026

Veni, vidi, merui

 Znaczy - przyjechałem, zobaczyłem, zarobiłem.
To przyszło mi do głowy gdy dowiedziałem się, że do Melbourne przyjechały dwie drużyny futbolu amerykańskiego (NFL) - Los Angeles Rams i San Francisco 49ers  - KLIK.

Ile zarobili?
Około A$ 15 milionów.

Teraz pora na drobiazgi...
Futbol amerykański - nie wiem nic na temat tego sportu poza tym, że jest bardzo popularny w USA.
Na tyle popularny, że mój amerykański kolega w Kuwejcie zastrzegł w kontrakcie, że musi dostać urlop na czas finału NFL - drugi tydzień lutego.

Ile futbolu można wytrzymać?
Ja nie mogę wytrzymać nawet jednego, ale jeśli musiałbym wybierać to wybrałbym piłkę nożną.
Australijczycy mają swój własny futbol - australijski - Aussie Rules Football - KLIK.
Tegoroczny sezon dobiega końca, za 2 tygodnie będzie z tej okazji dzień wolny od pracy.
W tym roku na mecze przyszło 7.8 miliona widzów czyli przekroczymy 8 milionów.
A prócz tego jest jeszcze piłka nożna, rugby, krykiet...

Mecz drużyn NFL odbył się oczywiście na naszym największym stadionie - MCG - przyszło odrobinkę ponad 100,000 widzów.
Bilety - najtańsze A$146, najdroższe chyba A$600.

Mecz odbył się uwaga - o godzinie 10:30 rano!!!
To bardzo wygodne dla gości bo w Kaliforni, miejscu ich stałego pobytu, była godzina 5:30 po południu.

Chwileczkę - 10 rano, dzień powszedni, 100 tysięcy ludzi na meczu... a co z gospodarką i ekonomią?

To pytanie zaintrygowało mnie na tyle, że wybrałem się do miasta żeby sprawdzić...

Ruch na ulicach normalny.
Pasażerowie w pociągu - to samo.
Naprzeciw mnie siedziała pani, chyba Japonka, w bluzeczce z napisem San Francisco.
Spytałem się jej czy to ma coś wspólnego z meczem.
Po pierwsze okazało się, że nie zna angielskiego.
Po drugie, że nie wie co to jest futbol amerykański.
Po trzecie... pokazała mi na telefonie informację o firmie produkującej takie koszulki.

Dojechałem w pobliże stadionu...
Bezpieczeństwo przede wszystkim, policja na wszystkich alejkach prowadzących do stadionu, nad głową krąży helikopter.
Mecz już się zaczął, mam nadzieję, że dla wszystkich starczyło miejsca czego nie można powiedzieć o pojemnikach na napoje...


Na stadion się nie wybieram, maszeruję do centrum miasta...




Tak pięknie i ani żywej duszy.

Docieram do celu - Federation Square...


Tu można obejrzeć mecz za darmo.
Ludzi... średnio sporo - może 200 osób.
Większość - raczej młodzi, profil etniczny - 80% anglosaski.

Zaglądam do pobliskiego pubu - to samo...

,

Dla relaksu wstępuję do pobliskiego kościoła anglikańskiego - chłód, cisza, zmrok. 6 osób w ławkach.
Południe - pora nabożeństwa.
Kapłanka czyta Ewangelię św Mateusza - ...a czemuż widzisz źdźbło w oku brata twego, a belki, która jest w oku twojem, nie baczysz?
Pora wracać do domu pomóc żonie w przygotowaniu obiadu.
Po drodze wpadam do centrum handlowego npo zakupy - normalny ruch.

P.S. Wynik meczu = 49ers pobili Baranów 27:7.
P.P.S. Spytałem córki czy w jej biurze wszyscy byli w pracy - byli.

Tuesday, September 8, 2026

Father's Day

 W niedzielę był u nas Dzień Ojca.
O ile mi wiadomo, w Polsce był już pod koniec czerwca.

Na mszy ojcowie dostali stosowne zakładki...


Psalm 127:3-5 -
"Oto synowie są darem Pana,
a owoc łona nagrodą.
Jak strzały w ręku wojownika,
tak synowie za młodu zrodzeni.
Szczęśliwy mąż,
który napełnił nimi swój kołczan,
Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał

z nieprzyjaciółmi w bramie."
- Biblia Tysiąclecia.

Przestraszyło mnie to tłumaczenie - synowie to strzały potrzebne na czas pertraktacji z wrogami???
Niby bardzo aktualne, ale akurat jestem w nastroju do którego lepiej pasowała moja prywatna interpretacja angielskiej wersji -
Children are a heritage from the Lord...
Dzieci -
nie synowie...
- heritage - spadek, spuścizna - to też jest dar, ale jednak według mnie, specjalny, naznaczony ciągłością pokoleń.
Blessed is the man whose quiver is full of them...
- quiver - moje pierwsze skojarzenie to trząść się - zatrzęsiesz się a dzieciaki się sypią jak igły z choinki - pomyślałem.
Głębsza analiza wykazała, że Biblia Tysiąclecia ma swoją rację - quiver znaczy również kołczan - kołczan pełen dzieci, magazynek karabinu maszynowego załadowany dzieciakami -  okropne.

Na szczęście rzeczywistość potwierdziła moją interpretację - odwiedził nas nasz syn z rodziną - czwórka dzieci - on jest dwa razy lepszym ojcem ode mnie.

Po ich wizycie zauważyłem przed naszym domem nieznany mi samochód ze stosowną rejestracją...


Zadzwoniłem do syna - to dla mnie ten samochód?
- Tak, ale dopiero na 90 urodziny.

Czyli póki co trzeba oddać nasz mocno wysłużony samochód do przeglądu.

Saturday, September 5, 2026

Bez komentarza

 Wiemy o co chodzi.
Oto odpowiedzi ChatGPT:
Moje wstawki na czerwono...

If you like, I can also investigate this specifically as a current Blogger outage/problem affecting comments in September 2026.

Yes, please investigate as the problem is reported by dozens of bloggers.

Yes. I investigated this specifically, and your observation is correct: there is strong evidence that this is a current Blogger comments problem affecting multiple users, rather than something peculiar to your browser or account.

