Tuesday, July 28, 2020

Beethoven po polsku

Ponad miesiąc temu wspomniałem o zaskoczeniu - pieśni szkockie i irlandzkie Beethovena.

Wygląda na to, że jubilat (urodzony 250 lat temu) - chałturzył na folklorze wielu narodów.
Parę dni temu nasze radio ABC-FM zaprezentowało beethovenowski folklor spoza wysp brytyjskich.
Kogóż tam nie ma - Dania, Hiszpania, Tyrol, Włochy Rosja, Ukraina, Węgry... Polska.

Polskie reprezentatywne piosenki - Upiłem się w karczmie, wyspałem się w sieni, a żydki psiajuchy kobiałkę mi wzięli... , druga - Poszła baba po popiół i diabeł ją utopił, ni popiołu ni baby, tylko z baby dwie żaby... - KLIK.

U Doroty Szwarcman, niestrudzonej muzycznej blogerki Polityki, znalazłem informację, że Beethoven miał szansę zetknąć się z polską muzyką ludową na dworze hrabiego Franza von Oppersdorfa w Oberglogau, dzisiaj Głogówek, w województwie opolskim - KLIK.

Swoją drogą mam nadzieję, że Beethoven nie rozumiał słów żadnej z tych piosenek.
Na zlinkowanej partyturze podano również niemiecki tekst.  Google nie potrafiło sobie z tym poradzić, moja improwizacja poniżej -
- pierwsza piosenka: Przyjaciele pozwólcie mi utopić smutki w winie. Niech się rozchoruję jeśli moja miłość jest nieszczera.
- druga: Wiosna i rozkosze miłości ledwie się zaczęły, a już się kończą.

A więc tak nas rozumieją Niemcy - cieszyć się czy smucić?

Sunday, July 26, 2020

Niedzielne czytanie

Przez ostatnie kilka tygodni wpadały mi w ręce lektury z dziwnych rejonów, teraz szykuje się przerwa więc uważniej przysłuchiwałem się czytaniom w kościele.

Pierwsze czytanie - Bóg odwiedza Salomona we śnie i pyta jak ma go wyposażyć na życie.
- Daj mi mądrość - odpowiada Salomon.

Czapka z głowy, lepszą odpowiedź trudno sobie wyobrazić.

Na Bogu też musiała zrobić wrażenie gdyż odpowiada, że da mu mądrość większą niż komukolwiek dotąd, a również większą niż komukolwiek po nim.

To mnie zaniepokoiło - zajrzałem dokładniej do Starego Testamentu i znalazłem tylko jedno osiągnięcie Salomona - wybudowanie świątyni dla Boga i pałacu dla siebie.
Większość materiałów budowlanych dostarczył król Libanu - Hiram, w ramach rozliczeń Salomon dał mu Górną Galileę.

A więc to dla Boga Izraela było  najważniejsze - mieć okazałą światynię, nawet za cenę oddania poganom kawałka Ziemi Obiecanej.

Około roku 140 n.e. działał w Rzymie gnostyk Marcion - KLIK - który twierdził, że Stary Testament był inspirowany przez lokalnego, zawistego i złośliwego bożka, który nie miał nic wspólnego z ogólnoludzkim Bogiem, którego wysłannikiem był Jezus.

Niestety, gnostyczne poglądy Marciona są dla mnie zbyt trudne do pojęcia, więc jestem gdzie jestem.

Saturday, July 25, 2020

Nieśmiałość

Do Australii przyjechaliśmy z Kuwejtu gdzie przebywałem na kontrakcie zawodowym.
Kuwait był bardzo liberalnym krajem, ale jednak obecność religii była odczuwalna na każdym kroku, choćby tuż koło domu, w którym mieszkaliśmy. Był tam meczet i pięć razy dziennie docierały do nas śpiewy muezzina.



Gdy już się jako tako zagospodarowaliśmy rozejrzałem się dookoła i pomyślałem o bliższym kontakcie z krajem, w którym mieliśmy spędzić kilka lat.

