Jezus powiedział:
«Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy».Ewangelia św. Jana 10: 27-30
Dzisiejsza ewangelia nie daje owcom żadnego wyboru.
Rozejrzałem się wokół a tu właśnie zbliżają się wybory do parlamentu federalnego, kampania w pełni.
A więc w naszych rękach przyszłość kraju, możliwość naprawienie klimatu, utrzymanie równowagi politycznej na Pacyfiku (Chiny właśnie podpisały porozumienie o współpracy z Wyspami Salomona), wdrożenie pełnych praw dla kobiet, Aborygenów, osób niebinarnych itp.
W głowie się kręci od tej wolności i posiadanych wpływów.
Jak to wygląda praktycznie?
W Australii, od chwili jej powstania (rok 1901), rządzą na przemian dwa ugrupowania polityczne - Labor czyli Partia Pracy oraz koalicja Liberałów i Nacjonalistów.
Zasady wyborów - w wyborach do parlamentu obowiązuje zasada obwodów jednoosobowych co praktycznie eliminuje z gry mniejsze partie.
Obecnie w parlamencie mamy 134 reprezentantów - Labor - 62, Liberal/National - 65, 3 niezależnych, 4 - pojedyńczy reprezentanci różnych partii.
W Australii wybory są obowiązkowe, za niewypełnienie obowiązku grozi mandat chyba A$50.
Wadą tego obowiązku jest, że głosują osoby absolutnie nie zainteresowane polityką w związku z czym ich głos najczęściej jest wynikiem chwilowego kaprysu.
A na moim podwórku?
Obecnie reprezentuje mnie w parlamencie pochodząca z HongKongu pani Gladys Liu - Partia Liberalna.
Z mediów dowiedziałem się, że mój okręg wyborczy ma najwyższy w Australii procent ludności pochodzenia chińskiego.
To może tłumaczyć nikłe zainteresowanie moją osobą.
W skrzynce pocztowej znalazłem zaledwie kilka przypadkowych ulotek wyborczych. Prawie wszystkie przedstawiały zdeformowane twarze liderów głównych partii.
Relacje przedwyborcze w mediach są niesamowicie nudne.
Jedyna ciekawostka to bardzo intensywna kampania wyborcza Clive Palmera, miliardera, twórcy United Australia Party.
Główne przesłanie tej kampanii to zniechęcanie do głosowane na dwie główne partie i chyba tylko tyle.
Jak dotąd Palmer wydał na swoje antyreklamy ponad 3 miliony dolarów, kilka razy więcej niż główni kandydaci.
Nie wiem czy będzie mógł odliczyć to od podatku (jeśli w ogóle go płaci).
W tej sytuacji bardziej zainteresował mnie przebieg wyborów na Filipinach.
Okazuje się, że absolutnym faworytem jest Ferdinand "Bongbong" Marcos Jr, syn zmarłego przed laty Ferdynanda Marcosa, dyktatora przepędzonego z kraju i oskarżonego o liczne nadużycia władzy i nadużycia finansowe.
Analitycy stwierdzają, że kampania wyborcza Marcosa juniora prowadzona jest głównie w mediach społecznościowych, których użytkownicy nie zawracają sobie głowy sprawdzaniem faktów. Liczy się bycie razem z grupą osób, które wysyłają sobie nawzajem "lajki".
Więcej TUTAJ.
W tym momencie dzisiejsze czytanie o owcach zyskało na aktualności.
Owcom wydaje się, że to one decydują, ich mózg i głowa.
A tymczasem często jest to Musk albo Góra Cukru.
Na pocieszenie przypomniała mi się wizyta na Filipinach podczas której osiągnąłem taką popularność, że rozważałem możliwość kariery politycznej...
Przegapiłem okazję i teraz tam wygrywa Marcos a tu wygra ktoś zupełnie mi obojętny.
P.S. Relacja z poprzednich wyborów w Australii - TUTAJ.