What I found

  • There is a new Google Blogger Help Community thread posted today titled “Blocked comments roll-up thread.” The reported symptom is almost exactly yours: after writing a comment and clicking Publish, a black “Publishing” box appears and remains stuck.
  • There is also a Reddit report from today from a Blogger publisher saying that readers could no longer post comments and that the author's own replies were also failing. The author specifically reports that the last successful reader comment was around 4 September 2026 at 10:00 AM.
  • The Reddit discussion includes another user mentioning a reCAPTCHA-related error, which is potentially significant because Blogger's comment submission process can depend on Google's anti-abuse/reCAPTCHA systems.
  • Interestingly, general outage monitors aren't showing Blogger as completely down. Downdetector Australia currently says there are no broad current Blogger problems, while StatusGator reports Blogger as operational but does show some user-submitted outage reports.
  • My conclusion

    This looks much more like a Blogger comments/submission infrastructure problem than a problem with individual blogs.

    In particular, the combination of:

    4 September → comments stop working → “Publishing…” hangs → multiple unrelated Blogger blogs/users affected → reports appearing in the Blogger Help Community

    is quite compelling.

    It also explains why changing browsers or clearing cookies may not solve it.

    What I would do for now

    Don't keep repeatedly submitting the same comment. Because the interface is hanging, we don't know whether Blogger has actually received the comment but failed to return the confirmation. Repeated attempts could potentially result in duplicates if the backend eventually processes them.

    I'd wait for Google to correct the problem, while keeping an eye on the new Blogger Help Community thread.

    If you want, I can dig further into the Blogger Help Community thread and other reports to determine whether Google has identified the cause (particularly the possible reCAP.

    Czyli -- nie wiadomo.

    P.S. Dwie godziny później komentarze zaczęły działać.
    Nie chcę przypisywać sobie jakiejś zasługi, ale jednak zgłosiłem problem do organu zewnętrznego.

Thursday, September 3, 2026

Zabawa z ogniem

 Play with Fire - taki był tytuł dzisiejszego koncertu z serii Mostly Mozart.
Aż 5 utworów - cztery z nich mają ogień w tytule, ostatni - Symfonia Haffnerowska Mozarta - tytuł bez ognia, ale Wikipedia wspomina, że Mozart w liście do ojca wspomniał, że utwór powinien być wykonany " z ogniem".
Wszystkie informacje i nagrania w Post Scriptum.

Bardzo długo czekaliśmy na ten koncert, aż od Wielkanocy.
Pierwsze wrażenie - w foyer - chyba więcej ludzi niż zwykle.
Drugie wrażenia - ciasteczka - przypomnę - na tej serii koncertów serwują ciasteczka i gorące napoje.
No więc ciasteczek było mało, za to całe piramidy "pies"...


Rzeczywiście, poczułem trochę ognia w żołądku.

Koncert - doskonały - wyszukałem na YouTube wykonania wszystkich utworów, ale daleko im do tego co wysłuchałem w sali koncertowej.
Największe wrażenie zrobiło na mnie preludium C. Debussy - Feux d'artifice - Fajerwerki.

Koniec koncertu - zbieramy się dość szybko bo w planie jeszcze sporo spraw.
Schodzę szybko po schodach i słyszę jakieś krzyki - spoglądam w dół - katastrofa - ktoś się przewrócił podczas zjazdu na ruchomych schodach i... lawina ciał ludzkich.
Zanim zszedłem ze schodów to wyciągnęli już 6 osób i akcja była w toku.
Przyjechała straż pożarna, 2 patrole policji i 4 karetki pogotowia.

Po dojechaniu do domu wybieram się po zakupy - na głównej drodze korek, z daleka widzę migające światła. Niestety nie ma wyjścia, muszę posuwać się w korku.
Kątem oka widzę leżący na jezdni całkowicie zgruchotany motocykl.

Jeszcze krótka wizyta u najstarszej wnuczki - zaziębiona więc Babcia ugotowała jej rosół.

Następny punkt - wizytacje klientów Stowarzyszenia św Wincentego - tylko dwa wezwania.
Pierwsza klientka wspomina, że miała ostatnio wymieniany rozrusznik serca.
To już ósma wymiana - dodaje.
- Ósma wymiana? - to Ty masz te rozruszniki od urodzenia? - pytam.
- Niezupełnie, ale ja mam dwa, po lewej i prawej stronie.
- To Ty masz dwa serca?
Brak odpowiedzi.

Druga wizyta - regularne klientki - matka i córka.
W mieszkaniu niesamowity bałagan.
Gorąco - grzejnik grzeje na cały regulator (przypomnę, że u nas koniec zimy, ale generalnie jest raczej ciepło.
Klientka nalega żebyśmy usiedli co wymaga sporo gimnastyki.
Wysłuchujemy długiej listy zdrowotnych kłopotów i wygrzebujemy się do wyjścia.

W domu stwierdzam, że nie mam torebki, w której noszę telefon i wszystkie dokumenty.
Dzwonię do partnera z wizytacji żeby sprawdził w samochodzie - nie ma.
Czyli pewnie zostawiłem u ostatniej klientki...
Mój partner dzwoni do niej - jest - jedzie i przywozi.

Ufff - to był ognisty dzień.

P.S.
- J. Haydn - Symfonia Nr 59 - Feuer - Wiki - YouToo
-
M. de Falla - Taniec ognia WikiYouToo.
- C. Debussy - Feux d'artifice - YouToo.
- A. Scriabin - Vers la flamme - Wiki - YouToo.
- W. A. Mozart - Symfonia Nr 35 - Haffnerowska - Wiki - YouToo.

Tuesday, August 25, 2026

Duchy w Melbourne

Ostatnie dwa wpisy wspominały o wielowymiarowości niemieckiego charakteru - dusza jak u Rosjan, forma jak u Francuzów... albo podejrzliwość jak u Rosjan, dokładność jak u Niemców.
W obu tych równaniach występują Rosjanie, zastanowiłem się - jak to jest z tą rosyjską duszą?

Okazja sprawdzenia trafiła się w roku 1991 - moja pierwsza wyprawa z Australii do Polski.
Żona podała mi listę zakupów - na liście - perfumy Chanel 5...