Po pierwsze język arabski.
Pracowałem na uniwersytecie i tam były specjalne kursy arabskiego dla fachowców z innych krajów.
Zapisałem się i początki były całkiem obiecujące. Niestety w momencie gdy poznaliśmy litery i trochę słów, nasz nauczyciel zamiast uczyć nas jak posługiwać się prostym językiem na codzień, zdecydował uczyć dokładnie ortografii i zasad gramatyki.
Na nasze prośby żeby nas uczył języka potocznego wzruszał ramionami - potoczny język Kuwejtu, to jest bardzo prymitywny język, nie chcecie chyba żeby ludzie w innych krajach arabskich się z was śmiali?
- Nas to ani ziębi, ani grzeje. Chcemy rozmawiać przy przypadkowych spotkaniach z miejscowymi.
- Nie, nie, czegoś takiego nie możemy uczyć na uniwersytecie. A poza tym - nauczyciel podnosił palec - dobre poznanie ortografii jest konieczne do czytania Świętej Księgi Koranu.
Na to już nie mieliśmy argumentu.

W rezultacie po niecałych 2 miesiącach zrezygnowali wszyscy studenci z Europy i USA. Pozostali tylko Hindusi i muszę przyznać, że potrafili się dogadać po arabsku, o czytanie Koranu nie pytałem.

Po drugie Islam.
Przypominał mi o swoim istnieniu każdego dnia. W piątki mieliśmy dni wolne od pracy - muzułmańska "niedziela"
Jeździliśmy na plażę, na wycieczki, ale czasem przychodziło mi do głowy żeby zajrzeć do meczetu.

Nie wiedziałem jednak jak się do tego zabrać. Żaden z polskich znajomych nie widział w tym sensu.
Arabscy koledzy - Libańczyk, który mieszkał w tym samym bloku bardzo się zdziwił. On do meczetu nie chodził i takie pomysły łączył wyłącznie z ideą przyjęcia wiary. Polecił mi nawet innego kolegę, Egipcjanina, ten był wyznawcą Islamu i na pewno moje zaiteresowanie bardzo go podekscytuje.
To była ostatnia rzecz, której bym chciał.
I tak minęły dwa lata i moja stopa nie tknęła podłogi meczetu.

Dlaczego o tym piszę?
Taki kaprys - przecież dzisiaj piątek - muzułmańska niedziela.
A tak na serio, to ostatnio spędziłem sporo czasu wertując informacje o pielgrzymce do Mekki - Hadj' i o ciekawych osobach, które tę pielgrzymkę odbyły.
Pierwszy odcinek TUTAJ.

Thursday, July 23, 2020

Numerofobia

Poranny dziennik tv, paski informacyjne na dole ekranu alarmują: Record number of Covid-19 infections.
Nastawiam uszu.
Speaker relacjonuje wypowiedź ministra finansów na temat deficytu budżetowego.
Dalej, dalej, poganiam go - forsa ważna, że ile tych zachorowań?
"Dzisiaj (stan) Wiktoria wprowadza trzeci stopień restrykcji, przekazuje głos naszym sprawozdawcom...".
Ukazują się sprawozdawcy - jeden na rogu ulicy, drugi pod dużym blokiem mieszkaniowym, trzeci w parku, czwarty w drzwiach kawiarni. Blah-blah-blah.

A teraz zaprezentujemy wypowiedź premiera stanu Nowa Południowa Walia na temat reguł obowiązujących na granicy stanów Nowa Południowa Walia i Wiktoria.
I w ten sposób przeleciał półgodzinny segment porannych wiadomości.

Zaglądam do internetu.
JEST!
450 zachorowań, 205 w szpitalu, 40 na intensywnej terapii.
W całej Australii 468 zachorowań, przypadków śmiertelnych 123.

To potwierdza obserwację z poprzedniego wpisu - wszystkie dane są na internecie, media są tylko po to żebyś czuł się dobrze.