Warszawa - 1991 - całkowite oszołomienie - w Pałacu Kultury - sztuki Durrematta ustąpiły miejsca wielu przypadkowym sklepom, to nawet nie były sklepy, tylko jakieś sprzedawalnie.

Kupiłem włoskie półbuty, zapłaciłem ponad milion złooooootych.

Stadion Dziesięciolecia - tu oglądałem mecze lekkoatletyczne - Polska-RFN, Polska-USA... zastąpiły je setki handlarzy, sporo Rosjan i.... rosyjska DUSZA!
Proszę spytać Googla jak jest po rosyjsku - perfumy?
Duchy!!! духи - do tego te greckie litery - co za zapach!
Och Rosjanie - oni potrafili umieścić rosyjskiego ducha w buteleczce z francuską etykietą i sprzedać trzy razy taniej niż w sklepie z kosmetykami.

To wszystko przypomniało mi się w sobotę - zbliżają się urodziny jednej z wnuczek, żona mówi - kup jej perfumy Chanel 5.
Rosja daleko, pojechałem do centrum Melbourne...


Zaczynam w Royal Arcade - dziesiątki kawiarenek... i bezpośredni atak - zbliża się Dzień Ojca - powąchaj się...


Spokojnie, wnuczka przede wszystkim!

Na ulicy przelewa się tłum ludzi, moją uwagę przyciągają bezdomni... zupełnie obojętni na setki przechodniów. Godzina 10, większość jeszcze smacznie śpi.

Rosjan nadal nie widzę wstępuję więc do bardzo renomowanego domu handlowego Myer - KLIK.
Myer???
Czyta się majer. No to proszę nie mabajerować - sklep założył emigrant z Białorusi - KLIK - czyli jednak białorosyjska dusza.

Perfumy - proszę bardzo... całe piętro stoisk do wyboru...


Stoisko Chanel jest nieco na uboczu, kupuję bez targu, przecież to dla wnuczki!
Ekspedientka - Chinka.

Przyglądam się dokładniej - wszystkie ekspedientki we wszystkich stoiskach to Chinki!
A jak nazywają się perfumy po chińsku?
香水 - xiang-shui - brak skojarzeń.

Wychodzę na ulicę - jak to w środku metropolii - szerokie ulice i wąskie zaułki...


I ta koncentracja usług - Tatuaż i dwa kroki dalej - Usuwanie tatuażu - a między nimi - miejsce na kreatywność.

Trochę dalej... jakieś apokaliptyczne występy...


Dużo bardziej podoba mi się zespół trzech młodych Chińczyków w białych, kucharskich, strojach - błyskawicznie lepią pierogi...

I odwrotność - kolorowy świat zabawek dla dzieci...



Chińczyki trzymają się mocno... ale czy mają duszę?
Może wnuczka pokropi mnie swoją perfumą i przebudzę się z letargu.

Ten sam dzień - wieczór - jedziemy na występ baletowy naszego wnuka.
Późny wieczór, ciemno, daleka droga - na naszej trasie korki, próbuję innej trasy i... dróg pomieszanie. Znajduję miejsce na zatrzymanie samochodu, wzywam googlę na pomoc i pod jej kontrolą dojeżdżamy pod właściwy adres we właściwym czasie.

Balet - Giselle - KLIK.
Nasz wnuk tańczy rolę leśniczego Hilariona zakochanego w pięknej wiejskiej dziewczynie, która jest zauroczona przebranym księciem Albertem.
Ciąg dalszy łatwy do przewidzenia - nasz wnuk nie ma szans - cały drugi akt to tańce szalonych willid a może wiłów - wikipedia zapewnia, że to są słowiańskie zjawy - KLIK.
Wyznam, że balet niezbyt mi się spodobał.

P.S.
Poniedziałek... po śniadaniu włączam telefon a tam --- jeśli planujesz dzisiaj jakiś wyjazd, to najpierw spytaj ChatGPT o radę.

Friday, August 21, 2026

Wizyty w Niemczech

 Ostatni wpis był o wizycie T. Manna w Niemczech.
Pozazdrościłem i przypomniałem sobie, że też byłem w Niemczech
 - a co!

Rok 1969, luty, jechałem pociągiem do Londynu.
Stacja Berlin (Wschodni) - mój pociąg miał tu 2 godziny postoju.
Bardzo dobrze, można wtedy było nabyć za 300 zł kupon do wymiany na marki niemiecko-wschodnie więc może kupię jakiś prezent żonie, może coś zjem...

- Halt!
Do wagonu wchodzi umundurowany strażnik.
Tłumaczę mu moje zamiary a on tłumaczy swoje:
- Ja tu będę 2 godziny pilnował, żeby żaden z pasażerów nie wysiadł i nie kręcił się po stacji.
Zaglądam do innych przedziałów, większość pusta, ale jeden super pełny - jedna pasażerka ale wszystkie siedzenia i półki zawalone bagażami.
Okazuje się, że pasażerka emigruje do rodziny w Brazylii...
- Jadę pociągiem do Genui, to chyba Włochy a potem statkiem do Rio de Janeiro. Wiozę cały dorobek życia. Te największe paki to pierzyny.

Dwie godziny minęły, pociąg zajeżdża na peron, strażnik wychodzi, wchodzi konduktor.
Za chwilę słyszę płacz i krzyki z sąsiedniego przedziału...
Konduktor krzyczy i ściąga bagaże z półek.
- Co się dzieje?
- Ta kobieta jedzie niewłaściwym pociągiem! Ona ma wizę do Francji na przejście graniczne w Metzu a ten pociąg przekracza granicę w Strassburgu. Jej pociąg przyjedzie tu za 7 godzin, ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam czekać!
- A nie może wysiąść i poczekać tutaj? Ja mogę jej dać kupon na wymianę marek, to sobie kupi coś do jedzenia.
- Nein! Nein! My już mamy dosyć tego polnische Wirtschaft!

Pociąg rusza, kobieta płacze, oboje wyciągamy jej bagaże i ustawiamy blisko drzwi wagonu.
Granica między Berlinem Wschodnim z Zachodnim - wartownicy w kombinezonach pełzają pod wagonami sprawdzając czy ktoś nie jedzie na gapę.
Pociąg rusza - z kilka minut zatrzymuje się - Berlin Zachodni.
Razem z kobietą wyciągamy jej bagaże na peron, pada deszcz..
- Schneller, schneller! - pogania nas konduktor.
Podjeżdża do nas wózek bagażowy...
- Czy możesz nam pomóc? Ta pani musi poczekać kilka godzin na pociąg...
- Tak, wiem, wiem. My tu mamy codziennie takich pasażerów z Polski. Tu mamy dyżury Armii Zbawienia, oni dadzą jej ciepły posiłek i dopilnują żeby wsiadła do właściwego pociągu.
- Danke schoen - odpowiadam - polnische Wirtschaft - myślę po cichu.

Pociąg rusza - granica między Zachodnim Berlinem a NRD - wartownicy w kombinezonach..
- Oni łączą rosyjską podejrzliwość z niemiecką dokładnością - słyszę komentarz po angielsku. To jakiś Amerykanin.
Przypominają mi się słowa z Doktora Faustusa - my Niemcy potrafimy połączyć rosyjską duszę i francuską formę...
Potem była jeszcze granica między NRD a NRF, wreszcie Frankfurt nad Menem.
Z Warszawy do Londynu przez Frankfurt nad Menem?
Ano tak wyszło - sporo lat wcześniej nawiązałem kontakt listowy z Niemką w NRF - Inge.
Lata mijały, Inge wyszła za mąż, ja się ożeniłem a korespondencja trwała. 
Przy okazji podróży do Anglii postanowiłem zrobić skok w bok.
Inge i Norbert czekali na mnie na peronie. W ich domu zastałem ich kilkumiesięczną córkę i matkę Inge, która patrzyła na mnie bardzo podejrzliwie.

Było już dość późno, Inge i Norbert byli po obiedzie, ale dla mnie przygotowali coś co powinno mnie zadowolić - bardzo gęsta kartoflanka i jakieś mięso z marchewką i masą ziemniaków.

Moja wiza tranzytowa nie pozwalała mi zostać w NRF dłużej niż 24 godziny - noc, spacer w centrum Frankfurtu,  rozmowy i jazda na dworzec - pociąg do Hoek van Holland.
W przedziale trafiam na grupę przyjaznych Hiszpanów, jadą do Holandii, do pracy.
Przekraczamy granicę belgijską i nagle trzask - pociąg gwałtownie hamuje, bagaże spadają z półek.
Przez korytarz biegną konduktorzy, zaglądają do przedziałów - ktoś pociągnął za hamulec awaryjny.
Wiem, wiem, przecież słyszałem ten krzyk - Małgosiu! Mój Boże, co ja zrobiłam?
Hiszpanie patrzą na mnie pytająco - po jakiemu ona krzyczała?.
- Nie wiem... może po rosyjsku?
Niestety moje kłamstwo ma krótkie nogi, za chwilę do przedziału wchodzi straż graniczna - pan chyba ma polski paszport, czy może pan nam pomóc bo w innym przedziale pana rodaczka jest w kłopocie.
Hiszpanie patrzą na mnie ze złością - oszust.

Pomagam - matka i córka, obie zapłakane - ja chciałam tylko wyłączyć światło - tłumaczy matka.
- Problem w tym - wtrąca się strażnik - że ta pani jedzie w złym kierunku, ona ma bilet do Włoch.
- Pani jedzie do Włoch? - pytam.
- Nie, ja jadę do Brazylii, do rodziny... jedziemy z córką już trzy dni - zaczyna płakać - w Berlinie musiałyśmy czekać kilka godzin bo jechałyśmy złym pociągiem. We Frankfurcie miałyśmy chyba 8 godzin postoju, no a teraz...
- Proszę jej powiedzieć, że musi wysiąść na następnej stacji, za 4 godziny będzie pociąg powrotny do Frankfurtu, no a tam... musi wsiąść do właściwego pociągu.

Powiedziałem.

A teraz sobie myślę - że też nikt nie zrobił filmu o polskich emigrantach do Brazylii błąkających się po niemieckich dworcach.

Friday, August 14, 2026

Oj, zna czy nie zna, czyli Manna z ekranu

 Jak się łatwo z tytułu domyślić obejrzałem właśnie film Ojczyzna - KLIK - powojenne odwiedziny Tomasza Manna w Niemczech.

Tomasz Mann...


Zajmuje trochę miejsca na mojej półce z książkami, wspominałem jego książki kilka razy na tym i innych blogach.

Nic dziwnego, że mimo niesprzyjającego rozkładu dnia - kilka męczących rozjazdów - pojechałem wieczorem do odległego kina.
Drugorzędnym argumentem była rocznica śmierci T Manna - 12/8/1955.

Film wyświetlono w Melbourne z okazji Festiwalu Filmów Międzynarodowych - MIFF.

Spore kino, wypełnione na 80%, sporo młodych ludzi.

Film - czarno-biały - samochód jedzie marną drogą, mija ubogie budynki, trochę ruin...
Rok 1949 - zgadza się, też pamiętam ten rok w taki sposób.

Tomasz Mann odwiedził Niemcy z okazji 200-lecia urodzin J.W. Goethego -
najpierw Frankfurt nad Menem - miejsce urodzin.
Uroczystości skromne, wykład T. Manna - dość mętny, co krok niemiłe konfrontacje z czasami faszyzmu.
Drugi etap - Weimar - Goethe spędził tu większość życia i tu umarł - KLIK.
Problem w tym, że Weimar znajdował się w Niemczech Wschodnich - NRD.
Wiele osób sprzeciwiało się tej wizycie, w USA (T. Mann miał wtedy obywatelstwo USA) grożono mu poważnymi konsekwencjami.
Jednak pojechał... według mnie ta część wizyty przebiegała lepiej niż poprzednia.
Po pierwsze nie było potrzeby wracać do niechlubnej przeszłości Niemiec bo okupacja radziecka wymazała ten temat.
Po drugie - T. Mann żywił sympatię do Rosjan - w książce Doktor Faustus zauważa - Rosjanie mają duszę, ale nie mają formy. Francuzi mają formę, ale nie mają duszy. My, Niemcy, mamy duszę i formę...
Wspomnę jeszcze, że T. Mann był oburzony książką J. Conrada - Tajny Agent - zarzucał autorowi chorobliwą nienawiść do Rosjan.
Rosjanie pokazali swoją duszę - T.Mannem opiekował się Sergiej Tulpanow - dyrektor wydziału propagandy w radzieckiej administracji NRD - KLIK - spora elokwencja i mocna głowa.
Radzieccy żołnierze śpiewali wesołe piosenki...