Trzeci stopień restrykcji.
Po pierwsze - obowiązkowe maski.
Po drugie - tylko 4 powody wychodzenia z domu:
- zakup żywności, lekarstw itp.
- do pracy, szkoły,
- opieka nad osobą potrzebującą pomocy,
- rekreacja.

To ostatnie przykuwa moją uwagę.
"... cały czas obowiązuje maska, wyjątkiem jest brak tchu podczas biegu lub jogowania (ale nie podczas marszu)."
Hmmm... moja główna forma spaceru to nordic walking. Potrafię się przy tym nieźle zadyszeć. Wygląda na to, że będę musiał przećwiczyć udawanie joggingu - jakież to nienaturalne.

Dzisiaj rano przeszedłem test.
Po pierwsze zawiozłem wnukom tygodniową dostawę naleśników.
To zaliczało się do opieki.
Na szosie zauważyłem objawy solidarność, jakiś kierowca migał ostrzegawczo światłami. Rzeczywiście, za kilkaset metrów zauważyłem samochód policyjny, ale nie obserwował on ludzi na drodze, prawdopodobnie przeprowadzał jakąś inspekcję w domu.
Na miejscu zachowywałem się wzorcowo.
Założyłem maskę i zatalefonowałem.
Syn i wnuczka pokazali się w drzwiach, przekazałem im torbę z prowiantem, wymieniliśmy grzeczności, i tyle :(

Po drugie, w drodze powrotnej zaszalałem.
Wstąpiłem na plac zabaw wykonać kilka podciągnięć na drążku.
Ostatnim razem były tu tabliczki nakazujące 2 metry dystansu, teraz wymienili je na - Plac zamknięty.
Bicepsy przeważyły. Obszedłem znak zakazu z daleka i podciągnąłem się.

Jeszcze mam na dzisiaj w planie spacer do kiosku żeby zagrać w toto-lotka, no i jeszcze może odwiedziny u osób, które zgłoszą sie do St Vincent de Paul po pomoc.

Monday, July 20, 2020

Niedzielne nieczytanie

Z tytułu chyba można się domyśleć, że nie chodzi tu o liturgiczne czytania w kościele.

Od dłuższego czasu nie mogę trafić na książkę, której lektura dostarczyłaby mi satysfakcji.
Dotąd zwalałem wszystkie niedostatki na nieczynną bibliotekę.
Dwa tygodnie temu byłą czynna, wypożyczyłem dwie książki, dzisiaj zdecydowanie zrezygnowałem z lektury obu.

Salman Rushdie - Quichotte.
Jak się łatwo domyśleć jest to kolejna wariacja na temat słynnego, choć nie wiem czy czytanego, dzieła Miguela Cervantesa.
Historia błędnego rycerza przeniesionego do współczesnej Ameryki.
Oooops... przepraszam, tak daleko to ja nie dałem rady doczytać.
Doczytałem do strony 87, pozostało 303, i dowiedziałem się, że bohaterem powieści jest Amerykanin pochodzenia hinduskiego, komiwojażer sprzedający kosmetyki. Firma przeniosła go na emeryturę w związku z czym więcej/cały czas będzie mógł poświęcić na usiłowanie zbliżenia się do istoty swoich marzeń Salmy R. wschodzącej gwiazdy telewizyjnej, również pochodzenia hindusko-amerykańskiego.
Żeby historia się zgadzała, Quichotte potrzebuje towarzysza, Sancho. Na tę pozycję obsadza swojego syna, którego sobie wymyśla.
Wymyśla?
Wydaje mi się, że w tym właśnie leży smak powieści.

W lutym byliśmy kilka dni nad morzem ze świeżymi znajomymi. Otóż oni podczas rozmowy nieustannie weryfikowali w google każdą wymienianą z nami informację.
Z jednej strony to na pewno podniosło precyzję wymiany informacji, ale z drugiej, jakoś odechciało mi się te informacje wymieniać.
No bo ktoś mówi; o, jaki przyjemny wietrzyk, na co otrzymuje komentarz: teraz mamy wiatr południowo-wschodni o sile poniżej 10 węzłów, który wieczorem zmieni kierunek na południowy i zwiększy siłę do 30 węzłów.
Jakoś ten wietrzyk stracił swój urok.