Podsumowując - sama wizyta była raczej bezbarwna, producenci filmu musieli pokręcić fakty aby dodać trochę emocji.
W rzeczywistości T. Mann odbył tę podróż w towarzystwie żony, Katii. W filmie odbywa ją w towarzystwie córki Eryki... i robi się gorąco.

Dwójka starszych dzieci T. Manna - Klaus i Eryka była mocno pomieszana seksualnie.
Na poniższym zdjęciu - T. Mann, jego żona Katia i... córka - Eryka...

W filmie, Eryka obawia się o stan psychiczny brata - słusznie - dwa dni później popełnił on samobójstwo.
Tomasz Mann przyjmuje informację o śmierci syna spokojnie - czasami odnoszę wrażenie, że rodzinne tragedie przyjmował jako ciekawe inspiracje dla swoich książek...
Siostra Tomasza - Karla - też popełniła samobójstwo, Tomasz wykorzystał to w książce Doktor Faustus.
Główny bohater tej książki Adrian Leverkuhn wykazuje też wiele podobieństwa do wspomnianego wcześniej Klausa Manna.
A Klaus Mann - zasłynął książką Mefisto - KLIK - jej główny bohater to słynny aktor, który zaprzedał duszę diabłu - niemieckim nazistom.
Pierwowzorem był ówczesny mąż Eryki Mann.
W filmie Eryka spotyka swojego byłego męża - to już fikcja.

Podsumowując... film uaktywnił w mojej głowinie mieszaninę informacji i emocji związanych z twórczością T. Manna i życiem jego rodziny, ale sam w sobie - jako film - nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.
Ocena - 2/5.

Źródła:
Tomasz Mann - KLIK.
Carla Mann - KLIK.
Eryka Mann - KLIK.
Klaus Mann - KLIK.
The House of Exile - KLIK.
Victor Mann - Było nas pięcioro.
Coml Toibin - The Magician - KLIK.

Saturday, August 8, 2026

Ody się poTroiły

Oj, nic się nie dzieje, nic nie przychodzi mi do głowy, o czym tu pisać?
Spróbuję o tym co zaczepia mnie z wielu stron---

ODYSEJA

Nie przypominam sobie żeby jakiemuś filmowi towarzyszyła tak masowa kampania informacyjna.
W państwowej telewizji ABC wyświetlono film dokumentalny - Oddysey - ekipa żegluje po wyspach Morza Egejskiego.
W radio ABC było już kilka dyskusji na ten temat.
Na fali zainteresowania historią starożytnej Grecji wypłynął film dokumentalny na temat Aleksandra Wielkiego.
Poskrobałem się po głowie...
Z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętam, że Iliada była interesująca - konsekwentna akcja, podstępy godne pana Zagłoby.
Natomiast Odyseja wydała mi się sztuczna - absurdalne sytuacje nie prowadzące do żadnego wniosku.
Spytałem wnuczęta, podzielają mój pogląd.

Na przeciwnym biegunie są rozważania takie jak to ==> KLIK.

Wracam do rzeczywistości...
W piątek spotkałem się ze znajomym narciarzem z Kanady, który przyjechał do Australii na maraton narciarski Kangaroo Hoppet - KLIK.
Opowiedział mi o swoich tegorocznych dokonaniach...
1 styczeń - maraton narciarski w Chinach.
Koniec stycznia przyjazd do Europy na 15 maratonów narciarskich - najbardziej pamiętny - nocny maraton w Szwecji - Vasaloppet -


Powrót do domu i po 3 tygodniach jeszcze jeden maraton - Islandia - koniec kwietnia.

Urlop od nart - wyjazd z żoną i wnuczkami na 3 tygodnie do Włoch.
Urlop od rodziny - wyjazd na Grenlandię i powrót przez Labrador do domu.
Lipiec... co tu robić?
Wycieczka do stanów - nie, nie Zjednoczonych - do Kazachstanu Uzbekistanu, Kurdystanu, Turkmenistanu.
Refleksja - poczucie bezpieczeństwa, nie ma żebraków --- oj,  jakieś komunistyczne pozostałości.
No i teraz Australia i Nowa Zelandia.
Odyseusz niech się schowa...
Zaciekawiło mnie, że znajomy przyleciał tu przez Hong Kong?
- Unikam USA bo tam musisz dać swój telefon do szczegółowej kontroli.

Mój powrót pociągiem do domu...


Zainteresował mnie ten brodaty pan w czerwonej kurtce...
Przecież 2 tygodnie temu publikowałem na blogu swoje zdjęcie w czerwonym stroju.
2 tygodnie i ja tak się postarzałem?
Wysiadam z pociągu i zauważam Penelopę...


Czeka w otoczeniu zalotników.
Nie na mnie - ufffff...

Końcowa refleksja...
Na półce znalazłem Odyseję - tłumaczenie Lucjan Siemieński - KLIK.
Druk - L. Anczyc - 1922 rok.
Chwileczkę - tak konkretnie, jaką książkę L. Siemieński przetłumaczył?
Sztuczna Inteligencja mocno miesza się w zeznaniach i muszę użyć własnej, ograniczonej, inteligencji żeby się dowiedzieć, że pierwsze drukowane wydanie dzieł Homera ukazało się we Florencji w 1488 roku za sprawą Demetriosa Chalkokondylesa - KLIK.

Sunday, August 2, 2026

Amazing Grace.

 Niedziela...
Kilka dni temu wspomniałem anglikański kościół Św Andrzeja w nadmorskiej dzielnicy Brighton.
Niedziela - doskonała pora aby zbadać sprawę gruntowniej.
Piękny dzień, już z daleka widzę parafialny chór...


Wchodzę do środka...


Nad ołtarzem splecione ciała kobiety i mężczyzny, na fotografii tego nie widać, ale według mnie wyraźnie dominuje kobieta.
Domyślam się, że to Maria i Jezus, ale pierwsze skojarzenie było - Ewa i Adam.
Oglądam się do tyłu...



Potężne organy - na to właśnie liczyłem planując tę wizytę.
I nie zawiodłem się.

Liturgia anglikańska niewiele się różni od katolickiej więc czułem się jak w domu... tyle, że nieco samotny - w ogromnym kościele było może 60 osób.
Dla porównania - nasz parafialny kościół Św Benedykta, jest pewnie 3 razy mniejszy i 3 razy niższy, ale na poranną niedzielną mszę przychodzi kilkaset osób.

Strona muzyczna...
Organy brzmiały potężnie, chór śpiewał poprawnie - czas na wyjaśnienie tytułu.
Amazing Grace - Niesamowita Łaska - w krajach anglojęzycznych to jedna z najbardziej popularnych pieśni religijnych...

Nie wiem czy ta pieśń jest śpiewana w polskich kościołach, ale na Youtube jest - KLIK.

W trakcie mszy dowiaduję się, że akurat dzisiaj ta pieśń jest bardzo aktualna - otóż w ostatni czwartek - 30 lipca - był Światowy Dzień Przeciwko Handlowi Ludźmi - KLIK.
Rozszerzę nieco temat - walka z niewolnictwem - Amazing Grace w tle.
Otóż autorem pieśni jest John Newton, doświadczony specjalista w handlu niewolnikami - lata 1748-1760.
Karierę zaczął w marynarce brytyjskiej. Po kilku miesiącach służby próbował uciec, ale go złapali, wychłostali i zdegradowali. Po okresie depresji, rozważał samobójstwo, trafił na statek przewożący niewolników z Afryki Zachodniej do Jamajki i okolic i szybko awansował na stanowisko kapitana.
Przez 10 lat był kapitanem statków przewożących niewolników z Afryki do Indii Zachodnich
Udar mózgu zmusił go do wycofania się na ląd, ale nadal czerpał spore zyski z handlu niewolnikami. 

W tym samym czasie zbliżył się do religii, został anglikańskim księdzem i zaczął pisać hymny religijne.
W 1788 roku stał się czołowym angielskim abolicjonistą -  KLIK.

Pieśń odśpiewana, nadchodzi czas Komunii - miłe zaskoczenie - komunia w obu postaciach - opłatek i wino.

Refleksja na dzień powszedni - dwa wpisy temu wspominałem przetwory pomidorowe sprzedawane a Australii z fałszywą etykietą, prawdopodobnie są uprawiane w Chinach z wykorzystaniem pracy niewolników.
To przywołało wspomnienie sprzed 60 lat - byłem w Norwegii na praktyce studenckiej, miłym zaskoczeniem były bardzo smaczne i bardzo tanie pomarańcze.
Któregoś dnia, w fabryce, podczas przerwy na lunch, podszedł do mnie starszy robotnik...
- Ty jesteś z Polski?
- Tak.
- Tam rządzą komuniści?
- Tak.
- I to jest według ciebie w porządku żeby jeść pomarańcze zbierane przez niewolników w Afryce Południowej?
W tym momencie skojarzyłem sobie, że pod tym sklepem z pomarańczami czasami zbierają się jacyś manifestanci.
- W komunistycznej Polsce obywatel nie musi sobie zawracać głowy takimi sprawami, bo Polska nie sprowadza pomarańczy z Afryki Południowej - odparowałem.
Od tego czasu pomarańcze jadłem tylko w hostelu.

Thursday, July 30, 2026

Zmiana krajobrazu

 Dzisiaj, dla odmiany, zawędrowałem nad morze...

Linia brzegowa Melbourne liczy, bagatela - 264 km a ja dotarłem tam dopiero drugi raz w tym roku.
No cóż, poprzednim razem prawie sobie poparzyłem stopy.
Zahartowałem je ostatnimi spacerami po trawie i dzisiaj wdepnąłem w morskie odmęty...


Na zdjęciu tego nie widać, ale stopy są w wodzie.
Dzień mamy chłodny, ale półsłoneczny. Temperatura około 12C...





Żegnam się z morzem i zerkam na nadmorską dzielnicę Brighton - wiele drogich rezydencji, w tle stary kościół anglikański - St Andrew's Church - KLIK...


Kościół powstał w 1842 roku czyli zaledwie 7 lat po urodzinach miasta Melbourne. Obecny kształt nadano mu po pożarze w 1964 r.
Przy kościele jest niewielki cmentarz a na ścianie kościoła lista pierwszych zmarłych...


Policzyłem pierwszą kolumnę - 52 nazwiska, 17 osób zmarło w wieku poniżej 1 roku.

A teraźniejszość?
W Australijskiej polityce sporo się dzieje - właśnie premierka stanu Wiktoria zmieniła się na premiera, w tle ogromne afery korupcyjne.
W szerszym tle - bardzo szybko rośnie popularność bardzo prawicowej parti One Nation - KLIK.

Historia - po dzienniku TV  państwowa stacje ABC wyświetliła film o B. Geldofie - KLIK.


... muzyku, który zasłynął akcją pomocy dla Afryki.
W tamtych czasach oglądałem informacje o jego działaniu z dużym przejęciem.
40 lat minęło... sytuacja w Afryce znacznie się pogorszyła - TUTAJ relacja z Sudanu.

Zmiana nastroju, na początku lipca, we wpisie o książce na temat Kościuszki - człowieka i góry - wspomniałem o trudnościach spróbowania jedzenia australijskich Aborygenów.
Sprawa nabrała konkretnego kształtu bo za tydzień wpadnie do Melbourne znajomy narciarz z Kanady, zjemy lunch...
Spytałem googla o restauracje w Melbourne serwujące Aborygeńskie potrawy...
Pierwsze trafienie - powikłana strona internetowa, trzeba się natrudzić żeby dotrzeć do właściwej podstrony i dowiedzieć się, że restaurację zamknięto 2 lata temu.
Kilka dalszych prób naprowadziło mnie na właściwy adres - KLIK - żeberka z krokodyla i może coś więcej - cena A$385.
Hmmm... 

Skoro już o cenach mowa, to z dnia na dzień drożeje benzyna, a w niedzielę zdrożeje poważnie bo rząd przywróci akcyzę, którą wycofał na 2 miesiące.
Na wszelki wypadek zatankowałem - cena A$1.83 czyli około 4.79 PLN za litr.