Zauważyłem to w powieści S. Rushdie, nieustający potok do niczego nie potrzebnych faktów.
Pomysł wprowadzenia wymyślonej postaci do wymyślonej powieści wydaje mi się dowcipny i inteligentny - w przeładowanej konkretnymi, niepotrzebnymi faktami rzeczywistości, całkowita fikcja i fantazja są jedyną ucieczką.
Niestety, to dla mnie za daleko.
Żeby upewnić mnie w mojej decyzji autor wprowadza jeszcze jedną sferę abstrakcji - opisuje równolegle los autora opowieści, którą czytamy.
Przeczytane prawie 90 stron to była dokładnie sprawdzona w google relacja o powiązaniach rodzinnych Quichotte'a i autora powieści o nim.
Wystarczy.

Recenzja osoby, która (chyba) przeczytała książkę - TUTAJ.

Przypomniało mi to oczywiście Szatańskie Wersety tegoż autora.
Tamta książka mnie zafascynowała chociaż przyznaję, że mój umysł już wtedy nie potrafił sobie poradzić z ilocią wątków i fantazją autora.
Przez te 32 lata Salman Rushdie dotrzymał kroku postępowi, ja zostałem w tyle.

P.S. Żeby zrekompensować pisanie o tym czego nie było, oferuję link do mojej relacji z przeczytanej książki, Szatańskie Wersety też tam odgrywają pewną rolę - KLIK.

Friday, July 17, 2020

Przestępcy mimo woli

W lutym i chyba w kwietniu donosiłem jak to czołowy australijski bank zgubił się z moimi kieszonkowymi inwestycjami i jak wyszedłem ze sprawy na tarczy - dwa razy zmusiłem bank do $500 dotacji na cele charytatywne.

Teraz szykuje mi się inna, równie rozwojowa sprawa.
Firma telekomunikacyjna zaproponowała mi przeniesieniu usług na światłowody - u nas mamy do tego NBN - National Broadband Network - ogólno krajową sieć światłowodów.
Na NBN przeszły - internet i telefon stacjonarny. Telefon był dotąd na osobnym rachunku, teraz przeszedł na wspólny.

Nowy system działał w najlepsze gdy niespodziewanie otrzymaliśmy rachunek na stary numer rachunku i na starą cenę.
Powiadomiłem firme o pomyłce, po pewnych perypetiach potwierdzili, że rozumieją na czym polega zmiana i zapewnili, że żadnych pieniądzy z tego tytułu nie ściągną.
Uwaga: firmie daliśmy direct debit czyli sami sobie z naszego konta pobierają opłaty.
Na wszelki wypadek poszedłem do banku i poprosiłem o skasowanie przelewów na ten rachunek.
Tu nastąpiła niespodzianka - bank stwierdził, że nie jest w stanie w sposób prosty tego zrobić. To znaczy mogą skasować usługi direct debit dla tej firmy, ale wtedy dotknie to wszystkich jej usług i będę musiał na nowo uruchamiać te, które mi potrzebne. Lepiej żebym to załatwił prosto z firmą.
Uznałem, że z firmą już mam załatwione i spałem beztrosko.

Przyszedł termin i z mojego konta wypłynęły pieniądze za usługi, których nie było.
Przyznam się skrycie, że mam duże wiarę w bezwładność biurokracji i trochę się tego spodziewałem.