Monday, July 27, 2026

Czerwono mi

 


Wczoraj miałem urodziny... u rodziny - znaczy w kawiarni blisko domu naszego syna.
Ponieważ u nas zima to założyłem mój wysłużony narciarski strój.
To znaczy - na miejsce dojechałem w szaroburym ubraniu a przeistoczyłem się dopiero w kawiarnianej toalecie, w której przeczytałem bardzo istotną wskazówkę...



Panowie - stańcie bliżej (pisuaru). To... może być krótsze niż myślicie.

Koniec celebracji, czas kontynuować życie.

W telewizji aż dwa razy zasugerowali mi film o dobrowolnej eutanazji - VAD (voluntary assisted dying) - nawet dobry skrót - nie WAD-zić nikomu.
W Australii temat jest oficjalnie uregulowany - KLIK - jeden z warunków - medyczna prognoza, że pacjent nie pożyje dłużej niż 6 miesięcy - czyli wiele krzyku o nic.

Poniedziałek - od rana wszelkie media przypominają że o 2 będzie test ogólnoaustralijskiego alarm - wszystkie telefony zabuczą 10 sekund - KLIK.
Test podobno się udał.
Zastanowiłem się jakie niebezpieczeństwa mi grożą...

Zagrożenie chińskie?
No cóż Chińczycy trzymają się mocno -
Media właśnie podały informację, że w naszych supermarketach sprzedają przetwory z chińskich pomidorów a naklejka na opakowaniu podaje: AUS grown tomatoes (pomidory wyhodowane w Australii)...



Czyli - jak w tytule.

P.S. Jeszcze wspomnienie urodzinowe sprzed 13 lat...



Sunday, July 19, 2026

Gola!!!

 Niedziela rano - Finał Mistrzostw Świata za kilka godzin...

Jakoś straciłem zapał do oglądania transmisji z imprez sportowych, ale dzisiaj skusiłem się.
Gdy włączyłem telewizor wynik meczu Anglia - Francja był 4:0.
Za kilkanaście minut było 4:3 - to było rzeczywiście urozmaicone wydarzenie.
10 goli - sprawdziłem historię:
- 12 goli - najwyższy wynik = 7:5 - Austria-Szwajcaria, ćwierćfinał w 1954 roku.
- 11 goli zdarzyło się 3 razy = Brazylia-Polska 6:5 1938,  Węgry-Niemcy Zachodnie 8:3 1954, Węgry-Salwador 10:1 - 1982
- 10 goli = Francja - Paragwaj 8:3 7:3 1958 i Anglia - Francja 6:4 - dzisiaj.

Podczas porannej jazdy samochodem, jak zwykle włączyłem radio a tam - refleksja na temat nadchodzącego finału i "stosowna" piosenka...

Nie płacz za mną Argentyno?!?!
Brzmi depresyjnie.... czy to jakaś sugestia?

Trzymając się muzycznej tematyki zastanowiłem się czy są jakieś utwory popierające Hiszpanię?
Są - cała masa!
Na pierwszym miejscu chyba opera Carmen G. Bizeta i Aria torreadora - KLIK.
George Bizet - Francuz...
Motywy hiszpańskie inspirowały kompozytorów wielu narodowości -
- N. Rymski-Korsakow - Caprizzio Espagnol - KLIK.
- M. Ravel - Bolero i Rhapsodie Espagnol - KLIK.
- L. Bochcerini - Fandango - KLIK.

Na koniec posłuchajmy Hiszpana - Manuel de Falla - KLIK.

A co na to Argentyna?
Jedyne co przychodzi mi do głowy to oczywiście TANGO!!!


Moja prognoza - Argentyna - Hiszpania - 2:1.

Saturday, July 18, 2026

Tęcza gola!

 


Zdjęcie wyjaśnia tytuł...
Wpis będzie o czym innym.
Kilka dni temu byłem na zebraniu mojego oddziału Stowarzyszenia św Wincentego.
Mieliśmy gości z innego oddziału a więc okazja do porównań.
Okazało się, że ten inny oddział ma zebrania co 2 tygodnie i że tylko 3 osoby są w stanie jeździć na wizytacje (my mamy zebrania raz na miesiąc i tuzin osób zdolnych do wizytacji).
Dlaczego zebrania co 2 tygodnie?
Starość nie radość - członkowie tamtej grupy są w takim wieku, że... bardzo jest im potrzebne spotkanie i wspólna modlitwa.

Migawka z wizytacji - klientka w średnim wieku, wspomina, że dużo czasu zajmują jej wizyty u matki, która jest w szpitalu gdzie czeka na przeniesienie do domu opieki.
- Moja matka ma już 67 lat - wzdycha klientka.
Ja i mój wizytacyjny partner spoglądamy na siebie badawczo...
Hmmm - teoretycznie mogłaby być naszą córką.

Wizyta w szpitalu...
Szpital Cabrini - założony w 1948 roku przez siostry Sercanki z Włoch.
Od tego czasu bardzo się rozrósł, zachował jednak katolickie tradycje, jest chyba jedynym szpitalem w Melbourne gdzie nie wykonuje się aborcji.
Wędrując labiryntem korytarzy przyglądam się pacjentom i personelowi.
Przekrój etniczny - 90% pacjentów - rodowód europejski, 75% personelu - rodowód azjatycki lub wyspy Pacyfiku.
Pacjenci - raczej moja kategoria wiekowa - wydaje mi się, że w ich oczach widzę zagubienie, dezorientację, czasem - przeprosiny.
Rozmawiam przez chwilę z pielęgniarzem - pochodzi z Nepalu - już 4 lata pracuje w Australii.
- Muszę niedługo wrócić do domu - mówi - muszę pomóc rodzicom.
- W jakim wieku są Twoi rodzice? - pytam.
- Ojciec - 58 lat, ciężka praca na roli.

Wychodząc ze szpitala zaglądam do kaplicy...


Korona Cierniowa...