Natychmiat napisałem skargę z żadaniem natychmiastowego zwrotu UKRADZIONYCH (tak napisałem) pieniędzy, dopłacenie drugie tyle nawiązki (to jest zaledwie kilkadziesiąt dolarów) i wpłacenie dotacji $300 dla St Vincent de Paul Society.
Maszyna do przyjmowania skarg odpisała, że ktoś skontaktuje się w ciągu 2 dni. Nie skontaktował się więc przesłałem sprawę do Ombudsmana.
Coś mi wygląda, że ombudsman też wymaga pogonienia, zrobię to w poniedziałek. A tu miesiąc mija i wygląda, że moja droga firma już szykuje się do pobrania opłaty za kolejny miesiąc.

Zastanawiam się na ile podwyższyć żądanie dotacji na organizację charytatywną.
Wydaje mi się, że powtarzający się charakter wykroczenia nosi znamiona tortury psychicznej a więc waham się: podwoić na $600 czy wskoczyć na bardziej rozwojowy poziom - $1,000.

Oczywiście to niezależnie od sprawy będącej w toku z tym że tam, ze względu na przewlekły charakter sprawy, będę muszał zacząć doliczać odsetki.

Tuesday, July 14, 2020

Świat zza maski

W niedzielę pisałem o powrocie antywirusowych restrykcji.
Nie będę wdawał się w szczegóły bo nie ma żadnych drastycznych zmian, ale wczoraj miałem okazję sprawdzić jak wygląda życie za maską.
Życie to za dużo powiedziane, tylko zakupy, chociaż dla niektórych to jest właśnie życie.

W Australii nie ma obowiązku noszenia masek chociaż ostatnio słychać więcej głosów popierających ich noszenie.
Musiałem zrobić niewielkie zakupy w supermarkecie więc spróbowałem.

Dotąd włożyłem maskę tylko 2-3 razy i tylko na krótko, żeby rozśmieszyć wnuki. Dzisiaj było pierwszy raz na serio.
Z maską na twarzy czułem się trochę dziwnie, ale to normalne. Istotne było, że stwierdziłem, że maska utrudnia mi widzenie. To było dziwne, w polu widzenia był tylko mały fragment maski a jednak utrudniał koncentrację na istotnych elementach.
A to nie były żarty - kupowałem jabłka a gdy kupuję coś na sztuki, każdą sprawdzam bardzo dokładnie i wydaje mi się, że osiągam lepsze niż przeciętne rezultaty.
Stwierdziłem, że w masce nie byłem w stanie prawidłowo osądzić każdego jabłka, zsunąłem ją i wszystko poszło jak z płatka.
Zdecydowanie nie podjąłbym się prowadzenia samochodu w masce.

W wiadomościach tv zobaczyłem bratnią duszę - minister zdrowia, który, podobnie jak ja, chyba po raz pierwszy w życiu zakładał maskę na twarz.  Ja jednak zrobiłem to dużo lepiej.
Kłopoty ministra TUTAJ.

Jeszcze jedna lokalna plotka - od czwartku nasz stan jest w izolacji, na granicy z innymi stanami jest szczegółowa kontrola.
Sześciu Wiktoriańczyków próbowało przekroczyć granicę między Nową Południową Walią a Queensland twierdząc, że opuścili Wiktorę 3 tygodnie temu, gdy restrykcje nie obowiązywały. Policja sprawdziła historię ich rozmów telefonicznych sprzed czwartku i stwierdziła, że kłamali. Zostali zawróceni do Wiktorii i zaopatrzeni w mandaty - A$4,000 każdy - KLIK.

Przypomniała mi się książka Sławomira Mrożka - Ucieczka na południe. Jeden z bohaterów stwierdza: czasy zrobiły się tak skomplikowane, że trudno jest dobrze skłamać, lepiej mówić prawdę.
Pomyśleć, że ja to czytałem w 1959 roku, podczas podróży austostopem przez Polskę. Powieść drukował w odcinkach Sztandar Młodych.
To były wizjonerskie czasy.

I jeszcze jedno - ten minister siłujący się z maską przypomina mi Wiesława Michnikowskiego.

Znaczy można żyć w innym wieku, w innym kraju, nie opuszczając starych dobrych wspomnień.