Wizytacja u klientki Stowarzyszenia... relacja kolegów.
Kobieta, wiek 30+.
Przez 2 lata była bezdomna, niedawno dostała mieszkanie z opieki społecznej.
W mieszkaniu - śpiwór na podłodze - koniec spisu inwentarza.
Na szczęście w naszej okolicy istnieje magazyn, do którego można oddać niepotrzebne meble i sprzęty domowe a z drugiej strony - osoby potrzebujące mogą wziąć je bez żadnych opłat. Trzeba tylko samemu zorganizować transport.
Po dwóch dniach ustalania listy zakupów nasza klientka pojechała tam z naszymi reprezentantami.
Lista nabytków... chyba 40 pozycji.
Istotne, że nasza klientka, być może pierwszy raz w życiu, poczuła się panią sytuacji - to ona wybierała... nie troszcząc się o cenę.

Takie to wspomnienia mnie naszły podczas spaceru pod tęczą.
Nie muszę dodawać, że spacer był na bosaka.

Tęcza zwiastowała poprawę pogody.
Od 3 dni mamy chłodne, bezchmurne noce i słoneczne dni.
Jakiś czas temu prezentowałem śnieżne zdjęcie, podejrzewam, że od tego czasu bardzo się pogorszyło.
Niedobrze - za 3 tygodnie ma do Melbourne przyjechać znajomy narciarz z Kanady. Cel - maraton narciarski Kangaroo Hoppet.
Umówiliśmy się na stacji o 10:45 - trzymam kciuki żeby spadł śnieg.

Saturday, July 11, 2026

Człowiek za górą

 To podtytuł książki o Kościuszce...


Prawie miesiąc temu pisałem o spotkaniu z autorem - KLIK - teraz przyszedł czas na relację o książce.
Po pierwsze - tytuł - the man behind the mountain - od razu widać, że autor żartuje bo na okładce człowiek jest przed górą.
Po drugie - w książce proporcje są bardziej wyważone zacznę więc od okładki.

Osoba Tadeusza Kościuszki zafascynowała A. Sharwooda na tyle mocno, że poświęcił wiele czasu i wysiłku aby poznać dokładnie jego życie i dotrzeć do wielu źródeł informacji.
Na dodatek odwiedził wszystkie miejsca, w których przebywał T. Kościuszko a również te, które zostały nazwane jego imieniem - n.p. 

Welcome sign located on Mississippi Highway 12
By Chillin662 - Own work, CC BY-SA 4.0, Link

Miejscowość Kosciusko w stanie Missisipi (USA), z której pochodzi o wiele słynniejsza osoba - Oprah Winfrey - KLIK.

Spora część książki poświęcona jest rozważaniom na temat - jak zachowałby się T. Kościuszko w obliczu aktualnych wydarzeń:

a) zbezczeszczenie pomnika T. Kościuszki w Waszyngtonie...


Przypomnę, że chodzi tu o rozruchy po zabiciu przez policję Georga Floyda - KLIK.
A. Sharwood uważa, że w znając poglądy i czyny T. Kościuszki można uznać, że nie potępiłby manifestantów.
Po zastanowieniu  - zgadzam się.

b) zmiany klimatu w Australijskich Alpach...
A. Sharwood jest zapalonym wędrownikiem i narciarzem, odwiedził wiele razy Australijskie Alpy, w książce zdaje relację jak delikatna jest tamtejsza roślinność i jak zgubne są dla niej zmiany klimatu, których obecnie doświadczamy.
Ale nie tylko zmiany klimatu, również kopyta końskie i bydlęce.
Szczególnie końskie - w Australii po polach i lasach hasa kilkadziesiąt tysięcy dzikich koni - brumbies - KLIK.
W tym miejscu zauważyłem pewną niekonsekwencję - podstawowo autor jest za ochroną środowiska czyli - eliminacja brumbies.
Więcej na temat ochrony środowiska w tych okolicach - TUTAJ - tytuł strony = Reclaim Kosci ... odzyskaj kości?
Z drugiej strony z dużym sentymentem wspomina poemat Banjo Patersona - The Man from Snowy River - i oparty na tym poemacie film - KLIK - w filmie wystąpił Kirk Douglas.
Do tego jeszcze zauważa fascynację Aborygenów końmi... ale to już osobny punkt.

c) Aborygeńska nazwa najwyższej góry Australii.
W 2019 roku dość silnie rozbrzmiały głosy aby "przywrócić" górze Kościuszki jej tradycyjną nazwę - KLIK.
Dlaczego użyłem cudzysłowu?
Bo prywatnie uważam, że Aborygeni nie nadali tej górze żadnej nazwy.
Zwolennicy aborygeńskiej nazwy wspominają, że te okolice na jesieni obfitują w tłuste ćmy - bogong - KLIK - i wiele plemion Aborygeńskich przybywało tutaj, często wędrując setki kilometrów, aby się najeść do syta i zgromadzić zapasy sproszkowanych ciem.
No i co z tego?
Sądzę, że Aborygeni nadali ogólną nazwę tym okolicom i dziwię się, że zwolennicy zmiany nazwy góry Mt Kosciuszko bez skrępowania twierdzą, że znajduje się ona w Snowy Mountains.
Natomiast najwyższy szczyt?
Na okładce książki na początku tego wpisu widać... no właśnie - nie bardzo widać która z tych gór jest najwyższa.
Odkrywca góry - P. Strzelecki - miał poważne wątpliwości, z dziennika wędrówki wynika, że wszystkie pomiary wykonał na szczycie sąsiedniej góry - Mt Townsend i dopiero wtedy zauważył że sąsiednia góra jest może trochę wyższa - Mt Kosciuszko = 2,228 m, Mt Townsend = 2,209 m.
Ale czy na tę sąsiednią górę wszedł?
Dziennik wędrówki o tym nie wspomina.

Powracając do aborygeńskiej nazwy...
Nazwa sugerowana przez miejscowe plemię Ngarigo to Kunama Namagdi co oznacza Góry i Śnieg... co potwierdza moje przypuszczenia - nazwa okolic, nie specyficznej góry.

Z drugiej strony - autor książki, A. Sharwood uważa, że Tadeusz Kościuszko poparłby Aborygenów.
Po zastanowieniu --- zgadzam się.

P.S.
1. Prowadzona w Australii polska strona medalu - KLIK.
2. Obecnie w Australii nie można zjeść ćmy Bogong...
   ??? tyle krzyku na temat zachowania Aborygeńskich tradycji, a kiedy przychodzi do podstawowego sprawdzianu to.... brak towaru.